Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

 

Grzegorz Walczak

 

Obłoczni


czyli


Sen Chopina

 

 

Fantazja narracyjna w dialogu

na fortepian i inne dziwne instrumenta rozpisana

 

 

 

 

 

muzyka: Fryderyk Chopin

- w twórczej aranżacji Marii Pomianowskiej -

                   i Julian Fontana – fragmenty

 

 

 

 

Osoby:

 

Fryderyk Chopin

 

Julian Fotana

 

Obcy - (Reżyser)

 

Ch – Chopin,             F – Fontana

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Spektakl ma formułę próby generalnej. Rozpoczyna ją Reżyser, który w toku akcji

– za nieobecnego aktora – podejmie rolę Obcego (postaci metafizycznej),w odpowiednich momentach będzie też czytać cytaty z autentycznych listów Chopina i Fontany, także przypisy)

         

Reżyser (Obcy): Panowie, mam dla was nową wersję. Jesteście zachwyceni, co? Dobra,dzisiaj czytamy, jutro – na pamięć!

Aktor 1 (Chopin):   Teraz... nowa wersja? A jutro premiera!

Reżyser (Obcy):     Dacie radę. Wierzę w was.

Aktor 2 (Fontana): No i co w końcu ze scenografią?

Reżyser (Obcy):     Jest. (wyjmuje z kieszonki liść) Pamiętacie pieśń Chopina - do słów Wincentego Pola -„Leci liście z drzewa”?

Aktor 2 (Fontana): Lecą...

Reżyser (Obcy):     Leci, leci - tak jak listowie, w znaczeniu zbiorowym – listowie leci. Ale ja, mam tylko jeden liść. Teatr mój widzę... ubogi. Oto cała nasza scenografia.

(Puszcza liść, który swobodnie opada na ziemię).

Dobra – próbujemy bez przerywania. Aha, ja zamarkuję Obcego.

Aktor 2 (Fontana): Chcesz być demiurgiem.

Reżyser (Obcy):     Nawet upadłym aniołem. Miałem tu gdzieś jego piórka. Ale tego demona, który zaraz przemówi moimi ustami, sam obudziłeś, Julianie Fontano. Szwendasz się po różnych kontynentach, bratasz się z różnymi plemionami. To z ich kultur i religii on pochodzi. Dobra, dość gadaniny. Gramy. Fortepian!...Proszę.

                       

            (Fortepian solo – oryginalna muzyka Chopina. Zakłóca ją obcy ton muzyki indyjskiej. Nagły poszum, jakby przeleciał olbrzymi ptak)

 

Chopin:        Co to tak? ...Co za diabeł?!

Obcy: Czy ktoś nie wzywał imienia mego nadaremno?

Ch:     Co to było?

Obcy:      Dewy.

Ch:     Jakie Dewy?

Obcy:            Potężne to duchy. Nie byłeś w Indiach? List ci przyniosły. Czytaj, bo ci umysł zmącą.

Ch:     Mogą jeszcze bardziej?

Obcy:             Czytaj.                      

Ch:(odczytuje) „ Wiesz, ja Paryża nie cierpię jako miasto, tylko to bieda, że tu jest centre sztuki. Chopina żal by mi opuszczać...” Chopina? - Kto to jest Chopin? - Ach, to ja. List, od Fontany. ( Przygląda się mu bacznie) Nie do mnie. Upiory kroją intrygę.. Zobaczymy, jaką.

(Czyta dalej) „...Chopina żal by mi opuszczać, i chciałbym się z nim rozstać, bo ja go jak artystę nad wszystkich zawsze przenosiłem i przenoszę – ale jak człowieka kocham i nie cierpię, chciałbym go co dzień i być sto mil od niego...”

To ciekawe. Nigdy bym się nie spodziewał.

Gdzie my jesteśmy? A, to przecież kościół św. Magdaleny.

(znacząco) 30 października 1849. Zaraz mi zafundują mój „Marsz żałobny”, chociaż ja życzyłem „Requiem”. Powoli wszystko sobie przypominam.

 

( Obcy daje znak. Rozlega się „Marsz Żałobny” Juliana Fontany – fragment)

 

 

Ch:     A to co?!... Kto to puścił? Ani to moje, ani Mozarta. Przecież nie tak było.

O, wynoszą moją trumnę z krypty. Jacy wszyscy poważni.

Giacomo Meyerbeer – wyprostowany jak pingwin, co właśnie wyszedł z wody w swoim najlepszym fraku. Ludwika, biedaczka, nie bardzo może się powstrzymać od płaczu. Jej mi naprawdę szkoda.

A ci tu po co? Przyszli sobie jak na jaki koncert. Ciekawe, jakie będą recenzje. Kilka dni temu Hector Berlioz pięknie napisał w Journal des Debats:

Fontana:       „Chopin oddaje się najskrytszym i absurdalnym ekstrawagancjom...

Ch:     Ależ!...(jego sprzeciw wobec niewłaściwego cytatu wypiera zaskoczenie dotyczące dialogującej z nim postaci) Znajomy mi głos.

F:        ... To, że tak ograniczony i niedojrzały kompozytor uważany jest powszechnie za klasycznego muzyka, zakrawa na satyrę, ośmieszającą władze myślowe muzycznych profesjonalistów...”

Ch:     Profesjonalista! – ulice powinien zamiatać. Ale moje władze myślowe chyba też coś nie w porządku. Przywidziało mi się, że Julek Fontana obok mnie przemknął, a przecież ty, kochanie, wśród żywych.

F: „...Jego harmonie są jedynie chorobliwe...”

Ch:     Może płucne, ale nie fortepianowe! I kto to się tak wymądrza? Miał być Hector Berlioz – znów czort pomieszał!

F:        Cytuję Dawidsona sprzed ośmiu lat.

Ch:     Jednak to ty, Julisiu. Czemu mi to robisz?

F:        Bo mam w tym upodobanie, jakby Zły we mnie wstąpił!

Ch:     Dawidson – przecież ten angielski nadęciak zamiast recenzować w Musical World, mógłby służyć za trąbę, tubę albo puzon. (do Fontany) Skąd się tu wziąłeś?

F:        Osborn się też krzywił, że grasz anemicznie i mało efektownie, wydziwiał, że w tobie „więcej wyrafinowania niż wigoru”.

Ch:     Przecież grałem im „Kołysankę” na szlachetnym Broadwoodzie – a to fortepian, a nie trzepak albo worek bokserski. Jak wytłumaczyć tym gruboskórnym znawcom w Manchesterze, że klawisze to najbardziej delikatne receptory zmysłu, których nie powinna by się powstydzić najczulsza kochanka. Pamiętasz te nasze?

            (wzdychają rozkosznie a zarazem smętnie)

Obcy: Posłuchaj, co też teraz o tobie piszą.

...Najoryginalniejszy wdzięk, nieprzewidziane zwroty melodyczne...”

Ch: ( z wyraźną aprobatą ) ...a, to już Hector Berlioz ...

Obcy: ... śmiałość harmonii i niezależność akcentu rytmicznego... Chopin był wynalazcą... nie do naśladowania. Jego etiudy na fortepian są arcydziełami”.

F:        Widzisz, czasem dobrze jest umrzeć.

Ch:     Tyle dobrego o sobie nie dowie się człowiek przez całe życie, co na własnym pogrzebie.                              

            ( Mazurek Op. 68 nr3, radośnie, niby w tanecznym marszu)

 

F:        Ruszyli, a kogo tu nie ma! Zobacz.

Ch:   Julianie, na czele konduktu sam książę Adam Czartoryski!

F:        Aaa! – jaka admiracja!

Ch:     Całun podtrzymują Aleksander Czartoryski – mąż Marceliny, Delacroix, Franchomme, Pleyel.

F:        A tych nieutulonych w żalu to nie pamiętam.

Ch:     Gdzie jesteś? Wysypali się z kościoła Madeleine i ciągną długim sznurem arystokracji ducha prosto na ten pokryty liśćmi, niezwykły Pere Lachaise.

 

                        (Zaczyna sam fortepian. Mazurek Op. 68 nr2. Po jakimś czasie odpowiadają mu instrumenty dawne)

 

Ch:     Wiesz, Julianie, śniło mi się, że umarłem. Może nawet bym się w tym nie zorientował, ale przeczytałem o tym w Revue et Gazette Musicale.

Zapewne musiało się tak zdarzyć – gazety wiedzą najlepiej.

F:        Jak nie piszą o tobie, znaczy, że nie istniejesz. Jak napisały, że umarłeś – to dopiero żyjesz.

Ch: Tej nocy w moim mieszkaniu, jak w dworcowej poczekalni, przewalało się mnóstwo postaci, niektórych nawet nie znałem. Przy moim łóżku całymi godzinami przesiadywała kochana Ludwika, wraz z nią Marcelina Czartoryska. Poduszki mi poprawiała Solange, wsłuchując się z rozpaczą w awangardową orkiestrę moich zniszczonych płuc i ich daremne zmagania się z powietrzem.

Dzielnie czuwali przy mnie Grzymała i Jełowicki. Czuwali, tak jakby chcieli upilnować duszyczkę, co się z mizernego, udręczonego mego ciała co prędzej chciała wydobyć. F:   Tego się, mój Fryderyku, nie da upilnować.

Ch:     Sam to wiesz doskonale, boś i ty przecież w moim śnie pojawił się w nie najlepszej formie.

F:        Dwa naczynia z węglem czekały na mnie”.

Ch:     Jeszcze cię widzę zaczadzonego, ciało twe bezwładne, oczy nieprzytomne i usta, które już nie są w stanie chwytać zatrutego powietrza. Nie wolałeś się strzelać?  

F:       „Mam w największym obrzydzeniu krew i mózgi roztrzaskane. I po co trwożyć sąsiadów?

Obcy:. (Fontana do Stanisława Egberta Koźmiana. Paryż 4.12. 1869)

 

(Muzyka arabska)

 

F:  Pamiętam z tego tylko, jak otwiera się przede mną jakaś kurtyna barwna niby ogon ogromnego pawia, ogon, co swym potężnym wachlarzem rozsnuł się po całym niebie. A ja - pył drobny Ziemi – łagodnie się w nim roztapiam.

 

                                               (Kurdyjsko-arabskie parafrazy Chopina)

 

                Pulsuje mi w oczach srebrny, atramentowy, czerwony, ognisty olbrzym–ptak

– Sindżjah – legendarny paw chaldejski, a wokół mnie stoją na szeroko rozstawionych nogach kurdyjscy Jezydzi – czciciele diabła, ale nie bójcie się, nie taki on straszny.

Obcy: A pewnie. Jestem nawet waszym przyjacielem. Nie należę do grona znanych ci z dzieciństwa diabląt i nie zamierzam cię porwać do czeluści. Ona istnieje jedynie w tobie.

                                    (Ta sama muzyka +przyspieszony rytm, po jakimś czasie ustaje)

                                 

F:      Pisałem do Stanisława Egberta, któremu jedynemu się zwierzyłem, że się właśnie targnę na życie moje. Wyznałem mu wtedy, że nie wierzę w żadne bez ratunku piekło. „Ten ojciec najlepszy, najłaskawszy, miałby przez miliardy miliardów wieków dręczyć swoje dzieci, które wszakże stworzył ułomnymi?...Dlatego chylam się przed katolickim czyścem – ale piekło dobre tylko do śmiechu i jako strach dla małych dzieci.”

 

(Muzyka Chopina w przeróbkach obcych rygorystycznemu Kompozytorowi)

 

Ch:   To do niczego niepodobne. O co tu chodzi? Ta moja skaleczona muzyka, co się sączy z Przestrzeni, to twoja czy ciemnych duchów sprawka?

Obcy:         Nie szukaj tego w żadnym złośliwym demiurgu ani jakimś bogu. Niechęć wobec obcości i zawiść wobec powodzenia innych - to jest ten prawdziwy Szatan, w którym ludzie kryją całą swoją małość. O, ileż moi czciciele Jezydzi – mówię teraz jako Pawi Anioł – Wielki Kanclerz Piekieł – są wznioślejsi od twoich współbraci, cnotliwych głównie z przestrachu.

Ch:             Czy to na pewno tylko sen?                             

F: I tak jak przy mnie trwał chytrze przykucnięty, tak nagle się uniósł, zamachał światłami i znikł. A w miejscu po nim zasrebrzyła się popiołem wypalona trawa. Na wszelki wypadek, chwiejny chrześcijanin, osłoniłem się przed nim prostym, a wypróbowanym znakiem krzyża.                                         

Ch:     Jesteś człowiek duchowy. Wielkie tobą targały sprzeczności, nie zdzierżyłeś, zgrzeszyłeś samobójstwem.

F:        Wydaje się, że to było dziś i tysiące lat temu.

Ch:     Drogi Julianie, przypuszczam, że jesteśmy poza czasem, ale gdzie...?

F:        Nie dotarliśmy jeszcze do Przedwiecznego i nadal musimy się błąkać podobłocznie, kto wie, jak długo.

Ch:     Ja nie mogę się oderwać od siebie...

F:        To dla mnie nie nowina. Taki byłeś i przedtem.

Ch:     ...od mojej gleby, od Mazowsza, dopóki nie stworzę (z autokpiną) arcydzieła, muzyki wszechświatowej... ale nie płaczę, bo nie masz nic lepszego, co nam dał Bóg, ponad muzykę.

F:        Kiedyś sądziłem, że to miłość.     

Ch:     Pamiętam, jak pisałeś do mnie z Kuby jeszcze w czterdziestym czwartym o tej twojej cudownej Kamili.

F:        „Nie masz większej boleści, jak przypominać sobie czas szczęśliwy w niedoli”, jak powiedział Dante, uchylając wrota swego Piekła, (do siebie) ale poczekaj, jeszcze i ja ci ich uchylę.

Ch:     Była żoną bogatego angielskiego kupca?

F:        Miała z nim pięcioro dzieci.          

Ch:     Bóg ją uwolnił.

F:        Zginął pod kołami parowozu.

Ch:     I dopadłeś wtedy swoje bóstwo.

F:        Właściwie to ona stanęła w moich drzwiach w Nowym Jorku i wtedy...

Ch:     ...świat wypiękniał. Ale już pięć lat później twoja wymarzona zaziębia się na pogrzebie Cecylii Mickiewiczowej...rodzi ci martwe dziecko...

F:        Bóg ma wyczucie dramaturgii

Ch:     ... i umiera na zapalenie płuc. Wiem, jak się płuca wypluwa.

Obcy:            Tyle pięknych dusz spotyka się na Cimetiere Pere-Lachaise.

                       

                        (Rytmy karaibskie)

           

Ch:     Moje Kochanie, na Boga cię proszę, szanuj mój manuskrypt i nie gnieć mi, ani smól, ani drzej. Przepisz...Jutro dostaniesz Nokturna, a do końca tygodnia Balladę i Fantazję; nie mogę dosyć wykończyć. Jeżeli Cię nudzi przepisywać, to zrób to dla odpuszczenia grzechów wielkich Twoich, bo nie chciałbym tej pajęczyny żadnemu grubemu kopiście dawać. Jeszcze raz Ci polecam, bo gdyby mi przyszło jeszcze raz te 18 stron pisać, owariowałbym. Ale nie pomiętoś!!!”

Obcy: (Chopin do Fontany 18 .10. 1841)

F:        A owariuj sobie. Dobrze ja pamiętam twoje przykazania i nie będę ci już więcej gnieść ani smolić twoich manuskryptów. Nie będę ci też już ich przepisywać ani się martwić, czy „może tam jeszcze bemolów albo krzyżyków brak”, ani też myślę się dłużej za twymi nakładcami uganiać, a biadolić im, że „nie możesz im Allegro maestoso za 300 franków dać, tylko za 600...”

Teraz ci się odwdzięczę, poczekaj! Surowyś był dla mnie, ale jeszcze bardziej dla swojego dzieła. (z perwersyjnym zadowoleniem) Już widzę, w jaki zaraz zachwyt wpadniesz.

 

( Dość dziwna muzyka Chopina – przeróbka krańcowo odległa od wzorca. Mazurek Op. 33 nr2 po bałkańsku A - ¾. Chopin z trudem to wytrzymuje)

 

Ch:     Oszczędź, oszczędź, proszę!

F:        Nie będę cię oszczędzał ani ci już więcej – jak powiadasz – swej wąchalitis użyczał, żeby twojej Georges ukochanej, godne jej majestatu lokum wynaleźć. Nigdy mnie ona nie zaprosiła z innymi twoimi przyjaciółmi do swego Nohant. Ale jak słudze swojemu przysłała mi spis ulic zalecanych, na których apartamenta mogłaby przyjąć łaskawie. Dołączyła mi nawet szkice własne rozkładu przyszłych pomieszczeń, „żeby gabinet do pracowania albo sypialny miał wychód oddzielny, żeby odorów nie było, dymu żeby nie było, widno, ile można piękny, to jest niezapaskudzony widok albo ogród, albo dziedziniec duży, najlepiej ogród.”

Obcy: (Chopin do Fontany w Paryżu, Nohant, październik 1839).

Ch:     Dlaczego mnie tak karzesz za kaprysy tej damy?

 

                        (Etniczne przeróbki Chopinowe B – 7/4)

Ch: (o muzyce)          No, nie – tego to już nie będę słuchał!              

F:        Nawet gdybyś mi mnożył tytuły:(parodiuje Chopina)” moje Życie”,” moje Kochanie”,” moja Julisio”, i nie wiem, jakie jeszcze afekta w swych listach objawiał, żeby samemu nie owariować, plecami bym się do ciebie odwrócił – tak jak jesienią 1841 – i zajął się własnym „Marszem Żałobnym”.

 

(Zaakcentowanie „Marsza Żałobnego” Fontany)

 

Ch:     Szelmostwoś mi wtedy wielkie uczynił, ale przecież z tą swoją kopisty twórczością znalazłeś się i bez mojej protekcyi, na którą tyleś wyczekiwał, w albumie słynnego Schlesingera, obok kompozycji moich – a jakże! – i takich mistrzów jak Kalkbrenner, Mendelssohn, Moscheles, Rossini.

F:        Potem i inne oficyny paryskie i niemieckie nie pogardziły mymi opusami – a widzisz!

Ch:     Przyznaję, w 43 zdobyłeś na salonach paryskich nawet pewien rozgłos, cóż z tego, kiedy już w 44 uciekłeś, zdrajco, na Kubę.

F:        Zdrajco! – gdybym to ja potrafił , gdybym cię w końcu zdradził. Ale skądże – ja wierny twój paź nawet na Kubie i wszędzie, gdzie mnie los rzucił, grałem mojego Chopina. Niosłem cię tam, gdzie jeszcze nikt nie słyszał twoich Mazurków, twoich  

Nokturnów, bo przecież wiedziałem, że tylko twoja muzyka ... że tylko ty jesteś moim cudem przeklętym, moim piętnem i moją wiarą.

Ch:     Wiem, wiem – maltretowałem cię zawsze, musiałeś przepisywać, ciągle przepisywać te gryzmoły moje, a ganiać z moimi nutami po skąpych wydawcach, wyduszając honoraria, co mi się wciąż wydawały za małe.

F:        A to mieszkanie opłacić, wytapetować, a to do Nohant drugi fortepian Pleyela wynaleźć, przywieźć i ustawić.

Ch:     Zaraz mi się też odechciało z tymi fortepianami mieszkać, bo mi jakiś chłód od nich doskwierał i wilgoć się z tej rue Tronchet ciągnęła jak londyńska mgła, którą miałem dopiero doświadczyć. No i musiałeś mnie przenieść na zimę, biedny Juleczku, Julisio moja, do George na rue Pigalle. Dobrze to pamiętam. Czego ja nie chciałem od ciebie, czego nie żądałem!

F:        A to mydełka wiadomej firmy i w twoich kolorach.

Ch:     Pamiętasz, w jakich kolorach?

F:        Albo ten pasztet sztrasburski...

Ch:     „Pasztet przyszlij duży... bom się założył i przegrał... „

Zwykle bezczelność swoją kończyłem: „drogi przyjacielu, kiedyś taki dobry, bądźże do końca.”

F:        Byłem ci Piętaszkiem wiernym.

Ch:     Wybacz mi. Za karę gotów jestem wysłuchać któregoś z twoich Mazurków.

F:        Żart godny geniusza!

Ch:     Niesmaczny żart. Znowu się wygłupiłem. Poważnie – zagraj mi coś swojego – może żałobne opusy...taka rośnie mgła... (pauza)

Czemuś się targnął na życie swoje?

F:        A wiesz ty, jak to jest, kiedy ci się taka mgła wdziera do głowy, gęstnieje, zatyka ci uszy? W końcu wyrasta z niej wielka szara ściana, która cię odgradza od świata i ludzi!

Obcy:            Ale grasz, na fortepianie. I to jak pięknie grasz!...Posłuchaj.

 

            (Światło na fortepian. Pianista szaleje przy klawiaturze, ale wokół totalna cisza. Już i inni muzycy grają na swych instrumentach, żadnego jednak dźwięku nie słychać)

F: Nie słyszę, nic nie słyszę! Jak długo można być głuchym Beethovenem, a choćby i głuchym Fontaną?! ( szeptem) Jak długo można słuchać ciszy? Nie bałem się już piekła.

 

( Obcy „odczarowuje”. Rozlega się dalszy ciąg „Marsza żałobnego” Fontany – fragment – fortepian solo)

 

Ch:     Wybacz mi, proszę, i bądź mi nadal tym, kim byłeś, lecz już w o wiele większym dziele. Ty z niespokojną duszą wędrowca, stałeś się przewodnikiem mojej sztuki wśród narodów świata. Dopomóż mi, bym tajemnicę ich poznał i zanurzony w ich muzyce wydobył z niej pierwiastek boski.

F:        Chcesz dzieła absolutnego.

Ch:     Wtedy dopiero mógłbym powiedzieć – spełniło się, jestem wolny.

F:        A nie jesteś? Już przecież George pisała: „Geniusz Chopina...sprawił, że jeden instrument przemówił językiem nieskończoności...”

Czyżbyś nie uwierzył?

Ch:     Nie czujesz, że ta sprawa nie ma końca, że coraz dalej wyciągamy rękę do Boga, by Mu wyszarpać to, co było Jego, by uchwycić niemożliwe. Muzyka!

Jak widzisz, ja żądam dziś od ciebie o wiele więcej niż niegdyś. Nie jesteś mi już skrybą, zwyczajnym kopistą, ani nawet zwykłym wydawcą, ale moim posłem, moim okiem na świat, uchem wśród kontynentów. Nieś nuty moje nie tylko na Kubę, nie tylko do Filadelfii, do Nowego Jorku, ale wszędzie, gdzie twoje dobre lub upadłe anioły na złotych trąbach obwieszczą nasze przybycie. Zbieraj mi dźwięki świata, wysyłaj na wieczną poste restante muzykę wyciśniętą z szumu wyschniętych stepowych traw, z piszczałek naszych kolorowych braci, z wycia wilków Syberii, z tętentu azjatyckich koni, z szelestu lotnej szarańczy, a wtedy ja...

F:        Myślę, że ten paw, co mi swym ogonem przysłonił wtedy całe niebo, bardziej się tobie należy.

Ch:     Więc jak, przyjacielu demonów, mogę na ciebie liczyć, czy już ci jestem niepotrzebny, bo tylko z nimi chcesz obcować?

F:        Wiem, com ci winien, bo kto by o mnie słyszał, gdybym mimo wszystko nie był twój, Fryderyku.

Ch: Zawsze tyś mój, moja ty Julisiu.

F:        Nie przesadzaj. Nigdym ci nie był tak bliski, jak choćby Tytus w naszych latach młodzieńczych.

Ch:     (śmieje się) Tytus?... Zazdrość – o Tytusa Woyciechowskiego?

F:        Bardziej niż o Konstancję Gładkowską, do której tak romantycznie wzdychałeś.

Ch:     Gładka była prawdziwie.

F:        Ale nieprawdziwe było to twoje uczucie do niej.

Ch:     Jak to? Napisałem jej Walca Des-dur.

F:        I zaraz go posłałeś do Poturzyna z dopiskiem: „Jakżeby mi było słodko zagrać Ci go, najdroższy Tytusie”.

Ch:     Znasz nawet dopisek?

F:        A znam ja i inne listy twoje. Teraz już mi dostępne.

(cytuje drwiąco) „Ściskam Cię serdecznie, w same usta, pozwolisz?”

Obcy:            12 września 1829 r.

Ch:Nie chce mi się nowin pisać, tylko bym się z Tobą pieścił”

Obcy:            14 listopada.

F:        „Jaka szkoda, że ja zamiast listu sam się posłać nie mogę. Ty byś mię może nie chciał, ale ja Ciebie chcę i czekam z ogolonymi wąsami”.

Obcy:            5 czerwca 1830.

F:        Obrzydlistwo.

Ch: A toż ja go jeszcze bardziej maltretowałem: „Nie lubisz, żeby Cię całować. Dziś pozwól mi tego...bo Cię szalenie kocham”. Tak, to też moje słowa. Ażebyś wiedział, jak się Tytus pienił na owe moje „panieńskie” wyznania! Tym bardziej nacierałem.

F:        Szkoda, że na Gładkowską nie natarłeś skutecznie.

Ch:     A skąd wiesz?

F:        A wiem. W ogóle nie starałeś się jej bliżej poznać. Niepewny jeszcze wobec kobiet, chociaż już rodził się w tobie wielki ich admirator i miłośnik i strasznie już nogami przebierałeś, ale do tej twojej Gładysi umiałeś tylko wzdychać, bo tak było romantycznie, modnie.

Ch:     Konstancja – musiałem mieć jakąś wybrankę. Miałem już przecież dziewiętnaście lat.

F:       Co by nie powiedzieć – była ci natchnieniem dla Koncertu F-Moll. Chociaż tyle z niej pożytku.

Ch:     Masz, Julku, rację – aż nazbyt przepadałem ja wtedy za płcią niewieścią, alem się jej tajemnych dziwności obawiał. A Tytus? Jemu mogłem wszystko wybajdurzyć.

 

 

(Afryka)

 

F:        Hej, hej! – Fryderyku! Zapuściłem się w nigeryjski kocioł.

Ch:     Pamiętasz moje Preludium deszczowe?.

                        ( fortepian solo – „Preludium deszczowe”)

F:        (z sadystyczną radością) Zaraz ci je przyoblekę w nowe, ciekawsze rytmy.

Ch:     Tylko moich całkiem nie zatrać.

 

            (Fortepianowa muzyka Chopina zostaje „pochłonięta” przez Zespół etniczny, który wykonuje ją po afrykańsku)

F:       No, proszę, to niesamowite – Tuaregowie pożerają cię namiętnie, jakby na tę ucztę czekali całe życie.

Ch:     To mi naprawdę sprawiło dużą przyjemność. Opowiedz mi coś więcej o tych swoich kanibalach.

F:   Ci dawni Berberowie, w przeciwieństwie do innych wyznawców Allacha, uznają matriarchat.

Ch:     Jak moja George.

F:        U nich tylko mężczyźni zakrywają twarze fragmentem turbanu, chroniąc się przed siekącym piaskiem i przed „złymi siłami”, co wchodzą przez usta.

Ch:     Złe siły wychodzą również ustami... żurnalistów i obmawiaczy. Gdybym ja miał turban, pewnie bym dłużej pożył.

F:        Mówili o tobie, „żeś całe życie był umierający”. Ani turban, ani twoja zaradna George, ani nawet muzyka nie mogły cię uchronić. Nadwrażliwy, wysublimowany – byłeś kapryśny i szczególnie nieznośny, gdyś tworzył.

Ch:     I kto to mówi? Wieczny malkontent i frustrat ? Uciekinier życiowy.

F:        George Sand dobrze się na tobie poznała.

Ch:     Znalazł sobie autorytet... a taka ci była niełaskawa.

F:        Znam jej relację: Majorka. Przypominasz sobie? Mistrz na spacerze, niestety bez instrumentu...

Ch:     A cóż ja bez instrumentu?

F:        A tu tyle w głowie nut, całe pochody niewybrzmiałych dźwięków.

Ch:   Ale...nie miałem instrumentu.

F:     Trzeba je było zapisać.

Ch:     Można je wydobyć tylko dłońmi, namacalnie.

F:        No tak, byłeś bezradny.

Ch:     Kiedy się nachylałem nad tą starą studnią, wszystko pięknie grało, jakbym w niej słyszał „Das Wohltemperierte Klawier” i moją na Bacha odpowiedź. Kompozycja precyzyjna – jak u niego – tak mi się przejrzyście układała, a teraz, kiedy dobiegłem do pianina, rozsypała się, sacrebleu! - nie zdążyłem wrócić.

F:        I w lament. Nie dało się z nim wytrzymać – skarżyła się George: „Chcąc zapisać, za bardzo analizował to, co stworzył jednym porywem myśli, a żal, że nie jest ona wystarczająco jasna, wtrącał go w rozpacz. Całymi godzinami zamykał się w swym pokoju, spacerował po nim, płakał...”

Ch:     A tak, płakałem, bardzo płakałem.

F:        ...łamał pióra...

Ch:     A tak, łamałem pióra i zmieniałem setki razy jeden takt.

F:        ...tyle razy zapisywał go i wymazywał, a nazajutrz zaczynał wszystko od nowa.

Ch:     Zaczynałem od nowa.

F:        ...przesiadywał sześć tygodni nad jedną stronicą, aby w końcu zapisać ją tak, jak to nakreślił w pierwszym rzucie”.

Obcy:            (George Sand: „Histoire de ma vie”, 1854 – 1855)

F:        Dobrze, że już – ani ona, ani ja – nie musimy cię niańczyć.

Ch:     Musisz.

 

 

 

 

 

 

 

F:        Wolę już swych dumnych Tuaregów. Oni też nie podejmują się żadnej pracy fizycznej. Dla nich to hańba. To ci powinno być bliskie.

Ch:     Nie przeczę. Do tego mam umyślnych. (Patrzy znacząco na Fontanę, a widząc jego reakcję) Uraziłem cię?

            Gdzie mi tak nagle znikasz? Chcę z tobą mówić!

F:        Znajdziesz mnie zawsze. Jestem przecież wszędzie.

Ch:     Nie zostawiaj mnie na tym pustkowiu. Przecież wiesz, że mi suche wiatry szkodzą.

 

(Chopin – muzyka indyjska.

Chopin dostrzega starego przewoźnika, który go zaprasza do łodzi. Wołają do siebie z daleka)

 

Przewoźnik (Fontana):

F: (woła)         Sahib, siadaj! Płyniemy!

Ch: (odkrzykuje)   Chciałem rikszę!

F:        Nie mam rikszy, ale mam śikarę. Sahib, nie zwlekaj!

Ch:     Jesteś Charonem? A to zbełtane rozlewisko to Styks?                     

F:        To jezioro Dal.

Ch:     Masz pewność, że ta kraina to nie Hades?

F:        Wczoraj był to Kaszmir i przedwczoraj, i pewnie będzie jutro, chociaż pewności, sahib, to nigdy nie ma. Co mi się tak przyglądasz? Mam wygląd „potępieńca, sterującego magiczną łodzią po zaczarowanych wodach poranka”?

Ch:     Chyba ci język tak poetyckim czyni ta kaszmirska brandy, co ją wciąż popijasz.

F:        Chcesz kropelkę?

Ch:     Machaj wiosłem, bo wydaje mi się, że stoimy w miejscu.

F:        A tyś myślał, że ruch nas do czegoś prowadzi?

Ch:     Czyś aby nie był filozofem w swoim przeszłym wcieleniu?

F:        Widzę, żeś liznął mądrości wedyjskich. Pewnie ci się podoba nasza samsara

koło narodzin, po którym krąży raz stworzona dusza, po śmierci w nowych ciałach odrodzona.

Ch:     Ciekawe, w którym to już wcieleniu ty mnie zwodzisz, przewoźniku na brandy pędzony.

F:        Jestem bardzo mądrym analfabetą, którego robactwo obsiadło.

Ch:     Zbyt mądrym i dlatego cię rozpoznałem.

F:        Takim mnie stworzył Salman Rushdie w „Dzieciach północy”.

Ch:     Ten, na którego fundamentaliści muzułmańscy wydali wyrok śmierci, Fontano?

F:        No, patrzcie, patrzcie, Chopin czyta dwudziestowieczną prasę brytyjską – tylko ciekawe w jakim języku.

Ch:     Z braku dobrego fortepianu...stałem się oczytany. Już się nie gniewasz?           

F:        Nie mam czasu się gniewać. Na dwór cesarski pędzimy! Prędzej !

Ch:     Na jaki dwór?

(muzyka japońska Chopina)

F:        Tu się mówi szeptem. W obecności cesarza Japonii musisz się odpowiednio zachowywać.

Ch:     Jestem przecież człowiek bywały... na salonach paryskich...

F:        Eee, to całkiem inne salony. Ale pamiętam, pamiętam, na salonach paryskich nieźle brylowałeś, o mnie nie pamiętając.

Ch:     To może wyniesiemy się stąd?

F:        Teraz, kiedy całą Japonię uwiodła twoja muzyka?

Ch:     Co ty mówisz, grają na fortepianie?!

F:        Azja już nie ta sama, Fryderyku. W samych Chinach gry na fortepianie uczy się 38 milionów dzieci.

Ch:     Toż w Polsce nie ma tylu mieszkańców!

F:        Ciii, tu się mówi szeptem. Ukłoń się.

(Kłaniają się obaj)

Ch(szeptem):             A to kto?

F:        Cesarzowa pani.

Ch:     A ci, co to za cudaczni gęślarze?

Obcy:            Zespół Marii Pomianowskiej.

           

( Fortepian oraz Zespół etniczny grają Etiudę E-dur Opus 10 nr 3 )

 

Ch:     Wróćmy do sprawy. Jaką wiedzę tajemną zdobyłeś dla mnie (trochę drwiąco) – alchemię tworzenia, nutę Absolutu?

F:        A dlaczegoż ja miałbym coś dla ciebie zdobywać? A coś ty dla mnie uczynił, gdym potrzebował twego wsparcia, choćby dobrego słowa o mym talencie, gdy mnie lekcji nie stało, długi z kretesem zżerały? Ja wtedy nadal wypełniałem z pokorą kolejne twoje zachcianki, gdyś ty w sławie nowych sukcesów po salonach rautował. Nigdyś mego poniżenia nie chciał zauważyć, kiedy słałem po ratunek listy do przyjaciół, wciąż uprzykrzając się Stanisławowi Egbertowi i Kornelci de Verny – kuzyneczce mojej – jak wiesz – przychylnej mi wicehrabini.

Ch(szyderczo):           Wiem, moje Kochanie, wiem. Przecież już jestem oczytany. Twoje listy wydała Magda Oliferko, i co w nich widzimy? Paryż 7 maja roku Pańskiego 1842 tak piszesz do swojej Kornelci – masz, czytaj !

F:        zdawałem się zawsze na przyjaciela...

Ch:     Wtedyś mnie jeszcze miał za przyjaciela.

F:        ... który mógł mi karyerę otworzyć, a który...”

Ch:     No, no, czemuś zamilkł? Wykrztuś wreszcie. Pomogę ci.(I sam kończy list Fontany)...a który zawsze był nieszczerym, fałszywym, nieprzyjaznym. Aby się pozbyć jego wpływu, porzuciłem Paryż chwilowo”. Porzuciłeś. Uciekłeś na Kubę. Pięknie, co?

F:        Tak było. Przez te wszystkie lata ty byłeś powodem, że dotąd nic nie pisałem. Obcy:                „Widząc go zawsze fałszywym, niechętnym, zerwałem z nim i pisać zacząłem.” (Fontana do Stanisława E.. Koźmiana w Londynie, Paryż 5.04.1842)

Ch:     Cóż mam ci powiedzieć – że ci karyery kompozytora nie mogłem otwierać?

Próbowałem już raz u Schlesingera protegować „Oratorium” Elsnera – mojego starego mistrza. Daremnie. Mogłem i ciebie obwołać geniuszem, ale jakże ze sobą miałbym być we zgodzie? Zawsze ceniłeś mnie, Julku, za moje nieprzejednanie w materii sztuki. Jak myślisz, dlaczego zakazałem druku po mojej śmierci tak dziś popularnych Mazurków – a-moll opus 67 i 68, a i Walców moich ślicznych? Merde! (z ironią) W każdym z tych arcydzieł, drogi znawco - jak krowa nauczona w tym samym miejscu żreć trawę, choćby już tam tej trawy nie było - przechodzę ci ja symetrycznie z „moll” do dur”. Sztampa, łatwizna, krowiniec. A ty to przepuściłeś. Zostawmy. Weźmy się za ciebie. No, pokaż te twoje dzieła.

 

                        (Coś z muzyki Fontany)

 

Ch:     Tak. Niby ładnie kroisz kompozycyje swoje, ale ... chyba tobie nie muszę tego tłumaczyć.

F:        Wiem, miernoty nigdy nie cierpiałeś ani w sztuce, ani w ludziach.

Ch:     Srodze grzeszysz. Jesteś kompozytorem, pianistą, żołnierzem-powstańcem, prawnikiem, szerzycielem wiedzy astrologicznej, podróżnikiem, przetłumaczyłeś całego Don Kichota, dałeś nam nowe zasady pisowni – to mało na jednego człowieka? Takie bogactwo, od Boga tyle talentów. Ja na przykład całe życie brzdąkałem tylko w klawisze fortepianu.

F:        I ty podobno jesteś wyjątkowo szczery, (przedrzeźnia Chopina)Kochanie moje”, „Moje życie”, „Moja Julisio”. O, jakie to oryginalne! Geniusz zawsze musi być oryginalny. Inaczej szybko wysycha i się staje purchawką. Nadeptana dym tylko puszcza i po niej. I byłoby po tobie, gdyby nie twoja muzyka. Ale to prawda - nikt nie jest cię w stanie skopiować, podrobić.

Ch:     Wiesz, Piotr Wierzbicki skazał mnie za to na samotność wśród największych twórców, bom taki nieprzewidywalny.

Obcy: Nie masz przez to swojej szkoły.

F:        Właśnie, nie masz przez to swojej szkoły, swoich kontynuatorów.

Ch:     A ty nie należysz do nich?

F:        Nie kpij sobie. Czy ty, tak jedyny na świecie, potrzebujesz innych?

Obcy:            „Chopin nie cenił żadnego z kompozytorów sobie współczesnych. Mendelssohna lekceważył, Liszta nie znosił, innych mniejszych tolerował dobrotliwie. (Piotr Wierzbicki Życie z muzyką, PIW 1993)

Ch: Za to uczniom stale zalecałem: „Grać Bacha, zawsze grać Bacha!” Bez partytury „Das Wohltemperierte Klawier” chociaż ją znałem na pamięć, nigdy bym nie wyjechał na Majorkę.

Obcy:            Mam jeszcze coś z Wierzbickiego.

F:        No, no… ciekawe.

Obcy: Podejrzewam, że i schumannowski fortepian brzmiał dla Chopina pospolicie.

F:        O!

Ch:     Podejrzewa! Nigdy nie słyszał schumannowskiego fortepianu, bo się ponad 150 lat spóźnił, więc co się mu będę tłumaczyć, jak dla mnie brzmiał ten fortepian.

Za to uprzedzałem w jednym z listów do Delfiny Potockiej, nawet proroczo wieszczyłem: „Jeżeli jaka epoka odwróci się od Bacha...

F:        ... Bacha...Bacha!... To już wiemy.

Ch:     ...da sobie smutne świadectwo płytkości, głupoty i zepsutego smaku...Mało jest takich geniuszów, które wszystkie instrumenty czują i wszystko z każdego wydobyć potrafią. Ja znam takich – Bacha i Mozarta”.

F:       I ja takiego znam – ciebie, bo ty, bo ty jesteś...Jak to tam było u tego twojego fascynata?

Obcy:            ... „fantazyjnym wybrykiem kultury” .

F:        Właśnie.

Ch:     Wybryk to ty popełniłeś, publikując zakazane przeze mnie manuskrypta moje. A jaki chaos uczyniłeś wielki swoim datowaniem, łącząc mi kota z psem, krowę z wiatrakami, a dzieła z różnych czasów w jedno opus.

F:        Tyle nieocenionego piękna ocaliłem dla potomności.

Ch:     A bodaj byś nie ocalał!

F:        I co, miałżeby przepaść chociażby taki Nokturn e-moll, opus 72 – takie dzieło?!

Ch:     No, ale żeby mi go tak przestrzelić w czasie?!

F:        Sam teraz widzisz, co ten czas warty. Rozłazi się nam w palcach jak sweter zjedzony przez mole.

Ch:    I to ty, któryś się chełpił znawstwem mej muzyki!

F:        Aż tak mnie łajesz?

Ch:     Aż tak. Bo jakżeż można wsadzać mi Nokturn elegijny, ze schyłku mego życia w dziecięce próby z 1827, kiedym jeszcze trenował salonowe, sentymentalne, w stylu brillant, wzorce Fielda? A to po środkach harmonicznych, którem zastosował, a po głębi tragicznego tonu nie mogłeś się domyślić, że mój czas już blisko? Wyjechałeś, goniąc za swymi chimerami na Kubę i dalej do Ameryki, a ja już nie dałem rady, by go bez ciebie przygotować do druku.

F:        Zaiste, grzech mój ciężki. I jaką mi teraz wyznaczysz pokutę?

Ch:     Persja. Iran.             

F:        Liczysz na tortury, boć śmierci mi drugiej nie będą w stanie zadać.

Ch:     Miejmy nadzieję – Julisio kochana.

 

                                   (Chopin w Iranie)

F:        A wiesz ty, że kobiety w tym ciekawym kraju mają zabronione śpiewać na publicznej scenie?

Ch:     Chyba ty się śpiewać nie obawiasz? Mniemam, że pozostałaś przy płci swojej?

F:        Iran to Persja, gdzie muzyka zawsze znaczyła istotę życia. O, zobacz tego – gra jak nawiedzony na setarze księżycowym....

Ależ on już „odjechał”, jak po najlepszym opium, a i słuchacze kołyszą się w transie.

Ch:     I mnie się to udziela.

(Fontanęi częściowo Chopina –ogarnia psychodeliczny, „narkotyczny” stan)  

F:        O, jakie to dziwne, jestem w sobie i jednocześnie nad sobą, pełny uniesienia.

Ch:     Widzę jakieś niebiańskie postaci, które w swym bezgłośnym, majestatycznym locie unoszą starodawny santur.

F:        Santur płynie w powietrzu i ja płynę w powietrzu. Nikt przy nim nie siedzi, nie uderza w struny, a przecież muzyka w nim rozbrzmiewa!.

Ch:     Odważ się, uderz w struny!          

F:        (z wysiłkiem, pragnieniem i nadzieją) Uderzę, zaraz uderzę!   (...)

Nie mogę, no nie mogę w twojej obecności – tak jak kiedyś, dawno temu w Paryżu, kiedym się wahał, czy uronić pierwszą swoją nutę.             

Ch:     Mnie odwagi nie zbraknie, bo jest już we mnie Nada-Bindu – dźwięk wibrujący w mojej duszy, ukryty jak ogień w główce zapałki. Ten boski dźwięk rośnie we mnie i rośnie.

F:        I we mnie, i we mnie!

Ch:     Czuję się, jakbym się rodził. ( ekstatycznie) En avant!

F:        En avant!

Ch:     (radośnie) Jesteś ze mną!

F:        Cóż, muszę ci służyć, skoro od bóstw najwyższych przejmujesz dźwiękorodny santur, kochana Fryderysiu. (pauza)

Ch: (przytomniejąc)   Obudź się, Fontano – nie Indie to, ale Iran !

Santur!...nie fruwa już pod niebem. Rozbiły go jakieś uzbrojone pachołki.

Ch:     Leży strzaskany na bruku, jak u Norwida mój fortepian.

F:        A w tym kraju zabić muzykę – to jakby zabić człowieka, mało – pokolenia!

            (Jakiś odległy, surowy dźwięk – głos alikwotowy)

 

F:        A spójrz tam, gdzie ta biała kraina, której dalekie mroźne westchnienie wiatru, jak samotnego wilka wycie, niesie pierwotną nutę. Podchwytują ją ludzie. To głos Syberii. Z nim się też mieszał kiedyś gardłowy śpiew wygnańców naszych.

Ch:     Bliski nam, Julianie, którzyśmy ojczyznę naszą utracili.

 

         ( Muzyka - Chopin na Syberii)

 

Ch:     Może by tak zajrzeć do kościoła?

F:        Chcesz się modlić?

Ch:     Popatrzeć na swoje serce.

F:        Boli cię? Ach, zapomniałem. Chcesz...do Świętego Krzyża.

Ch:     Mamy rok 1999. 150 rocznica mojej śmierci.

F:        Rozumiem – pragniesz ją uświetnić swoją obecnością?

Ch:     Naturalnie.

F:        Czytałem w książce Jana Brokkena, żeś od Tereski złapał trypra. To prawda?

Ch:     Nie wystarczyło ci, że moje płuca...?

F:        O, Krakowskie Przedmieście. Jest i nasz kościół.

Ch:     Nikt nas nie wita. A co to za dziwne typy, smoliste jakieś takie?.

F:        To nasi Antylczycy.

Ch:     Klęczą przed mym sercem? Jest ich chyba?...

F:        ...jedenastu. Właśnie, książka Brokkena, która się ukaże za 9 lat, w 2008, będzie miała tytuł: „Dlaczego jedenastu Antylczyków klęczało przed sercem Chopina”.

Przeżegnali się, wstają, wszyscy patrzą na nich w zdumieniu.

Ch:     Goście z daleka.

Obcy:            Wyspa Curacao kojarzy się Polakom tylko z likierem na skórkach gorzkich pomarańczy, ale na pewno nie z Chopinem, który nigdy tam nie był, a w metrum 6 / 8 jest tam tak radosny i skoczny, że aż same nogi tańczą. Na Karaibach prawie każdy ma swój instrument i jest kompozytorem.

Ch:     Więc niech mi grają!

 

(Fortepian - szczeropolska muzyka Chopina)         

 

F:        Fryderyku, twoje Mazowsze, jesteśmy w domu.

Ch:     Tak, tu jest mój wszechświat. Ale czemu mi on tak wiruje, spada w wielkim pędzie.

 

                        (Motyw „Marsza żałobnego”Chopina)

           

Ch:     To nie kościół Świętego Krzyża w Warszawie?

F:        Kościół św. Magdaleny przy wielkich bulwarach Paryża.                 

Ch:     O, wynoszą moją trumnę z krypty. Gdzie jesteś Julianie?!

F:        Podążyłem w lepsze czasy. Wróciłem do...

Ch:     (w półprzytomnie) Dewy?... Anioły?...Wszystko poplątane.                                        

F:        Dziś 1 marca 1810 roku – rodzisz się, chłopcze!

            Tyle radości, tyle radości!

 

(W momencie śmierci Chopin w swoim długim Śnie wraca do chwili narodzin. Śmierć miesza się z narodzinami, podobnie jak dwie odmienne w nastrojach muzyki: 1. uładzona, harmonijna, klasyczna i 2. coraz bardziej niespokojna, groźna, dysonansowa. Ta ostatnia w końcu dominuje. Pozostaje tylko dysonansowy zgiełk)

 

Ch: (gasnąc)  To ma być muzyka Absolutu?

 

                        (oddalający się głos Fontany )

 

F:        Tyle radości! Rodzisz się, Fryderyku!

(Chopin nieruchomieje, zastyga w niedokończonym geście – „stop klatka”)         

                       

Obcy:    Wysypali się z kościoła Madeleine i ciągną długim sznurem arystokracji ducha prosto na ten pokryty liśćmi, niezwykły Per-Lachaise.

 

                        (wystukany jednym palcem końcowy, prosty chopinowski motyw)

           

(jako Reżyser) Koniec próby. Dziękuję.

 

 

 

  

 

 

 

 

           

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli