Krystyna Habrat
PRZEKLĘTA DZIURKA OD KLUCZA
Za ścianą nieustanna wrzawa. Śmiechy. Pokrzykiwania. Głosy giną w ogólnym rozgwarze.
A on tutaj sam. Nie lubi śmiać się jak tamci, z byle czego.
Posiedział z nimi chwilę, wypił kawę, i wyczuł, że czas najwyższy odejść. Jako przewodniczący, nie chciał ich krępować. Wymówił się bólem głowy. Tylko wyszedł, zagrzmiał śmiech. Mógł pod byle pretekstem zawrócić i sprawdzić, o co chodzi. Ale to nie w jego stylu. Był ponad podobne zagrania. Czemu mieliby śmiać się z niego? Są przy nim z własnej chęci. Zapisują się do jego ugrupowania dobrowolnie. Wygryźć go
raczej nikt nie zamierza. Komu starczyłoby odwagi, by znosić coraz brutalniejsze ataki z zewnątrz? Jak on to znosi, nie muszą wiedzieć.
Powinien przed jutrzejszym wystąpieniem przejrzeć referat. Oczywiście przemawiać będzie z głowy, ale cóż szkodzi jeszcze coś uzupełnić. Nigdy nie kładzie kartek na mównicy. O podrzucenie danych liczbowych prosi sekretarza. To daje inny efekt niż drętwe odczytywanie, przygotowanych przez Bóg wie kogo stert papierzysk. On jest o niebo lepszym oratorem.
Pamięć ma doskonałą oraz dar wymowy. Płynność słowną i to, że zawsze ma o czym mówić, zawdzięcza oczytaniu w dobrej, poważnej, literaturze. I znajomości języków, o co zadbali rodzice. Potrafi też rozprawiać żywo, ze swadą. Zaszczepił mu to ojciec, wzięty adwokat. Mimo tych niewątpliwych przymiotów wie, że nie wzbudza sympatii. Wręcz przeciwnie, zawzięcie go zwalczają. Wiadomo, zagraża im, bo jest od nich lepszy. Już na studiach byli tacy, co podczas wyborów do Rady Uczelnianej agitowali przeciw niemu. "Na niego nie głosuj!"- szeptali do ucha niezdecydowanym studentkom jeszcze pod urną. Tak, już wtedy miał wrogów. Rzecz jasna, wolałby być powszechnie lubianym. Niestety, miał w sobie przymus niezłomnego dążenia do realizacji wzniosłych idei. Inaczej nie potrafi. Trudno!
A ci za ścianą? Co mówią o nim jego ludzie? Odkąd ich przed godziną opuścił, gwar się nasilił. Śmieją się jak nigdy przy nim. Może z niego?
Gdyby tak zajrzeć do nich przez dziurkę od klucza? Jak na pokuszenie, czernieje wielka pod ozdobną klamką, pośrodku białej ściany, w białych drzwiach. Mógłby choć przystawić ucho do ściany?
Nie wypada! Nigdy nie robi rzeczy, których nie wypada. Chyba, że Niechcący. Potem, sam się za to karze. Jeśli chce się coś w życiu osiągnąć, trzeba ćwiczyć żelazną wolę oraz powściągliwość. I odporność na ataki. W ich grupie tylko on się tym cechuje. Pozostałym zdarzają
się wątpliwości i załamania. Co słabsi psychicznie nie wytrzymują presji i odchodzą. Ale rzadko. Najsilniejsi zostają przy nim.
Gdyby tylko potrafił śmiać się i bawić towarzystwo, to własne i każde inne, jego notowania by wzrosły. Ale on jest poważny, śmiertelnie poważny, by nie rzec ponury. Ani myśli zdobywać sympatię poprzez błaznowanie czy przyklejony do oblicza sztuczny uśmieszek. Przecież sprawy, o które walczy, są poważne. Naczytał się wielu mądrych książek. Ich idee muszą iść dalej. Trzeba zmieniać coś w świecie, w życiu społeczeństwa. Nie wolno, by ta mądrość pozostała tylko w bibliotekach i głowach nielicznych może czytelników. Ktoś pisał po to, by ją inni dobrze spożytkowali. By świat coś na tym zyskał. On sam zawsze myśli tymi kategoriami: społeczeństwo; świat; procesy dziejowe; postęp; mądrość, idee, dobro; zło... Wypełnia go to bez reszty, że na śmiech, zabawę i wszelkie lżejszego kalibru emocje, a nawet na miłość, brak już wolnej przegródki. W głowie. Czy w sercu. Tak się czasem tłumaczy. Wyczuwa, że z tego powodu ci za ścianą, mają go za sztywniaka. Dlatego w jego obecności są powściągliwi, a jak tylko wyjdzie, harcują co niemiara. Zrozumiała to chyba najmilsza mu dziewczyna, bo znikła. Nie widział jej już...zaraz...ile to tygodni? Nieważne. Tak musi być, jeśli się chce coś w życiu osiągnąć. Nawet nikt nie może się o tym dowiedzieć. Ukryje tę słabość za kamienną maską twarzy.
Z nim już tak jest, oddziela go od innych maska, ściana. Realna, kiedy zamyka się w drugim pokoju, jak teraz, albo niewidzialna, taka bariera
psychiczna, którą tylko on wyczuwa. Ale ta ściana zawsze jest. I oddziela.
Bywało tak odkąd sięga pamięcią.
Jeszcze w szkole wszyscy koledzy broili, a on nie. Nie chodził z nimi na gruszki do sadu w sąsiedztwie, gdzie opuszczony już dom rzadko ktoś
nawiedzał. Wiedział, że to jest złe. Mama, babcia i pani w szkole, tak mówiły. Ojciec też by to potwierdził, gdyby częściej zechciał wyjść z
chmury papierosowego dymu w swym gabinecie i zniżyć się do poziomu syna. A kiedy to robił, chwytał go w mocarne objęcia i ze śmiechem podrzucał do sufitu, potem pokazywał różne kraje na mapie, wiszącej nad jego biurkiem i opowiadał, gdzie się kiedyś wybiorą razem. To było ciekawsze niż głupie zabawy chłopaków. Nie szedł więc z nimi na gruszki do ogrodu sąsiada, gdy nawoływali: "idziemy na dzierżawę!" Na odchodne rzucali mu tylko: Maminsynek! Ciepłe kluchy! Te gruszki i tak zgniją zanim właściciel przyjedzie! Wylądował przecież w domu starców.
Zajadali się potem tymi gruszkami, aż wszędzie nimi pachniało. Sok spływał im po rękach, a jemu ciekła ślinka. Żaden go nie poczęstował.
Jeszcze na złość demonstrowali, jakie smaczne. Chrupali je głośno i niedbale rozrzucali wokoło nie do końca objedzone ogryzki, bo każdy miał
tych gruszek za pazuchą pełno.
Mógł na nich naskarżyć. Zamyślał ich postraszyć, ale mama zawołała go do pianina. Dość się nałykał świeżego powietrza i nabawił z kolegami.
Gdyby wiedziała, ile on ma z tego przyjemności? Odchodził więc skwapliwie. Bał się tylko, by nie rzucali mu w plecy ogryzkami. Wtedy nikt ani nie spróbował. Potem wiele razy. Leciały nie ogryzki, a złe słowa.
Teraz też podejrzewa, że w drugim pokoju, za jego plecami obsypują go słownymi ogryzkami. Gdyby mógł tylko na moment przyłożyć oko do dziurki od klucza! Ciemniała kusząco w drzwiach pośrodku ściany. Wiedziałby, o czym mówią, z czego się zaśmiewają.
Czemu w nim tyle zahamowań? Tego nie zrobi, tamtego... Zwleka nawet z założeniem rodziny. Cóż, wymarzył sobie tak wzniosły ideał kobiecy, że taka chyba by go nie chciała. Poznane dotąd dziewczyny nie były fascynujące. Za mało ładne, mało mądre. Oprócz jednej... Ona pozostała w jego myślach ... Nie wyrzuci jej z pamięci. Oczywiście, on potrafi nad sobą zapanować. Ma surowe zasady. Powspominać jednak może. Jej jasne włosy, rozwiewane przez wiatr, niebieską sukienkę...I nic się nie stanie... Chwila rozczulenia, ciepła na sercu... Nie rozklei się w sentymentach. Jest ponad to.
Za dużo się pod koniec sprzeczali. Nie mogła zrozumieć, że ich wysiłki są i tak daremne, Zwalczy się jedno zło, przyjdzie następne. Byłby cyniczny, gdyby jej wprost wyjaśnił to, co wynika z historiozofii, że zło jest niezbędne dla funkcjonowania społeczeństwa. Tak, ludzie muszą się bać więzienia, kary śmierci, nawet sądu w widokiem głośno mówiących panów w togach. Muszą pozostać więzienia, nierówności płacowe, silna władza, bo to są regulatory mechanizmów społecznych. Inaczej byłby rozbój w biały dzień i nic by za to nie groziło. Byle lump spod kiosku z piwem, brzydzący się pracą, żądałby od państwa zapomogi równej pensji pracoholika, którego wykańcza w końcu zawał.
Tymczasem nawet pracuś nie może oczekiwać takiej zapłaty, jak ktoś podejmujący trudne decyzje i nieustanne ryzyko.
Dotąd ma ją przed oczami. Była wiotka z wyglądu i delikatna w sposobie bycia. Parzyła doskonałą herbatę. Zalewała listki odrobiną zimnej wody, a kiedy się rozprostowały i urosły, dopełniała imbryk wrzątkiem. Dawało to niepowtarzalny aromat. Zaraz go to odurzało i kiedy patrzył na nią poprzez wirujący znad filiżanki obłoczek pary, przypominała mu wróżkę, czarującą naparem z ziół. Był gotów dać się zaczarować. Byle później czyniła to samo w jego domu, gdy będzie wracał wieczorem zmęczony. Filiżanka takiej herbaty odpędziłaby od niego całe zło świata.
Do ich domu nie miałoby ono wstępu. Żadne złe słowa przeciwników, intrygi niby-zwolenników.
Ale jeszcze na to nie pora. Może będzie jej mógł to kiedyś wytłumaczyć? Było w niej tyle ciepła...
Tyle wrażliwości...
Nigdy nie naskarżył na kolegów, że kradną gruszki. Źle robili, lecz donosicielstwo jest czymś gorszym. Już wtedy to wiedział. Ojciec tak mówił. Powinni być mu wdzięczni. Ku jego zaskoczeniu przestali go wołać. I na gruszki. I do gry w piłkę.
Nawet lepiej. Powinien dbać o palce. Grał przecież na pianinie.
Mama chwaliła, że ćwiczy gamy, uczy się francuskiego. On wolałby pobiec do chłopaków. Widział ich przez okno. Grali w nożną. Ale pośród nich był niezgrabiaszem. Za gruby, za mały. Źle kopał piłkę. Kiedy biegli, zostawał w tyle. Powinien więcej trenować, lecz biec tak na końcu za
innymi? To straszne! Nie mógł być gorszy. Nie potrafił przegrywać.
Potrzeba odwagi, by być gorszym. Ze zdumieniem patrzył na kolegów, jak bez mrugnięcia okiem przyjmują uwagę w dzienniczku, albo dwóję. On tak nie potrafił. Nie, żeby go w domu karcili, ale to straszne być od kogoś gorszym. Nie takim jak trzeba. Przeciwstawić się pani w szkole, mamie. Nie wyobrażał sobie tego. Jak to jest, nie chcieć być najlepszym?
Tylko ojcu odważyłby się wierzgnąć. Wyczuwał, że ten ważny człowiek potrafi go zrozumieć. Niestety był bardzo zapracowany, a wieczorami przychodzili do niego koledzy z sądu pograć w karty. Mama i babcia, zaaferowane szykowały poczęstunek, a kiedy wnosiły tace z kawą, z przekąskami, do ciemnego od dymu cygar pokoju, wpadało mu w ucho tubalne: panie kolego; panie mecenasie... Przyczajony w korytarzu nasłuchiwał. Oni tam nie tylko grali... Raz przystawił oko do dziurki od klucza, która wtedy była na wysokości jego oczu. Zaraz czyjeś ręce uniosły go w górę i na zawsze zapamiętał złowieszczy szept mamy: "Nigdy nie zaglądaj przez dziurkę! Jeśli nie możesz gdzieś wejść, odejdź z dumnym czołem."
Jednak ojciec, kiedy już pożegnał swoich: "panie kolego, panie mecenasie", pozwalał mu wejść do zasłoniętego chmurą dymu pokoju. Wyraźnie pragnął, by jego syn zasmakował w tym czymś tajemniczym, co w takim momencie najbardziej pociągało: papierosy i tajemnicza
działalność ojca. Już w szkole podstawowej wiedział, że pójdzie w jego ślady. Koledzy z klasy chcieli być strażakiem, pilotem, nawet
kominiarzem. On tylko uśmiechał się pod nosem. Miał wznioślejsze perspektywy. Zostanie prawnikiem, słynnym prawnikiem i naprawi to, nad
czym biadali w gabinecie ojca starsi panowie, kiedy ściszali swe gromkie głosy do szeptu. Raz i drugi podsłuchał co nieco, przylepiony do ściany pod uchylonym oknem, gdzie rozprawiali. Otwierali oko, żeby się nie udusić dymem, a mama stać tam nie zabraniała. Chyba nie miała o tym pojęcia.
Gdyby mu choć pogroziła palcem, więcej by tam nie stanął. Był aż tak wzorowy? Raczej tchórzliwy? Po prostu bał się robić coś, czego nie wolno. Przerażało przekraczanie bariery, za którą groziła kara. Dziwne, że po latach odważył się działać w opozycji. Bez wątpienia dlatego, że jego tchórzostwo nie dopuszczało też pójścia na żaden kompromis. Wykluczało oportunizm. Godzenie się na zło było, w jego przekonaniu, gorsze niż sprzeciw. To oczywiste. Tylko skąd czerpał tyle odwagi, by pociągnąć za sobą innych, stać się przywódcą? Sam tego nie wiedział. Był przecież tak wrażliwy..
Nadwrażliwość utrudnia życie. Wielu prymitywnych osiłków, jakichś tam macho, uważa to za to kalectwo psychiczne. Niekoniecznie! To przede
wszystkim przejaw wysokiej inteligencji. Inteligentny zauważa więcej niż przeciętniak. Potrafi łączyć ze sobą bardzo odległe fakty i wyciągać z tego niesamowite wnioski. On był zdolny do okrutnych podsumowań. Bano się jego niemiłosiernych sądów. Coraz bardziej był pośród kolegów
nieszczęśliwy.
Nieraz dociera do niego, co mówią za jego plecami. Nie tyle przyjaciele, co wrogowie. Tych ma więcej. W przyjaźni nigdy nie posuwa się za daleko. Nie skraca nadmiernie dystansu. Pozostaje sam za swą szybą. Tak, jak przed chwilą, kiedy opuścił towarzystwo i zamknął się w drugim
pokoju. Ryzykuje, że pod jego nieobecność mogą mówić o nim źle.
Tylko, co oni wiedzą? Starannie skrywa wszelkie drżenia serca, to wszystko, co określa się, jako emocje albo atrybut osobowości. Po co
miałby ktokolwiek wiedzieć, czym się zamartwia, co go złości albo cieszy, czego nienawidzi. Woli pozostać nieprzenikniony. Dlatego ma
niby licznych zwolenników, a pozostaje pośród nich samotny.
Miałby im już na tym etapie uświadomić, że właściwie chodzi mu o władzę?
Oczywiście, bo wtedy będzie mógł usilniej walczyć o dobro. Niestety już wie, że to tak do końca nieosiągalne. Można tylko zmniejszać zło. Zło połączone z cierpieniem i tak pozostanie? Nierówności społeczne, nadużycia władzy, niskie płace, bieda i cierpienie. One muszą być powodem ucieczki od tego. Początkiem walki o dostanie się na wyższy szczebel społeczny.
Dzięki temu jedni się kształcą, awansują, popadają w pracoholizm, inni wywołują rewolucję... Takich wniosków on jednak głośno nie wyraża. Nazbyt wzniosłe idee wywołują zniechęcenie, którego drugą stroną medalu bywa wyzwolenie podłości.
Miałby o tym powiedzieć Mariuszowi, swemu zastępcy, wykwintnemu idealiście? Przecież, by go wystraszył. Niech chowa się za jego plecami,
Mariusz i pozostali, gdy on sam nastawia czoła na podłości przeciwników.
Coraz częściej docierają do niego nieprzychylne opinie i potwarze. To tylko znaczy, że mu zazdroszczą! Jeśli nie ściągną takiego na swój poziom, zazdrość przeradza się w zawiść, nienawiść rodzi agresję i pragnienie zemsty. Nieraz ten mechanizm tłumaczy kolegom. Czasem na próżno. Wtedy sam siebie zaczyna nienawidzić. W takim momencie mógłby zaprzepaścić swą ideę. Odstręczyć zwolenników. Zaprzepaścić wszystko w co oni uwierzyli.
Musi więc zrobić coś takiego, czym im zaimponuje. Pełen nienawiści do siebie samego potrafi rzucić się na szaniec. Wymyśla nowe cele, nowe sposoby walki w imię ich idei. Nie dba o siebie, więc szarżuje i tak pociąga za sobą innych.
Ojciec, jak się później okazało, wcale nie lubił grac w karty. One były tylko przykrywką dla poważniejszej działalności. Dla tajnych poczynań.
Coś niecoś z tego podsłuchał pod oknem. Póki nie zdradził go trzask nadepniętej gałązki. Zdążył uciec, ale odtąd dusili się w dymie cygar przy szczelnie zamkniętym oknie. Może nie zawsze były to cygara? Skąd by je brali? Częściej pewnie zwykłe papierosy. Ale on wolał to tak pamiętać. Drobne upiększenie. Grzech? Może nie? A samo podsłuchiwanie pod oknem?
Tam za ścianą bez przerwy się śmieją. On nie potrafi się śmiać z byle czego. Tysiące razy już to analizował. Na wszystkie strony. Wie, że powinien śmiechem ocieplać swój wizerunek. Dopiero gdzieś rok temu, może dwa, doszedł do wniosku, że humor to po prostu spuszczenie z tonu. Żeby się śmiać, trzeba odrobinę zgłupieć, zrezygnować ze swej układności. Z wysokich zamierzeń. Szczytnych planów. Pięknej fasady. Niestety, on jest do przesady serio. Za nic nie pokaże się głupszym niż jest. Woli ukazywać niewzruszoną fasadę. Kamienne oblicze. Zresztą śmiech mu nie wychodzi. Wykrzywia tylko oblicze.
Intryguje go od dawna, jacy oni są, gdy ich swą osobą nie krępuje? Czy naprawdę godzą się z nim, gdy wbrew atakom broni swych poglądów do upadłego? Co zamierzają? Choćby taki Mariusz, jego zastępca, chłopak błyskotliwy, dobrze ułożony, przystojny, miałby wszelkie cechy potrzebne przywódcy. Kobietom się podoba. Chętnie by na niego głosowały. Tak, tylko brakuje mu odwagi. Łatwiej stanąć na drugim miejscu za plecami przywódcy. Tak, Mariusz mu nie zagraża. Nie przechwyci steru. Pozostali podobnie. Idą z nim ręka w rękę, a raczej za nim. To on sam zawsze nastawia czoła, przyjmuje ciosy. Oni rzadziej.
Ostatnim wystąpieniem pojechał po bandzie. Dalej już nie można. Sam czuje, że doszedł do jakiejś ściany. Jest na krawędzi. Wóz, albo przewóz? Znajdzie właściwe słowo, by i tym razem z nim zostali? Tyle już razy wszystko zawisło na włosku, ale zwykle znajdował odpowiednie hasło, by ich porwać, by wszystko wyszło na jego. Bał się tylko narażać na ataki przeciwników panie, które szły z nimi ramię w ramię. Szczególnie tej jednej. Chyba w porę zrozumiała?
Musiałby odsłonić przed nią wszystko to, co chowa przed światem, co zamyka w swej duszy: cierpienia, upokorzenia, zawody... Szczerość byłaby konieczna. Jednak nie chciał odsłaniać ponurych mroków duszy. Wobec nikogo. A zwłaszcza wobec niej. Tej szczupłej, jasnowłosej dziewczyny. Herbata, jaką mu parzyła, zawsze niosła ukojenie. Szkoda. Ale musiałby dla niej zrezygnować z ukochanych książek i swej działalności. Przynajmniej trochę. On musi poświecić się tym sprawom jeszcze usilniej.
Za ścianą ciągle gwar. Szykują się na jutro? Zostaną z nim w tak decydującym momencie, czy go opuszczą? Zdradzą? Słychać skrzypienie
drzwi. Ktoś wychodzi? Może wchodzi?
Gdyby mógł w tej chwili sprzeniewierzyć się zasadom, jakie wyniósł z domu, jakie sam sobie narzucił, zajrzałby przez dziurkę od klucza i dowiedział, co się tam dzieje, co zamyślają. "Złam się choć raz zachęca sam siebie. Co ci z tych surowych zasad? Większość ich i tak sam wykoncypowałeś." Przeklęta dziurka od klucza! Jest tu chyba na pokuszenie. Żeby się złamał i zrobił raz coś wbrew sobie...
A co, jeśli się dowie, że i ci za ścianą też, jak wrogowie, go nie cierpią? Rzuci wszystko w diabły i odszuka dziewczynę o jasnych włosach w niebieskiej sukience. Jeśli nie czeka, znajdzie podobną. Z pewnością są jeszcze takie? Jasnowłose, delikatne, wrażliwe, oblewające się rumieńcem...
Słychać jakieś kobiece głosy!
Stanowczym krokiem rusza w stronę drzwi. Kładzie dłoń na klamce. Jaka zimna!
A co, jeśli z drugiej strony jego podglądają? Zobaczą, że zniżył się do poziomu dziurki od klucza. On taki zawsze niewzruszony. Surowy! Nawet
dla siebie!
Cichną. Słychać pobrzękiwanie szkła. I pojedynczy śmiech kobiecy. Mój Boże! Czyżby to ona? Teraz dolatuje znajomy zapach. Zupełnie taki, jak zapamiętał? Dociera aż tutaj? Przez dziurkę od klucza? Herbata? Może mu się zdaje?
Chwilę się waha. Wreszcie uchyla drzwi.
Roześmiani przy stole zamierają z otwartymi ustami. Patrzą w niego zaskoczeni. Ona też podnosi głowę znad imbryka, z którego nalewa do
filiżanek.
- Właśnie... miałam przynieść... herbatę - szepcze zarumieniona.
Krystyna Habrat














