Bohdan Urbankowski
Mochnacki. Sny o Ojczyźnie.
OSOBY
Mochnacki
Nieznajomy / Sędzia
Lubecki
Sekretarz
Ludwik
Michał Zyc
Wysocki
Lubecki
Generał
Lekarz / Urzędnik / Senator I (ewentualnie Nikołaj Nowosilcow)
Lekarz / Urzędnik / Senator II (nasz, ale wielce czcigodny)
Matka
Emilia
Podchorążowie:
I - także „Chrystus”.
II - nie Chrystus, zwykły, Chudy.
III - najzwyklejszy, może grać na bębnie. Okularnik.
Sołdaci: Komandir, pluton egzekucyjny, obstawa Nowosilcowa
PROLOG.
Pusta – aż po horyzont – przestrzeń. Jakby sala szpitalna pozbawiona ścian. Prycza - na niej ciało Mochnackiego; stolik, na którym piętrzą się rękopisy, kałamarz, gęsie pióro. Wokół pryczy krążą dwie białe postacie z zabandażowanymi twarzami – kapłani składający ofiarę, lekarze dokonujący sekcji – nie wiadomo. Nazwijmy ich Lekarzami - I i II. Zjawia się Nieznajomy – aktor, który będzie też Sędzią śledczym, Posłańcem, może jeszcze kimś więcej. Twarz ma zdeformowaną – jakby założył pończochę.
Nieznajomy: Jestem. Zgodnie z umową
Lekarz I odwraca się w stronę Lekarza II – ten robi przeczący znak głową.
Lekarz I : Musimy jeszcze czekać.
Lekarz II : Są pewne komplikacje.
Nieznajomy : Oszukano mnie.
Lekarz II : Proszę zachować ciszę!
Lekarz I: Niech się pan nie denerwuje. Może gazetę? Jak w sztuce iluzjonisty w jego ręku zjawia się gazeta. Znajdzie pan coś ciekawego... W tych ramkach. Wskazuje palcem
Nieznajomy: Jego nekrolog? Przecież jeszcze nie umarł.
Lekarz II: Nekrolog pisze się wcześniej.
Lekarz I: Właściwie cały czas. Do pewnego momentu można go uzupełniać...
Lekarz II: Poprawiać...
Lekarz I: Pan oczywiście ma wgląd. Rzuca gazetę Nieznajomemu.
– ten czyta. Tekst dochodzi z głośnika:
Wizjoner pozbawiony złudzeń, tchórz odznaczony Virtuti Militari, dwa razy śmiertelnie ranny. Urodził się najprawdopodobniej w 1803 roku, w najbardziej polskim mieście, którego na mapie Polski próżno szukać. Otrzymał staranne wykształcenie domowe, jako siedemnastoletni młodzieniec wziął udział w sprzysiężeniu Wolnych Braci Polaków, za co dwa lata później osadzony został w więzieniu karmelickim. Tam przeżył załamanie. Nie pozwolono mu ukończyć prawa; był pracownikiem urzędu kontroli prasy i widowisk, dziennikarzem, krytykiem, historykiem, filozofem, geniuszem, przywódcą rewolucji 1830 roku. Uczestniczył w następujących bitwach za co otrzymał również Virtuti Militari: Wawer, Liw, Prytycz, Długosiodlo, Nadborów, Kościelec i Ostrołęka.
Lekarz II: Pod Ostrołęką otrzymał kilka ran.
Lekarz I: Właściwie była to jedna. Ale dziwna.
Nieznajomy : Co w niej dziwnego?
Lekarz II : Jedna kula cztery rany zadała. Pocisk uderzył w bok, wyszedł z drugiego boku, pod żebrami i trafił w lewą rękę, którą też przerwał na wylot.
Nieznajomy: Ale przecież serce ominęła.
Lekarz II: No i teraz mamy pasztet. (Do Lekarza I): Ciekawe po co mu to? do transplantacji?
Lekarz I: Serce szaleńca, nawet rewolucjonisty. Jakiemuś innemu Polakowi?
Lekarz II: Oni wszyscy mają takie same.
Nieznajomy: Panowie wciąż coś opowiadacie a ja czekam na to serce...
Lekarz II: Sprawy się komplikują. Właśnie przed chwilą, gdy pan poświęcał się lekturze, zostało wyjęte ale...
Nieznajomy: Ale...?
Lekarz I: Właściwie wyskrobano szczątki serca. Ale niech się panu nie kojarzy, to coś odwrotnego niż skrobanka. Było całe spękane, zniszczone jak u starca.
Lekarz II: Jakby przeżył nie jeden a kilka żywotów.
Lekarz II: Jakby się ulatniało – mięśnie, żyły, krew – wszystko traciło materialność.
Lekarz I: Można dowcipnie powiedzieć, że całe serce włożył w to dzieło.
Lekarz II: I tyle po nim zostało: niedokończona książka o powstaniu narodu.
Lekarz I: I niedokończone powstanie narodu polskiego. Napisał, że żadnego narodu nie można zniewolić...
Lekarz II: Dodaj, że pisał przymierając głodem, bo współwygnańcy odmówili mu nawet zapomogi.
Lekarz I : Podobno tylko była narzeczona przysłała mu, paczkę z odzieżą – oczywiście incognito.
Lekarz II : W dniu kiedy umarł wygnańcy wydali manifest, że był zdrajcą, warchołem!
Lekarz I : Mógł jeszcze żyć. Za granicą nikt mu nie szkodził – prócz Polaków.
Lekarz II: Dla nich zdarł serce, dla Polski.
Lekarz I: Właściwie nie ma serca Mochnackiego.
Nieznajomy wychodzi.
Przechodząc obok stolika – zgarnia rękopisy, jakby właśnie zabierał jego serce. Wyciemnienie.
AKT 1
Scena 1. Cela.
Zapala się widmowe światełko pozwalające odróżnić kontury przedmiotów. Prycza z poprzedniej sceny okazuje się więzienna pryczą przykrytą brudnymi szmatami; słychać „muzykę karmelicką” – stłumione jęki, brzęk kluczy, niewyraźne mamrotanie modlitw”. Rytm pulsu narzucany przez werble, dusząca atmosfera snu. Nagle odgłosy milkną. Mochnacki siada na prycz, ściska głowę rękami. Trzask odsuwanych rygli – światło pada na drzwi. Pozostają zamknięte. Jednak przy pryczy zjawia się odrealniona sylwetka: Nieznajomy - jako sędzia śledczy Hankiewicz – z miską w ręku. Twarz ma zdeformowaną – jakby założył pończochę.
Sędzia: Namyśliłeś się?
Mochnacki: Nie. I jeszcze raz nie!
Sędzia: Poczekam. To będzie jakby olśnienie: zrozumiesz, że nie ma sensu. Sny o ojczyźnie, sny o sobie samym, miłości ponad siły – Myślisz, że serce pęka – może i pęka. ale ono w ten sposób rośnie.
Wylewa zupę z metalowej miski na pryczę.
Żebyś nie musiał zlizywać z podłogi. Masz całą noc. A spać na pryczy nie musisz, skoro będziesz zajęty wylizywaniem.
Wychodzi. Mochnacki zrzuca mokre szmaty na podłogę i kładzie się na gołych deskach. Słychać stukanie w ścianę, gdy się powtarza - obok pryczy pojawiają się Lekarze.
Lekarz I : Dlaczego nie odpowiadasz?
Mochnacki: Nie rozumiem. Ktoś stuka?
Lekarz I: To taki szyfr. Twój przyjaciel, prosi o pomoc.
Mochnacki: Ale ja nie znam szyfru.
Lekarz II: To się i tak da zrozumieć. odstukaj mu cokolwiek.
Mochnacki: Nie potrafię.
Lekarz I: Ze wszystkich cel wystukują te same prośby, ostrzeżenia, manifesty, pieśni patriotyczne.
Lekarz I: Tu jest Polska. tu się niczego nie boją.
Mochnacki: Nie potrafię.
Zasłania głowę kocem. Stukanie zmienia się w głuchy, coraz cichszy stukot serca.
Scena 2. Przysięga.
Mochnacki mamrocze coś przez sen, rzuca się jakby męczony koszmarami.
Do celi wchodzą młodzi spiskowcy – Zyc, Ludwik i Podchorąży I. W narastającym świetle widzimy, że Mochnacki jest jednak przykryty jakąś derką, ale przecież nie zwracamy na to uwagi. Mistrza Ceremonii grać może którykolwiek z aktorów nie występujących w tej scenie – Sekretarz, Senator itp.
Zyc: Maurycy, wstawaj, co z tobą?
Mochnacki: Jak to?
Podchorąży I: Miałeś składać przysięgę.
Mochnacki: Przecież jestem w podziemiach.
Ludwik: Przysięgę składa się w podziemiach.
Mochnacki: Ale jestem w więzieniu na Lesznie, to dawny klasztor Karmelitów.
Ludwik: Jeszcze się nie przebudziłeś!
Podchorąży I: Wszyscy czekają, tu, za tymi drzwiami.
Uchylają się drzwi – tak szeroko, że widać następne pomieszczenie, płonące świece, grupkę młodzieży. Z głośnika dochodzą słowa przysięgi Armii Krajowej:
W obliczu Boga Wszechmogącego i Marii, Królowej Korony Polski, kładę ręce na ten święty krzyż, znak męki i zbawienia i przysięgam
Maurycy chce wejść. Mistrz ceremonii podchodzi do drzwi i ... zatrzaskuje je przed Maurycym, mówiąc:
Ty będziesz przysięgał kiedy indziej.
Maurycy zaczyna rozpaczliwie walić otwartą dłonią w drzwi.
Otwiera mu Nieznajomy: Co namyśliłeś się.
Mochnacki: Nigdy
Sędzia: Przecież dobijasz się do drzwi. Więc chyba się namyśliłeś.
Sędzia wchodzi do celi
Scena 3. Znów cela. Zyc.
Sędzia wchodzi do celi zamykając za sobą drzwi.
Sędzia: Zły syn jesteś Mochnacki. Matka tam czeka, łzy roni... A ty pychą nadęty...
Mochnacki : A...
Sedzia : Dziewczyna, panna Emilia...
Mochnacki : Skąd wiecie?
Sedzia : My wiemy wszystko. Nawet to, że na oknie stawia nieśmiertelniki. Może czeka, może nie czeka, wiecznie czekać nie będzie. Kto inny jej tam dogodzi... Albo jaka krzywda jej się stanie, nie brak tu zauszników wroga... Dumnyś pan, panie Mochnacki, a to grzech! Twoi koledzy już się namyślili... podpisali, zaczęli nowe życie.. Uczciwie przyznam, nie wszyscy, ale liczy się większość
Mochnacki: Kłamiesz
Sędzia: Oni tu są, mogą zaświadczyć. Twój przyjaciel z młodości, Ludwik został pielgrzymem, Podchorąży nawet Chrystusem, a Zyc ... no cóż, Zyc wybrał inną drogę.
Mochnacki: Co się stało
Nieznajomy: Twój przyjaciel Zyc się powiesił.
Mochnacki: Znów kłamiesz! Chcesz, żebym...
Sędzia: Możesz się przekonać, jest w celi obok. Otwiera boczne drzwi. o, tu! Za drzwiami stoi Zyc ubrany w płócienny worek, ze stryczkiem zwisającym z szyi.
Zyc?! Dlaczego?
Zyc: Bałem się, że nie przetrzymam tortur. Stukałem do sąsiadów, ale nikt nie odpowiedział. Wiesz jestem bardzo wrażliwy, nawet często się zaziębiam. A on – wskazuje na Nieznajomego - wbijał mi pod paznokieć taki płaski, zardzewiały gwóźdź.
Sędzia: Rzeczywiście, twój przyjaciel, były przyjaciel był bardzo wrażliwy. Także na krew. Obwiesił się na kracie od okna, ale trzeba przyznać, że przedtem ułożył równiutko obok siebie oba buciki. Głaszcze Zyca po głowie.
Mochnacki: A twoje życie? Michał! A książki? Mieliśmy razem pisać.
Zyc: Musisz pisać je sam .. Za nas obu, Maurycy. Nie gniewasz się?
Mochnacki: Gniewać się? Za co?
Zyc: To dobrze. Chce odejść
Mochnacki: Nie odchodź! chciałem cię zapytać...o ... o sprawy najważniejsze. przecież ty tam znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. Powiedz
Zyc wybucha śmiechem, śmieje się najpierw głośno, potem coraz ciszej, odchodzi prawie ze skomleniem
Mochnacki: Dlaczego on się śmiał
Sędzia: Poczekaj, jeszcze i ty będziesz się śmiał. Żal mi ciebie. Wiesz co nam jeden z twoich przyjaciół powiedział? Że wasza organizacja po trzy grosze sprzedawała Konstytucję 3 maja!
Mochnacki: Kłamał!
Sędzia: No, możeś ty dawał darmo, inni nie byli tak szlachetni, chcieli trochę na patriotyzmie zarobić. Powiedział też, że na ciebie wydali wyrok śmierci, chcieli cię strącić do Wisły.
Mochnacki: To wszystko były kłamstwa! I dlatego nie wydali wyroku.
Sędzia: No to może dopiero wydadzą, może cię inaczej zabiją, nie jednym ciosem. A przy okazji, nawet nie zauważasz, a właśnie żeś oto nam się przyznał, iże się ze spiskowcami znosiłeś, że konspiracja i sąd koleżeński ma i dostęp do oficyny drukarskiej i nawet katów jakichś. Szkoda mi ciebie Mochnacki, boś ty z tego pokolenia najlepszy! A robimy wszystko, być mógł jeszcze wyższe szczyty osiągnąć. A wraz z tobą ten biedny naród!
Mochnacki: Dlatego go zdradzacie?!
Sędzia: Dlatego, że my zdradzamy – ty możesz mieć czyste sumienie, ba, możesz zostać bohaterem, stanąć na czele rewolucji a nas powiesić – właśnie jako zdrajców. Dumnie: Tak, my też jesteśmy Polakami.
Mochnacki: I dlatego wysługujecie się zaborcom!
Sędzia: Dlatego, że my się wysługujemy, w tym kraju jeszcze drukuje się polskie książki, rozwija się polski przemysł. A co ty zrobiłeś dla Polski. Jaką ofiarę złożyłeś. My bo składamy to, co ma człowiek najcenniejszego: dobre imię. A mamy dobre imiona!
Mochnacki: I dlatego właśnie wami gardzę! Że byliście kiedyś ci najlepsi. Niczym barscy konfederaci, którzy po latach zwoływali konfederację targowicką – w Petersburgu! Szaniawski, w powstaniu życie narażał, belki na gilotynę układał, by zdrajców i szpiegów mordować – teraz jest szefem cenzury.
Sędzia: I największym polskim filozofem, który do przyszłych pokoleń mówi – bo wasze głuche!
Mochnacki ciągnie: jenerał Rożniecki, na czele ułanów o wolność pod Napoleonem walczył – dzisiaj policją rządzi, młodzież szpieguje, więzić każe, Niemcewicz, przyjaciel Kościuszki, pieśni o Żółkiewskim układał – dzisiaj ody do cara i sielanki dla ludu wyśpiewuje.
Sędzia: Sam mówisz, że to najlepsi, tylko ich pojąć nie możesz, nie rozumiesz, że naród, który się wykrwawił, musi wpierw okrzepnąć! Dlatego Rożniecki musi młodzież obserwować, więzić - nawet gdy małe głupstwa robi, by wielkich, karanych gardłem nie robili. I w Polsce więzi, nie w trupiej, sinej Syberii. Oni chronią ten naród – i ty! ty chłopcze powinieneś im w tym pomóc. W imię Polski!
Mochnacki: Teraz żeś się wyzdradził, Hankiewicz. Ciekawe co by twój pan, oberpolicmajster Nowosilcow, powiedział, że ty tu w imię Polski gadasz. Ja wiem, mówimy w cztery oczy, ty byś się wyparł po prostu
Sędzia: Nigdy się nie wypieram
Mochnacki: Czyżbyś był aż tak podły? Tak podły, że Nowosilcow nie uwierzy nikomu, kto zarzuci zdradę Rosji - tobie. A może od samego policjanta policjantów, od cara masz carte blanche na używanie patriotycznych słów, nawet na wejście do spisku. Ty nawet mógłbyś zabić rosyjskiego oficera, bo oni wiedzą, że za tego jednego – przyniesiesz w pysku dziesięć polskich trupów.
Sędzia: Milcz szczeniaku.
Bierze Miskę Mochnackiego i wylewając powoli zupę na barłóg dodaje:
Jak wyjdę możesz zacząć wylizywać.
Mochnacki stoi nad pryczą nie wiedząc co robić z drugiej strony wychodzi Zyc
Zyc: Ja ci pomogę. Jestem głodny.
Pochylają się nad pryczą, ale tylko Zyc wylizuje. Wchodzi Nieznajomy: ,
Nieznajomy: Znów przylazł?
Zyc kuli się w kącie, potem chowa za pryczą.
Nieznajomy ciągnie:
Męczy wszystkich, snuje się po więzieniu nocami. Trzeba mu na noc nalać mu trochę wina, nawet wody - on to bierze za krew. Z umarłymi nie możemy zadzierać, zwłaszcza my, Polacy.
Stukanie z zewnątrz – Nieznajomy się chowa - ukazuje się Urzędnik i coś szepcze do Sędziego. Do sali może dotrzeć nazwisko Nowosilcowa
Urzędnik: Tak i sprawa pilna. O los ojczyzny chodzi - można powiedzieć.
Sędzia: Niedługo wrócę. Minister Lubecki... Wychodzi za Urzędnikiem.
Mochnacki: Zyc, Zyc! Możesz już wyjść! On już poszedł!
Zza pryczy wychodzi tylko Nieznajomy – Hankiewicz.
Mochnacki: Pan tutaj.
Nieznajomy: Myślałeś, żeś się już mnie pozbył?
Mochnacki: Pan pracujesz dla Lubeckiego.
Nieznajomy: Jak pan widzisz tylko jedną połową. Drugą połową tutaj, dla Ojczyzny.
Mochnacki: Pan „dla Ojczyzny”.
Nieznajomy: Ktokolwiek tu pracuje, pracuje dla ojczyzny.
Mochnacki: Wy? Lubecki jako minister i ty jako strażnik więzienia – obaj robicie to samo: zdradzacie!
Nieznajomy: Wszyscy robimy to samo, wszystkim Polska leży na sercu. Książę Lubecki, to nie carski doradca Nowosilcow, który Polskę chciałby zlikwidować. Ale późno już na rozmowy. Pora spać.
Kładzie się na pryczę Mochnackiego. Mochnacki stoi jak głupi. Wyciemnienie.
Scena 4. Wykład i ostrzeżenie.
Mochnacki stoi jak głupi. Zjawiają się znów przyjaciele.
Ludwik: Czego stoisz jak głupi. Wszyscy już czekają.
Mochnacki: Kto?
Ludwik: Obudź się, miałeś mówić o literaturze.
Mochnacki: Ale co? ja nie pamiętam. Idzie za kolegami
Zyc: To, co pan mówił onegdaj tak pięknie, że literatura jest sumieniem narodu, jego sercem i mózgiem i jeszcze czymś więcej...
Ludwik: Że naród, który niepodległość w świecie, że tak powiemy materialnym traci, przecież nadal istnieje w tym nadpowietrznym, tam walczy, tam ma swe króle, rycerze... Teraz tylko jakieś przykłady dodać, żeby koledzy mogli lepiej zapamiętać.
Mochnacki: Ale właśnie przykładów nie ma. Mickiewicz niemieckie ballady przerabia, Słowacki jeszcze dziecko, stary Wężyk już ze sto lat swój epos o Czarneckim szlifuje i pewno nigdy go nie skończy. To trzeba dopiero pisać
Zyc: Nikt ich do tego tak nie natchnie, jak pan, który wprost z więzienia znów walczysz...panie Mochnacki. O to już tutaj.
Mochnacki: Przecież to teatr
Ludwik: Nasz klub teraz w teatrze. Ale to dobrzy Polacy.
Zyc: Przyszli, mówiłem że przyjdą.
Sędzia: To tylko publiczność. kupka snobów żądnych rozrywki – usłyszeli, że będzie coś patriotycznego.
Mochnacki: Nie, to Polacy.
Sędzia:: To jeszcze nie Polacy. Tak samo będą klaskać na każdej sztuczce. To co powiesz, do nich nie dojdzie,
Mochnacki: Dojdzie! Na tysiące sposobów będę powtarzać to jedno: że upadek narodu nie jest możliwy... Oklaski. Krzyki: Polska nie upadnie, Polska żyje!
Sędzia: Cokolwiek powiesz, będziesz dla nich tylko komediantem.
Mochnacki do sali: że upadek narodu nie jest możliwy, bez współdziałania ... Krzyki: Polska nie upadnie, Polska żyje!
Sędzia: Cokolwiek powiesz, nagrodzą oklaskami.
Mochnacki: ...upadek narodu nie jest możliwy, bez współdziałania tegoż narodu Słowa Mochnackiego przerywają oklaski...Saa nie słucha, obecni wstają, spiewająJeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy...
Mochnacki próbuje coś mówić, krzyczeć, ale nie może się przebić do widowni.
Sędzia: Przez wieki wierzyli, że Polska to Chrystus narodów i modlili się by zmartwychwstał. Tylko nie przewidzieli, że z grobu wstanie nie Chrystus, a trup Chrystusa. Idą za nim. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że jest martwy. Nikt nie ma odwagi – by zastąpić mu drogę i w martwą pierś – jak sztylet – wepchnąć żywe serce.
Mochnacki: ...upadek narodu nie jest możliwy, bez współdziałania tegoż narodu Sala spiewa ciszej, jakby odsuwała się gdzieś coraz dalej..
Sędzia: Obudź się, Mochnacki! Rusz się !
Podchorąży I- wbiegając na salę: Ruszcie się! Uciekajcie!
Zyc: Ale pan Maurycy ma wykład
Podchorąży I: To pułapka! W całej Warszawie aresztowania, po szkołach, na stancjach! Oberpolicmajster Nowosilcow szaleje, spiski tropi.
Zyc: Co robić, co robić.
Podchorąży I: Tędy, za mną. Teraz w tę bramę szybciej. Ktoś musiał carskiemu nadzorcy donieść, aresztowali nawet dzieciaka, co napisał na tablicy Vivat konstytucja
Zyc: To moja wina, to ja napisałem!
Podchorąży I: Sami widzicie.. Teraz tym korutarzem, na klatkę schodową i do góry
Mochnacki: Na strych idziemy, czy co?
Biegną w miejscu przebierając nogami. Przed nimi ściana.
Podchorąży: Za tymi drzwiami, będziesz bezpieczny. Zyc, biegnijmy ostrzec następnych! A ty stukaj trzy razy, po trzy!
Zyc i Podchorąży wybiegają ze sceny.
Mochnacki stuka we wskazany sposób. W drzwiach staje Nieznajomy.
Sędzia: Co namyśliłeś się?
Mochnacki: Kto tu?
Sędzia: Jeśli nie chcesz podpisać to ... Zatrzaskuje drzwi.
Scena 5. Próba samobójstwa
Półmrok – księżycowe, jakby trupie światło. Mochnacki skulony przy pryczy pisze coś na kartce. Słyszymy jego głos z taśmy.
Mochnacki : Wszystko, nawet nieśmiertelniki. Myślicie, że już wszystko wiecie, że już wszystkich osaczyliście... Ale wolnemu człowiekowi pozostaje zawsze jeszcze dodatkowe wyjście...
Mochnacki wstaje, podsuwa stołek do okna, wyciąga spod siennika jakiś pas czy powróz i zawiesza wysoko na kracie. Wchodzi na stołek, żegna się lewą ręką - prawą zaczyna zakładać sobie pętlę. Swiatło się nieco rozjarza, Mochnacki spostrzega, że od dłuższej chwili w kącie celi stoi Nieznajomy i ironicznie się uśmiecha. Maurycy próbuje jeszcze raz się przeżegnać, ale jest wyraźnie speszony.
Sędzia : Nie wstydź się chłopaczku.! Co, nie możesz jak ktoś patrzy? Rozumiem, wieszanie to czynność fizjologiczna, intymna. Ja mogę się odwrócić. Powiedz mi tylko. kiedy skończysz. Mochnacki stoi nadal speszony, No, zawahałeś się?.
Mochnacki : Kanalia!
Sędzia : Coś jeszcze?
Mochnacki spluwa.
Sędzia: Nie możesz? Chciałbyś, żeby ci pomóc, żeby wykopnąć ten stołek? Mógłbym służyć. Podchodzi, kopie lekko nogę od stołka. Albo lepiej nie. Jeszcze byś zdążył pomyśleć, że to za Polskę, że z ręki oprawcy - ogląda swój but - no powiedzmy, że z nogi. Polska chłopaczku ma większe wymagania.
Mochnacki: Polska! Która do carstwa doczepiona jak kolonia czarnoskórych tyle, ze nie w Afryce a bliżej! Ma konstytucję, ale rządzi Konstanty, brat cara, a nadzoruje oberpolicmajster Nowosilcow! A z tym, o łaski cara walczy książę Lubecki - nadzorca gospodarstwa i handlu. A ty, nawet nie chcę myśleć dla kogo szpiclujesz!
Sędzia: Lepszej ojczyzny nie masz, więc kochaj tę co masz! Jak chorą matkę.
Uderza Mochnackiego w twarz. Mam cię pytać, kto się cieszy, gdy Polak samobójstwo popełnia? Podsuwa mu papier. No podpisz!
Mochnacki: Ja nie mogę podpisać, to zdrada!
Sędzia: (uderzając go po raz drugi): Kto się cieszy, gdy Polak podstępów się nie chwyta i pięknie zdycha - z honorem? Nuci: Na stos, rzuciliśmy nasz życia los... Czy chcesz tego, czy nie – masz dług wobec tych, którzy kraj własną juchą zlepiali.
Mochnacki: Mam prowadzić ich prace z piętnem zdrajcy ? Mam podpisać...
Sędzia: Świstek papieru, o którym nikt się nie dowie. Ucz się słowa odróżniać od prac, gówniarzu! Ucz się kłamać – bo nie dla siebie kłamiesz, módl się – nie wierząc w Boga, a kiedy trzeba – choćbyś nie wiem jak wierzył – pluń na krzyż, jeśli na nim chcą twój naród ukrzyżować.
Mochnacki: Nie!
Sędzia - policzkując go trzeci raz: Kto się cieszy, gdy zamiast walczyć Polak daje się ukrzyżować?
Mochnacki: Teraz się zdradziłeś, wiem kim jesteś, ty wszystko potrafisz udowodnić, wszystko zamieniasz w słowa
Nieznajomy: Kiedyś Bóg oddzielił światło od ciemności, zło od dobra, ale to znów się zmieszało. Te miarki z dawnych czasów już nie nadają... Są czasy, kiedy krzywoprzysięstwo jest cnotą, zabobon - aktem patriotycznej mądrości. No, pluń na to wszystko i chodź za mną!
Mochnacki: Jestem w więzieniu.
Nieznajomy: To więzienie jest w tobie. Przechodź !
Scena 6. Pielgrzym, Chrystus i Gracz
Mochnacki: Gdzie jestem. Dlaczego tu tak ciemno.
Sędzia: Zaraz się wszystko wyjaśni i będzie dużo jaśniej. Podśpiewuje: Zaraz się wszystko wyjaśni i będzie dużo jaśniej. Pamiętasz poemat jak to Dante oprowadzał Wergiliusza, czy kogo tam po piekle.
Mochnacki: Chyba nie mógł!
Sędzia - bijąc się w czoło: O ja głupi, wszystko pomyliłem! to Boga oprowadzał. Ale obydwaj wiemy, że to zmyślenie.
Mochnacki: Nie wierzysz w piekło?
Sędzia: Ćśśś! Rozgląda się. Powiem ci coś, ale zachowaj dla siebie: piekło jest...
Mochnacki: No mów!
Sędzia: A nie wygadasz? Przysięgnij na własne serce! To ci powiem: piekło... No wiesz, nie dało się pogodzić z Bożą dobrocią... Więc: piekło jest puste, przeraźliwie puste! Jak miasto po zarazie. Wyludnione place, jakiś papier, który wiatr miota ulicą, domy ciemne, okna deskami zabite... „Zabite” - to niezła gra słów .
Mochnacki: To znaczy, że piekła nie ma?
Sędzia: Jest, tylko zupełnie inne. Wszystko się pomieszało, nawet piekło z niebem. A niektórzy chodzą na wolności. Bo nasze piekło to ogromny dom wariatów. Zyca widziałeś. Ale nie jego najbardziej chciałem ci pokazać, są u nas ważniejsi, bardziej szaleni. Jest też jest figura najważniejsza z najważniejszych, czarna karta, która przebija wszystkie inne.
Mochnacki: Nie wierzę ci ani w jedno słowo
Sędzia: Choć, sam się przekonasz. Kieruje się ku ścianie zamykającej scenę
Mochnacki: Przecież tu nie ma drzwi
Sędzia: Drzwi są, aż za dużo. Nie ma wyjścia, są drzwi do innych cel. Tak jest we wszystkich mieszkaniach, w całym kraju. Zaczyna otwierać pierwsze drzwi ukryte w ścianie: Widzisz?
Mochnacki: To dawny przyjaciel, Juliusz, nie nie Juliusz, chyba raczej Michał... Nie pamiętam..
Sędzia: Nie musisz kręcić, to nie konfrontacja. To był twój przyjaciel, poeta. Teraz on służy wyższym sprawom, nikogo nie poznaje,
W celi widzimy postać w stroju wędrowca, z kosturem. Wędruje dokoła celi, na moment staje.
„Pielgrzym”: Przyszliście mi towarzyszyć?
Mochnacki: Kim jesteś?
Pielgrzym: Jestem pielgrzymem. Wszyscy jesteśmy pielgrzymami.
Sędzia: Dokąd wędrujesz?
Pielgrzym: Do Polski.
Mochnacki: Jesteś w Polsce!
Pielgrzym: Więc tym bardziej trzeba pielgrzymować. Przyspiesza kroku. Chodźcie ze mną. Trzeba przez Zachód i przez Wschód, przynieść ziemi z grobu wygnańców, za mało mamy ziemi Przyspiesza jeszcze bardziej.
Sędzia: Żałosne! I to miałby być twój przyjaciel? Popatrz lepiej na tego Otwiera kolejne drzwi. We wnętrzu celi – klatki stoi nagi mężczyzna z ramionami rozkrzyżowanymi jak Chrystus.
„Chrystus”: Polska Chrystusem narodów. Umęczona jak Chrystus, ukrzyżowana jak Chrystus, zmartwychwstanie jak ...
Sędzia z wściekłością zatrzaskuje drzwi, otwiera następne:
Nie to nie ten, spójrz raczej tu
W tej celi też stoi „ Chrystus”. Śmieje się rozwierając ramiona i mówi:
... zmartwychwstanie jak Chrystus.
Mochnacki : Ty znowu tu:
„Chrystus” : Świat jest pełen Chrystusów, coraz nas więcej.
Do Mochnackiego : Czy ty też jesteś ukrzyżowany.
Mochnacki : Nie.
„Chrystus”: I nie chcesz dać się ukrzyżować?
Mochnacki : Nie
„Chrystus” : Więc ty nie kochasz ludzi!
Mochnacki : Kocham, ale nie dam się ukrzyżować.
„Chrystus”: To oni ci nie uwierzą, że kochasz. Miłość wymaga dowodów!Wyciągając milośnie ręce : No, chodź, ukrzyżujemy się razem!
Mochnacki: Nie, nie ukrzyżuję się!
„Chrystus”: To przegrasz!
Mochnacki: Z kim?
„Chrystus”: Z tym, który da się ukrzyżować.
Sędzia: Wariat! Mówiłem, że wariat.
Próbuje zatrzasnąć drzwi, „Chrystus” je przytrzymuje, zaczynają się szamotać, wytaczają się nawet na środek celi, przykuwają swą walką uwagę wszystkich.
Sędzia: Przynieś gąbkę!
Mochnacki: Jaką gąbkę?
Sędzia wskazując za kulisy: Leży tu, na patyku.
„Chrystus” ponawia atak padają na ziemię, wstają, walczą, wraca Mochnacki – podaje Sędziemu gąbkę[1]
Mochnacki: Gąbka.
Sędzia pojąc „Chrystusa”: Teraz będzie spał jak dziecko.
Wpycha „Chrystusa”, prawie wnosi do celi, w końcu domyka drzwi.
Mochnacki: A co z Zycem?
Sędzia: Zniknął, przepadł. Nie słyszałeś, że ludzie tu przepadają? Ty też przepadniesz! przepadniesz!.
Mochnacki: A co jest tutaj, za tymi drzwiami?
Sędzia: Tam nic nie ma, nie wolno!
Mochnacki nie zważając na protest wyszarpuje kolejne drzwi i staje oko w oko z ...Mochnackim. Ubrany identycznie, w ręku talia kart.
Mochnacki: Kto to?
Sędzia: Wiedziałem, że otworzysz. To i na pytanie sam sobie odpowiesz!
Mochnacki: Ale kto? Przecież...
Sędzia: To ci podpowiem: Polak, bohater naszych czasów. Nie poznajesz?
Mochnacki: Przecież to moja twarz
Sędzia: Nie mylisz się. Lew i lis, czyli nowy gatunek człowieka. Znasz to ze szkoły: obiit Gustavus – natus est Conradus, teraz obiit Conradus – natus est Mauritius! Żaden tam Konrad, żaden Kordian, czy inny Winkelried. To gracz który Polskę chce wygrać, wyszachrować, bo uczciwą grą jej nie wygra, lepiej powiedzieć oszust,
Mochnacki zatrzaskuje drzwi
Sedzia: Nie zamykaj, to jedyne drzwi w twojej celi!
Mochnacki: Nie jeszcze te, o tutaj, tutaj musi być Zyc.
Sedzia: Tam nic nie ma!
Mochnacki: Przecież gdzieś muszą być drzwi, którymi wszyscy wchodzicie i wychodzicie. To pewne te!
Sędzia: Nie szalej! Wracaj do celi, tam przynajmniej masz ciepło, jedzenie. Prawie wszyscy Polacy to wybrali.
Mochnacki mocuje się chwilę z drzwiami, które nie chcą się otworzyć, w końcu puszczają. Za drzwiami pusta przestrzeń, Mochnacki wychodzi w pustkę – szara, aż po horyzont równina.
Sędzia: Mówiłem, tu nic nie ma, zupełnie nic! Wszystko jest lepsze niż taka pustka. Wracaj do celi, tam masz przyjaciół, nawet wrogów – ale przecież twoich, nie cudzych. Pustka jest niebezpieczna dla życia.
Mochnacki wraca tyłem do celi. Tymczasem w celi zasiadają Lubecki z Senatorami.
Scena 7. Plany księcia – ministra.
W celi poustawiane krzesełka. Lubecki siedzi w otoczeniu kilku osób. Stroje z epoki, choć trafiają się współczesne, parę osób w garniturach, z aktówkami. Mochnacki przysiądzie z tyłu. W pewnym momencie obok niego usiądzie Nieznajomy.
Senator I: Tu jesteśmy bezpieczni. Możemy spokojnie...
Senator II : Plan księcia ministra genialny, ja zawsze uważałem, że z Rosją winna łączyć nas braterska przyjaźń, lepiej współpracować, niż walczyć.
Lubecki : W pewnym sensie cały czas walczymy. Tylko inaczej.
Senator II : Nazwisko Lubecki zawsze łączyło się z patriotyzmem.
Lubecki : Do rzeczy! Pan, Senatorze osobiście mi odpowiesz, jeśli nie dokończymy kanału. Myślał Prusak, że zdławi Polskę ściskając gardło Wisły – ja mu przez kanał Augustowski na Bałtyk wyjdę. Po drodze nasi kupcy będą w Kownie i innych miastach stawać, będą utwierdzać polskość - polskimi towarami.
Senator II : Potrzebne będą pieniądze!
Senator II : Już się mówi, że książę minister dobra narodowe wyprzedajesz.
Lubecki : Money makes the world go round. Pieniądz wprawia w ruch ziemię. Jak będzie trzeba więcej pieniędzy, to je na powrót skonfiskuję. Na razie muszę zagranicznych mistrzów kupować, stawiać domy dla nich i dla robociarzy. Anglia urosła na tkactwie – i my musimy iść w jej ślady, Żyrardów, Zagłębie, nawet tutaj w Warszawie huty będziemy stawiać, już stawiamy – cała ulica Stalowa, to będzie nasze nowe Zagłębie, gród przyszłości. New Deal, jak mawiają Anglicy.
Mochnacki – zrywa się : Plan byłby piękny – gdyby nami nie rządził brat cara i gdyby nie było senatora Nowosilcowa. To jest oberpolicmajster nad Polską, on nigdy nie dopuści do rozwoju Królestwa – on chce je wcielić jak gubernię. To on carowi w uszy kładzie, że Polsce ufać nie można, że kraj podminowany spiskami jak jedna twierdza kamieniecka,
Lubecki : Mam sposób, by cara przekonać.
Senator I : Wszystkich spisków, książę – minister nie ugasisz. Ani nie ukryjesz, bo głupi szczeniak zawsze gdzieś, choćby na szkolnej tablicy jakieś hasło napisze.
Lubecki : Przeciwnie, sam Nowosilcowowi te niedowarzone spiski wskażę.
Senator II: Czy książę nie za daleko się w demonstrowaniu lojalności posuwasz? Pomiędzy lojalnością a zaprzaństwem krok tylko...
Lubecki : Ja nie po to, by Nowosilcowowi się przypodobać, lecz aby go pokonać ... Nie chciałbym powiedzieć za dużo.
Mochnacki do Sędziego : Chodźmy stąd, tu sami zdrajcy. To już wolę gnić w lochu, tam przynajmniej wiadomo, gdzie zło, gdzie dobro.
Sędzia : Chodźmy tędy. Znajdziemy inną celę. Bardziej nawet przestronną.
Scena 8. Wozy. Powrót do celi i powrót na pole.
Sędzia z Maurycym wychodzą pozostawiając w kącie sceny zastygłych (stop klatka) dyskutantów. Zatrzymują się na proscenium. Przez scenę przejeżdżają wozy, furki i bryczki. Jadą i zarazem stoją w miejscu, tylko obracają się koła. Ludzie machają rękami i chustkami, czasem jakimś sztandarem.
Mochnacki: Dlaczego idziemy przez pole.
Sędzia: Bo te wozy już nie mieszczą się na ulicach, polami jadą.
Mochnacki: Co to za wozy.
Sedzia: Różni. I szlachcic i mieszczuch się trafi, któremu Polska, jak wódka do głowy uderzyła; włościanin nawet. Ty mógłbyś ich przed wygnaństwem ocalić – gdybyś miał więcej odwagi. No to jesteśmy w domu. Ja muszę wracać. Nie interesuje cię jaką książę intrygę uknuł...
Mochnacki: Nie jestem ciekaw.
Sędzia: Też uważam, że jest genialna, choć umysł ścisły dopatrzyłby się ryzyka. Czasem nie warto badać pewnych spraw, bo można odkryć więcej niż potrzeba. Ale nie mam czasu opowiadać, ojczyzna wzywa! A ty wracaj do celi.
Odchodzi śpiewając „Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę...”
Mochnacki wraca do celi – idzie dość długim korytarzem, na końcu którego widzi światełko. Wchodzi do swojej celi, światełko się rozjaśnia. W kącie jakaś sylwetka. To Lubecki. Gdy światło bardziej się rozjaśni widać, że na kolanach trzyma syna - ich sylwetki przypominają Pietę.
Mochnacki: Kto tutaj? Czy ja dobrze trafiłem
Lubecki: Nie pomyliłeś się, to twoja cela. Ale i moja.
Mochnacki: Książę – minister tutaj? Sędzia mówił o jakimś genialnym planie...
Lubecki: Potrzebujemy spokoju. Mój syn...
Mochnacki : On jest już duży...
Lubecki: Dziecko jest zawsze dzieckiem. Syn jest chory.
Mochnacki: Znajdę inne miejsce do spania .
Wychodzi, jest znów na polu. Podchodzi Podchorąży.
Scena 9. Dobijanie koni.
Mochnacki, jest znów na polu. Podchodzi Podchorąży z karabinem.
Mochnacki: Skąd pan się tu wziął?
Podchorąży: Zawsze kilku z nas musi zostać.
Mochnacki: Ale bitwa już się skończyła.
Podchorąży: Dlatego zostałem. W bitwie nie tylko ludzie walczą. To teraz jest najgorsze. Ludzie jakoś sami z siebie umierają, ale konie musimy dobijać!
Mochnacki: Dlaczego ja.
Podchorąży : Konie trzeba dobijać. Są bezsilne, mogą konać godzinami. Jak leżą to śmiesznie wygląda, taki potężny kadłub i takie patyki nóg, nie dziw, że tak łatwo się łamią. O, ten ma oplątane bebechy, pewno próbował biec.
Mochnacki: Co robić?
Podchorąży – podając mu karabin: Mierz między ślepia. Mochnacki mierzy z karabinu, strzela – choć wystrzału nie słychać. Dobrze, teraz następny.
Mochnacki strzela.
Teraz tego.
Mochnacki: Ile jeszcze?
Podchorąży: Całe pole zasłane. Ale nie tylko my je zabijamy. No pracuj! Od ciebie zależało, żebyś nie musiał ich dobijać.
Mochnacki: Ja już nie mogę
Podchorąży : Co chce ci się rzygać?
Mochnacki: Trochę, poza tym zmarzłem.
Podchorąży: To wejdź do tej szopy. A jeśli będą tam nieprzyjaciele – udawaj, że ich nie widzisz. Oni też będą udawać. Oni też przyszli zabijać swoje konie.
Mochnacki: Dobrze, za chwilę wrócę.
Podchorąży: Nie wierzę ci Mochnacki.
Scena 10. Sosny. Intryga Lubeckiego.
Mochnacki otwiera drzwi szopy i nagle znajduje się w swej celi. Widzi Sędziego.
Mochnacki: Znów jestem szpiclowany!
Sedzia: Tylko chroniony! Specjalnie wyszedłem z narady.
Mochnacki: Nie prosiłem o to.
Sędzia: Nie interesuje cię jaką książę intrygę uknuł. To mnie z pismem do Nowosilcowa wysłał. Oczywiście zajrzałem do środka, potem przyklepałem nową pieczęć. Tam był donos o spiskach uczniów, adres szkoły, w której uczeń napisał Vivat konstytucja. Nowosilow o spiskach groźnych dla imperium alarmuje, okaże się, że złapie paru uczniów, potem ich puści. I będzie śmiech od Warszawy do Petersburga. Już książę minister o to zadba! kupi najbardziej niezależnych dziennikarzy, opłaci największe autorytety moralne! Nowosilcow poda się do dymisji a cesarz obdarzy księcia ministra pełnym zaufaniem. Jego sny o kanałach, którymi statki wiozą zboża, o ulicy Stalowej w Warszawie o hutach i o ogrodach wokół hut – te sny o ojczyźnie będą rzeczywistością.
Mochnacki: Ciekawe po co mi to wszystko mówisz. Czy po to, żebym nie szukał wyjścia z tej celi?
Sedzia: Nie ma wyjścia, nie ma nawet ścian. Możesz wrócić tam, skądeś przyszedł .
Mochnacki: Tam straszno.
Sędzia: Tam dużo się zmieniło, tam wiele czasu upłynęło, nie to co u nas. Zresztą chodź, zobacz. Popycha go brutalnie. No, ruszaj się!
Mochnacki: Dokąd mnie prowadzisz, to nie nasze pole, to jakieś przedmieścia. Domy się kończą. Stój, skąd tu tyle drzew, to nie nasze
Sędzia: To sosny. Nasze i nie nasze.
Mochnacki : One są straszne.
Na scenie rozpadające się domy i magazyny przedmieścia. Między nimi osmalone drzewa.
Sędzia: Patrz na tych ludzi. Idziemy za nimi.
Mochnacki: Za kim. Skąd oni się tu wzięli.
Maurycy dopiero teraz spostrzega przechodzący rząd więźniów
Sędzia: No pewnie, że nie mieszkali w lesie. Musieli ich dowieźć.
Mochnacki: Co z nimi?
Więźniowie klękają.
Mochnacki : Przecież oni nie wzięli udziału w wojnie
Sedzia : Ale wojna ich dogoniła. Ty mogłeś zapobiec...
Mochnacki: Kłamca! wstrętny kłamca! odwraca się i próbuje uciekać.
Sędzia: Z tego lasu nie ma ucieczki!
Mochnacki: Musi być wyjście, musi być! Tam jakaś willa, jacyś ludzie w mundurach.
Sędzia: Nie idź tam. Ta willa nie istnieje, ci ludzie też nie istnieją.
Mochnacki: Tam jest brama.
Sędzia: To brama w jedną stronę. Nikt stamtąd nie wrócił.
Mochnacki zaczyna walić rękami w wyimaginowane drzwi.
Otwierają się bardzo powoli. Za nimi znowu Nieznajomy.
Sędzia: Namyśliłeś się? Chcesz ich ochronić? Podpisz tylko ten papier...
Mochnacki: Wolę zdechnąć. Odwraca się i wraca w głąb celi.
Przy pryczy widzi sylwetki podchorążych. Rozpalają ognisko.
Mochnacki: Co tu robicie ?
Podchorąży I : Czekamy. A ponieważ nieco zmarzliśmy...
Podchorąży II : Mieliśmy robić powstanie, ale ...
Mochnacki : Jak to powstanie?.
Podchorąży I : Ja też mówiłem, że to żadne powstanie. Car onegdaj miał przyjechać na koronację.
Podchorąży II : No już jakiś czas temu. To było jeszcze w maju 29 roku, a my cały czas czekamy i marzniemy
Podchorąży I: Dali nam wtedy ostre naboje, o jeszcze mam kilka. Ale Wysocki się nie zgodził, że to byłoby królobójstwo.
Podchorąży II : Tak Polak nie walczy – powiedział. A Wysocki to człowiek honoru.
Podchorąży I : A my już mamy tylko honor. I czekamy. Słychać kroki.
Podchorąży II : To pewnie po nas. Ale to nie Wysocki.
Wchodzi Nieznajomy - jako Sołdat - w rosyjskim płaszczu wojskowym.
Mówi szczekająco, po rosyjsku: Wychadit’ z wieszcziami.
Podchorąży I rozgląda się niepewnie. Podchorąży II tłumaczy : Z rzeczami, zabrać rzeczy.
Podchorąży I : My nie możemy, my czekamy na porucznika Wysockiego.
Nieznajomy : Lejtnant Wysockij uże zakluczionnyj. Tiepier wy! No bystro! bystro!
Do Mochnackiego: Wy niet, wy jeszczio astajoties.
Podchorążowie wychodzą. Nieznajomy zadeptuje ognisko i też wychodzi. podchorążowie dołączają do kolejki ludzi w mundurach, którzy przechodzą przez scenę, potem widzimy ich na horyzoncie: klękają nad rozkopanymi mogiłami. Mochnacki pozostaje w celi, słychać stukanie w ścianę. Wyciemnienie.
Scena 11. Przysięga
Stukanie w ścianę przechodzi w odgłos bicia serca. Mochnacki zwija się w kłębek, jakby krył się przed coraz głośniejszym stukotem. Na ścianie widać rysy, w końcu ściana się rozwala. Z rozwaliny wychodzi Nieznajomy - Sędzia:
Sędzia: Myślałeś, że można się ukryć.
Mochnacki: Czego chcesz.
Sędzia: Teraz twoja kolej.
Podaje mu rękę. Wychodzą z celi. Nieznajomy jakby się przeobraża, pierwszy raz miga czerwienią podbicie jego płaszcza.
Mochnacki: Przecież tu za klasztorem nigdy nie było takiego placu.
Nieznajomy: Jest jeszcze większy. Przyjrzyj się.
Mochnacki: Jakby resztki starego cmentarza.
Nieznajomy: Albo nowy . Widzisz te nagrobki. One wciąż rosną.
Mochnacki: Czyje to...
Nieznajomy: Nie wiadomo, nie ważne. Ważne, że rosną.
Mochnacki: Chcesz mnie zabić?
Nieznajomy: Nie, ja cię wskrzeszam. Wskrzeszam namawiając do zdrady, do zeznań. Bo tamten, prawy i naiwny – umarł. Obiit Conradus, natus est Mauritius. Wiesz skąd biorą się perły. W żywą tkankę wrzucam ci okruch kamienia. Musisz być wielki – w dobrym i w złym a jeszcze musisz wiedzieć, co dobre dla Polski, bo to się zmienia, jak karty w ręku szulera. Kiedyś Polak mógł sobie pozwolić na to, żeby być lwem, teraz musi być także wężem, także robakiem. Musisz przyjąć w siebie różne wiary, bo nie wiesz, która przyda się temu nieszczęsnemu krajowi. Ty sam - pozostaniesz przeklęty, nie będziesz mógł w żadną uwierzyć. Klęknij tu i przysięgaj: „Przysięgam” - no powtarzaj
Mochnacki: Przysięgam..
Nieznajomy: Zaprzedać serce w zamian za szczęście ojczyzny
Mochnacki: Zaprzedać serce w zamian za szczęście ojczyzny
Nieznajomy: Wyrzec się uczciwości, prawdy a jeżeli trzeba
Mochnacki: Wyrzec się uczciwości, prawdy a jeżeli trzeba
Nieznajomy: Ofiarować nawet to, co mam najwyższego
Mochnacki: Ofiarować nawet to, co mam najwyższego...
Nieznajomy podchodzi do Mochnackiego, całuje go w usta, Mochnacki pada na ziemię. Światło rozjaśnia się – Mochnacki jest znów w swojej celi. Wstaje, spokojnie podchodzi do drzwi, stuka trzy razy.
Sędzia: Co taki pośpiech, Znowu nic nie jadłeś?
Mochnacki: Daj mi papier i pióro
Sędzia: Chyba pan nie masz powodu do skarg. Badania były owszem przykre, aleś pan zniósł je mężnie.
Na gest Mochnackiego milknie, podaje mu papier i pióro
Mochnacki: Chcę być sam
Sędzia wychodzi. W celi zjawiają się Zyc, Michał i Podchorąży
Zyc: Co piszesz Maurycy, co piszesz?
Mochnacki: odezwę do narodu.
Zyc: Wspomnij o tych, co już nie żyją, co by ratować honor, sprawy nie wydać – przed wrogiem w śmierć uciekali. Czy piszesz o tym?
Mochnacki: Tak, piszę
Zyc: To dobrze, naród bez honoru to trup żywy, na każdą podłość przystanie, synów na śmierć wyda
Michał: Wspomnij o dobrowolnych wygnańcach. Oni w sobie Polskę ratowali, pamięć dziejów jak w sakwie przenosili. Czy piszesz o tym?
Mochnacki: Tak, piszę.
Michał: to dobrze. Naród bez pamięci jest trup żywy, ginie w rozpadlinach historii
Podchorąży: A wezwij do zmartwychwstania. Naród, który cierpiał jak Chrystus zmartwychwstanie jak Chrystus, tego się sprawiedliwość domaga, czy piszesz o tym?
Mochnacki: Piszę, tylko innymi słowami.
Podchorąży: To dobrze. Naród, który wiarę traci – nadzieję traci, miłość traci,
Znikają. Zjawia się Nieznajomy - Sędzia.
Sędzia: Pokaż! widzę żeś tu cały memoriał napisał...kiedyś trzeba stracić dziewictwo
Czyt.
Chowa memoriał, wyciąga mały świstek: I podpisz to jeszcze
Mochnacki: Co to?
Sędzia: Że gdybyś się o spiskach jakowyś dowiedział ... Rutynowe. Sam Mickiewicz takie podpisywał, I Zan i Brzozowski
Mochnacki: Rutynowe powiadasz pan?
Waha się chwilę, potem uśmiecha się i podpisuje. Czy coś jeszcze?
Sędzia: Jesteś wolny, tam wszyscy czekają.
Scena 12. Bal u senatora.
Znika ściana celi – roztańczony salon, wlewają się dziesiątki kostiumów. Ubiory przypominają dziwaczny bal karnawałowy – są ułani w mundurach, rycerze w pogniecionych zbrojach, chłopi Kościuszki w sukmanach. Niektóre stroje zniszczone, jakby nadpalone w pożarach, inne – zupełnie nowe. Mochnacki staje w drzwiach nieco oszołomiony.
Przy stoliku:
Senator : Podobno syn księcia ministra ciężko choruje. Nie wiadomo czy książę Lubecki przyjdzie.
Senator II : Już jest !
W drzwiach zjawia się Lubecki, przepycha się do stolika - mijając grupę młodzieży.
Młodzież przy drzwiach:
Podchorąży I: Pcha się jakby był królem.
Podchorąży II: Bo prawie jest. To Lubecki. Trzęsie Radą Administracyjną, która rządzi Polską – ale w interesie rossyjskim.
Wysocki: Ja mu się nie ukłoniłem. W tym czasie Lubecki siada przy stoliku.
Przy stoliku:
Senator I: Diabli nadali, Nowosilcow studentów a nawet podchorążych aresztuje. Podobno jakiś spisek wytropił. Z diabelskiego zrządzenia jeszcze w Brukseli rewolucja, we Francji rewolucja!
Lubecki: A ja myślę, że to zrządzenie Opatrzności, że młodzież naszą uchroni od czegoś znacznie gorszego
Senator I : Książę minister myślisz Pochyla się i kończy coś szeptem.
W drzwiach zjawia się Mochnacki, rozgląda się chwilę, poczym idzie na środek sali.
Przy drzwiach:
Podchorąży I: A to kto?
Podchorąży II: Sadząc z tych szeptów i szmerów to ktoś równie ważny.
Wysocki: To bohater. 300 dni i nocy sam siedział. To Mochnacki.
Na środku sali:
Do Maurycego podbiega pani Mochnacka
Mochnacka: O! Maurycy, jak dobrze, że już jesteś. Jest już książę Lubecki, syn u niego chory, a przyszedł tylko dlatego, że może sam senator zaszczyci. Wiesz, wszyscyśmy się martwili o ciebie, zrobiłam nawet konfitury i tomaty.
Maurycy : A
Matka : Nie chciała przyjść na ten bal. Powiedziała, że cię sama odnajdzie, jak będzie trzeba. Przesłała mi jakieś kwiatki, ale oddałam z płaszczem. Dostaniesz je po balu, one nie schną. Teraz muszę cię przedstawić paru osobom.
Prowadzi Maurycego do pary tańczących mężczyzn. Trzeba, żebyś poznał tych zacnych patriotów: oto wiarus naczelnika Kościuszki a oto wiarus Napoliona, to będą twoi koledzy.
Wiarus Kościuszki: Kłaniam, panie kolego. ponoć mamy obydwa razem w urzędzie cenzury pracować. Tam prawy Polak dużo może. Tu czegoś nie dokryśli, ówdzie oka przymknie. Najuczciwszych tam rodaków potrzeba.
Wiarus Napoliona: Wszyscy Polacy powinni pracować w cenzurze. Najlepsi – jak mesje kolega, co to jeszcze w konfederacji targowickiej służyć krajowi zaczęli...
Wiarus Kościuszki: Na to byłem za młody, niestety. Ale już wespół w zespół z dyrechtorem cenzury Szaniawskim pod Kościuszką z obcą nawałą walczyliśmy
Wiarus Napoliona: I ja mam zaszczytne karty, kiedy to pod Napolionem obcej stolicy dobywalim, a nasz najmiłościwszy cesarz – raczył był uciekać aż w Syberię.
Wiarus Kościuszki: Tak było, panie kolego. Oddaliśmy co się należy matce, pod słowem „matka” pan rozumiesz: Ojczyzna!
Wiarus Napoliona: Nie za darmo swe urzędy piastujem. Jeno za krew i honor hopsasa, hopsasa – odtańcowują w głąb sali.
W ich miejsce przytańcowuje dwóch kmiotów, grubszy i chudszy.
Kmiot grubszy: Ej Bartoszu, Bartoszu, nie traćwa nadziei. Podejrzliwie: Chyba żeście nie Bartosz?
Mochnacki: Nie boicie się dobry człowieku, ze was przymkną
Kmiot grubszy: Nie bałem się ja śmierci, to i mniejszych strachów się nie boję
Kmiot chudszy: Oba my życie dla ojczyzny narażali
Mochnacki: A gdzieście tak narażali
Kmiotkowie: No trzeba było pod Humaniem panów prać, bo się przeciw cesarzowi narażali
Mochnacki: To wy spod kresowego Humania, tak długo tu wędrujecie...
Kmiot grubszy: No nie prostą drogą idziemy...
Kmiot chudszy: A i po karczmach stajemy. Szmaty prać...
Kmiot grubszy: Nie będzie znać. Ich mać.
Mochnacki: Więc to są wasze stroje.
Kmiotkowie chórem: Dyć, nasze. Dyć to bal patriotów a nie przebierańców nijakich.
Kmiot grubszy: Wszyscyśmy autentyczni – wiarusy napoliońskie, bogaterowie spod Raszyna, zdobywcy wschodniej stolicy.
Kmiot chudszy: Wszystkie tańczą odważnie i każdy tańczy co myśli!
Przy stoliku:
Senator II : Podobno spisku młodzieży nie było, tylko tak ktoś w donosie napisał.
Senator I: Lecz i tak zbrodnię popełnił. Bo Nowosilcow pod tym nieważnym, dziecięcym spiskiem prawdziwy spisek odkrył. Starszych braci znalazł, nawet ojców.
Senator II: Nowosilcow podchorążych i studentów teraz aresztuje. Pięciu podchorążych zatrzymano, jedenastu studentów. Insurekcją jak krwią już pachnie!
Lubecki: Mam sposób, by spiskom zapobiec, by insurekcji zapobiec. Obaczycie co prasa już wkrótce wydrukuje.
SenatorI: Nie uchyli książę minister rąbka tajemnicy.
Lubecki: Mogę tylko powiedzieć, że polska, ale nie tylko polska prasa poda ukaz króla Mikołaja o postawieniu w stan pogotowia wojsk dla rychłego ich pchnięcia przeciw rewolucji we Francji i Belgii
Przy drzwiach:
Podchorąży: Była okazja, gdy car na koronację rok temu przyjeżdżał - wtedy należało go zastrzelić, choćby w kościele
Wysocki: Takie środki plugawią najszczytniejsze cele. Tak Polak walczyć nie będzie!
Podchorąży: To i nigdy nie wygra. Bo słabe środki nie plugawią, ale czynią niemożliwymi przedsięwzięcia.
Przy stoliku:
Lubecki: Bardziej bałbym się rewolucji w Polsce, a jeśli zamiast tutaj krew przelewać, chłopcy pojadą na wyprawę po Europie - to i dobrze. To jakby ich w kasie pancernej przechować. Uratować przed własną młodością. Wrócą dojrzali, głupstwa im z głowy wywietrzeją .
Przy drzwiach:
Podchorąży I: Patrzcie, cóż my tu poczniem, patrzcie przyjaciele
Otóż to, jacy stoją na narodu czele
Wysocki: Powiedz raczej: na wierzchu. Nasz naród jak lawa
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi,
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi!
Podchorąży II - rozglądając się po sali: Bawią się, kiedy naród w kajdanach.
Podchorąży III : Oni też naród.
Wysocki: A ja myślę, że ani jedni, ani drudzy. Tylko ludzie honoru tworzą naród. Reszta to tylko mierzwa! polskojęzyczna mierzwa!.
Środek sali:
Do stojącego na środku Mochnackiego podchodzi Zyc - ze sznurem na szyi:
Zyc: Maurycy
Mochnacki; Zyc! Ty żyjesz!
Zyc: Czekamy już kilka dni. odkąd tylko się dowiedzieliśmy, że masz być wypuszczony.
Mochnacki: Skąd wiedzieliście?
Zyc: Prasa podała, że wszyscy będą uwolnieni. Zresztą musieli nas wypuścić. Nic na nas nie mieli, nie było żadnej zdrady.
Maurycy: Sędzia czytał mi zeznania przyjaciół.
Zyc: mnie też czytał. Alem mu tylko pod nogi plunął, o tak!
Spluwa pod nogi Maurycego.
Teraz nas wypuszczają.
Podchodzi Podchorąży: Was wypuszczają, bo nas zaczęli aresztować. Ktoś z młodych zaczął się popisywać, podawać dużo nazwisk, by przerazić. I trafili, że istnieje naprawdę spisek podchorążych.
Zyc. Staje naprzeciw Podchorążego – zasłaniając piersią Mochnackiego i krzyczy:
Z nas nikt się nie załamał, niczego nie podpisał. Jak za ostro pytali – zbywaliśmy ich głupstwami, że jakaś panna na oknie stawia nieśmiertelniki. Byliśmy od nich mądrzejsi!
Podbiega Dama, chwyta za ręce Maurycego i ciągnie do fortepianu szczebiocząc: Tak, jesteście wspaniali! Panie Maurycy, zagrajmy na cztery ręce, grałam onegdaj z Fryderykiem ale mówią, że pan grasz lepiej, jakby nie na cztery a na osiem rąk. Jeśli i w bardziej intymnych sytuacjach masz pan tyle rąk, to może być interesujące. O, może to zagrajmy! Zaczyna taniego sztajerka. Podobno cesarzewicz rad to nuci.
Mochnacki: To raczej to!
Zaczyna grać „Warszawiankę” Dama zrywa się od fortepianu, chwila powszechnej konsternacji.
Sędzia: Bravo! To teraz takie modne! Napisał to jeden Francuz.
Dama: Ach Francuz! Zaczyna grać „Warszawiankę“ – wszyscy zaczynają podśpiewywać. Korowód wychodzi naśrodek sceny, czort wie skąd zjawia się Senator Nowosilcow. Korowód obtańcowuje senatora, słychać: Quel honneur, quel boheur, Vive notre senateur! Vivat Nowosilcow Vivat!
Dama: Jak ślicznie. lekko tańczysz pan! Tańczy przymilnie wokół Nowosilcowa.
Po niej podtańcowują do senatora patrioci i chłopi, robią kółeczko, potem klękają a Nowosilcow ich obtańcowuje.
Do Lubeckiego podchodzi jego sekretarz, coś mu szepcze.
Lubecki : Jeśli prasa wydrukowała, to dobrze, to żadna tajemnica.
Sekretarz : Ale stało się coś gorszego Pochyla się i szepce na ucho. Lubecki wstaje.
Senator I : To i my idziem tańczyć.
Senator II : I ja, i ja! Dołączają do tańczących, Lubecki wymyka się z sali.
Jakiś czas - w zależności od talentu reżysera - wszyscy zgrabnie tańczą „Warszawiankę” zfigurami, potem formują „ węża” i z „Warszawianką” na ustach wypełzają bocznymi drzwiami z sali.
Nowosilcow ze sceny macha tańczącym chusteczką. Potem siada przy stoliku i zaczyna żreć. Za plecami Nowosilcowa stoi dwóch rosyjskich sołdatów.
Scena wygasa. Zapalają się światła na widowni.
AKT II
Scena I. Podchorążowie.
Sala po balu. Na podłodze confetti, resztki żarcia; po kątach – różnie.
Wchodzą podchorążowie.
Wysocki: Polacy! godzina zemsty wybiła! dziś umrzeć lub zwyciężyć trzeba. Idźmy, a piersi nasze niech będą Termopilami dla wrogów.
Za Wysockim zjawiają się Podchorążowie skandując – chórem – jego słowa.
Polacy! godzina zemsty wybiła! dziś umrzeć lub zwyciężyć trzeba. Idźmy, a piersi nasze niech będą Termopilami dla wrogów...
Idźmy, a piersi nasze niech będą Termopilami dla wrogów ...
Termopilami dla wrogów.
Środkowy z nich wali w bęben, wszyscy mają przypięte czarno – czerwone skrzydła. Idą jakby kroczyli w miejscu. W trakcie ich marszu gasną światła, słychać trzaskanie zamykanych drzwi i okiennic. Dobosz uderza coraz słabiej, robi się przeraźliwa cisza.
Podchorąży I: Niech żyje Polska!
Podchorąży II: Niech żyje wolność!
Podchorąży I: Uciekają przed nami jak przed pochodem upiorów!
Podchorąży II: I my głupi uwierzyliśmy, że wystarczy samemu powstać, by cały naród powstał z kolan.
Podchorąży I: Nie pojmują, że aby domu bronić, wpierw trzeba dom opuścić!
Podchorąży III: Jesteśmy sami, sami! Gdy tu biegliśmy, stukałem, dajcie choć kubek wody, zmarzły mi ręce na karabinie – zatrzaskiwali drzwi.
Podchorąży I: Powstanie upadło!
Podchorąży II: Gorzej: Powstanie nie może się zacząć. Jak we śnie: idziemy – a nie ruszamy z miejsca!
Zaczyna bębnić. Niech żyje Polska! idzie nasz generał!
Podchorąży II: Niech żyje nasz generał! Generale!
Podchorąży III: Generale, ty nas poprowadzisz!
Podchorąży I : Niech żyje generał! Niech żyje Polska!
Generał: Ja ... ja całym sercem.. ale twardo ja składałem przysięgę. Na - piś - mie!
Za siebie i za was.
Podchorąży I : Za nas nikt nie miał prawa!
Generał: Wy przysięgę łamiecie!
Podchorąży I : Obowiązek wobec narodu
Podchorąży II : ...wyższy, niż wobec władzy
Podchorąży I : obcej władzy
Generał: To bunt! Ja każe was aresztować Wyjmuje z kieszonki świstawkę
Podchorąży I: Generale, ostatni raz cię prosimy!
Generał zaczyna świstać. Dopiero strzał Podchorążego III przerywa tem przeraźliwy świst. Generał chwieje się, pada.
Podchorąży I : Nie żyje.
Podchorąży III : Nasz generał... na biwaku, on z nami zupę z jednego kotła
Podchorąży II : On zdradził Polskę, musieliśmy.
Podchorąży III : On z nami zupę z jednego kotła wyjmuje pistolet mierzy do siebie,
PodchorązyII: on z nami zupę z jednego kotła Strzela, sztywnieje – lecz nie pada.
Mochnacki podbiega: Stój! Co robisz?!
Podchorąży I: Za późno.
Mochnacki: Nie upadł...
Podchorąży II: Twarz mu czernieje. Rzuca bęben, ucieka ze sceny.
Mochnacki: Gdzie podchorążowie? Mieli zabić Konstantego.
Podchorąży III : My jesteśmy podchorążowie. Ale Konstanty żyje.
Mochnacki: Jak to?
Podchorąży II : Spiskowcy go nie znaleźli. Podobno uciekł w kobiecych sukniach.
Mochnacki: Jak mógł uciec? Oni znają pałac, pełnili tylekroć wartę
Podchorąży II : Nie oni atakowali. Poeci: Goszczyński, Nabielak. Wysocki nie kazał... Wysocki to człowiek honoru.
Mochnacki: Chodźmy na Stare Miasto! trzeba odwołać się do ludu.
Podchorąży I : Nikt nie wyjdzie. Oni też się boją, stoją za firankami, za zamkniętymi drzwiami. Ucieka.
Mochnacki: Rozdamy broń ludowi!
Podchorąży III : Nie wezmą.
Mochnacki : Wiem jak ich przekonać!
Podchorąży III : Nikt ich nie przekona. Ucieka. Z boku podchodzi Sędzia.
Sędzia : I co teraz.
Mochnacki : Wysocki przyjdzie, on wyda rozkazy.
Sędzia: Wysocki - śmieje się - człowiek honoru, he, he!! Znów się śmieje.
Mochnacki: Czego się śmiejesz?
Sędzia: Przez niego klęskę poniesiecie! To on wymyślił, że podchorążowie nie mogą atakować Konstantego – bo to najwyższy dowódca, bo jemu przysięgali na wierność. na Chrystusa i jak mawia książę minister z angielska last but not least na Polskę. Dlatego do ataku na Belweder poszli poeci, Goszczyński, ten od dumek ukraińskich prowadził, a nie podchorążowie. I Konstanty im uciekł! Przy nim teraz część wojska, nawet polskiego.
Mochnacki: Jednak trzeba coś robić!
Sędzia: Nie wygrasz!
Mochnacki: Ale trzeba. Bym sobie potem w zęby nie pluł, że nie zrobiłem wszystkiego, co było możliwe do zrobienia.
Podejmuje bęben i waląc chodzi po scenie –
Scena II. Mochnacki na Starym Mieście.
Mochnacki waląc w bęben przemawia do ludności Starego Miatsa – do sali.
Na zmianę bębni i krzyczy.
Rodacy! Moskale wyrzynają Polaków! Jeżeli nie ruszycie z pomocą – przyjdą do waszych domów, rzucą was na kolana i strzałem w tył głowy, jednego po drugim, jednego po drugim... tych których nie zabiją – wyślą na wojnę do Francji, Belgii i w jeszcze dalszy świat. A kogo wróg nie zabije – zabije go czarna śmierć.
Matki! Nie zobaczycie już synów. Nocami będą przywozić czarne skrzynie, ale nie pozwolą wam ich otworzyć!
Sędzia stając za plecami Mochnackiego: Przerażasz ich Maurycy!
Mochnacki uderza kilkakrotnie w bęben, potem znów krzyczy:
Rodacy jesteście wspaniali, kocham was! Słychać oklaski. jesteście wspaniali, kocham was! oklaski, oklaski kocham was!
Sedzia : Już lepiej. Teraz decydujące pchnięcie!
Mochnacki: Obywatele! Arsenał jest nasz! Bierzmy broń – to do naszej obrony! Bierzmy ukryte tam pieniądze – to na wasze potrzeby. Warszawa, jak w 1794, jak za Kościuszki musi wziąć sprawiedliwość w swoje ręce. Twórzcie oddziały! Wybierajcie dowódców – wybierajcie nowych Kilińskich, wybierajcie nowych Bartoszów Głowackich! Każdy z was godzien złotych gwiazd pułkownika.
Mochnacki chodzi po scenie, po widowni powtarzając frazesy. Słychać w tle odgłosy wystrzałów, okrzyki: Walić psubratów! Arsenał jest nasz! Niech żyje!
Zbliża się Sędzia.
Sedzia: A ty, nie biegniesz?
Mochnacki: Drogowskaz nie idzie tam, gdzie pokazuje.
Scena III. Rozmowa z Nieznajomym.
Sędzia bierze pod ramię Mochnackiego i odprowadza na proscenium. Na scenie pojawiają się jacyś ludzie rozklejający ulotki.
Sędzia: Na razie uratowałeś Powstanie. Byłem z ciebie dumny! O tych skarbach u Nowosilcowa, o belach materiału, workach srebra. Ta biżuteria... Połowa to prezenty od Polaków.
Ale popełniłeś jeden błąd: nie obaliłeś starej rady. Nie masz rządu. Rada zebrała się i wysłała delegację - Czartoryskiego i Lubeckiego - do Konstantego. Masz już ich ludzi – odezwy przyklejają.
Mochnacki czyta : „Polacy! Równie smutne jak niespodziewane wypadki wczorajszego wieczora i nocy spowodowały rząd do przybrania do grona swojego obywateli znanych ze swych zasług i do odezwania się do was.
Sędzia: Na razie dobrali księcia Czartoryskiego, innych zasłużonych szukają...
Mochnacki: „WKs Cesarzewicz wojskom rosyjskim wszelkiego działania wzbronił, gdyż sądzi, że rozdwojone umysły Polaków Polacy sami skojarzyć powinni. Czy Polak we krwi bratniej ma broczyć dłoń swoją?” Niech ich diabli! „ Własnym umiarkowaniem jedynie ocalić się możecie od pogrążenia się w przepaści, nad którą stoicie!
Sędzia: ... wróćcie do porządku i spokojności, a wszelkie uniesienia niech przeminą z nocą, która je pokrywała!”
Mochnacki: To jakby koniec powstaniaI
Sędzia: I chce, żeby Polacy sami sobie wojnę wypowiedzieli, sami siebie do więzień wsadzali.. Oni, Moskale pozostaną z czystymi rękami. A Lubecki i jego zausznicy im w tym pomogą.
Mochnacki: Nie! Ja ich...
Sędzia: Nawet nie wiesz, gdzie ich szukać
Mochnacki: Znajdę ich!
Sędzia: Kryją się. Mogą być w każdym domu, na każdej klatce schodowej. Nawet w twoim mieszkaniu...
Mochnacki: Znajdę!
Zbiega ze sceny i - odprowadzany reflektorem - znika w bocznym wejściu. Tymczasem scena przygasa i znowu się rozpala słabym światłem.
Scena IV. Obrazek z posiedzenia Rady
Po rozpaleniu świateł na scenie widzimy jakiś pokoik, może nawet kurwią sypialnię albo jaką norę w suterynie - w nim członków Rady Administracyjnej.–
Senator I: „wróćcie do porządku i spokojności, a wszelkie uniesienia niech przeminą z nocą, która je pokrywała!” Ta odezwa ich uspokoi.
Lubecki: „Pamiętajcie na przyszłość drogiej a tylu nieszczęściami skołatanej ojczyzny – oddalcie wszystko, co by mogło narazić samo jej istnienie”. To zdanie o Ojczyźnie dobrze wtrącone. Do rana powinni rozejść się do domów.
Senator II : To powstanie było niepotrzebne. Gdyby nie rozkaz cara, żeby się do wyprawy do Belgii i Francji – nie doszło by do tego.
Lubecki : Specjalnie jeździłem do Petersburga. Sam carowi ten rozkaz podsunąłem.
Senator : Nie może być, książę?
Lubecki : To był sposób dla ratowania młodzieży. Aresztowania, które zaczął Nowosilcow dawały skutek opaczny: na miejsce jednego stawało trzech spiskowców. Koniec łatwy do przewidzenia: powstanie, rozlew krwi, hekatomba polskiej młodzieży. Przechować ich - jak w kasie pancernej! A i braterstwo broni by się nawiązało, i animozje z Rosjanami by się skończyły – co dla stosunków handlowych jest fundamentalne. Sprzedawalibyśmy im swoje produkta, a z nimi nasze demokratyczne ideały. Rzecz jasna step by step, krok po kroku , bo na dziś to dla nich jeszcze za dobre. Nie wiedzieliby jak z tego korzystać.
Senator II : Ależ ten ukaz o wspólnym wymarszu właśnie wywołał powstanie!
Senator I : I teraz problem, jak je zlikwidować.
Senator II : Co do tego, to książę Konstanty nie pozostawił wątpliwości: sami musimy to zrobić.
Senator I : Może i lepiej, Moskale byliby okrutni. Setki by powiesili, tysiące pognali w Sybir
Lubecki : A my będziemy łagodniejszymi katami, nieprawdaż? Czy wasan nie rozumiesz, że wisi nam topór nad głową. Że rząd, który przeciw własnemu narodowi, rząd bez oparcia w narodzie, będzie tylko sforą sług carskich. Anglicy mówią, że jak się wsiądzie na tygrysa to trzeba jechać do końca. Nie można już zejść, bo rozszarpie. Ale jeśli nie wsiądziemy na tygrysa – i tak nas rozszarpie.
Senator I : A więc będziemy walczyć! Niech żyje ...
Lubecki : Nie podniecaj się wacan zbytecznie. Tłumy nam gwarantują, że Konstanty nas nie zaatakuje, niech lecą choćby z widłami na Wierzbno.
Senator : Więc jednak walka. Niech ...
Lubecki – uspokajając go gestem : Nie będzie walki. Zanim plebs dojdzie piechotą na Wierzbno, pan senator tam dojedziesz konno, uprzedzisz o ataku ogromnego tłumu i o naszej bezsile. Doradzisz Konstantemu ucieczkę. Damy mu gwarancję imieniem Rady Administracyjnej. To nam zyskuje wdzięczność Konstantego i ułatwia pertraktacje z carem.
Senator I : Pertraktacje?
Lubecki : I na to trzeba zasłużyć. Rosja nie pertraktuje ze swoimi sługami a byli byśmy,s ługami, nikim więcej sami likwidując powstanie; Rosja nie pertraktuje ze słabymi. Owszem silnych próbuje oszukać ale przynajmniej rozmawia. Może nam się uda odzyskać ziemie zabrane, może jakieś korzystne koncesje.
Senator II : A co z rebelią? przecież trzeba ich rozbroić, może nawet trzeba będzie strzelać.
Lubecki : Jakie nazwiska tłum najczęściej wykrzykuje?
Senator I : Lelewela, Niemcewicza, bo to jeszcze Kościuszki adiutant, oczywiście jenerała Chłopickiego.
Lubecki : Trzeba jak najszybciej wydać nową odezwę i podpisać te wszystkie nazwiska. Jak najszybciej! The early bird catches the worm.!
Senator : Książę...
Lubecki: Tak, biorę ich do rządu. Bo z nimi to będzie rząd, teraz jesteśmy carską radą, którą zapomniani rozwiązać, ba, powiesić. A z Lelewelem, Chłopickim to będzie rząd, on będzie tym parasolem, pod którym wygasimy powstanie. Dzięki plebsowi Chlopicki zostanie dyktatorem – i rozbroi ten plebs. A oni z jego imieniem na ustach dadzą się zapędzić znów do stajni. Przygotujcie panowie odezwę.
Senator : Dopiero co wydawaliśmy.
Lubecki: Tamta już nieaktualna. Tamtą na pierwszym miejscu podpisywał Lubecki, teraz na pierwszych miejscach ma być tych trzech bogów plebsu, ja mogę być na czwartym, małym drukiem.
Senator II : A jaka treść tej odezwy.
Lubecki : Czasy teraz szybko się zmieniają, więc dla odmiany coś patriotycznego. O bohaterskim zrywie narodu! Oczywiście musi być Biały Orzeł, tan ptak dobrze działa na wyobraźnię, potem dajcie palenie naszych miast, dorzućcie zabijanie i pożeranie naszej zwierzyny chlewnej, gwałcenie kobiet, czy na odwrót. Nie ważne. Byle wzniośle. I bylebyśmy zdążyli to rozkleić nim ono sobie przypomną, że powinni nas powiesić. Pan senatorze idziesz teraz na Stare Miasto, przeczytasz odezwę rządu i poprowadzisz lud na Konstantego. Pan panie senatorze weźmiesz konia i jedziesz ostrzec Konstantego. Ale nie spiesz się pan! Jeszcze odezwa nie gotowa, Konstantego zaczniesz ostrzegać, gdy tłum będzie widoczny przynajmniej przez lunety. Jestem gotów mu budować złote mosty...Teraz panowie róbcie tę odezwę.
Senator półgłosem: Wielki narodzie polski od Dniepru do Tatrów!
Senator II: Orzeł przy pomocy Boga Ojca zrywa kajdany, jeden Bóg do pomocy to za mało, pisz pan Orzeł przy pomocy Trójcy Świętej zrywa kajdany i maszeruje walczyć z tatarskim najeźdźcą, który roi się od Żydów i Azjatów...
Lubecki: Pracujcie panowie. Ja się zdrzemnę. Syn mi dziś umarł. Jakby co, to nie budźcie. Wiecie co robić. A przede wszystkim zróbcie jedno: przygaście światło...
Scena V. Na Orlej
Plac u zbiegu Orlej i Elektoralnej. Podchorążowie grzeją się przy ogniskach, snują opowieści...
Ognisko I - opowieść Podchorążego I: Nie powiem, polskie panny dzielne i cnotliwe, naszymi potrzebami się przejmują zawiesza glos i pospiesznie dodaje: ale przystojnie, że nie powiem, wstydliwe. Mnie poradzono, bym pod adres pewnej panny Emilii się udał, która wraz z jenerałową Kicką i innymi zacnymi Polkami miały o żołnierzy staranie, co dzień modliły się o nas. Poszedłem, bo na biwaku sypiając bielizna zaplugawiła mi się robactwem. Daremne były wytrząsania nad ogniskiem, prać zaś nie było kiedy.
Ognisko II - opowieść Podchorążego II: Wysocki mi to wytłumaczył: naród, który jest zniewolony – honor traci. Niczym kobieta obmacywana, że nie powiem o chędożeniu. Albo żołnierz spoliczkowany w gębę, że o kopie w rzyć zmilczę. I żeby honor odzyskać żołnierz musi walczyć, musi do pojedynku stanąć. A Polska zniewolona – honor straciła...
Ognisko I - opowieść Podchorążego I:
Panna Emilia – prawdziwa dama, nosiła taki kapelusik z nieśmiertelnikami. Uśmiecha się, pakiecik z rumieńcami mi wręcza, mówiąc, że to bielizna. Wracam ja na kwaterę, zazdrość kompanii powodując, starą bieliznę w ogień wrzucam żeby wancki i mendy popalić, wodą każę się jeszcze polać, żeby te, co się nie spaliły potopić, potem pakiecik otwieram a tam – dwa czyste prześcieradła i chustka wyszywana. A ja bez gaci stoję...
Podchorąży III: Ale i bez wancek i mend! Przechodzi do ogniska II
Ognisko II - opowieść Podchorążego II: To tylko wielkie armie walczą o zwycięstwo. My walczymy o honor. To jak przy pojedynku, czasem trzeba silniejszego wyzwać, rany odnieść
Podchorąży III: A jeśli trupem padniesz, to czy honor trupowi się należy?
Do ogniska zbliża się Mochnacki.
Mochnacki: Co robicie? gdzie wasz dowódca
Podchorąży: Grzejemy się.
Mochnacki: A dowódca? Wysocki?
Podchorąży I: Poszedł szukać jakiegoś chleba. Głodni tu jesteśmy.
Podchorąży III: Nie, najpierw poszedł po rozkazy. Bo nie wiemy, co dalej począć.
Podchorąży I: Tak czy siak, od kilku godzin go nie ma. A nam tylko kiszki marsza grają.
Mochnacki: Dwustu chłopa skręca się z głodu, szczęka na zimnie zębami, zamiast walczyć. Każdy z was powinien już dowodzić własną kompanią, albo nawet pułkiem, wroga bić a wy... Stoicie bezczynnie! czekacie aż Polska znów upadnie.
Podchorąży Nie nasza to wina
Podchorąży II: Co możemy zrobić?
Mochnacki: Bić wroga, bić naszych zdrajców!
Podchorąży: Wysocki mówił: naszą rzeczą było wywołać powstanie, władzę oddamy w bardziej godne ręce.
Mochnacki: Piękne to ale naiwne. Bo władzę zdrajcy przechwytują! Bo kiedy dom się pali – wszelkie robactwo wyłazi. Wy przelewacie krew, a stanowiska przechwytują ludzie podli, tchorzliwi a co najgorsze: głupi. Oni myślą, że car zapomni o buncie, o tym żeśmy wciąż zdolni do buntu. Powstając - każdy z nas złożył donos na siebie. Rosja tego nam nie daruje. Mamy jeszcze zapraszać ich do domów, czekać aż przyjdą, aż z mieszkań nas wywloką. I nasze kobiety, i dzieci! Pozabijają deskami na krzyż drzwi szkół i kościołów. Choćbyśmy dobrowolnie chcieli oddać zęby – wolą je siłą wyrwać. I wyrwą jeszcze mózgi i serca. Najlepsi z was zawisną na szubienicach, albo pójdą na Sybir, w białe pieklo.
Podchorąży II : Co robić?
Mochnacki: Wyście zaczęli rewolucję – wy musicie ją skończyć. Bo czekanie, to na śmierć czekanie!
Podchorąży III: Dobrze się mówi, ale...
Mochnacki: Trzeba zdrajców uwięzić, żeby wroga nie sprowadzili. Trzeba władzę powstańczą stworzyć - Znacie ludzi prawych, to przecież także wasi ojcowie, sąsiedzi, wielu z was. Ten rząd ochotników powoła, ziemię im da a najważniejsze – rozkaz wymarszu rzuci. Żebyście tutaj jak bydlęta nie marzli, gdy wróg tam zbiera siły. Uderzyć zanim Moskal z zaskoczenia ochłonie! Nie z Konstantym w Warszawie ale z Mikołajem w Petersburgu się układać! Ruszajmy bracia!
Podchorążowie wstają, formują szyki, ruszają – ale jakby szli w miejscu.
Mochnacki: Szybciej! Nim wróg ochłonie! Przed podchorążymi staje Wysocki.
Wysocki: Stać! Dokąd? Bez rozkazów?!
Mochnacki: Dobro Polski dla nas rozkazem.
Wysocki: Nie wolno zaczynać od gwałtów, od warcholstwa.
Mochnacki: Kto kocha Polskę za mną!
Wysocki: Po moim trupie! Kładzie się jak Reytan na ziemi. Nie splamicie rewolucji polską krwią!
Podchorąży I: No to jak będzie, panie Mochnacki. Bić się czy nie bić?
Podchorąży II: Po nim! Nie wahać się!
Mochnacki: Ustąp, Wysocki!
Wysocki: Nie pozwalam! Polskę chcesz teraz dzielić, burdy wzniecać!
Mochnacki: Chcę ją tylko oczyścić!
Wysocki: Musisz zacząć ode mnie! Uderz!
Nieznajomy podsuwa się i podaje Mochnackiemu karabin z bagnetem : Uderz!
Mochnacki zamierza się, pochyla, ale nie może zadać ciosu. Nogi się pod nim uginają. Flaczeje.
Wysocki wstaje. Krzyczy: Na miejsca! Odmaszerować!
Podchorążowie odchodzą. Jeden z nich spluwa pod nogi Mochnackiego. Drugi nawet zamierza się kolbą. Przechodzą. Mochnacki zostaje sam.
Nieznajomy zaczyna odciągać Mochnackiego.
Scena VI. Kpiny Nieznajomego.
Nieznajomy : Byłeś stworzony dla tej jednej chwili, wiem – sam cię miesiącami tworzyłem. Tylko ty mogłeś poprowadzić ich do zwycięstwa. I po toś memoriał karmelicki pisał? Na nauczycieli własnych donosił? Z kolegów, że dziecinni patrioci szydził! Chodź, to już koniec. Finis Poloniae. No, chodź!
Mochnacki: Dokąd mnie ciągniesz?
Nieznajomy: Do domu! O już jesteśmy na miejscu. Wchodzą do celi.
Mochnacki: To jest...
Nieznajomy: Tutaj jesteś bezpieczny. Czekaj, przyniosę ci zupy. I łyżkę, żebyś nie musiał wylizywać.
Podchodzi do drzwi – ktoś szarpie.
Scena VII. Fałszywy uśmiech losu.
Do celi wkraczają Podchorążowie i Urzędnicy z rewolucyjnymi kokardami i resztą przyodziewku.
Podchorąży I : Ty miałeś rację Maurycy, jakbyś był jasnowidzem
Podchorąży II : Musisz przemówić do ludzi, tylko ty możesz uratować !
Sędzia: Ale mówcie panowie po porządku. Ja jestem Ausländer. Cudzoziemny, Niczego nie pojmuję.
Podchorąży Urzędnik I : Lubecki najpierw wypuścił Konstantego, potem wysłał delegację do Petersburga.
Urzędnik I : Prosiliśmy o przyłączenie ziem zabranych, o to żeby podatków nie wysyłać do Petersburga, to by nasze ziemie bogaciło, przemysł by się rozwijał.
Urzędnik II : Car nawet do końca nie słuchał. Nogami tupał, potem swoje warunki dyktował. Armię przeprowadzić w Płockie i rozbroić. Prowodyrów takich jak Wysocki, Goszczyński w tiurmu, on potem są nad nimi zwoła.
Urzędnik I : Chłopicki też w niełatwej sytuacji, bez zgody cesarza dal się ogłosić dyktatorem. Pewno, żeby oczyścić się przed carem aresztował Wysockiego.
Mochnacki : Co, Wysocki aresztowany?
Urzędnik I : I jeszcze kilku podchorążych. Mają ich wysłać do pułków, żeby Warszawy nie podburzali.
Podchorąży I : Polskimi rękami polską niepodległość dławimy!
Urzędnik I : Lubecki jakieś nowe odezwy Rady Administracyjnej szykuje, bo znów mówi, że to jest rada a nie rząd.
Podchorąży I : Zwołujemy klub Patriotyczny. Musisz przyjść do nas. Tylko ty masz plan, jesteś jasnowidzem rewolucji – wychodzą –
Urzędnik : Tym korytarzem w lewo, wszyscy czekają
Mochnacki z podchorążymi wychodzą.
Scena VIII. Wzlot i upadek Mochnackiego.
Przemówienie Mochnackiego przerywane oklaskami.
Mochnacki: Bracia! Oklaski. Bohaterowie Rzeczypospolitej. Oklaski. Wy jesteście przyszłością kraju, jego młodością! Oklaski. Od was teraz zależy zwycięstwo.
Wylicza na palcach punkty prowadzące do zwycięstwa. 1/ Nie wolno czekać. Samo powstanie jest dla nich zaskoczeniem, trzeba uderzyć, 2/ trzeba przenieść wojnę najpierw na Litwę, wtedy dołączy do nas następnych sto tysięcy, potem w ich ziemie – wtedy żywimy wojsko z ich płodów a nie ogołacamy swoich wsi i miast.
Głos I : Dobrze mówi!
Głos II : Trzeba nam także w Galicję, ziemię lwowską oswobodzić. Tam też Polacy
Mochnacki : Ziemię lwowską kocham nie mniej niż wy, ale jeszcze nie czas. Nie możemy mieć kilku frontów.
Głos II Coś pan za bardzo Austrię kochaszI
Mochnacki : Nie kocham, ale wroga w niej nie chcę.
Glos II : Ty być Habsburga na tron wpuścił!
Mochnacki : A tak. Wtedy ich siła, by przeciw Rosji, nie przeciw nam! Bo siły mamy mało. Dlatego musimy chłopów w kamasze ubrać, chamstwo nawet nobilitować, w karabiny uzbroić! Nie może być, by mniejszość była narodem!
Glos I : Próbował to Kościuszko – nie wyszło.
Mochnacki : Bo im dawał za mało.
Głos II: A pan dajesz z cudzego majątku.
Mochnacki : Moskal zabierze wszystko, nasz rząd nawet i nie połowę! Ale dać trzeba. Chłopi swojego będą bronić zębami, pańskiego nie ! A jeśli wszyscy pod broń staną, nawet jeśli Moskal tu wejdzie – to nie wyjdzie, bo zginie tutaj.
Głos III : Nie mówisz pan o patriotyzmie!?
Mochnacki : Tutaj trzeba rachować. Może i ze stu szlachty się obrazi, z walki wycofa. Ale w to miejsce tysiące włościan za karabin chwyci. Jest tu kilka milionów mężczyzn, są kobiety nie głupsze od nich. Moskwa takiej armii ani nie ma, ani nie może mieć! Oklaski.
Mochnacki: Rewolucja jest umiejętnością, nie sentymentalną opowiastką. Tu trzeba wiedzieć jak swoich zbroić, jak obcych atakować. Trzeba ich szarpać, szpiegować, przecinać drogi, zatruwać studnie.
Głos II : To zbrodnia!
Mochnacki : Nie większa, niż zabijanie naszych kobiet i dzieci!
Głos II : Tak Polak nie walczy!
Mochnacki : Dlatego i przegrywa! A je chcę was uczyć zwycięstwa. Rewolucja jest umiejętnością!
Glos II : Tak prędzej naród zmienisz w Rosjan, niżbyś kazał się uczyć rosyjskiego!
Z tłumu występują Świadkowie – przeciwnicy Mochnackiego: Zyc (Wisielec z powrozem na szyi), Michał (Pielgrzym), Podchorąży (Chrystus).
Zyc: nie wierzcie mu Polacy! To zły człowiek. On w więzieniu podły memoriał pisał, na młodzież donosił, na nauczycieli. A jak go wypuścili – w cenzurze pracował, wycinał z ksiąg strony o polskich bohaterach i męczennikach.
Mochnacki : Żebyście się nie wieszali
Zyc : Może i kto się powiesił, ale ilu przy tym wyszlachetniało!
Pielgrzym : Donosił na pielgrzymstwo, na świata emigrację.
Mochnacki : To żebyście z kraju nie wyjeżdżali!
Pielgrzym: Może i kto wyjechał, ale ile dobrego dla Polski uczynił!
„Chrystus” – Podchorąży : On kpił nawet z idei Chrystusa narodów!
Mochnacki: To żebyście walczyli! Byście nie wyzdychali czekając na cud zmartwychwstania!
Życ: To oszust! Wszystko przekręca! Precz z nim!
„Chrystus” : Najlepszych oskarża! Rząd działa rewolucyjnie, to najlepsi. A on kto?!
„Pielgrzym” : Śmierć Mochnackiemu!
Chrystus: Kto jest bez winy, niech ciśnie kamień. Podnosi z ziemi kamień i ciska w Mochnackiego. Ten trafiony łapie się za twarz, potem zaczyna się cofać,
Głosy : Śmierć Mochnackiemu! On jest agentem moskiewskim
Glos II : Albo pruskim. Na latarnię z nim!
Padają następne kamienie. Mochnacki stoi oniemiały. Z boku podchodzi Emilia – wyciąga rękę.
Emilka : Maurycy nie stój.
Mochnacki : Emilia! Skąd ty tutaj?!
Emilia : Rusz się daj rękę.
Mochnackiprobuje ją przytulić, dziewczyna odsuwa go na odleglość ręki i zaczyna ciągnąć. Rusz się! Oni naprwadę cię zabiją.
Ciągnie go i zbiegają ze sceny, Światło kilkakrotnie szybko gaśnie i się zapala.
Nieznajomy patrząc za nimi:
Nieznajomy: Im może uciekniesz, ale ja - wszędzie cię znajdę
Scena IX. Rozstanie.
Emilia i Maurycy stoją zdyszani na środku sali, przed pierwszymi rzędami.
Maurycy : Uratowalas mnie! Od jutra
Emilia : Nie będzie żadnego jutra.
Maurycy : Zgodnie ze starym obyczajem, moje życie należy do ciebie.
Emilia : Nie chcę ciebie, nie chce zdrajcy, oszusta!
Maurycy : Przecież ja dla ciebie...Żeby być z tobą, z matka, tylko dlatego to podpisałem!
Emilia : I co? Miałabym kiedyś to powiedzieć naszym dzieciom? Z oddali słychać krzyki. Ktoś idzie. Lepiej żebyś się ukrył. Zrobiłam, co musiałam, ale żegnaj...Odchodzi. Z głębi sceny. Z drugiej strony nadbiega pościg.
Zyc Patrząc na Mochnackiego : Znów nam uciekł. Nikogo nie widzę.
Nieznajomy : Nie, tam stoi! To na pewno on. Podnosi laskę krzycząc : Łapać zbrodniarza!.
Maurycy ucieka bocznym wejściem. Po chwili za nim przebiega przez salę grupa ścigających go patriotów. Na scenie zapala się światło.
Scena X. W gościnie u Lubeckiego.
Scena oświetlona świecami - gabinet Lubeckiego. Sekretarz stoi przy oknie, Służący w liberii pod drzwiami. Lubecki siedząc przy stoliku przegląda jakieś papiery
Lubecki: Co z depeszami?
Sekretarz: gdy rozszyfrują – zostaną natychmiast doręczone.
Słychać hałas za oknem.
Sekretarz: Znów motłoch. Wiozą szubienicę i krzyczą. „Niech żyje rewolucja”. Stanęli
Lubecki: To może po mnie.
Sekretarz: Książę – minister raczy żartować. Służący się żegna.
Lubecki: Jeśli to po mnie.. No nic, podaj mi cygaro. Z tych lepszych. Z tych co miały być dla księcia Konstantego.
Służący : Ośmielam się, przepraszam, ktoś się dobija.
Lubecki: To niech otworzy! Pewnie nas przyszli powiesić. A wcześniej niech poda cygaro. To dla nich za dobre. Do Sekretarza : Pamiętasz tę anegdotkę.
Sekretarz : Wiem, że książę – minister raczył ją tyle razy opowiadać, iż powinienem pamiętać, ale jestem tak zdenerwowany...
Lubecki do Służącego : No, idź po nich. Służący wychodzi, książę wącha, następnie zapala cygaro, częstuje Sekretarza.. No trudno - słychać krzyki - opowiem panu jeszcze raz. Ostatni! To rodzinne wspomnienie, o księżnej Patey – Grabowskiej. Otóż jak wyszła za mąż, bo ona z naszych angielskich kuzynów, oczywiście było wesele, sam książę Konstanty zaszczycił... Oczywiście potem noc poślubna a rankiem, no, może koło lunchu, młodzi wychodzą na taras. Księżna przeciąga się rozkosznie a widząc prostych ludzi w ogrodzie, czy polu, pyta księcia małżonka: A czy oni, ci prości ludzie, czy oni tak samo... - Co tak samo?- pyta książę małżonek. – No, tak jak my, noc poślubna i te rzeczy – mówi księżna oblewając się pąsem. - Tak samo, odpowiada książę. - A czy to dla nich nie za dobre?
No, nie wiem, czy zdążymy zrozumieć i się roześmiać. Wbiega Mochnacki a za nim tupocze Służący.
Służący : To ten człowiek. Jakby szalony, nie dałem rady powstrzymać.
Lubecki: Mochnacki?
Mochnacki: Chcą mnie zabić?
Lubecki: Tłum tak zawsze. Potem zabija, albo nie ale tak czy siak mu przechodzi.
Do Służącego : Niech przyniesie nam po kieliszku - wie czego.
Służący wychodzi.
Lubecki do Sekretarza : Sprawdź pan wreszcie, co z tymi depeszami!
Sekretarz odchodzi.
Lubeck do Mochnackiego : Na razie zostaliśmy sami. Chwilę możemy być szczerzy. Proszę siadać.
Mochnacki : Książę ratujesz mi życie? Po tym, że ja chciałem księcia
Lubecki : Niebezpiecznie jest tak wysoko latać, panie Mochnacki
Służący wraca – podaje na tacy wino.
Lubecki : Możesz pan pić, możesz pan się nawet upić. Pańska rola już zakończona. Ci mali, głupi ludzie...
Mochnacki : To nie tak. To najszlachetniejsi rzucili oskarżenia... Myśleli, że anarchię wzniecam, że obcym służę, a to znaczy, że o dobru Polski myśleli. W czasach Targowicy grabarzami byli zdrajcy, ale teraz, to najuczciwsi...
Lubecki : Nie okłamuj pan siebie, Mochnacki. Powiedzieć dlaczegoś pan przegrał? Z lenistwem tego narodu pan przegrał. Z lenistwa uwierzyli w nieskazitelność najlepszych, z głupoty wierzą, że rząd działa rewolucyjnie. Polskie wady przebrały się za cnoty i robią karnawał. A pan chciałeś psuć ten karnawał. Nie z cnotami pan przegrałeś, Mochnacki. Z lenistwem przegrałeś, z głupotą, z dziecinną lekkomyślnością narodu. A ja chcę ich do pracy przyuczyć, do dojrzałości zmusić.
Mochnacki: Dlatego chcesz paktować z carem?!
Lubecki: Z królem Mikołajem Pierwszym, koronowanym w Warszawie. Póki trochę sił jeszcze mamy. Starczy wrócić do tego, co nam w Wiedniu Kongres międzynarodowy obiecał. Przemysł własny, oświata, nawet wojsko ...
Mochnacki: To obcy władca... Z oprawcami tu przyszedł, z bagnetami!
Lubecki: Nie bardziej obcy, niż Batory, czy Jagiełlo, którzy po polsku nie umieli.
A jego bagnetami polskie warcholstwo utemperujemy. A da Bóg, to dzięki tym bagnetom ziemie które Niemcy zabrali – odzyskamy.
Mochnacki: A nasza rewolucja?
Lubecki: Im prędzej o niej i Rosja i my zapomnimy – tym lepiej. Może paru niedowarzonych młokosów wypadnie na czas jakiś zamknąć. Ale warto! Tu trzeba myśleć statystycznie: za skórę paru niedowarzonych poetów, przyznajmy, żaden nie jest Byronem, możemy uzyskać setkę fabryk, które dadzą prace tysiącom ludzi, setkom tysięcy tanią odzież... Dorzucić paru nieudanych mówców a uzyskamy zgodę na otwarcie uczelni, która wykształci nie poetów i gaduły, a inżynierów, naukowców,
Mochnacki: Znam to: Budować kanały, robić banki ,
Lubecki: Potężne banki, bo w ręku rządu a nie prywatnych kupców. A rząd kupcem najpotężniejszym, z wszystkimi wygra, fabryki postawi takie o jakich pojedynczy handlarz może tylko marzyć
Mochnacki: Wiem, Żyrardów i inne takie.
Lubecki: Ale pan nie wiesz wszystkiego, pan widzisz tylko do jutra – a ja na setki lat. Jeśli fabryki będą tutaj – tam na wschodzie będzie step tylko. Wokół fabryk wyrosną miasta, przyjdą ludzie
Mochnacki: Z całego imperium.
Lubecki: Najlepsi z całego imperium. Pionierzy. Ci co mają odwagę porzucić rodzinną wieś, przewędrować tysiące wiorst – żeby trafić do manufaktury, albo do polskiej uczelni. Jak ci, co z Anglii do Ameryki ruszyli, albo lepsi. Do nas zawsze przychodzili najlepsi – i stawali się Polakami. Włosi, Niemcy, czasem i Żydowin się trafił. I Gall Anonimem zwany, i Wit Stwosz – pierwszy w Świecie, może obok jednego Michała Anioła i poeta Dantyszkiem zwany... Wszyscy zostali Polakami!
Mochnacki: Pan zapominasz, że Moskwa nas podbiła!
Lubecki: Rzym także podbił Grecję, potem Rzym padł, a Grecja tysiąc lat kwitła!
Mochnacki: Nim jej inny barbarzyńca nie podbił. Pańskie kanały, fabryki – a cóż im to przeszkadza. Wolą, by w Polsce cuchnące manufaktury stały, by Polak po łokcie ręce urabiał. Oni tylko podbiorą miód!
Lubecki : Więc pan jesteś za walką?
Mochnacki : Pański pokój jest bardziej zabójczy, niż wojna! Pół serca polskiego już wygniło... Choćby miesiąc, choćby tydzień wolnością oddychać – to da siłę, powstaną dzieła, które ocalą pokolenia
Lubecki: Widzę, że niebezpiecznie pana stąd wypuścić, dobry z waści demagog, panie Mochnacki
Mochnacki: Nie mogę obiecać, że z wdzięczności wyprę się swoich myśli
Lubecki: Już raz się pan wypierałeś.
Mochnacki: Po to by ważniejsze sprawy ratować. Dla Polski nie żal czasem nawet i jaką zdradę popełnić i memoriał haniebny podpisać.
Lubecki: I młodych romantyków do więzienia karmelitów zamknąć.
Mochnacki: Myślisz pan o mnie? Jestem gotów!
Lubecki: Nie i to z dwóch powodów. Po pierwsze, pan już przegrałeś, po drugie – już kiedyś ... Skoro tak szczerze gawędzimy, Mochnacki, przyznam ci się, że i ja w twoim uwięzieniu miałem udział.
Mochnacki: Słyszałem, żeś się z Nowosilcowem znosił, by spiski młodzieży ukrócić.
Lubecki: No, może nie w tym celu, ale rzeczywiście, coś o spiskach młodzieży mu napisałem. Myślałem, że znajdzie tylko dziecinne piosenki i przysięgi, może nawet czytanie wierszyków Mickiewicza – nic wielkiego, a hałas który Nowosilcow wznieci – w całym imperium go ośmieszy. Wtedy król jego odsunie a moich rad będzie słuchał. Niestety znalazł więcej, niż myślałem ze znajdzie, znalazł że młodzi zmawiali się z podchorążymi.
Mochnacki: I na podchorążych też żeś doniósł.
Lubecki: Przenigdy! Za kogoż mnie uważasz Mochnacki. W tej sprawie samego Nowosilcowa przechytrzyłem i przeskoczyłem, bom radził wyprawę do Belgii. Właśnie żeby podchorążych ocalić – i tego zrywu nieszczęsnego uniknąć.
Mochnacki: I tak książę go wywołałeś!
Lubecki: Tym bardziej mam obowiązek zgasić, do polskich prac powrócić.
Mochnacki: I książę tak mi to wyznajesz, nie boisz się że...
Lubecki: Nie. I wcale nie dlatego, bym cię miał za człowieka honoru, bo nie jesteś. I nie dlatego, żeś nie dorósł, panie Mochnacki, tylko dlatego, żeś go przerósł. Nie boję się tego co powiesz, dlatego, że Polacy za warchoła i oszusta cię mają. Nikt tobie nie uwierzy – a ja się wyprę.
Sekretarz wraca: Depesze rozszyfrowane. Ale nie wiem. ...
Lubecki wstaje rzuca okiem na papiery. Odprowadź pana Mochnackiego. Nikt już po niego nie przyjdzie, nawet tylko po to by go zabić.
Mochnacki zatrzymuje się jednak z pytaniem : Jakieś niedobre wieści?
Lubecki: Właściwie mogę powiedzieć. Wojna.
Sekretarz: Włości księcia ministra też zajęte, manufaktury razem z ludźmi wywożą do Petersburga.
Lubecki : Oh, no, to dla nich za dobre, to u nich tylko zło wywoła.
Mochnacki: Nie ma wyjścia, musimy walczyć! Przynajmniej ja. A książę?
Lubecki: Zrobię wszystko by wam się nie powiodło.
Mochnacki: Wstąpię – choćby na szeregowca, choćby pod przybranym nazwiskiem!
Lubecki: Anglicy mówią nie płacze się nad rozlanym mlekiem. Jeszcze dziś jadę do Petersburga. Będę lobbował i będę czekał na waszą klęskę – żeby zacząć od nowa.
Sekretarz wyprowadza Mochnackiego, w trakcie przechodzenia przez kulisy następuje podmiana aktorów, lub ten sam aktor błyskawicznie zakłada pończochę na twarz. Przystają. Nieznajomy się odwraca.
Mochnacki: To znów ty
Nieznajomy: Mówiłem, że przede mną nie uciekniesz.
Mochnacki: Mochnacki: Zacznę życie od nowa. Jako prosty żołnierz.
Nieznajomy – z obcym akcentem: Wiem. Będziesz walczył pod Wawer, Liw, Prytycz, Długosiodlo, Nadborów, Kościelec otrzymasz nawet Virtuti Militari. Będziesz walczył pod Ostrołęka – otrzymasz straszne rany.
Mochnacki: Co w tym strasznego?
Nieznajomy: A nie będą to zwyczajne rany, tylko takie, co najbardziej bolą. Zwłaszcza jedna. Ta w bok.
Mochnacki: Co w niej nadzwyczajnego?
Nieznajomy: Kula trafiła tak, że cztery rany zadała! Pocisk uderzył w bok, wyszedł z drugiego boku, pod żebrami i trafił w lewą rękę, którą też przerwał na wylot.
Mochnacki : To się zdarza. Dalej nie pojmuję...
Nieznajomy: Ciężka, niezwykle ciężka. Muszę iść po lekarzy. A ty się połóż, odpocznij.
Scena XI. Pole bitwy. Majaczenia.
Mochnacki leży na polu bitwy. Ktoś nadchodzi.
Mochnacki: Czy to lekarz?
Lubecki: O pan jeszcze żyjesz?
Mochnacki: Książę minister? Słyszałem, że książę wyjechał.
Lubecki: Tak, do Petersburga. Zboczyłem tylko nieco, by zobaczyć, co się dzieje. Niestety – wy wciąż walczycie. Nawet ta bitwa pod Ostrołęką – nierozstrzygnięta. Przez takich jak ty – bohaterów. W gazecie o tobie pisali.
Mochnacki: Książę byś wolał, żeby tam był mój nekrolog, byśmy wszyscy ponieśli klęskę.
Lubecki: A im szybciej – tym lepiej. Time is money. Mniej krwi polskiej by się polało.
Mochnacki: A książę byś swoje plany mógł realizować.
Lubecki: To jest tylko realne: trzeba budować przemysł, banki, stalownie.
Podchodzi Nieznajomy: Z tym trochę się komplikuje. Nasz król i car doszedł do wniosku, że stalownie lepiej w Petersburgu aby stały. Przewiózł je wraz z majstrami do Petersburga. Warszawie tylko ulica Stalowa została.
Lubecki : Co mam począć, co mam począć?
Nieznajomy : O Księciu – ministrze też car i król pomyślał. Masz książę bal przygotować, taki à la polonaise.
Lubecki : Co? poloneza??
Nieznajomy : Cały bal karnawałowy. To wielki zaszczyt. Dotąd tylko jeden z Polaków to czynił. Król August, wkrótce po abdykacji. Bal do dziś pamiętany. Książę minister będziesz drugi.
Lubecki : A tak, trzeba się spieszyć. Może z tego co dobrego dla nieszczęsnej Ojczyzny wyniknie. To nawet piękny pomysł, zbliża narody. Ale polonez – nie. To dla nich za dobre. Jakąś godność trzeba zachować. Wybaczcie panowie. Adieu!
Odchodzi krokiem tanecznym- np. menueta. Macha z daleka chusteczką: Adieu!
Nieznajomy : Do swidanja!
Mochnacki : Zostaliśmy sami.
Nieznajomy : Nie, ktoś tu znów idzie.
Przez scenę kuśtykając przechodzi Wysocki.
Mochnacki : Lekarz?
Nieznajomy : Nie, Wysocki. Sam ranny.
Mochnacki : Co mu?
Nieznajomy : Więcej, niż człowiek może znieść. Bronił Woli, w kościółku – tam pierwszą ranę otrzymał, do niewoli się dostał. Na Sybir go w kajdanach pognali.
Uciec próbował razem ze szpiclem Kasperskim, który mienił się oficerem, a był bandzirem zesłanym za kradzież. On spisek zrobił i potem wszystkich wydał. Wysocki tysiąc pałek dostał
Mochnacki : To śmierć.
Nieznajomy : On przeżył.
Mochnacki : To niemożliwe.
Nieznajomy : Może w moskalskich mundurach też ludzkie serca się kołatały. Może nie bili mocno, jak zazwyczaj. Przeżył - i znów go zakuto
Mochnacki: Nie ma kajdan na nogach!
Nieznajomy: Na duszę mu włożyli. Do kraju jak widzisz wrócił, tysiące wiorst. Ale już o następnym powstaniu słyszeć nie chce, spiskowców z domu wygnał.
Mochnacki: Żyje jeszcze?
Nieznajomy: Widzisz, że żyje. Tylko nikt nawet nie wie. Błąka się nikomu niepotrzebny po Polsce, przepraszam, teraz mówią po Priwiślanskim Kraju. Dawny bohater. Zejdźmy, tu będą dobijać konie.
Scena XII.
Wózki odjeżdżają ze sceny – odsłaniając szereg klęczących na horyzoncie żołnierzy. Za nimi pojawiają się oprawcy. Strzelają w tył głowy. Żołnierz, który otrzymał strzał – wstaje z klęczek i – jak we śnie – odchodzi. Po nim następny, następny
Mochnacki : Dlaczego?
Nieznajomy: Jak się strzela w tył głowy to rozwala się taki nerw. Następuje skurcz mięśni, mniej krwi wypływa, mniej krwi brudzi ziemię.
Mochnacki próbuje wstać i odejść. Nieznajomy go odpycha.
Ty musisz zostać do końca. Ja wrócę. Już niedługo.
Mochnacki pada na ziemię, Nieznajomy, odchodzi.
Epilog
Mochnacki leży, zjawia się znowu dwóch lekarzy.
Lekarz I : Ile tu trupów, to była rzeź, nie bitwa!
Lekarz II : O ten jest bardziej umarły od innych!
Lekarz I : To ten, który próbował poderwać ich do ataku, pierwszy skoczył
Lekarz I : Wiem, w gazetach o tym pisali. Dostał Virtuti, czy coś. Ale nie to jest najdziwniejsze,
Lelarz II : Kula trafiła tak, że cztery rany zadała! ! Pocisk uderzył w bok, wyszedł z drugiego boku, pod żebrami i trafił w lewą rękę, którą też przerwał na wylot.
Lekarz I : Tak, cały mundur do niczego, przynajmniej góra. Na szczęście w buty nie dostał, ciągnij!
Lekarz II: Ale i to nie było najdziwniejsze.
Lekarz I : A co?
Lekarz II : To, że wystrzelono ją z boku, z polskich szeregów!
Lekarz I : Ćśśśś! ktoś idzie. Jeszcze nas wezmą za tych, co obdzierają trupy.
Lekarz II : Więc udawajmy księży. Albo wariatów
Zjawia się Nieznajomy : Jestem ... zgodnie z umową.
Lekarz : Za wcześnie!
Nieznajomy : Jak to przecież już obdzieracie trupa!
Lekarz I: Skądże! My go wskrzeszamy. A mundur nie da się wskrzesić, strasznie podziurawiony, zdjąć trzeba
Nieznajomy : Zostawcie w spokoju trupa!
Lekarz II : Trup nie trup, ale ma jeszcze dużo do zrobienia!
Lekarz : Musi walczyć jeszcze w paru ładnych bitwach!
Lekarz II : Potem pójść na wygnanie,
Lekarz I : Będzie mówił do pustych sal, pisał książki, których nikt nie przeczyta.
Lekarz II : Przyjdź później. Może za trzy lata.
Nieznajomy : Ale jego serce...
Lekarz II : Sprawy się komplikują. Niby zostało wyjęte ale...
Nieznajomy : Ale...?
Lekarz I : Właściwie wyskrobano szczątki serca. Ale niech się panu nie kojarzy, to coś odwrotnego niż skrobanka. Było całe spękane, zniszczone jak u starca.
Lekarz II : Jakby przeżył nie jeden a kilka żywotów.
Lekarz II : Jakby się ulatniało – mięśnie, żyły, ta krew. – wszystko traciło materialność.
Lekarz I : Można dowcipnie powiedzieć, że całe serce włożył w to dzieło. Wyciąga zza pazuchy Mochnackiego pokrwawione rękopisy.
Lekarz II : I tyle po nim zostało: niedokończona książka o powstaniu narodu.
Lekarz I : I niedokończone powstanie narodu polskiego.
Lekarz II : Pisał ją przymierając głodem, bo współwygnańcy odmówili mu nawet zapomogi.
Lekarz I : Mógł jeszcze żyć. Za granicą nikt mu nie szkodził – prócz Polaków.
Lekarz II : Dla nich zdarł serce, dla Polski.
Lekarz I : Właściwie nie ma serca Mochnackiego.
Nieznajomy wychodzi. Przechodząc obok stolika – zgarnia rękopisy, jakby właśnie zabierał jego serce. Czyta jedno zdanie:
„Zniewolenie narodu nie jest możliwe, bez współdziałania tego narodu”.
Nieznajomy śmieje się i wychodzi. Ze sceny, znacznie ciszej słychać raz jeszcze ostatnie zdanie – i raz jeszcze śmiech. Światło gaśnie.
Od autora
Habent sua fata libelli.
Prezentowana tutaj wersja dramatu o Mochnackim, nigdy nie była drukowana, ani nawet wystawiana; nie istniała. A jednocześnie ze sceny, czy z głośników radiowych padały prawie wszystkie wydrukowane tu kwestie, nie dopisałem też nowych postaci, przeciwnie – kilka musiałem zlikwidować. Dramat przeżywał przygody, które również nadają się na dramat.
„Sny o ojczyźnie” prezentowane były kilkakrotnie, to znaczy kilkakrotnie się zmieniały, żyły. Dramat o Mochnackim otrzymał główną nagrodę na zamkniętym konkursie MKiS na polską sztukę współczesną. Jeśli dobrze pamiętam przewodniczącym jury był Jarosław Iwaszkiewicz, czy jednak sztukę czytał czy jedynie „dał nazwisko” – nie wiem. Zaplanowane spotkanie Jurora z Laureatami zostało w ostatniej chwili odwołane – Iwaszkiewicz zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem.
„Mochnacki” został zapowiedziany przez kilka teatrów, potem jednak zaczęły się dziać rzeczy dziwne... Miał zostać wystawiony w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach – „spadł” jednak po awanturze wywołanej ulepieniem przez uczestników teatralnego kuligu pomnika premiera Jaroszewicza. Pomnik był moją zemstą za zdjęcie przez premiera (!) mojego widowiska „Coś więcej niż przetrwanie”; zdjęcie „Mochnackiego” – zemstą za ów pomnik. Tak to się kręciło. Wezwano mnie nawet na przesłuchanie „na okoliczność” – była to raczej rozmowa, niż awantura, zostałem jednak poinstruowany, że w Kielcach nie mam szans i powinienem się wynieść. Ze swej strony poinformowałem przesłuchującego, iż opinii na temat premiera nie zmienię. Zabawę przerwało pozbawienie Jaroszewicza funkcji. Sztukę udało się wystawić w Teatrze Polskim w Poznaniu – 2 maja 1980 roku – z Wojciechem Sztokingerem jako Mochnackim i Joachimem Lamżą jako Nieznajomym (Hankiewiczem). Wersja nagrodzona i wersja wystawiona różniły się znacznie, co było wynikiem tyleż działalności cenzury, co inwencji reżysera spektaklu, Romana Kordzińskiego. Wizjoner, poeta sceny wciąż szukał „teatralności”, która pozwoliłaby sztukom przetrwać ofensywę filmu i telewizji. W swoich realizacjach starał się maksimum tekstu przełożyć na gest i ruch sceniczny – zamieniając czasem przedstawienia w sekwencje żywych obrazów. Wyreżyserowany, a właściwie przetworzony przez niego „Mochnacki” zyskał uznanie dwóch komisji, które zakwalifikowały go jako jedną z – ich zdaniem – najlepszych premier na festiwal we Wrocławiu. Przed prezentacją został starannie przerobiony, „odwilż” pozwoliła przywrócić skreślone w Poznaniu fragmenty i ostatecznie spektakl otrzymał Nagrodę Młodych (1981) we Wrocławiu i Nagrodę im. Bohaterów Warszawy – w stolicy. Wbrew pogróżkom doszło też do opóźnionej realizacji w Kielcach (1981, reż. J. Pazdro). Zaistniało też, niczym meteoryt, amatorskie przedstawienie Mochnackiego – do meteorytu pozwala mi je porównać to, że – o ile wiem - miało tylko dwa wystawienia. Niemniej coś można było robić. Tylko „Dialog” zachował się ...jak zwykle, to znaczy nie odważył się drukować.
Wspomnieć też muszę o niescenicznej – i może dzięki temu najciekawszej – prezentacji. W roku 1981 Teatr Polskiego Radia wyemitował – przez zaskoczenie - skrócone do 60 minut słuchowisko „Mochnacki. Sny o Ojczyźnie”. Ograniczenie czasowe zmusiło mnie do znacznych skrótów: „wyjąłem” opowieść o intrygach i ambicjach ks. Lubeckiego i zrobiłem z tego drugie słuchowisko „Lubecki. Sny o Ojczyźnie”, do osobnej realizacji. Z rozpędu napisałem także dramat „Wysocki. Sny o ojczyźnie”, który również został skierowany do realizacji w Polskim Radio (reżyserował twórca większości moich słuchowisk, Jan Zelnik - fachowiec, do tego opiekuńczy) – niestety, wybuchła wojna jaruzelsko - polska. Jako działacz „Solidarności” zostałem uroczyście wyrzucony z radia, wraz ze mną wyrzucono ten – i parę innych – moich dramatów. Gorliwie i wrzaskliwie przesłuchiwały mnie dwie komisje. O wyrzuceniu zdecydował red. Krzysztof Berling, syn znanego skądinąd generała, jeden z liderów „Grunwaldu”. Donosy o mojej działalności pisał niejaki „Fred”. Przypominam ten fakt nie dlatego, by po latach popisywać się doznanymi krzywdami, tylko dlatego, że właśnie dramat o Mochnackim, który był już wyemitowany, jak i parę innych, czekających na emisję zostały przez komisję całkiem inteligentnie zinterpretowane, jako „antyradzieckie” i podane jako dodatkowe powody ewentualnego „rozwodu” z radiem. No chyba, że podpiszę takie „dżentelmeńskie zobowiązanie” i zmienię tematykę, oni mają nawet propozycje tematów... Oczywiście niczego nie podpisałem, oczywiście mnie wyrzucili.
Nagranego już na taśmę „Wysockiego” nie udało mi się odzyskać; na pociechę została mi taśma z „Mochnackim” i na niej głównie opieram prezentowaną tu wersję.
[1] W momencie wyjścia Mochnackiego poza scenę - podmiana aktorów Z gąbką wraca aktor podobny, podając ją stoi tyłem do publiczności – i tak będzie do końca sceny.













