Dariusz Tomasz Lebioda
JERZYKI
Ze wszystkich ptaków najbardziej kochałem jerzyki. Przysiadałem na kamieniu i patrzyłem w niebo jak świstają w powietrzu, jak nagle przyspieszają i spadają w dół, jak wznoszą się lotem śmigłym ku chmurom. Była w nich jakaś trudna do wyrażenia czystość, jakaś bezmierna pełnia, jakieś niewyobrażalne szczęście. W myślach odwracałem taflę ziemi i nieba i zdawało mi się, że jerzyki są refleksami tajemniczych łodzi pływających gdzieś pośród tropikalnych wysp. Wieże kościelne, czubki chybotliwych topól, zapalające się latarnie, wszystko to przypominało mi prześwitujące przez wodę rafy koralowe, a one – szybkie i zwinne – zdawały mi się katamaranami jakichś niewyobrażalnych i niewidzialnych krajowców z wysp Tonga, Fidżi, z Archipelagu Salomona. Ileż to godzin przesiedziałem jako chłopiec nad mapą Oceanii, ileż razy wodziłem wzrokiem od archipelagu do archipelagu, od Wielkiej Rafy Barierowej do Rowu Mariańskiego. Zawsze wtedy na moim stole, w zasięgu ręki, leżał atlas ptaków, a za oknem świstały w powietrzu jerzyki, odzywały się kawki, gruchały synogarlice. Wspinałem się do okna i szukałem na niebie ruchliwych, czarnych punktów. Czasem, wsparty o parapet, siedziałem tak długo, że nie zauważałem, kiedy zapadał zmrok, kiedy jerzyki znikały, a w ich miejsce mienić się zaczynały gwiazdy.













