Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Krystyna Habrat


PRZEKLĘTA  DZIURKA  OD  KLUCZA


   
Bogumiła Wrocławska Za ścianą  nieustanna wrzawa. Śmiechy. Pokrzykiwania. Głosy giną w ogólnym rozgwarze.
 
 A on tutaj sam. Nie lubi śmiać się jak  tamci, z byle czego.


 Posiedział z nimi chwilę, wypił kawę, i wyczuł, że czas najwyższy odejść. Jako przewodniczący, nie chciał ich krępować. Wymówił się bólem głowy. Tylko wyszedł, zagrzmiał śmiech. Mógł pod byle pretekstem zawrócić i sprawdzić, o co chodzi. Ale to nie w jego stylu. Był ponad podobne zagrania. Czemu mieliby śmiać się z niego?  Są przy nim z własnej chęci. Zapisują się do jego ugrupowania dobrowolnie. Wygryźć go
raczej nikt nie zamierza. Komu starczyłoby odwagi, by znosić coraz brutalniejsze ataki z zewnątrz?  Jak on to znosi, nie muszą wiedzieć.

    Powinien przed jutrzejszym wystąpieniem przejrzeć referat. Oczywiście przemawiać będzie z głowy, ale cóż szkodzi jeszcze coś uzupełnić. Nigdy nie kładzie kartek na mównicy.  O podrzucenie danych liczbowych prosi sekretarza. To daje inny efekt niż drętwe odczytywanie, przygotowanych przez Bóg wie kogo stert papierzysk. On jest o niebo lepszym oratorem.  


   Pamięć ma doskonałą oraz dar wymowy. Płynność słowną i to, że zawsze ma o czym mówić, zawdzięcza oczytaniu w dobrej, poważnej, literaturze. I znajomości języków, o co zadbali rodzice. Potrafi też rozprawiać żywo, ze swadą. Zaszczepił mu to ojciec, wzięty adwokat.  Mimo tych niewątpliwych przymiotów wie, że nie wzbudza sympatii. Wręcz przeciwnie, zawzięcie go zwalczają.  Wiadomo, zagraża im, bo jest od nich lepszy. Już na studiach byli tacy, co podczas wyborów do Rady Uczelnianej agitowali przeciw niemu. "Na niego nie głosuj!"- szeptali do ucha niezdecydowanym studentkom jeszcze pod urną. Tak, już wtedy miał wrogów. Rzecz jasna, wolałby być powszechnie lubianym. Niestety, miał w sobie przymus niezłomnego dążenia do realizacji wzniosłych  idei. Inaczej nie potrafi. Trudno!

        A ci za ścianą?  Co mówią o nim jego ludzie? Odkąd ich przed godziną opuścił, gwar się nasilił. Śmieją się jak nigdy przy nim. Może z niego?


   
Gdyby tak zajrzeć do nich przez dziurkę od klucza? Jak na  pokuszenie, czernieje wielka pod ozdobną klamką, pośrodku białej ściany, w białych drzwiach. Mógłby choć przystawić ucho do ściany?


  Nie wypada! Nigdy nie robi rzeczy, których nie wypada. Chyba, że Niechcący.  Potem, sam się za to karze. Jeśli chce się coś w życiu
osiągnąć, trzeba ćwiczyć żelazną wolę oraz powściągliwość. I odporność na ataki.   W ich grupie tylko on się tym cechuje. Pozostałym zdarzają
się wątpliwości i załamania. Co słabsi psychicznie nie wytrzymują presji i odchodzą. Ale rzadko. Najsilniejsi zostają przy nim.

 Gdyby tylko potrafił śmiać się i bawić towarzystwo, to własne i każde inne, jego notowania by wzrosły. Ale on jest poważny, śmiertelnie poważny, by nie rzec ponury. Ani myśli zdobywać sympatię poprzez błaznowanie czy przyklejony do oblicza sztuczny uśmieszek. Przecież sprawy, o które walczy, są poważne. Naczytał się wielu  mądrych książek. Ich  idee muszą iść dalej.  Trzeba zmieniać coś w świecie, w życiu społeczeństwa. Nie wolno, by ta mądrość pozostała tylko w bibliotekach i głowach nielicznych może czytelników. Ktoś pisał po to, by ją inni dobrze spożytkowali. By świat coś na tym zyskał. On sam zawsze myśli tymi kategoriami: społeczeństwo; świat; procesy  dziejowe; postęp; mądrość, idee, dobro; zło... Wypełnia go to bez reszty, że na śmiech, zabawę i wszelkie lżejszego kalibru emocje, a nawet na miłość, brak już wolnej przegródki. W głowie. Czy w sercu. Tak się czasem tłumaczy. Wyczuwa, że z tego powodu ci za ścianą, mają go za sztywniaka. Dlatego w jego obecności są powściągliwi, a  jak tylko wyjdzie,  harcują co niemiara. Zrozumiała to chyba najmilsza mu dziewczyna, bo znikła. Nie widział jej już...zaraz...ile to tygodni? Nieważne. Tak musi być, jeśli się chce coś w życiu osiągnąć. Nawet nikt nie może się o tym dowiedzieć. Ukryje tę słabość za kamienną maską twarzy.

    Z nim już tak jest, oddziela go od innych maska, ściana.  Realna, kiedy zamyka się w drugim pokoju, jak teraz, albo niewidzialna, taka bariera
psychiczna, którą tylko on wyczuwa. Ale  ta ściana  zawsze jest. I oddziela.

 Bywało tak odkąd sięga pamięcią.

 Jeszcze w szkole wszyscy  koledzy broili, a on nie. Nie chodził z nimi na gruszki do sadu  w sąsiedztwie, gdzie  opuszczony już dom rzadko ktoś
nawiedzał. Wiedział, że to jest złe. Mama, babcia i pani w szkole, tak mówiły. Ojciec też by to potwierdził, gdyby  częściej zechciał wyjść z
chmury papierosowego dymu w swym gabinecie i zniżyć się do poziomu syna. A kiedy to robił, chwytał go w mocarne objęcia i ze śmiechem podrzucał do  sufitu,  potem pokazywał różne kraje na mapie, wiszącej nad jego biurkiem i opowiadał, gdzie się kiedyś wybiorą razem. To było  ciekawsze niż głupie zabawy chłopaków. Nie szedł więc z nimi na gruszki do ogrodu sąsiada, gdy nawoływali: "idziemy na dzierżawę!"  Na odchodne rzucali mu tylko: Maminsynek! Ciepłe kluchy! Te gruszki i tak  zgniją zanim właściciel   przyjedzie! Wylądował przecież w domu starców.

  Zajadali się potem tymi gruszkami, aż wszędzie nimi pachniało. Sok spływał im po rękach, a jemu ciekła ślinka.  Żaden go nie poczęstował.  
Jeszcze na złość demonstrowali, jakie smaczne. Chrupali je głośno i  niedbale rozrzucali wokoło nie do końca objedzone ogryzki, bo każdy miał
tych gruszek za pazuchą pełno.

  Mógł na nich naskarżyć.  Zamyślał ich postraszyć, ale  mama zawołała go do pianina. Dość się nałykał świeżego powietrza i nabawił z kolegami.
Gdyby wiedziała, ile on ma z tego przyjemności? Odchodził więc skwapliwie. Bał się tylko, by nie rzucali mu w plecy ogryzkami. Wtedy nikt ani nie spróbował. Potem wiele razy. Leciały nie ogryzki, a złe słowa.


  Teraz też podejrzewa, że w drugim pokoju, za jego plecami obsypują go słownymi ogryzkami. Gdyby mógł tylko na  moment przyłożyć oko do dziurki od klucza! Ciemniała kusząco w drzwiach pośrodku ściany. Wiedziałby, o czym mówią, z czego się zaśmiewają.

  Czemu  w nim tyle zahamowań? Tego nie zrobi, tamtego...  Zwleka nawet z założeniem rodziny. Cóż,  wymarzył sobie tak wzniosły ideał kobiecy, że taka chyba by go nie chciała. Poznane dotąd dziewczyny nie były fascynujące. Za mało ładne,  mało mądre. Oprócz  jednej...  Ona pozostała w jego myślach ... Nie wyrzuci jej z pamięci. Oczywiście, on potrafi nad sobą zapanować. Ma  surowe zasady. Powspominać jednak może. Jej jasne włosy, rozwiewane przez wiatr, niebieską sukienkę...I nic się nie stanie... Chwila rozczulenia, ciepła na sercu... Nie rozklei się w sentymentach. Jest ponad to.


  Za dużo się pod koniec sprzeczali. Nie mogła zrozumieć, że ich wysiłki są i tak daremne, Zwalczy się jedno zło,  przyjdzie następne. Byłby cyniczny, gdyby jej wprost wyjaśnił to, co wynika z historiozofii, że zło jest niezbędne dla funkcjonowania społeczeństwa. Tak, ludzie muszą się bać więzienia, kary śmierci, nawet   sądu w widokiem  głośno mówiących panów w togach. Muszą  pozostać więzienia, nierówności płacowe, silna władza, bo to są regulatory mechanizmów społecznych. Inaczej byłby rozbój w biały dzień i nic by za to nie groziło. Byle lump spod kiosku z piwem, brzydzący się pracą, żądałby od państwa zapomogi równej pensji pracoholika, którego wykańcza w końcu zawał.  
Tymczasem nawet pracuś nie może oczekiwać  takiej zapłaty, jak ktoś podejmujący trudne decyzje i nieustanne ryzyko.


  Dotąd ma ją przed oczami. Była wiotka z wyglądu i delikatna w sposobie bycia. Parzyła doskonałą herbatę. Zalewała listki odrobiną zimnej wody, a kiedy się rozprostowały i urosły, dopełniała imbryk wrzątkiem.  Dawało to niepowtarzalny aromat.  Zaraz go to odurzało i kiedy patrzył na nią poprzez wirujący znad filiżanki obłoczek pary, przypominała mu wróżkę, czarującą naparem z ziół. Był gotów dać się zaczarować. Byle później czyniła to samo w jego domu, gdy będzie wracał wieczorem zmęczony. Filiżanka takiej herbaty odpędziłaby od niego całe zło świata.
Do ich domu nie miałoby ono wstępu. Żadne złe słowa przeciwników,  intrygi niby-zwolenników.


  Ale jeszcze na to nie  pora. Może będzie jej mógł to  kiedyś wytłumaczyć? Było w niej tyle ciepła...
Tyle wrażliwości...

  Nigdy nie naskarżył na  kolegów, że kradną gruszki. Źle robili,  lecz donosicielstwo jest  czymś gorszym. Już wtedy to wiedział. Ojciec tak mówił. Powinni być mu wdzięczni. Ku jego zaskoczeniu  przestali go wołać. I  na gruszki.  I do gry w piłkę.
  Nawet lepiej. Powinien dbać o palce. Grał przecież na pianinie.
  Mama chwaliła, że ćwiczy gamy, uczy się francuskiego. On wolałby pobiec do  chłopaków. Widział ich przez okno. Grali w  nożną. Ale pośród  nich  był niezgrabiaszem. Za gruby, za mały. Źle  kopał piłkę. Kiedy biegli, zostawał w tyle. Powinien więcej trenować, lecz biec tak na końcu za
innymi? To straszne! Nie mógł być gorszy. Nie potrafił przegrywać.


   Potrzeba odwagi, by być gorszym. Ze zdumieniem patrzył na kolegów, jak  bez mrugnięcia okiem przyjmują  uwagę w dzienniczku, albo dwóję. On tak nie potrafił. Nie, żeby go w domu karcili, ale to straszne być od kogoś gorszym. Nie takim jak trzeba. Przeciwstawić się pani w szkole, mamie. Nie wyobrażał sobie tego. Jak to jest, nie chcieć być najlepszym?


   Tylko ojcu  odważyłby się wierzgnąć. Wyczuwał, że ten  ważny człowiek potrafi go zrozumieć.   Niestety  był bardzo zapracowany, a wieczorami  przychodzili do niego koledzy z sądu pograć w karty.  Mama i babcia, zaaferowane szykowały poczęstunek, a kiedy wnosiły tace z kawą, z przekąskami, do ciemnego od dymu cygar pokoju, wpadało mu w ucho tubalne: panie kolego; panie mecenasie... Przyczajony w korytarzu nasłuchiwał. Oni tam nie tylko grali... Raz przystawił oko do dziurki od klucza, która wtedy była na wysokości jego oczu. Zaraz czyjeś ręce uniosły go w górę i na zawsze zapamiętał  złowieszczy szept mamy: "Nigdy nie zaglądaj przez dziurkę! Jeśli nie możesz gdzieś wejść, odejdź z dumnym czołem."


   Jednak ojciec, kiedy już pożegnał swoich: "panie kolego, panie mecenasie", pozwalał mu wejść do zasłoniętego chmurą dymu pokoju. Wyraźnie  pragnął, by jego syn zasmakował w tym czymś   tajemniczym, co w takim momencie najbardziej pociągało: papierosy i  tajemnicza
działalność ojca.  Już w szkole podstawowej wiedział, że  pójdzie w jego ślady. Koledzy z klasy chcieli być  strażakiem, pilotem, nawet
kominiarzem. On tylko uśmiechał się pod nosem.  Miał wznioślejsze perspektywy.  Zostanie prawnikiem, słynnym prawnikiem i naprawi to, nad
czym biadali w gabinecie ojca starsi panowie, kiedy ściszali swe gromkie głosy do szeptu. Raz i drugi podsłuchał co nieco, przylepiony do ściany pod uchylonym oknem, gdzie rozprawiali. Otwierali oko, żeby się nie udusić dymem, a mama  stać tam  nie zabraniała. Chyba nie miała o tym pojęcia.


  Gdyby  mu choć pogroziła palcem, więcej by tam nie stanął. Był aż tak wzorowy? Raczej tchórzliwy? Po prostu bał się robić coś, czego nie wolno. Przerażało przekraczanie bariery, za którą groziła kara. Dziwne, że po latach odważył się działać w opozycji.  Bez wątpienia dlatego, że jego tchórzostwo nie  dopuszczało też pójścia na żaden kompromis.   Wykluczało oportunizm. Godzenie się na zło było, w jego przekonaniu, gorsze niż  sprzeciw. To oczywiste. Tylko skąd  czerpał tyle odwagi, by pociągnąć za sobą innych, stać się przywódcą?  Sam tego nie wiedział. Był przecież tak wrażliwy..


   Nadwrażliwość utrudnia życie. Wielu prymitywnych osiłków, jakichś tam macho, uważa to za to kalectwo psychiczne. Niekoniecznie! To przede
wszystkim przejaw wysokiej inteligencji. Inteligentny zauważa  więcej niż przeciętniak. Potrafi łączyć ze sobą bardzo odległe fakty i wyciągać z tego niesamowite wnioski. On był zdolny do okrutnych podsumowań. Bano się jego niemiłosiernych  sądów. Coraz bardziej był pośród kolegów
nieszczęśliwy.


    Nieraz dociera do niego, co  mówią za jego plecami. Nie tyle przyjaciele, co wrogowie. Tych ma więcej. W przyjaźni nigdy nie  posuwa się za daleko. Nie skraca nadmiernie dystansu. Pozostaje sam za swą szybą. Tak, jak przed chwilą, kiedy  opuścił towarzystwo i zamknął się w drugim
pokoju.  Ryzykuje, że  pod jego nieobecność mogą mówić o nim źle.


  Tylko, co oni wiedzą?  Starannie skrywa wszelkie  drżenia serca, to wszystko, co określa się, jako emocje albo atrybut osobowości. Po co
miałby ktokolwiek wiedzieć, czym się zamartwia, co go złości albo cieszy, czego nienawidzi. Woli  pozostać  nieprzenikniony. Dlatego ma
niby  licznych zwolenników, a pozostaje pośród nich samotny.


  Miałby im już na tym etapie uświadomić, że właściwie chodzi mu o władzę?
Oczywiście, bo wtedy będzie mógł usilniej walczyć o dobro.  Niestety już wie, że to tak do końca nieosiągalne. Można tylko zmniejszać zło. Zło połączone z cierpieniem i tak pozostanie?  Nierówności społeczne, nadużycia władzy, niskie płace, bieda i cierpienie. One muszą być powodem ucieczki od tego. Początkiem walki o dostanie się na wyższy szczebel społeczny.
Dzięki temu jedni się kształcą, awansują, popadają w pracoholizm,  inni  wywołują  rewolucję... Takich  wniosków on jednak  głośno nie  wyraża. Nazbyt wzniosłe idee wywołują zniechęcenie, którego drugą stroną medalu bywa wyzwolenie podłości.


  Miałby o tym powiedzieć Mariuszowi, swemu zastępcy, wykwintnemu idealiście? Przecież, by go wystraszył. Niech chowa się za jego plecami,
Mariusz i pozostali, gdy on  sam  nastawia  czoła na podłości przeciwników.


  Coraz  częściej docierają do niego  nieprzychylne opinie i potwarze.  To tylko znaczy, że mu zazdroszczą! Jeśli nie ściągną takiego na swój poziom, zazdrość przeradza się w zawiść, nienawiść rodzi agresję i pragnienie zemsty. Nieraz ten mechanizm tłumaczy kolegom. Czasem na próżno. Wtedy sam siebie zaczyna nienawidzić. W takim momencie mógłby zaprzepaścić   swą ideę. Odstręczyć zwolenników. Zaprzepaścić wszystko w co oni uwierzyli.
Musi więc zrobić coś takiego, czym im zaimponuje.  Pełen nienawiści do siebie samego potrafi rzucić się na szaniec. Wymyśla nowe cele, nowe sposoby walki w imię ich idei. Nie dba o siebie, więc szarżuje i tak pociąga za sobą innych.


  Ojciec, jak się później okazało, wcale nie lubił grac w karty. One były tylko przykrywką dla poważniejszej działalności. Dla tajnych poczynań.
Coś niecoś z tego podsłuchał pod oknem. Póki nie zdradził go trzask nadepniętej gałązki. Zdążył uciec, ale odtąd dusili się w dymie cygar przy szczelnie zamkniętym oknie. Może nie zawsze były to cygara? Skąd by je brali? Częściej pewnie zwykłe papierosy. Ale on wolał to tak pamiętać. Drobne upiększenie. Grzech? Może nie? A samo podsłuchiwanie pod oknem?


   Tam za ścianą bez przerwy się śmieją. On nie potrafi się śmiać z byle czego. Tysiące razy już to analizował. Na wszystkie strony. Wie, że powinien śmiechem ocieplać swój wizerunek. Dopiero gdzieś rok temu, może dwa, doszedł do wniosku, że humor to po prostu spuszczenie z tonu. Żeby się śmiać, trzeba  odrobinę zgłupieć, zrezygnować ze swej układności. Z wysokich zamierzeń. Szczytnych planów. Pięknej fasady.  Niestety, on jest do przesady serio. Za nic nie  pokaże się głupszym niż jest. Woli ukazywać niewzruszoną fasadę. Kamienne oblicze. Zresztą  śmiech mu nie wychodzi.  Wykrzywia tylko oblicze.

  Intryguje go od dawna, jacy oni są, gdy ich swą osobą nie krępuje? Czy naprawdę godzą się z nim, gdy wbrew atakom broni swych poglądów do upadłego? Co zamierzają? Choćby taki Mariusz, jego zastępca, chłopak błyskotliwy, dobrze ułożony, przystojny, miałby wszelkie cechy potrzebne przywódcy. Kobietom się podoba. Chętnie by na niego głosowały. Tak, tylko brakuje mu odwagi. Łatwiej stanąć na drugim miejscu za plecami przywódcy. Tak, Mariusz mu nie zagraża. Nie przechwyci steru.  Pozostali podobnie. Idą z nim ręka w rękę, a raczej za nim. To on sam zawsze nastawia czoła, przyjmuje ciosy. Oni rzadziej.


  Ostatnim wystąpieniem pojechał po bandzie. Dalej już nie można. Sam czuje, że doszedł do jakiejś ściany. Jest na krawędzi. Wóz, albo przewóz?  Znajdzie właściwe słowo, by i tym razem z nim zostali? Tyle już razy wszystko zawisło na włosku, ale zwykle znajdował odpowiednie hasło, by ich porwać, by wszystko  wyszło na jego.  Bał się tylko narażać na ataki przeciwników panie, które szły z nimi ramię w ramię. Szczególnie tej jednej. Chyba w porę zrozumiała?


  Musiałby odsłonić przed nią wszystko to, co chowa przed światem, co zamyka w swej duszy: cierpienia, upokorzenia, zawody... Szczerość byłaby konieczna. Jednak nie chciał odsłaniać ponurych mroków duszy. Wobec nikogo. A zwłaszcza wobec niej. Tej szczupłej, jasnowłosej dziewczyny. Herbata, jaką mu parzyła, zawsze niosła ukojenie.  Szkoda. Ale musiałby dla niej   zrezygnować z ukochanych książek i swej działalności. Przynajmniej trochę. On musi poświecić się  tym sprawom jeszcze  usilniej.


    Za ścianą ciągle gwar.  Szykują się na jutro? Zostaną z nim w tak decydującym momencie, czy go  opuszczą? Zdradzą? Słychać skrzypienie
drzwi.  Ktoś  wychodzi? Może wchodzi?


  Gdyby mógł w tej chwili sprzeniewierzyć się zasadom, jakie wyniósł z domu, jakie sam sobie  narzucił,  zajrzałby  przez dziurkę od klucza i dowiedział, co się tam dzieje, co zamyślają.  "Złam się choć raz   zachęca sam  siebie.   Co ci z tych surowych zasad? Większość ich i tak sam wykoncypowałeś." Przeklęta dziurka od klucza! Jest tu chyba na pokuszenie. Żeby się złamał i zrobił raz coś wbrew sobie...


  A co, jeśli się dowie, że i ci za ścianą też, jak wrogowie,  go nie cierpią? Rzuci wszystko w diabły i odszuka dziewczynę o jasnych włosach w niebieskiej sukience.  Jeśli nie czeka,  znajdzie podobną. Z pewnością są jeszcze takie? Jasnowłose, delikatne, wrażliwe,  oblewające się rumieńcem...


  Słychać jakieś kobiece głosy!


  Stanowczym krokiem  rusza w stronę drzwi. Kładzie  dłoń na klamce. Jaka zimna!


  A co, jeśli z drugiej strony jego podglądają? Zobaczą, że zniżył się do poziomu dziurki od klucza. On taki zawsze niewzruszony. Surowy! Nawet
dla siebie!


  Cichną. Słychać pobrzękiwanie szkła. I pojedynczy śmiech kobiecy. Mój Boże! Czyżby to ona? Teraz  dolatuje znajomy zapach. Zupełnie taki, jak zapamiętał? Dociera aż tutaj? Przez dziurkę od klucza? Herbata?  Może mu się zdaje?


  Chwilę się waha. Wreszcie  uchyla drzwi.


  Roześmiani przy stole  zamierają z otwartymi ustami. Patrzą w niego zaskoczeni. Ona też podnosi głowę znad imbryka, z którego nalewa do
filiżanek.


  - Właśnie... miałam przynieść... herbatę -   szepcze zarumieniona.
                                                                                                        Krystyna Habrat

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 08/12 (79)



Dziś Nikifor Krynicki

„Szanowni Państwo! Jestem biedny, proszę serdecznie o jałmużnę, nie mam za co sobie kupić odzieży ani obuwia, a to co mam na sobie jest zniszczone.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli