Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Marek Jastrząb



Martusia



Jan StępieńMartusia była kuzynką, córką siostry mojej Mamy, towarzyszką zabaw u dziadków, rówieśnicą, której nie lubiłem w dzieciństwie. Nie czułem do niej sympatii, gdyż odznaczała się powagą, dojrzałością rozwiniętą nad wiek. W odróżnieniu ode mnie, była ponad miarę uparta i stanowcza. Kiedy wbiła sobie coś do głowy, nic nie mogło zawrócić jej z drogi. Powzięta przez nią decyzja musiała się zakończyć sukcesem. Przez wiele lat nasze kontakty były urozmaicone oczekiwaniem na wieści. Jednakże tak zwane losy rzuciły nas w różne strony i tym sposobem –  poprzednie uległy naporom nieznośnej geografii.

 


Pisywaliśmy do siebie listy, sążniste i nietypowe, bo istotne, przeplatane relacjami z drobiazgów. Z każdym strzępkiem wspomnienia powstawały w nas lawiny odmiennych skojarzeń. Powarkiwaliśmy na siebie korespondencyjnie, prostowaliśmy zatarte fakty, przedstawialiśmy je obiektywnie, czyli po swojemu, a moje wyblakła przeszłość, uzupełniona wynurzeniami Martusi, dawała mi obraz utraconego domu. Wymienialiśmy ploty o sprawach zrozumiałych tylko wtedy, gdy znało się ich kontekst i wiedziało, kto jest kim, jaki wuj, jaka ciotka, skąd się wywodzą, co reprezentują. Mimo dzielącej przestrzeni, docierały do mnie wiadomości o różnej wadze, jedne usypiające, inne  - nie. Przedstawiała zamazane w pamięci, ledwo naszkicowane sylwetki ludzi z naszej rodziny, z którą miałem luźny, iluzoryczny, niemal śladowy kontakt. Przejezdni, znajomi, przygodni turyści zawadzający o moje okolice, donosili mi, co z nią, jak się ma.  Z biegiem lat kilometrowe wynurzenia Martusi nadchodziły rzadziej i nieregularnie. Stawały  się coraz bardziej  lakoniczne, oddalone od rzeczywistości:  ograniczały się do zwięzłych komunikatów i  krótkich depesz.

*

Mieszkała ze swoją Mamą:  osobno, z dala od reszty rodziny. Zajmowały niedużą norę, parterowy domek schowany za winogronami. Od ludzi oddzielał je las, za którym skrywała się pętla tramwajowego toru.  Mama Martusi była skromna, zrównoważona, do przesady potulna. Wciąż zadumana, nie ujawniała przygnębienia. Wytrwale i z przejęciem opędzała się od życia. Jak mogła, tak chodziła wokół codziennych utrapień. Stroniła od użalania się nad sobą, nad innymi, którym wiatr nie wiał w oczy i powodziło się lepiej.


Ojczulek Martusi pędził z początku żywot poczciwca. Potem już nawet nie usiłował udawać porządnego.  Zhardział. Pierwszy mężczyzna cioci, facet otrzaskany z bajerowaniem, ożenił się z nią i przez jakiś czas nie żałował swojej decyzji. Miał swobodę, mógł chodzić, gdzie chciał, bez celu, choćby na polowania z przygodami w tle. Wiedział, że mogło przytrafić mu się gorzej, choćby spotkać kłótliwą zołzę z wymaganiami. Ale znalazł roztropne stworzonko skłonne do przymykania oczu, istotę w łaciatym szlafroku, erotyczny przedmiocik niezadający pytań, idiotycznych czy kłopotliwych, wpędzających go w konfuzję, zażenowanie i   przeprosiny.


Zaraz po ślubie okazał się uczuciowym skąpiradłem. Czułe spacery przy księżycu zostały zastąpione chropowatą pospolitością. Serdeczny i nadskakujący przed, po - rozwiał jej złudzenia, obnażył się, wyszło z niego powietrze i zaczął być rozdrażnionym mrukiem. Kiedyś skromny, teraz miał krwiożercze kły. Jego poprzedni, egzaltowany romantyzm szlag trafił i dowiedziała się, że poezja, owszem, na wstępie znajomości ma sens, niewielki co prawda i w zasadzie niepraktyczny, bo pochłania za dużo energii, dając mikre efekty, niewspółmierne do kosztów i stawki, ale sensu tego już nie ma, gdy trzeba zająć się domem, czyli nim, kiedy należy zadbać o jego wymagania, zatroszczyć się, by miał kawę na zapęd, koniecznie ze śmietanką, nie za ciepłą, nie za zimną, tylko w sam raz do chlipania, papierosy, obowiązkowo z filtrem, ekskluzywne, ułożone na podorędziu, przygotowane dla przyjaciół.  Mimochodem dodał też, że z kumpli nie ma zamiaru rezygnować. Stwierdził, że miłości obustronnej nie ma, a zamiast niej, po świecie grasują rozczarowania, egoizmy i nieodwzajemnione uczucia, bo świat jest hodowlą zaganianych sobków zapatrzonych we własny brzuch. A najważniejsze, oznajmił, odtąd ma zajmować się tylko tym, by miał wolną głowę i nie zaprzątał jej duperelami, czynszem, rachunkami za telefon, za co bądź, głupimi pieniędzmi na głupie święta, no i żeby było posprzątane.


Co powiedziawszy, z uczuciem satysfakcji płynącej z dobrze wykonanego zadania, pospiesznie znikał w przyległym pokoju i od tego momentu datowała się jego emocjonalna absencja na łonie podstawowej komórki, od tej pory przestał bywać na familijnych spędach, zjazdach i rodzinnych kongresach od siedmiu boleści.  Zamykał się w swoich nieistniejących problemach i siedział w gabinecie. Ale kto go tam wie, czy siedział! Może spał albo patrzył przez lupę, oglądając znaczki, pamiątki z niegdysiejszych zamiłowań, i wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby mu cię chciało ruszyć tyłek i jakby odzyskał niegdysiejszą werwę, utraconą tak jakoś niepostrzeżenie.

*

W mężu więc nie znalazła oparcia. Prawdę mówiąc, jako głowa rodziny, awaryjny kochaś w rzadkie dni- bez- piwa, nie nadawał się do znalezienia czegokolwiek. Gnębiło ją to: od chwili, gdy zamieszkali razem, wyłącznie zajmował się sobą. Miała więc w co wkładać ręce i przez co nie zasypiać. Myślała o czymś stale, non stop gimnastykowała się, by było, na to czy  tamto, robiła wszystko żeby ją nareszcie docenił i przestał opędzać się od niej. I choć z każdym kolejnym latem wstępowała w nią nadzieja, jakkolwiek uroiła sobie, że wreszcie musi odmienić się jej los, optymizm, niezaspokojona ufność, całe te starania brały w łeb, gdy pojawiał się w drzwiach i rozpoczynał swoje mętne perory.


Kiedy zamieszkał z nią, wyznał, że od dawna uskarża się na wrzody żołądka. W łazience poustawiał swoje buteleczki z lekarstwami, torebki z ziołami, kieliszki na krople, co wyglądało tak, jakby baterią medykamentów chciał wydusić z niej współczucie. Presja tego widoku miała przekonać Mamę Martusi, że nie udaje, że coś mu jest i w związku z tym musi być wobec niego przymilająco grzeczna. Wchodził do kuchni i przystępował do narzekania. Jego śledczy wzrok sprytnie omiatał otoczenie. Chowając twarz w dłoniach z nagłym postanowieniem, że ma coś ważnego do zakomunikowania, manifestacyjnie wycierał nos, co miało być pretekstem umożliwiającym zadanie mu rozdygotanego pytania o zdrowie. I pytanie takie obowiązkowo padało: usta ciotki wykrzywiał grymas troski.


Przypatrywał się jej z tym wytężonym znawstwem człowieka, który jeszcze nie wie, że urwał mu się film i ciągle gada, choć już nie ma o czym. W piżamie, zlany potem, siadał na krześle. Trzymając się za brzuch, odgarniając z czoła włosy, bajdurzył o tym, co go trapi, ssie, uwiera, kim był, zanim ją poznał, a kim został w rezultacie. Jojczył, że jak długo żyje nigdy nic mu nie pasowało, praca była nieziemsko podła, wydoiła z niego resztki, ale resztki czego, nie precyzował. Zanosił się od wzburzenia, słaniał pod naporem krzywdy, z miną samobójcy  –  fiksata pukał w niskie, zafrasowane czoło, zapalał peta i tak przygotowany do wywierania wrażenia na ciotce, zabierał się do snucia  intymnych zwierzeń.


A zaczynał od stwierdzenia, że wszystko mu przepadło i obwisło. Wołał w zacietrzewieniu, iż nawet dzieciństwo miał żadne i stale depczą mu po życiorysie, do teraz pali go zgaga, bo przecież kiedyś zapowiadał się i rokował, pokładano w nim i żywiono wobec niego. I gdy tak ubijał retoryczną pianę, ciocia odnosiła wrażenie, że im więcej powołuje się na życiowe niefarty, tym jego deklamacje stają się mniej wiarogodne. Któregoś dnia powiedziała Martusi, że gdyby rzeczywiście miał te swoje bóle, byłby może więcej szczery i nie zachowywał się jak zakompleksiony Narcyz. Uważała, że człowiek autentyczny, zdeterminowany, a nie - mimozowata pierdoła, winien przybrać mniej żałosną postawę wobec tego, co przeżywał dotąd.


Lecz ojciec Martusi, który istniał dzięki swoim złudzeniom, nie miał ochoty na wysłuchiwanie prawdy. Była dla niego zatrutym pokarmem: jeżeli odczuwał gastryczne nieprzyjemności, wolał żyć w przekonaniu, iż dokucza mu rozstrój żołądka, niż wiedzieć o tym, że jego kłopoty mają swe źródła w wyrzutach sumienia.  Wobec tego nie przejmował się stanem swoich nerwów i żył wbrew ich ostrzegawczym sygnałom; pogrążony w rzekomej nieświadomości, lekceważył te objawy, które widzieli wszyscy i  jakich nie był w stanie ukryć. Pragnął być zwodzony, bo niekiedy kłamstwo przynosi ulgę, tak jak prawda często przyśpiesza wykonanie wyroku, a podczas gdy z neurotycznym podekscytowaniem czekał na swoją dawkę współczującego zainteresowania, ciotka stwierdzała z rozgoryczeniem, że jej mąż jest umysłowo rachitycznym  fatygantem.


Nieraz przyłapywała się na myślach mogących go zranić. Choć były szczere, nie nadawały się do weredycznych wypowiedzi. Wiedziała, że chwilowa satysfakcja ofiarowuje krótkotrwałe zadowolenie: czy prawda potrzebna jest temu, kto woli żyć w złudzeniach i wierzyć w swoje zalety, cechy, które dla niego są niepodważalne, dla innych natomiast są zaledwie poszukiwaniem chwilowego rozgrzeszenia?  Sądziła,  że na zatajeniu prawdy można niekiedy szybciej zajechać, aniżeli na jej brutalnym, agresywnym przedstawianiu! Niejednokrotnie zadawała sobie pytanie: czy nie o to idzie, by tylko zbliżać się do niej, delikatnie jej dotykać, niż bez ogródek wywalać ją, powiedzieć: oto daję ci ją na tacy, taki jesteś, udław się swoim rzeczywistym obrazem?

*

Któregoś dnia przestał dyrygować ich życiem. Niedługo potem opuścił je, a rozwód przypieczętował sprawę. Kiedy go zabrakło, gdy raptem przestało być go „wszędzie za dużo”, Mama Martusi ożyła. Nareszcie poczuła się sobą: jakby gniotący ją ciężar przestał się w niej rozprzestrzeniać. Z czasem zaczęła nie zauważać, że odmaszerował:  pochowała fotografie ze ślubu. Jednak nie wypowiadała się o nim źle. Po prostu pod żadnym pozorem nie zabierała głosu na jego drażliwy temat. W myślach mojej kuzynki też nie zagrzał miejsca. Mało ją obchodziło, jak mu się układa. Co innego z ciotką: ciocia nie pogodziła się z faktami. Choć spowodował w niej trwały uraz, jakkolwiek usłał jej życie brakiem róż, to ciągle była gotowa mu wybaczyć.  Zrozumiała, że zaczyna się dla niej duchowy przednówek, nadciąga ołowiany czas potępienia przez tych, którzy nie mieli pojęcia, co przeszła. Stwierdziła, że coraz częściej zauważają,  jak zaciśniętymi wargami, ekspresją twarzy, wyrazem oczu mówi, że jej życie było psu na budę, oni zaś, z fałszywą gorliwością, wytrwale i dla żartu starają się temu zaprzeczać, zapewniać, że to, co obchodzi i wzrusza ją teraz, podobne jest temu, co przejmuje i dotyka ich.

*

Najmłodsza przez pięć lat, otoczona powszechnym zainteresowaniem, nawykła do bezustannych pochwał, niezasłużonych nagród, które spadały na nią tylko dlatego, że była jedyna, opacznie potraktowała narodziny swojej siostry, a mojej Mamy: jako niespodziany zabór przynależnych jej praw, zbijający z tropu i niesprawiedliwy zamach na dotychczasowe przywileje. Przedtem przyzwyczajona do roli rozpieszczanej jedynaczki, nagle obudziła się jako dodatkowa gęba przy stole i niesforny brzdąc pętający się pod nogami; dawniej ulubienica hołubiona przez wszystkich, oczko w głowie dziadka, została teraz pomiotłem do trzepania skóry i wynoszenia śmieci. Pod wpływem zżerającego ją oburzenia, rozdzierająco wrzeszcząc z wściekłości - tupała, wybiegała na podwórko, szukając przyjaciółek zdolnych pojąć wyrządzone jej kuku. Lecz dziewczynki rozbiegały się po swoich przyjemnościach, a głód przywracał jej rozsądek.


Wieczorkiem, gdy dziadek kończył swoją rundkę wokół chudoby, i prócz babci - zgarbionej nad zlewem - nie było nikogo, skruszona, pokorna, wsuwała się do kuchni, siadała na zydlu i godziła się z myślą, że już nie jest pępkiem świata, godziła się z przekonaniem, że rozmiar i kapryśny kształt rzeczywistości zależą od rozmiarów i kształtu posiadanej wiedzy, od fantazji i ciągłych przesileń woli, rzecz jasna woli należącej do innych, lepszych, mądrzejszych, oblatanych w tym, co uchodzi, decydujących za nią, co dobre, a co do luftu. Jej dorywczy preceptorzy, babcia, chwiejna i niekonsekwentna, z której zdaniem nikt się nie liczył, dziadek, zajęty dialogiem z lampą, zaabsorbowany pieszczotami z nalewką, miotający przeczytanymi kiedyś aforyzmami, sentencjami, tombakowymi myślami, brali się za edukację Mamy Martusi. Lecz po miesiącach spędzonych w umownym zaciszu rodzinnego domu, w otoczeniu ludzi nastawionych do niej wrogo, dających jej do poznania, że z ich strony nie ma co liczyć na życzliwość, utraciła wiarę w drugiego człowieka. Oto nagle, dobitnie i bezwzględnie, przestano się nad nią roztkliwiać. Co rusz dawano jej do zrozumienia, że jest pyłkiem,  paprochem na wietrze, nieskończonością ulotnych cząstek tańczących w bezkresie przestrzeni, utwierdzano w przeświadczeniu, że nie jest żadnym ewenementem, kimś niepowtarzalnym.

*

W parę lat po rozwodzie, Mama Martusi wyszła za mąż powtórnie. Kuzynka początkowo obserwowała go sceptycznie. Kiedy przed wyznaczeniem daty ślubu zjawiał się w domu, mojej ciotce przynosił wiązanki, bukiety i czekoladki, a Martusi - książki. Jednak ani kwiaty, ani książki, nie były podarunkami mającymi je oszołomić, olśnić, zmusić do wdzięczności. Patrzył na nie jak na zwykłe osoby. Jego intencje były jasne i od razu oczywiste: pragnął sprawić im przyjemność. Z mety zaskarbił sobie sympatię Martusi, bo polubił ją bezinteresownie: nie dlatego, że była córką jego przyszłej żony i tak wypadało postąpić, ale dlatego, iż dostrzegł w niej człowieka. Wkrótce nazywała go Tatą.


W odróżnieniu od biologicznego, nie stanowiła dla niego przykrej wpadki zagalopowanego ciała. Ani jej, ani Mamy nie pouczał, strofował, dopasowywał do swoich wyobrażeń o małżeństwie. Nie był też napuszonym cymbałem. Na wielu rzeczach się znał. Wiedział na przykład, jak wprawić je w świetny humor. Chodził z nimi do kina, do teatru, gdy zdarzała się jakaś zacna sztuka w niezłej obsadzie, niekiedy do filharmonii. Mówił mało, ale choć był milczkowaty, wyrażał się celnie.

 

I tak im się wiodło, aż zaczął słabować. Przestał wstawać, zmalał, upodobnił się do wiórka. Na pytania odpowiadał monosylabami, niewyraźnie, bełkotliwie. Przykro było patrzeć na niego. Mama Martusi robiła mu rosołek, a że na przemian było mu to gorąco, to zimno, poiła ziółkami i serwowała grog z wanilią.


W ów czas pojawił się mały szkopuł, zrazu nieodgadniony, szczególnie dla kuzynki, lecz dla jej Mamy całkiem dający się pojąć, ten, że większość jego znajomych poczynała migać się od częstych wizyt, odsuwać się od okazywania mu sympatii. Odwiedzali go coraz mniej entuzjastycznie i prawie niechętnie. Wprawiał ich we wstydliwe zakłopotanie. Burzył im ustalony porządek rzeczy. Nadąsani, wiercili się niespokojnie. Coraz łatwiej  nie patrzeli na Tatę Martusi. Spoglądali na boki, a on, jak gdyby już był poza ich percepcją, pomalutku przechodził na drugą stronę. Targany medytacjami, ukrywał się wśród swoich metafizycznych ciał, oni zaś, którzy od razu wiedzieli, czy opłaca się posiedzieć przy nim, czy warto zdobywać jego przychylność, teatralnie ożywieni i kabotyńsko zrelaksowani, szeptali między sobą. Zmieszani sytuacją, w jakiej ugrzęźli, porozumiewali się ponad głowami matki i córki. Jednakże to, czego byli naocznymi świadkami, nie miało w sobie cech rozstrzygających i niewątpliwych na tyle, by mogli uważać, że uczestniczą w umieraniu. Jeżeli tak im się wydawało na początku, to już po chwili zalęknionego przyglądania się Tacie Martusi, nie byli tego tacy pewni.


Jej Tata przygotowywał się do walki wymagającej olbrzymiej odwagi, zbierał się do kolejnych targów o jeszcze trochę życia. Ciężko wzdychając, podnosząc brwi, zbierał resztki sił do odbycia kolejnego etapu, szykował się do podjęcia rozstrzygających pertraktacji z Nieuchronnym, do pożegnalnej utarczki z Nieznanym. Na darmo więc składali usta do pocieszania, na próżno sposobili się do układania pogrzebowych przemówień nad otwartą mogiłą, niepotrzebnie kombinowali, jak o tej zgniłej porze roku zabezpieczyć prześliczne wiązanki i gdzie kupić wieńce, jakie napisy ułożyć na szarfach i klepsydrach, czy na pogrzebie podadzą ciepłe kiełbaski lub w co ubrać twarz na stypę. Kurtuazyjnie przejęci, jak na sygnał trąbki wzywającej do odwrotu, jak na komendę odwołującą szarżę, wstawali z miejsc i podchodząc do okna wymizerowanym krokiem, głaskali Mamę Martusi po zrozpaczonych plecach, a wnosząc w górę nawodnione oczy, wychodzili.


Był wtedy tak lichy, nieruchomy i przezroczysty, że gdy nareszcie stało się to, co musiało nastąpić, a ciotka z krzykiem padła na jego pierś, Martusia nie potrafiła pogodzić się z jego odejściem, uporać  z tym, że nie zdążyła go poznać, nagadać się z nim tak, jakby tego chciała, bez osłonek, otwarcie, swobodnie. Obwiniała go o to, że pewne rzeczy działy się albo za wcześnie dla niej, albo zbyt późno dla niego: przychodziły, gdy nie były już możliwe do przekazania i gdy na wypływające z nich wnioski nie było już odpowiedniej pory. Wkrótce dotarło do niej, że ci, których ledwie co zdążyła pokochać i chciała dzielić się przemyśleniami, znajdują się nie tam, gdzie ona. Nie mogła pogodzić się z faktem, że jej miłość skończyła się, nim nastała. Powoli, uparcie odczuwała, iż to, w czym dzisiaj tkwi, nie odpowiada wczorajszym wspomnieniom. Pojęła iż wkracza teraz w zaklęte rewiry ulotnych doznań, w te rejony, w których nawet dzisiejsza tęsknota nie ma wczorajszego znaczenia, tak jak nie ma znaczenia, czy świat kocha ją jeszcze, czy odrzuca już. Pocieszała się, że to, co wydaje się ziemskim kresem podróży, pod wpływem dobroczynnego zacierania się chwil, staje się początkiem nieznanej drogi. Było jej ciężko, bo zauważyła że jest z nią nie tak, jak chciała.


Zatrwożyło ją to, gdyż uświadomiła sobie, że co było wtedy, już z pewnością nie wróci. Zrozumiała:  oczekując nastania łatwiejszych dni, nie trzeba odgrzebywać minionych: życie pędzi nie w tym kierunku, co ona i choć wydawało się jej, że jest w stanie nim pokierować, to stale ulega ułudom: wszak złudzeniami są myśli o nieskażonych powrotach do tego, co nieodwołalnie przeszło, i  nawet jeśli nastąpi cud i nagle stanie się tak, jak wyobraziła to sobie w snach, jej rzeczywistość będzie miała już inną formę i czego innego będzie od niej żądać.

*

Śmierć Taty zbliżyła ją do Mamy. Kiedy po ceremonii pogrzebowej znalazły się w domu, już nie było im jak zwykle: nie poszła do siebie, lecz siadła z ciotką przy stole i piła herbatę. Początkowo trzymała fason, lecz gdy Martusia zorientowała się, że jest z nią coś nie tak, nie mogła już temu zapobiec. Poprzedni świat jej Mamy uległ deformacjom i nie potrafiła sobie poradzić z obecnym. Zaczęło się od kluczy, od poszukiwania biletów na koncert, które nie leżały, jak Bóg przykazał, na tradycyjnym miejscu, w portfelu, ale wyzywająco byczyły się w gabinecie.  Klucze były jednak tylko pretekstem do rozpoczęcia grubszej awantury, do zainaugurowania sprzeczki z aluzjami, z wywijaniem czym się da, z trzaskaniem gdzie popadnie, stanowiły pretekst do wszczynania scysji z ostrym strzelaniem gaf, z powiedzeniami o jedno słowo za dużo, uwerturą do awantury wielowątkowej, niekontrolowanej, uwolnionej z hamulców, będącej odprężającą reakcją na smutek po uroczystości na cmentarzu.


Mama Martusi podawała ton i rozlegały się jej rozważania o złośliwości przedmiotów martwych, zaczynało się posępne napomykanie o wszystkim, tylko nie o własnej sklerozie, rozpoczynało wyjaśnianie, że to z Martusi pierwszej wody bałaganiara, ziółko, niewąski model i aparat, bo sama je „tam” wtryniła, by udowodnić, że Matka ma bzika i już nie może być sobą bez pomocy z zewnątrz. Któregoś dnia podniosła głos na Martusię mówiąc, że rozdmuchuje „incydenty” z kluczami po to, by się czuła źle i została jej przypisana wina za śmierć męża, człowieka, którego tak bardzo jej brak. Po tej krasomówczej eksplozji, następowała dystyngowana, obrażona, zaczepna cisza. Rozmowy nie kleiły się, były przerywane, sztywne. Matka i córka, obie miały zwarzone, podłe nastroje i każda z nich czekała na dementi, na wzajemne pokłony i radosne buziaczki.


Jej niesprawiedliwości oplątywały Martę coraz ciaśniejszą siecią oskarżeń i wymówek. Mama siedziała teraz w ulubionym miejscu, na tapczanie i patrzyła na łóżko zasłane nieobecnością męża. Była apatyczna, cierpka, pogrążona w reminiscencjach i jałowych kontemplacjach. Zaczęła nie dbać o siebie. Czesała się tylko wtedy, gdy ktoś miał przyjść. Przestała malować się i ubierać w czyste sukienki, a w łazience za długo było mydło i ręczniki wisiały za suche. Krążyła teraz po mieszkaniu w swoim łaciatym szlafroku, ale jeżeli w okresie gubienia kluczy demonstrowała oburzenie, to teraz, w epoce czystych ręczników, chód cioci był lekceważący, zobojętniały; coraz częściej wystawała w oknie. Ale po tej depresyjnej kwarantannie ponownie zaczęło interesować ją życie. Wkrótce obie układały scenariusze przyszłych planów. Marta opowiadała się za studiami, psychologią, czy czymś takim, jej rodzicielka, by wyjechać, by wrócić na stare śmieci, najchętniej do dziadków, do ich domu.

*

Z domem tym wiązały się martusiowe wspomnienia. I moje. I Mamy Martusi także. W trakcie okolicznościowych imprez, pogrzebów i ślubów obchodzonych hucznie, gdy całą familią gromadziliśmy się przy stole udekorowanym serdecznością, wujowie, pachnący tropikalnymi podróżami, z wygłodniałą uprzejmością wpadali w babcine ramiona, taktownie omijali jej puszyste gabaryty i obierali żwawy kurs na dziadka. Pojawiały się też osobistości o nieokreślonej proweniencji. Nadciągały hurmem, bez uprzedzenia, gwarnie, wkraczały do babcinego domu, czyniąc wokół siebie rumor. Wśród nich prym wiodły młode narzeczone i stare panny z pretensjami do urody, klekotliwe, lecz już niestety zwiędłe ślicznotki z widokami na oddalającą się, szampańską młodość, za to z ponurymi widokami na garbaty los. Czując się niezgorzej w roli potakujących atrap, lądowały na kanapie obok zegara. Układając twarze w inteligentne grymasy, rozprawiały o dzieciach, zakupach i pogodzie, jakby te właśnie tematy nurtowały je bez ustanku.


Prosto z pociągu, skradającym się truchtem, w spodniach prasowanych na kant, albo w portkach udających dżinsy, dostojni, chętni do kłapania ozorem, spragnieni lokalnych ciekawostek, zziębnięci, przemoczeni, dodawali sobie animuszu wcierając przemarznięte dłonie w kaflowy piec. Międląc po drodze podstępne sugestie i nieśmiałe aluzje, naciągane historyjki upaprane prawdą, odsączone z precyzji, schodzili się zewsząd. Wpadali na moment, niekiedy na dłużej, nadciągali z odległych miejsc, niektórzy młodzi, większość nie, dorośli na rozdrożu, przed jazgotliwym rozwodem, po przewodach sądowych, ogryzieni przez biedę, zniewoleni bogactwem.


A za nimi tuptały legiony braci czy sióstr, pojawiała się istna zbieranina przypadkowych żon, czeredy ubogich krewnych wzdychających do sjesty pod palmą, dumne watahy par z uczesanym i wyszorowanym przychówkiem, milusińskimi podtykanymi do całowania, przytulanymi przez babcię i częstowanymi cukierkami. Mamy, dumne i wniebowzięte, chwaliły się swoim potomstwem, rezolutnym i rozszczebiotanym drobiazgiem ledwo sięgającym obrusa, lądującym na dziadkowym barłogu, w jego łóżku wytapetowanym podręcznikami do empatii, a dziadek, rozanielony, pochylony nad popielniczką, przycupnięty na skraju swojego dobrowolnego sarkofagu, z nieodłącznym cygarem, wiercił się, patrzył na nich, witał przybywających, wysuwał suche ręce spod różowej kołdry, rozdygotany, z czerwoną twarzą, bo nim zjechali się goście, wytrąbił krzynę z karafki skulonej w kredensie.


Dziadek, były ktoś, mając ciut przeszło pięćdziesiąt lat, położył się do łóżka. Nie widziała, by od tego czasu miał na sobie coś innego, niż piżamę. Naraz począł sądzić, że walki z prozą życia nie są dobrym sposobem na cerę. Nie uważał, by zajmowanie się banalnymi kwestiami należało do dobrego tonu. Babcia opatrzyła mu się i spowszedniała. Traktował ją teraz jak rekwizyt, jak zużytą aparaturę do zwyczajnych posług. Toteż nie martwił się jej zrzędzeniami i zawziętym kłusowaniem wśród garów; zostawił jej prostackie historie, a sam uciekł w poezję. Uczepił się przeżyć z górnej półki, przejść odległych od twardego stąpania po ziemi. Opatulił się książkami, brykami do medytacji, zeszytami i zapiskami. Przybrał pozę wykształconego oryginała parającego się przenikliwością, człowieka, który nie wie, czym należy martwić się najprzód, klerka gotowego do deliberowania. Z nagła odgrodził się od córek i synów. Z upływem czasu przestał odróżniać przyjaciół od wrogów. Ludzie, ich dobre strony, duchowe proporcje i kontury, zmieniały się w okamgnieniu, co wprowadzało bałagan, zamęt w kontaktach.


Od kiedy przestał kroczyć utartą drogą i wszedł na swoją, niekonwencjonalną, nie frasował się kimkolwiek z nich. Byli tacy fuj, tacy małostkowi. Odkąd przestał bywać poza łóżkiem, nie zależało mu na własnym wizerunku: sprzeciwiał się infantylnej wierze w autorytety, zwątpił we wszystko, w co kiedykolwiek wierzył, w to nawet, czego się nauczył poprzednio i mu wpojono, na czym jednak zawiódł się z kretesem.  Na własny użytek odkrył świat magii, czarów, niezwykłych zjawisk. Poruszał się po nim lepiej, niż po mieszkaniu. Jak inni, miał swoje marzenia, lecz wolał ich nie ujawniać.  Dzierżąc w dłoniach „kropelkę z odrobiną lodu”, podniecony nieznaną myślą, wracał do dziarskich wizji tysiąca i jednej przeputanych nocy, a przed oczami odwiedzających jego pokój, mokry zmierzch gęstniał od zaznaczeń: urojonych wysp i plaż. Pęczniał od map rysowanych kciukiem na stoliku mokrym od wódki. Nieudolne, mało widoczne, wyobrażały łagodne, spienione fale bijące o skaliste i nasłonecznione brzegi. Odpustowy urok tych jego podróży po kołderce, zmuszał ich do wchodzenia w rozpoetyzowany krąg jego przywidzeń, do uczestnictwa w przygodach, których doświadczył nie w rzeczywistości, lecz w łóżku, podczas lektury awanturniczych książek, ksiąg przemawiających do niego językiem łajby z kontrabandą, elokwencją balii pełnej piratów, zachlanych korsarzy siedzących okrakiem na beczce z rumem. Palcem brązowym od nikotyny pokazywał im, gdzie pojedzie i co zobaczy. Przed nimi, nieopatrznie zasłuchanymi, niepostrzeżenie wciągniętymi w jego roztrajkotane opowiadania, pojawiały się to morza, to jeziora, to oceany, to żółte piaski niezmierzonych pustyń.


Przeważnie jednak oddalony od zmagań z szarzyzną znękanego dnia, oddalony od nich o lata świetlne, sensat w upiornej tresce, kochany dziadek, mizantrop z uchem przylepionym do radiowego pudełka wytężał słuch, wsłuchiwał się w trzaski, rzężenia i świsty „Wolnej Europy”, zagranicznej Pytii, kibicował zanikającym odgłosom realizmu na indeksie. Tłumaczył przybywającym, szajce zakutych profanów, o co chodzi w politycznych galimatiasach. Jednak wyjaśniał niedokładnie, gdyż miał kłopoty z przełożeniem swoich myśli na bezalkoholowy język, oni zaś nie wiedzieli, jak mają postąpić, nie byli pewni, jakie zająć wobec nich stanowisko, sprzeciwić się, może przyjąć za dobrą monetę i udać, że podzielają jego poglądy, a nuż powiedzieć mu wprost, że na polityce nie zna się w sposób doskonały?


Pomieszane idee dziadka wpędzały ich w konfuzję, ironiczne żachnięcia, porozumiewawcze gesty, dyskretne pukania się w czoło. Podnosił głos, w miarę zdrowy, tubalny i władczy, a późniejszymi czasy - rozbity, dyszkantowy, ochrypły i zdarty od zapijaczonych tyrad. Lecz że w tych jego krasomówczych dryblingach roiło się od braku konkretów, licznych potknięć i stereotypowych sądów, rezultat był taki, że wszyscy odzywali się do niego naraz, jak gdyby ich perswazje polegały nie na tym, by przedstawić mu bezsporne argumenty, ale by go zatrajkotać i dowieść mu, że mają silniejsze płuca. Żartując, przekonywali go, że marnuje się na posadzie emeryta, że mógłby wykorzystać swoje zdolności i zostać historykiem.


Roztaczał przed nimi swoje optyki, a zgadzał się ze sobą tak ostentacyjnie, uparcie i zajadle, że gdy wreszcie kończyły się jego nietrzeźwe rekolekcje, mogli odetchnąć z ulgą, a potem pójść na kolację, zająć się niedołującą rozmową z babcią i machinalnym żarciem jej potraw. Dziadek zaś pozostawał w łóżku: jak zwykle sam, w przytulnym towarzystwie  karafki,  z gderliwą świadomością własnej izolacji, dotkliwego odseparowania od reszty rodziny. A gdy go opuszczali, uprzytamniał sobie, że już nie zdoła przewalczyć ich niechęci do swojej prawdy, bo nie odbierają go na tej samej częstotliwości, a przytakują mu tylko dla świętego spokoju.

*

A na ostatku zjawiał się wuj Ząbek, oryginał bywały tu i ówdzie, przyjmowany z otwartymi ramionami  byle gdzie, przystojniak o spojrzeniu dogłębnym, konkwistadorskim i penetrującym. Z ukosa popatrywał na babciny kok, zaglądał w jej stalowoprzygasłe oczy, w których niekiedy pojawiały się iskierki, strzygł oczami w kierunku schowka na dziadka i minę miał wtedy taką, jakby się zastanawiał, po co tu przyszedł.  Pozował na uwodziciela, lecz raczej był donżuanem  - teoretykiem: przeważnie spięty, szorstki, zachowywał się nerwowo. Przeważnie przychodził sam, gdyż nie przelewało mu się na seksualnym odcinku. Zazwyczaj brakowało mu świeżej zdobyczy do pokazania: nie dysponował jakimś wystrzałowym towarem godnym zawiści. Czasem jednak pojawiał się w otoczeniu „marnego puchu”; niektóre laski włóczyły się za nim z nawyku do komfortu, inne, z racji nieuchwytnej sympatii, wszystkie zaś dzieliły się na stałe lub dochodzące. Był z tej przyczyny mniej więcej zadowolony. Mniej więcej, bo szybko nudził się ich standardowymi opakowaniami. Męczyły go ich zblazowane grymasy, badawcze spojrzenia, nadąsane twarze, zamglone, powłóczyste oczęta udające głębię. Nużyły go monotonne zaloty, oklepana uroda i wyczynowe biegi po erotyczne zaspokojenia, jakkolwiek uważał, że kobiety należy kochać po ich grób.


Uważał je za neutralne płciowo facetki; tylko im zwierzał się ze swoich podbojowych sukcesów, przy czym, nieświadomie, każdej z nich druzgotał serce, bo zachowywał się jak niefrasobliwy kokiet, podczas gdy osobne, platoniczne latka leciały i  ani się spostrzegł, jak wspólne życie z nimi okazało się nieaktualne: przebrzmiałe, a niegdysiejsze kumpele seksualnie  murszały od nadaremnego czekania na jakąś chemię, na byle dreszcz, stając się lakoniczne, powściągliwe w mimice, błyskotliwe z wysiłkiem.


Od razu, po przywitaniu, gdy tylko zaczerpnął tchu i odzyskał rezon, przystępował do wyrażania sądów. Kreował się na typka zipiącego nowymi prądami, pozował na przecherę, który wziął urlop od zmartwień i rozbrat ze swoją przeszłością. Nie chciało mu się niczego wiedzieć na sto procent, zrezygnował z udowadniania, że białe jest nieco czarne, miał gdzieś i potąd owo z każdej strony trafne przelewanie z pustego w próżne.  Nie pozwalał sobie na mówienie w aluzyjnych konwencjach, na wypowiedzi upstrzone  niejasnymi dygresjami. Czasem był rozmowny aż do granic dobrego smaku, a niekiedy ponury, prawie surowy. Lecz na pozór niekomunikatywny, wyniosły i zimny. Gdy szedł „do ludzi”, kiedy przebywał w świecie na zewnątrz, w krainie marnych porażek przypominającej ruiny, szczątki, surogaty i skanseny złożone z zaprzepaszczonych marzeń, obnosił się ze swoim żalem uważając, że nikt go nie rozumie, a wszyscy nim poniewierają Bóg wie za co.


We własnym mniemaniu był taktycznie wesoły, jak wymagała tego sytuacja, a gdy wypadało okazywać przygnębienie i trzeba było zachowywać się poważnie, dostrajał się do panującego zasmucenia. Uchodził za luzaka, człowieka tolerancyjnego i wyrafinowanego. Lubił, gdy myślano o nim jak o uniwersalnym znawcy ludzkich błędów. Nie znosił natomiast, kiedy brano go za ofiarę losu, wirtuoza bredni i anioła pozbawionego praw do noszenia aureoli. Jeszcze nigdy nie zhańbił się szczerością. Przez długie lata żył samotnie, kontemplacyjnie. Kłamał bez przerwy na skruchę. Matactwo, była to jego druga natura. Użalał się nad sobą, ale że nie pamiętał, co powiedział przed chwilą, czarne odgrywało w jego ustach rolę białego, co mu wcale nie przeszkadzało wierzyć w swoją prawdomówność.


Mniej więcej tak to wyglądało z zewnątrz. Jego czas dzielił się na pracę w domu i pracę dorywczą, poświęconą zainteresowaniom. W domu zajmował się noszeniem sprawunków, sprzątaniem i dbaniem o konwenanse, które tak przyjemnie likwidują łupież, ujędrniają skórę, zwalczają hemoroidy i regulują stolec, a tu przemieniał się w dziarskiego lowelasa i  bawidamka odrzucając od siebie wszelkie znoje i paranoje. Jednak w zaciszu swojego pokrętnego ducha rozmiłował się w słuchaniu pochwał na swój temat  i chciał być akceptowanym bez zastrzeżeń. Co gorsza, nie wątpił, iż tak jest w istocie, że jest z niego fenomenalny, znakomity, niedościgły wzór do naśladowania.


Dopiero na stare lata pojął, że mylił się od „a” do „z”: uprzytomnił sobie, że nigdy nie stanowił wzoru do naśladowania. Spostrzegł, iż był raczej wykidajłą szlachetnych myśli, psychiczną marionetką i intelektualnym niedołęgą. Ale to przeświadczenie miało dopiero przyjść, być jego muzyką przyszłości, łabędzim śpiewem ostatnich pięciu minut. Teraz nie mógł pogodzić się z tym, że wytykano mu wady, do których się nie przyznawał, jakim kategorycznie zaprzeczał; na pozór tajne i prawie poufne, znane nielicznym totumfackim, były zręcznie ukryte, przemyślnie zamaskowane przed niewtajemniczonym, a wścibskim okiem postronnych znawców jego pokrętnej duszy.


Lecz tylko tak mu się zwidywało. Na razie więc krygował się: powiadał, że pragnie żyć bezszmerowo, być własnym cieniem, zapewniał, że już nie ma ochoty należeć do hałastry napiętnowanej egoizmem i że nie chce obnosić się ze swoją histerią. Nie cierpiał  natomiast, gdy zaczynano poznawać się na nim, dobierać mu się do skóry, dostrzegać w nim ułomności, gdy zaczynano starannie, na zimno i brutalnie go demaskować. Że zaś nie stronił od wylewności i z zapałem gawędził o swoich minusowych szansach i paskudnych niedosytach, wzruszał się, niemalże płakał nad sobą, prawie że dostawał estetycznych konwulsji, powiedziano mu, że gmeranie we własnych problemach jest obowiązkiem współczesnego zjadacza chleba, wmówiono mu, że kto uchyla się od publicznych umartwień, nie zmienia żon jak skarpet i nie pochwala ekstremalnego seksu, nie obnaża się w świetle jupiterów, kamer i sztucznego aplauzu, kto stroni od rozdzierania szat i analizowania swoich metafizycznych flaków, ten odstaje od mądrych ludzi, od istot, które wiedzą, jak się ustawić i powodzi się im na wszystkich frontach; gdy więc  wpojono mu przekonanie, że nie należy ociągać się w zbiorowych spowiedziach, bo w przeciwnym razie brany jest za odmieńca, dziwaka, ciemięgę, z którym nie warto się zadawać, wchodzić w układy i komitywy - uwierzył. Tym silniej wierzył, że raporty z mniemań były na topie, a do dobrego tonu należało składanie meldunków ze szlajania się po egzystencjalnych rozpadlinach. Taktyka stadnego działania, świadczyła o właściwym pojmowaniu otaczającej rzeczywistość: zasługiwała na wiwaty. Dostosował się do niej, gdyż nowa tysiąclecie wymagało nowej aranżacji, zatem dążył do zwrócenia na siebie uwagi, przywdziewał papkinowskie miny, chciał, by było o nim hałaśliwie.


Wkrótce jednak, gdy zorientował się, że prowokuje do kpin i mają go za durnia, za frajera, który tak zabawnie pieprzy o swoich niefartach, wycofał się z tandetnych wynurzeń, odłączył od nurtu pokutników na zamówienie - odstąpił od uprawiania igraszek z otwartością i zrezygnował z bycia na celowniku. Od tej pory uwziął się, by nie lubić ostentacji. Zapragnął, by znano go z powściągliwości. Zanim więc wypowiedział byle namaszczone zdanie, toczył ze sobą walkę. Toczył walkę, by wszyscy mogli zaświadczyć, że ma ludzkie odruchy, jest tarmoszony przez wątpliwości, by mówiono o mordędze, z jaką chce zmienić się na plus. Przepoczwarzył się w ascetę, w surowego świętoszka, w potępiacza i przyganiacza wszelkim smolącym garnkom... O miłości nie ględził. Sądził, że nie nadaje się do snucia publicznych dywagacji. Raziło go figlarne myszkowanie po cudzych postępkach. Nie zapominał, że nadmiar owocuje przesytem.


Ale tak czy siak, dla Martusi był hipokrytą. Pozostawał pieczeniarzem, a jego bitwa, potyczką na gumowe noże. Egzystował w jej pamięci jako chytry ćwik dostosowany do wodnikowej epoki, wuj najnowszej generacji: bezczelny i zachwycony sobą spryciarz nie wyobrażający sobie życia bez podkładania świń, kopania dołków, zawistnej walki o swoje na wierzchu; wuj pozujący na człowieka-z-metką-od-Armaniego.

*

A kiedy wszyscy przywitali się ze wszystkimi, zaczynał się oficjalny bal i przystępowano do frontalnego ataku. Na pierwszy ogień wysuwano harcowników, ochotników szkolonych w zagajaniu akademickich dyskusji, w czuwaniu nad jej sprawnym przebiegiem, całokształtem i tempem. Rozbrzmiewał gong, rozlegały się fanfary zapowiadające otwarcie festiwalu, a zewsząd lały się strumienie uprzejmości. Poprzeplatane rewerencjami, nabierały blasku; rozpoczynał się wyścigowy przegląd, krytyka i aukcja nowinek, puszczanie w ruch niesprawdzonych wieści, wieści podawanych z ust do ust, roztrzęsionym głosem i zaaferowanym szeptem, a dla Martusi najgorsze było to, że wiedziała za mało, by stawać z wujami w szranki. Miała świadomość, iż choćby żyła sto lat, i tak nie dowie się, co ich ekscytuje. Jej obecność wśród nich ograniczała się do milczącego roztrząsania myśli, których logiki na próżno starała się dociec. Czuła się przy nich tak, jakby była w szponach ignorancji. Nagromadziło się w niej tyle dyletanctwa, tyle amatorszczyzny, widziała w sobie tak duży arsenał luk i niedostatków, że, patrząc w ich twarze, widząc, jak dyskutują, jak swobodnie przekraczają rogatki niedostępnych dla niej spraw, nie umiała zorientować się w tym, skąd biorą się ich natychmiastowe riposty, ich bystre uwagi, ich zaskakujące przeskoki wśród mrowia zagadnień. Oto znalazła się w otoczeniu bywalców bon motów, oto głupiała z niepokoju, traciła dawniejszą swadę, stroiła do nich kretyńskie, uniżone miny, trzęsąc się z obawy, że przy tych inteligentach z prawdziwego zdarzenia, wypadnie jak żołnierz pokonany przed bitwą.


O tym pisała w listach, o tym starała się poinformować mnie, gdy zostaliśmy rozdzieleni, gdy drogi przestawały prowadzić nas w tym samym kierunku, gdy nasza odległa bliskość urwała się raptownie.

*

Na szczęście znalazła schronienie w tutejszym przytulisku, w Staruszkowie, w domu, w którym niegdyś pracowała, w zakładzie poprawczym dla sędziwych małolatów. Przyjechała tu, ponieważ zagwarantowano jej kontakt ze starcami, a otrzymana, pierwsza praca po studiach, polegać miała na chodzeniu po ich mieszkaniach, na sprawdzaniu, czy ich prośby o przyjęcie zgodne są z tym, co sama zobaczy, sprowadzać się miała do wygaszania zatargów pomiędzy nimi.


Początkowo praca była dla niej koniecznością, zarobkowym warunkiem przetrwania. Wkrótce jednak konieczność zastąpiła pasją, a jej obowiązek przekształcił się w obserwacyjny głód. Była mordęgą nadal, ale męczarnią uwzniośloną przez namiętność. Nafaszerowana wzniosłymi ideami, które nie wydawały się jej mrzonką, przepojona humanitarnymi pomysłami do wdrożenia od zaraz, zaczęła swoją działalność od rekonesansowych, nieoficjalnych i ostrożnych wędrówek po terenie, od wypraw do jego zakamarków, do stref dostępnych wyłącznie dla personelu. Obiecała sobie, że jak już na własne oczy zaznajomi się z budynkiem, weźmie się za zrobienie spisu kwestii, z którymi musi się zmierzyć najprzód. Toteż zwiedziła kuchnię, pralnię, szklarnię pod uprawę nowalijek, zajrzała do kotłowni, spenetrowała hotel dla pielęgniarek i podręczną kostnicę, była w magazynie oprzyrządowania zakładu i warsztacie sprzętu rehabilitacyjnego. Lecz przede wszystkim wyruszyła do Zaplucia.

*

Zaplucie, było to miasteczko sąsiadujące z domem, mieścina, w której nic się nie działo: na zabytkowym rynku stała nieczynna fontanna, do sklepu rzeźnika zalecał się standardowy kundel, a na wyślizganych stopniach Ratusza wywijało się zdegustowanego orła. Przyczyny stosowania tak osobliwej nazwy nie były jasne. W gruncie rzeczy powiedzieć trzeba, że całkowicie i niewątpliwie nie było w tym określeniu niczego pogardliwego: miasteczko nie należało do zbyt uczęszczanych. Jeżeli już jakiś nieopatrzny turysta zdecydował się obejrzeć jego zabytkowe dziury i wąwozy, robił to na własną odpowiedzialność. Ale starzy mieszkańcy, zasiedziali tu od pokoleń - choć krążyły bajdy o złych ludziach grasujących o zmroku - nie musieli obawiać się o swoje kręgosłupy. Nie, ponieważ w pewnym sensie należeli do jednej rodziny. A raczej - do zwartej, hermetycznej grupy, do zbiorowiska ludzi znających się na wylot, wprasowanych w identyczne lub lekko zmodyfikowane problemy.

*

Uliczka, którą szła, była wąska. Czynszówki prawie się ocierały o siebie, nieomal stykały dachami, z trudem więc lawirowała wśród ich ciasnoty. Z okien wychodzących na jezdnię spoglądały na Martusię grube matrony w gazetowych papilotach, kobiety wygrzewające poduszkowy puch, podsłuchujące swoich i nie swoich mężów stojących pod płotem. Nieopodal przyglądali się jej ochlapani piwem, wąsaci panowie oparci o bramy odrapanych kamienic, głównie czynszówek stojących jedna przy drugiej. A przed ogródkami zarośniętymi zielenią gromadzili się jej potencjalni klienci, starcy wygrzewający kości. Przypatrywali się jej spode łba, lecz w ich wzroku nie dostrzegała wrogości. Raczej zaintrygowanie. Pozdrawiali się, wymieniali uwagi. Przechodziła obok nich wiedząc, że będzie tu wracać jeszcze nieraz.

*

Dostała pokój wychodzący na wiosnę. Nawet gdy padało, było w nim jasno: każda pora roku miała dla Martusi wiosenne koloryty. Obecność w biurze stanowiła dla niej nagrodę, powrót do służbowej klitki - karę. Za dnia świeciło słońce, chciało się jej żyć. Pierwsza pojawiała się w sekretariacie i wychodziła z niego ostatnia. Zjawiała się i rozkładała przed sobą papiery do wertowania, do zaznajomienia się z ich treścią.  Parzyła też herbatę. Herbata stawiała ją na nogi, podnosiła ciśnienie, wpływała na cyrkulację krwi. Przywiązana do ustabilizowanego rytmu życia, nie lubiła nagłych wstrząsów, gwałtownych zwrotów i przesileń. Kochała natomiast porządek, systematyczność, odpowiedzialność, wszystkie te wyświechtane pojęcia z lamusa. Poranne minuty, gdy nikt jej nie zaglądał przez ramię, nie przeszkadzał, nie silił się umilać jej życia, sadzić się na dowcipy, spędzała na czytaniu podań ewentualnych lokatorów Domu, na przeglądaniu materiałów będących podstawą porządkowania ludzi, sortowania względem rozmiaru i odmiany nieszczęścia.


Przekopywanie się przez nie, umożliwiało przebrnięcie przez zagadnienia, które dostarczały jej mieszanych wrażeń. Lecz kiedy w pierwszych dniach powiedziano jej, że nie warto wyrywać sobie rękawów, nie ma potrzeby tak bardzo się angażować, poświęcać im tyle czasu, gdyż i tak podania te nie są brane pod uwagę, bo nie zawierają prawdziwych przyczyn kwalifikowania rezydentów, że są przeznaczone dla potrzeb zakładowej, wewnętrznej statystyki i nie można poddawać ich rzetelnej obróbce, ponieważ służą intendentowi do planowania zakupów pościeli, mebli znajdujących się na stanie, gdyż potrzebne są dietetyczce zawiadującej ilością wydawanych posiłków, ludziom z Ratusza układającym grafiki wydatków na dom, dyrekcji planującej zatrudnienie. A kiedy chciano ją znieczulić i namówić na rezerwę wobec przychodzących po ratunek, to  -  dla urzędniczej przyzwoitości  - udawała, że myśli podobnie, że przegląda je tylko dlatego, by zająć się czymś, co by ją ubawiło. Wewnątrz jednak nie posiadała się ze złości: beznamiętna bzdura takiego stanowiska zatrważała ją, bo nie tak miało być, nie z takimi reakcjami liczyła się idąc na studia, kończąc je z wyróżnieniem, jadąc tu nie po to, by drzemać.


Informacje nie wspominały o problemach pensjonariuszy zaksięgowanych i zatwierdzonych do współczucia, wpisanych na listę urodzonych w czepku. Przypuszczała, że klucz do zrozumienia postępowania ludzi krążących po Domu leżał w niechęci, z jaką się tu spotykali: na podstawie ankiet przyjmowano do zakładu nie tych, którzy się do niego nadawali, ale tych, którzy mogli udowodnić, że mają sporą rentę i będzie ich stać na utrzymanie, którzy mogli dowieść, że ich nieszczęście jest bez porównania większe niż pozostałych, że zasługują na nie cierpiącą zwłoki, przyspieszoną przychylność. Odtrącani przez większość personelu, traktowani jako przykry dodatek do marnej pensji, snuli się po nim od parteru, aż do swoich klatek, od lustra w hollu, które już dawno przestało im oznajmiać, że są „najpiękniejsi przecie”, bezradnie kursowali aż do drzwi dyżurki, na darmo oczekując zrozumienia i współczucia. W zamian dostawali radę, że nie mają na co czekać, absorbować swoimi frasunkami, siać zamieszania, bo księżniczka i królewicz na białym koniu mają wychodne.


Lecz od tego czasu zaszły nieodwracalne przemiany i dom na krótko wypełnił się ludźmi potrzebującymi autentycznej pomocy.

*

Jak napisała, dzieląc się ze mną entuzjazmem, od tej chwili praca dla mieszkańców była jej odwzajemnioną miłością. Słuchała tych, co mieli jeszcze coś do powiedzenia, odbywała z nimi częste rozmowy o różnym natężeniu emocji. Interesowała się każdym drgnieniem domu, jakimkolwiek jego wewnętrznym wstrząsem. Spotykała się z ludźmi o dwuznacznym i niechętnym nastawieniu do administracyjnego patrycjatu: z osobnikami zwariowanymi na punkcie normalności. Wiedziała o wszystkim, co się w nim wydarzało. Starała się orientować w szczegółach losu starców, którzy - ze zmaltretowanym uporem - nie akceptowali faktu, że zostali porzuceni przez rodzinę, że na darmo spodziewają się wizyt i na próżno - godzinami wlokącymi się w nieskończoność - wystają na korytarzu, przy schodach, obok windy. I orientowała się: z każdym dniem coraz lepiej, czerpiąc wiedzę nie tylko z formularzy, ale i z odwiedzin w ich pokojach. Nie rzucała słów na wiatr. Jeśli zobowiązała się do czegoś, należało się spodziewać, że dotrzyma słowa, zajmie się, przepchnie, rozwiąże, załagodzi, pójdzie ich bronić. I rzeczywiście, w czasie spotkań z kierownictwem domu, kłóciła się o nich, występowała w ich imieniu. Traktowana przez rezydentów jak mężczyzna w spódnicy, miała opinię twardej baby, kobiety, z którą nie opłaca się zadzierać, której bano się, ale z której zdaniem liczono się, zwłaszcza, że umiała ich uspokoić, opowiedzieć się za sprawiedliwością,  oddzielić prawdę od kłamstwa. Lecz jeszcze po latach, gdy już nie traktowano jej jako stażystki na dorobku, kiedy zasłużyła na miano uczynnej profesjonalistki i zabiegano o jej poparcie, nawet wtedy dokuczała jej deprymująca świadomość, że była z nimi za krótko, by dostrzec ich tak, jak pragnęła.


Jeszcze przez długi czas nie wiedziała, co tak naprawdę popychało ją do przebywania z nimi. Być może chodziło o ich naturalny, nieskażony apetyt na życie. Najpierw surowi wobec niej, milknący na jej widok, traktowali ją z oziębłym dystansem. Zaś po upływie paru miesięcy, dzieląc się z nią rozterkami, zapraszali na swoje salony, zachęcali, by częściej przestępowała ich progi, zwierzali się z najskrytszych tajemnic, Martusia natomiast, z początku zmieszana ich komplementami, potem oswoiła się, odkryła, że nie natrząsają się ze niej, że ją na serio uważają za powiernicę, za młodszą siostrę, że mają do niej zaufanie. Zaobserwowała też dzielące ich różnice: zarówno fizycznie, jak i pod względem psychicznym nie przedstawiali się jednakowo. Byli więc starcy w wieku matuzalemowym, otępiali, mamroczący bez ładu i składu, nieustannie mlaszczący, skrzypiący i bez przerwy świszczący, wrażliwi tylko na pogodowe zawirowania, deszcz, śnieg, wiatr, nieczuli natomiast na pogodę ducha współlokatora, porośnięci skorupą brudu, cuchnący i zawszeni, przytargani ze schronisk, działek i dworców, bezdomni faktycznie i bezdomni na niby, cierpiący na amnezję i symulanci zdolni do widowiskowych lamentów, mitomani, roszczeniowcy, niezaangażowani w cokolwiek, co nie wiązało się z nimi, starcy wychodzący ze swojej ospałości tylko wtedy, gdy mówiło się o jedzeniu i zadawano im żer, jakieś pożywne kleiki do grzecznego ciamkania, breje, o których debatowali psiocząc i przypominając sobie szynkę, krwiste befsztyki, tłuste sosy, potrawy ociekające cholesterolem i młodością.


Byli też starcy jedynie z nazwy. Zadbani, rozsiewający pachnące komplementy dla dam, dostojni w sobie, skłonni do żeniaczki, człapiący noga za nogą, gdy znajdowali się sami, maszerujący wojskowym krokiem, kiedy opuszczali swoje garsoniery i wybierali się na podryw. Zdarzały się i rodzynki. Nie starzy wiekiem i sterani losowymi breweriami, ale przewlekle i nieuleczalnie chorzy, poszarpani przez postępujący ból, niesprawności, zaniki, paraliże i strzykania, podatni na łapanie mikrobów, ułomni, porzuceni przez zanadto wrażliwych. Młodzi, po ogólniaku lub podstawówce, niezdarnie pląsający o kulach i nie chodzący wcale, trzymali się razem, wspólnie zamieszkiwali, a kiedy lekarz im to zalecił,  zbiorowo jeździli na wózkach, do parku, w najbliższe nieznane. Nie dostrzegała ich ułomności, nie dawała im poznać, że odbiegają od normy. Wyjeżdżała z nimi do lasu, pchała ich wózki na świąteczne spacery, pokazywała im drzewa, kierowała uwagę na kwiaty, a kiedy jechali wpatrzeni w chmury, gdy zwierzali się, że jest im ciężko, że nie potrafią znaleźć się tutaj, kręciła się niespokojnie. Poważniała i przytakiwała im bez przekonania, zapewniała, że choć rozumie, dlaczego nagromadziło się w nich tyle złogów, tyle goryczy, to jest zniesmaczona ich nonszalancją w przedstawianiu opinii o czymś, o czym nie mają pojęcia.


Jakkolwiek wiedzieli, że trzeba trzymać się razem i warto wspólnie się wspierać, przystawać na swoje położenie, że muszą wierzyć w powrót do zdrowia, bo są jeszcze przed nimi jakieś wyjścia, bodaj światełka w tunelu, nadzieje, perspektywy, to przecież postępują na przekór. Według niej prezentowane przez nich opowiastki są nie na miejscu, wyraża więc kategoryczną niechęć wobec żartów z nieszczęścia. Sprzeciwia się, ponieważ ich przesadnie manifestowane  cierpienie jest drwiną z autentycznego. Właściwie nie należałoby nazywać tego rodzaju wynurzeń drwiną. Prędzej sondą. Sposobem sprawdzenia jej reakcji, tego, czy uda się ją nabrać i jest podatna na łatwowierność. Więc z przykrością zawiadamia, że nic z tych rzeczy. Bogu dzięki ma jeszcze na tyle zdrowego rozsądku, by odróżnić szczere zwierzenia od pozerstwa. Lekkość, z jaką im przychodzi użalanie się na zły los, fatum, czy inne usprawiedliwienie, drażni ją niepomiernie. Podejrzewa, iż lekkość ta jest kamuflażem. Ich wyobrażenia o tragediach są durne i prymitywne, są krzywdzącym uogólnieniem. Co prawda przebywają na co dzień w różnorodnych stronach i z tego powodu  znajdują się w nietowarzyskim nastroju, wprawdzie nauki i nawyki wysnuwane z poprzedniego życia prowadzą ich odmiennymi drogami, ale powinni zrozumieć, że czy chcą tego, czy nie, tu skazani są tylko na siebie, bo pomoc ludzi „wyzutych z niepełnosprawności”, nigdy nie jest zgodna z ich oczekiwaniami. Wie, że świat potraktował ich nie tak, jak by woleli, nie dał im tylu zabawek, ilu pragnęli, zlekceważył  ich, wpędził w skrupuły i smętne rozważania. Zdaje sobie sprawę, że nie chodzą i pewnie część z nich już nigdy nie będzie, ale - jak egocentrycy zapatrzeni tylko w swoje problemy - chytrze i zawile starają się nie wiedzieć, że nie jest z nimi tak źle,  bo prócz zgryzot są na świecie ludzie, którym się powiodło jeszcze mniej, dostali gorsze zabawki, mają większe ograniczenia, słońce znają tylko z bajek, sukcesem jest, gdy mogą samodzielnie odwrócić się na drugi bok i wiele by dali, by choć w ten sposób być w lesie. Toteż radzi im większego zachowania miary w wyrażaniu opinii. Egoizm bólu przesłania  odkrycie tej prawdy, że jakiekolwiek zwyrodnienie jest sprawą indywidualną, bo liczą się proporcje, warunkowe traktowanie rozmiaru swoich przeżyć, dystans do własnych odczuć. Z chorobą żyć się da, lecz jak, sprawa to indywidualna. Można się turlać po zawiściach, szlajać po pieniactwach i bzdurnych roszczeniach, trawić czas na szukaniu winnych, zamykać się w pretensjach do garbatego i mieć wymagania wobec całego świata, ale to niedobry styl. Dobry polega na rozumnym pogodzeniu się z postępującymi nieuchronnościami. Z biologią narastających ograniczeń. Z tym, czego nie potrafi się zmienić. Byłoby więc dobrze, gdyby zrobili zestawienie. Bilans niemożliwości i umiejętności. Zalet i wad. Sukcesów i nieszczęść sprokurowanych na własne żądanie. Zamiast bredzić o tragediach, mogliby sporządzić listę miejsc, w których byli, książek, które przeczytali, powiesić ją na widoku i codziennie konfrontować z listą chorego naprawdę. A wtedy okaże się, że ich narzekania są niedorzeczne.

*

Gdy miała chwilę wolną od segregacji podań i pchania ich wózków, kiedy rozporządzała czasem niezajętym lekturą kwestionariuszy i wizytami w norach petentów, nie musiała dygać do Ratusza, pisać zamówień na terminowy osiąg i wykon czegokolwiek, choćby dostawy piasku, cementu, ludzi zdatnych do wykonywania uczciwej pracy, gdy znajdowała  moment na zaczerpnięcie oddechu i nie zabiegano o jej poparcie w sprawach do załatwienia od zaraz, wychodziła ze starego i szła nad rzekę, skąd roztaczał się widok na wynurzające się z ziemi fundamenty.  Budowa nowego Domu ślimaczyła się, przekształcała w legendę, mit, dyżurny temat bezsennych nocy. Stary, wysłużony, doprowadzony do stanu zdewastowanego rozkwitu, z dnia na dzień puchł od agresji mieszkańców koczujących w jego trzewiach, kurczył się z niedostatku nowego obszaru, a rezydenci, stłoczeni na niewielkim terytorium, natykali się na siebie nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzyli.  Zajmowana przez nich powierzchnia, okrojona do rozmiarów świetlicy, ścieśniona do zajmowanego przez nich łóżeczka, podlegała zwiększonym naciskom coraz częściej przybywających. Utopijne marzenia o rozlewnych, majestatycznych przestrzeniach, zmodyfikowane przez ciasnotę, nie mogły nabrać należytego rozmachu. Kręciły się wokół zatwierdzonych planów budowy, a głód znalezienia się w miejscu wyposażonym w warunki do prowadzenia samowystarczalnego życia, był napędową turbiną marzeń pensjonariuszy i stanowił pożywkę do produkowania pobożnych życzeń.

*

Gdy zachorowała, poradzono jej, by rzuciła pracę i od razu dopadło ją życie na kółkach. Stwierdzono, że ma reumatyzm narastający gwałtownie. Z dnia na dzień czuła się gorzej. Stała się przewrażliwiona ze zmęczenia. Dodawano jej otuchy, że już wkrótce wynaleziony będzie specyfik i bajdurzono o kolosalnych postępach medycyny. Wcześniej prowadziła kawalerskie życie, a życie takie oznacza - wolność w podejmowaniu wyzwań. Pisała: robię, co chcę i nie muszę do tego zwoływać konsylium. Niezależność jej pozostała, natomiast ulotniły się wszelkie jej uzasadnienia.  Nie należała do istot skoncentrowanych na własnych tragediach, do charakterów taplających się w egzystencjalnych rozważaniach. Przeciwnie. Poddawanie się, rejterada z rzeczywistości, chowanie głowy w piasek, te kapitulanckie metody radzenia sobie z nieszczęściem, nie były przez nią brane w rachubę. Skrzypiący pojazd na kółkach,  wehikuł wysępiony po zmarłym pensjonariuszu Staruszkowa, zapewniał Martusi względną samowystarczalność.


Sąsiedzi stali się doraźnymi gośćmi z początku, a domownikami później, ludźmi, bez których już nie potrafiła się obejść. Przychodzili do niej z kwiatami, oblizywali spierzchnięte wargi i przeginając się w uniżonych ukłonach siadali za jej stołem, by wyłuszczać jej mętne motywy swojego najścia, by ukradkiem rozglądać się po kątach, dowiedzieć się, jak się miewa, by napawać się ubóstwem wyłażącym ze szpar jej podłogi, by rozkoszować się jej desperacją, przejęciem i niecierpliwością, by rozglądać się, jak sobie radzi z nędznym żywotem. Chwaląc postrzępione płaty odpadającego sufitu, poklepując ściany wyłożone dyplomami, urzędowymi dowodami świadczącymi o rocznicowym uwielbieniu, o jubileuszowych wyrazach aprobaty udzielonej na odczepnego, rozpływając się na temat pieca o niebanalnym, fikuśnym wzorze kafli, wychłodzonego, lecz jeszcze od biedy nadającego się do podziwiania, wyciągali ją na zwierzenia, które ich nic nie obchodziły, a były częścią hecy.


Lecz ci, którzy chcieli przyjść bo niej bez żadnych podtekstów, nie mogli: mieszkała na drugim piętrze, a kto by ich tam zataszczył. Rankiem zaglądała do niej przyjaciółka gniazdująca za ścianą, pyzata, troszeczkę złośliwa, troszeczkę ironiczna i stale w dobrym humorze. Dostarczała jedzenie, przynosiła gazety. Miała jednak własne tarapaty, męża na wyciągu, córkę zadurzoną w sobie, skłonną do niecenzuralnych manier, więc kiedy się zjawiała, to jedynie na minutkę, wpadała jak po ogień.

*

Tak było przez dwa lata. Znoszono ją jeszcze do parku z widokiem na zakład, ale już nie codziennie, bo przytyła, znoszono ją sporadycznie, od okazji do okazji, początkowo raz na miesiąc, a po roku jeszcze rzadziej. Jechała do parku, do jego asfaltowych ścieżynek i ławeczek, obok których przystawała o zmierzchu, latem lub wiosną, co nie stanowiło dla niej różnicy. A po tych dwu latach, gdy coraz częściej zdarzało się jej tracić przytomność i nawet lekarze z pogotowia nie mięli pojęcia, jaka jest tego przyczyna, nawiedził ją Boss, dyrektor „domu na Zapluciu” i tryumfalnie powiedział, że ma zbierać klamoty, bo przeniesie się, może już jutro, bo wszyscy na nią czekają, bo w nowym, właśnie ukończonym skrzydle przewidział dla niej skrytkę, osobną komnatę z luksusami i wygodami typu ekskluzywnego. Oczywiście klamoty zabrać ma najpotrzebniejsze, żadnych gratów i szpargałów, niczego, co zagraca miejsce.


Pamiętała go. Był jej niechlubnym szefem, figurą przejściową, rezerwowym społecznikiem wysupłanym ze starych układów; paragrafy, procedury, zakazy i wewnętrzne regulaminy produkowane przez niego, zwalniały lokatorów z żalu za niegdysiejszymi śniegami, były jego prawnymi arcydziełami, istnymi majstersztykami faceta oczarowanego własnym posłannictwem. Wypełniały go postępowe koncepcje, nieodparte propozycje koniecznych ulepszeń domu. Co pół godziny miał świeżutkie olśnienia,  a co godzinę odkrywał, że  były nietrafne i z tego powodu jest ich przysięgłym  wrogiem. Odnotowała w pamięci, że w gabinecie, przed biuralistami przychodzącymi z Ratusza zginał się w pas. Był uprzedzająco grzeczny wobec urzędników wyższych rangą, szczególnie wobec tych którzy na wyścigi obiecywali, że niebawem rozpocznie się budowa nowego pomieszczenia i będzie to dużego formatu obiekt skalkulowany na circa pięćset ciał. Doszli do przekonania, iż wkrótce zacznie się premierowe i pionierskie wznoszenie gmachu, pomnika upamiętniającego należyty stosunek człowieka do człowieka, obiektu wyposażonego we wszelkie udogodnienia. Potrafił słuchać ich tak, jakby rozumiał, co chcą mu powiedzieć;  fascynując się razem z nimi, godzinami, fachowo i uczenie rozpływał się nad modernizacją Domu, rozprawiał o tym, co mu nie daje żyć i spędza sen z gałek, czego nie może przeskoczyć, ominąć, ale o czym stale myśli, nieprzerwanie nosi w pamięci, ma na uwadze i gdy tylko nadarzy się sposobność, zmieni cały ten obecny bajzel z pieczarami, na zawsze zabezpieczy mieszkańcom właściwą i godną opiekę, zezwoli mieszkańcom na upojne swobody ruchu, zatwierdzi jakieś nieinwazyjne formy wypoczynku i nareszcie, raz na zawsze i po wieki wieków będą w nim czuć się dumni jak jasna cholera.


Martusia, wyczulona na ludzką krzywdę, pracownica ze społecznikowskim zacięciem, nie miała najmniejszej ochoty na młócenie słomy uprawiane przez Bossa, związkowca rozdzielającego cebulę przed, a po strajkach - karbowego. Za dobrze znała się na kuluarowych mechanizmach zarządzania podobnymi placówkami, by cierpliwie, z filozoficznym spokojem znosić jego operetkowe dąsy.


Następnego dnia, bladym świtem, pojawiła się u niej gromada zakładowych osiłków i spakowała jej ciuchy.



ZAKOŃCZENIE

Po paru miesiącach, zaniepokojony brakiem wieści od niej, postanowiłem ją odwiedzić i już w dyżurce powiedziano mi, że z Martusią jest krucho. Nie wie, gdzie jest, nie wie, dlaczego, kto ją tu wsadził i kiedy. Wizyty dyrektora nie przypomina sobie, podobnie jak przeprowadzki. Początkowo miała cały pokój dla siebie. Lecz ani przez chwilę nie była w nim sama. Pilnowano ją nieprzerwanie, bo wymagała opieki na okrągło, w dzień, w nocy, aż pogorszyło się jej i zadecydowano, że należy ją przenieść na ogólną salę, gdzie będzie miała towarzystwo.


W przebłyskach względnej przytomności umysłu przypuszczała, iż Dom, do którego trafiła, to tylko krótki etap, prowizoryczne schronisko, tranzytowy koszmar, miejsce, w którym może robić tylko to, na co ma ochotę, a nie to, czego się po niej spodziewano przedtem, że wróci do swojego i skończy się zły okres. Była przekonana, że obecny jest tymczasowym postojem. Ale powrót do służbówki nie wchodził w grę; gdy przeflancowano ją tu, zamieszkał w niej świeży Iks.

*

Jechałem szukając jej pokoju. W kącie jednego z nich dostrzegłem siwą i pomarszczoną Martusię. Leżała w dziesięcioosobowej komnacie zgrzybiałych piękności. Zajmowała miejsce tuż przy oknie wybałuszonym na ulicę. Dzięki temu była właścicielką połowy parapetu. Trzymała na nim dorobek swojego życia, sfatygowane radio, paczkę pampersów, wytłamszony batonik i dwie puszki z czymś słodkim na niedzielę. Pozostały dobytek chowała do szafki. A właściwie - chowano za nią, gdyż nie opuszczała łóżka. Obok niego znajdowało się krzesło.


W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co zrobić. Skonsternowany, podjechałem do niej i przedstawiłem się. Przypomniałem, skąd się wziąłem, powiedziałem, że znamy się od dawna, jesteśmy spokrewnieni przez nasze Matki, że bawiliśmy się u dziadków, a teraz wpadłem do niej po drodze. Lecz nie spotkałem się ze spodziewaną reakcją; patrzyła na mnie apatycznie, jakbym był częścią pejzażu. Nie dawało się nawiązać z nią porozumienia. Dawniej elokwentna, roztropna i wesoła, teraz nie poznawała mnie. Moje widzenie świata pozostało takie jak wczoraj, podczas gdy jej zmieniało się bez przerwy. Z minuty na minutę zmieniało się poprzez wrażenia, poprzez doznania odzwierciedlone rysunkiem jej twarzy. Obca i nieuchwytna, prowadziła ze mną nie jesienną, ale zimową lub letnią, wyciszoną rozmowę, jak gdyby milczała   d o   m n i e     i     z a    m n i e  , jak gdyby wyręczając mnie  i wiodąc ze mną bezdźwięczną dyskusję z przeszłością. Jedno odległe zdarzenie rodziło następne, zaś ja, głaszcząc ją i widząc w jej twarzy wysiłek, byłem z nią zalewie duchowo. Istniała tylko w swoich przeżyciach, wśród kwiatów i pąków, podczas gdy ja znajdowałem się w zupełnie innym wszechświecie: nie w otoczeniu kwiatów, ale w ich owocach, nie w urojonych tęsknotach i świecie fantazji, ale w codzienności. A kiedy zdarzało mi się ją dogonić i zrównać z nią, kryła się już w innej porze myślenia i znowu była ode mnie za daleko.


Wpatrzona w gałęzie drzew pobliskiego parku, kiwała się to w przód, to w tył; z nagłym, mechanicznym obrotem; przypatrywała mi się badawczo, podejrzliwie, zapytując się wzrokiem, kim jest odwiedzający ją pan, a będąc wyłącznie ze sobą, znalazła się w czasie tak niepojętym i niedostępnym dla mnie, że siedząc przy jej łóżku, wolałem nie dzielić się z nią swoimi wspomnieniami, pragnąłem porozmawiać z Bossem i oznajmić mu, że zabieram ją do domu.

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli