Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Sławomir Majewski 


WYSTAWA

 

Jan CybisNa czterdziestym kilometrze poprosiła, żeby zatrzymał samochód obok jakiegoś zagajnika. Wysiadła, podciągnęła spódniczkę i zaczęła sikać. Zaczął przeszukiwać programy radiowe, ale nie znalazł nic ciekawego. Wystawił łokieć za okno a wtedy przysiadł na nim motyl o turkusowych skrzydłach. W oddali kombajn dziarsko zagarnia łany.

Wsiadając obciągnęła spódniczkę i wyciągnęła z torebki papierosy.

- Chcesz?

- Nie. Może później. Chyba się wczoraj przepaliłem.

Ruszyli, motyl odleciał skrząc się w słońcu a ona spojrzała do lusterka, poprawiła palcami grzywkę i zaczęła szukać w torebce błyszczka do ust.

- To na którą mamy tam być?

Odpowiedział niedbale, że nic się nie stanie, jeśli się trochę spóźnią i że artystce wypada się spóźnić.

- Taki szpan, rozumiesz?

- Oczywiście. Daleko jeszcze?

Spojrzał na zegarek i powiedział, że zmieszczą się w godzinie a wtedy ona zaczęła postukiwać palcami w torebkę od Prady, którą kupił jej w Paryżu na powitanie. Niby obojętnie zapytała, czy nie chce mu się jeść albo pić i czy zrobi mu wielką różnicę, jeśli zatrzymają się na chwilkę w jakimś zajeździe albo motelu.

- Dosłownie na momencik

Doskonale wiedział, o co jej chodzi, ale powiedział, że nic się nie stanie i że gdzieś tutaj powinien być mały zajazd, więc.

 

Na szosę wbiegł duży, kudłaty pies. Nie zdejmując nogi z gazu uderzył go lewą stroną i zaklął. Zatrzymał się na poboczu, obszedł samochód a nie widząc śladów zderzenia na błotniku ani blachach, odetchnął z ulgą.

- Zabiłeś go?

- Pewnie tak. Przy tej prędkości...

- Może trzeba tam pójść, pomóc mu?

- W czym, w zdychaniu?

- No nie, ale może ma tylko złamaną łapę czy coś takiego...

- Przy tej prędkości?

- Nawet nie zobaczysz?

- Nie.

 

Zamówiła wódkę z lodem i sokiem ananasowym.

- Za dużo było tego wczoraj.

- Tylko teraz nie przesadź. To twój pierwszy, ważny wernisaż.

- A ty nic?

- Prowadzę.

- No tak, nie pomyślałam, powiedziała a on pomyślał, że myślenie nigdy nie było jej mocną stroną.

Oczywiście wstawiła się po kolejnym drinku, więc zamówił dla niej mocną kawę i z recepcji zadzwonił do galerii. Powiedział, że utknęli w korku na przedmieściu, ale będą za jakąś godzinkę.

- Polej ludziom wina, otwórz bufet i wymyśl coś miłego.

- Napiła się?

Odpowiedział, że to bez znaczenia

- Zanim dojedziemy, będzie correct.

- Pilnuj jej. Dobrze wiesz, co potrafi. Nie może nam... Nie może mnie tego zrobić.

- Tak, nikt nie wie lepiej ode mnie, co potrafi. Nie martw się, dopilnuję żeby było okej.

 

Wmusił w nią drugą kawę i zaproponował, żeby się trochę obmyła zimną wodą.

- Takiej reklamy ci nie potrzeba. A galerii tym bardziej.

Wróciła odmalowana i uczesana i tylko po przekrwionych oczach poznał, że wymiotowała. Dał jej gumę do żucia.

- Założę ciemne okulary i zanim dojedziemy, będę correct.

Uśmiechną się na to słowo, które powtarzali zawsze w kontekście picia, kaca, trzeźwienia.

- Tak, będziesz correct.

Uśmiechnęli się oboje.

 

Udzieliła kilku wywiadów, popozowała do zdjęć dla Le Soir, Paris Match i kilku polonijnych.

- Moje malarstwo to nie metafizyka. To próba odpowiedzi na pytanie jak i dlaczego rzeczywistość wpływa na nasze podświadome pragnienia, lęki i odczucia. Co jest w nas pierwotne, a co wynika z nacieków otaczającej nas codzienności. Dodała, że ukończyła to i to pod okiem tego i tamtego, za co jest im nieskończenie wdzięczna i że tą drogą chce podziękować wszystkim, którzy, a szczególnie. I tak dalej.

Galeria opustoszała przed północą, zostali we czwórkę. Weronika oceniła wernisaż jako sukces, bo sprzedała sześć płócien a kilka osób zarezerwowało sobie czas do namysłu, żeby dokonać wyboru między upatrzonymi. Robert klasnął w dłonie, poprawił pedalski fular i rozlał resztę wódki do szklanek.

- To był sukces! Mam pertraktować drugą wystawę. Szczegóły po rozmowach, nie chcę zapeszać!

Wzniósł szklankę.

- Marie, twoje zdrowie!

 

Do mieszkania Weroniki pojechali taksówką we trójkę, gdzie dyskutowali o wszystkim do świtu. Potem zaciągnął pijaną Marię do łóżka, rozebrał i opatulił kołdrą. Usiadł w fotelu między kominkiem a etażerką, zapalił papierosa i przypomniał sobie, że musi dziś podrzucić ten esej do redakcji. No i powinien wreszcie wpaść do siebie, zobaczyć, czy jeszcze tam mieszka a przede wszystkim, przejrzeć te dwa ostatnio napisane artykuły. I nie odbierać żadnych telefonów. A co z nią?

Śpi uśmiechnięta, syta chwały wczorajszej. Odrzuciła kołdrę, więc widzi jej piersi; oddycha miarowo, głęboko a w kąciku ust błyszczy nitka śliny. Patrzy na nią, zastanawiając się czy ma talent, czy to nie żaden talent, tylko obsesje bezładnie przeniesione na płótna. Żadnych wystaw w kraju, nie licząc tych paru ekspozycji w galeryjkach maciupkich i bez znaczenia, prowadzonych przez jej byłych kochanków czy kochanki. Gdyby nie ja, myśli, w życiu nie wystawiłaby w Paryżu. Ale przeszłość... Tak, przeszłość i to nawet niezbyt odległa. Ile to lat temu? Cztery? Cztery. A co to są cztery lata rozłąki po dwu latach takiej namiętności, że? Nic nie znaczą. Ciągle chce tych jej oczu dziwki w twarzyczce cherubina z obrazów Caravaggio. I zmyślnego, wiecznie niezaspokojonego ciała. Hotele, zajazdy, mieszkania przyjaciół; parapet jakiejś klatki schodowej, piwnica domu jej ciotki, kiedy zeszli po sztuczną choinkę. Wigilia tysiąc dziewięćset-ile? A, mniejsza. Winda w luksusowym biurowcu albo tamta, śmierdząca szczynami brama kamienicy w Trieście

- Chodź, dam ci jak uliczna kurwa!

Na ostatnim roku Akademii Sztuk Pięknych przypadkiem urodziła dziecko rzeźbiarzowi o anemicznej twarzy i ryżej czuprynie, a pół roku później wybitny profesor zaprosił ją, żeby omówić jej przyszłość. Dziewczynkę podrzuciła ojcu ubabranemu gliną, zdecydowanie niepewnemu, co począć z wrzeszczącym zawiniątkiem i wprowadziła się do profesora, gentlemana z problemami prostaty i zaburzeniami erekcji, ale o sporym apetycie na niekonwencjonalne formy seksu. Rzuciła go po kilku miesiącach, zniechęcona rolą pani domu serwującej kolacyjki prykom z Akademii, obleśnie taksującym jej tyłek i cycki. Za aprobatą gospodarza czynili jej wyuzdane propozycje, nie skąpiąc obietnic na przyszłość. Zamieszkała z Helen.

Helen była pisarką z Wisconsin, miała jakieś europejskie korzenie. Więc przyjechała poznać, zobaczyć, poczuć, odnaleźć krainę przodków. Nostalgia, jak ssanie w dołku. Albo swędzenie łechtaczki. Czy jakoś tak. Przedstawiła mu Marię jako niebywaaale utalentowaną osóbkę. Poznały się na wystawie jakiegoś kogoś bez znaczenia, ale z poparciem środowisk politycznych, jakichś bliżej nieokreślonych czynników religijnych i chuj wie, kogo jeszcze, myśli wspominając, jak to było.

Sypiały ze sobą wcale się z tym nie kryjąc a kiedy Helen poleciała do Stanów, do brata, który konał stuknąwszy w jakieś drzewo, Maria szukając ukojenia znalazła je w jego łóżku. Helen wróciła po trzech tygodniach niezbyt spowita kirami. I jak locha nieomylnie wyniucha trufle, od razu wywęszyła, co jest na rzeczy między nim a Marią. Po nocy pełnej szlochów i zapewnień o dozgonnej, czystej przyjaźni, poszli we troje do łóżka, szczodrze dzieląc się sobą. Ponieważ nie do końca rozeznał ówczesną hierarchię dziobania i kobiecą przebiegłość, niewykluczone było, że dzieliły się z nim sobą po to, aby być ze sobą.

W stołecznym mieście Pari uprawiał szlachetną profesję bibliotekarza, melanżowaną pisywaniem do paru gazet. Jako były Polak pozostawał w nonszalanckiej niezgodzie z narodowymi wartościami, mając je po prostu w dupie. Mimo to, chciał utrzymać niegruby kawałek chleba z etatu bibliotekarza, więc na co dzień trzymał się z dala od tak zwanych kręgów a szczególnie, od kręgów zbliżonych do Kręgów. Uznał, że ichnie sztandary szyte są nazbyt grubymi krzyżykami i wonieją spleśniałą trumną. Wspominał Norwida.

Przedkładał nad owe kręgi radosne, cuchnące baraniną i kuskusem towarzystwo wielobarwnych emigrantów, tanich i żenująco przystępnych dziwek albo Villonokształtnych apaszów z dzielnicy, w której mieszkał. Wzorem Remarque pijał calvados, palił Gauloisy jak Camus i ruchał, co tylko dało się wyruchać, aby być jak Modigliani, Cendrars, Genet czy inni artyści. Lubił wypić, potańczyć i przespać się z kimś niezobowiązująco bądź zobowiązująco. Jednak nie na tyle zobowiązująco, żeby codziennie jadać wspólne śniadania, obiadki i kolacyjki i nie na tyle, żeby jeden kubeczek do zębów był Myszki a drugi Misiaczka. Nie, na tyle nie.

 

Więc Maria śpi a on siedzi w fotelu między kominkiem a etażerką, patrząc na jej piersi i tandetny pierścionek na serdecznym palcu. Myśli sobie, że jednak nie ma talentu. I że nie jest żadną malarką. Że jest beztalenciem rozpaczliwie poszukującym akceptacji i afirmacji zakompleksionego do granic ja. I jeszcze, że jej uczuciowość wyższa mieści się pomiędzy udami.

Czy podobały mu się jej prace? Oczywiście, niektóre były nawet interesujące. Ale przecież tyle razy był świadkiem powstawania wielu z nich, więc mógł sobie pozwolić na brak wątpliwości. Malując, nie kierowała się żadnym szkicem, planem, wcześniej przemyślaną koncepcją. Nie malowała wedle jakichkolwiek znanych mu technik, co wprawdzie nic nie znaczyło, bo sztuka to sztuka, ale było symptomatyczne. Kiedy upijała się w sztok, wyciskała tubkę za tubką rozmazując farby po płótnie do wtóru bełkotliwego skandowania podobnego do mantr lamaickich mnichów. Była alkoholiczką mistyczną; nazwał ją tak, bo w upojeniu mówiła o bogach, boginiach i jedności z Ojcem Kosmosem. Kiedy dopadła ją fascynacja religiami Wschodu, zaczęła nosić skórzane sandały, sari, tilakę na czole, puszczając w nieskończoność nagrania Ravi Shankara. O porankach dorabiała skacowaną mizerię filozofii do swoich prac, co przyjmował bez wzruszania ramionami.

- No, chyba, że tak...

 

Więc ona śpi a on patrząc na nią, szuka zrozumienia dla samego siebie i co mnie w niej pociąga, myśli. Uczucie, że nawet teraz, po upływie czterech lat od rozstania, pożąda jej bezgranicznie, jest uczuciem i przyjemnym i budzącym lęk. Nie lubi być zależny od kogokolwiek. Wie, jak bardzo jest od niej zależny. Oczywiście, skoro wytrzymał rozłąkę, to znaczy, że nie jest mu bardzo potrzebna, jak wódka, żarcie, pisanie i widok na piramidę na dziedzińcu Luwru. Ale jednak jest mu potrzebna. Zostaw to!

Zgasił papierosa, wstał narzucając marynarkę na ramiona. Na palcach przeszedł po skrzypiącym parkiecie, cicho otworzył i cicho zamknął za sobą drzwi. Wchodząc do windy odetchnął głęboko.

 

Odsłonił okna, otworzył je na całą szerokość, wpuszczając rześkie powietrze. Wyszedł na balkon; patrzy na samochody, kilku niespiesznych przechodniów, zamiatacza, ryżego psa uwiązanego do latarni przed bistro. Potem przegląda pocztę, wyrzucając do kosza natrętne reklamówki. Odłożył na bok rachunki, list od przyrodniego brata, zaproszenie na wieczór autorski kogoś, kogo nie znał albo nie pamiętał. W kopercie Kodaka znalazł fotografie, na których jest z Danielem i jego dziewczyną na tle latarni morskiej. Wrzuca zdjęcia do szuflady, ziewa, idzie do kuchni po piwo.

- Trzeba się przespać z godzinkę.

List od brata? Później. Która? Ósma dwadzieścia; nastawię budzik. Potem ten esej, i. I? Jak zadzwoni budzik, zobaczymy, co się kryje za i.

Obudził go dzwonek do drzwi. W wizjerze zobaczył spodziewaną twarz; z westchnieniem wpuszcza Marię i zapach jaśminowych perfum. Nie odpowiada pocałunkiem na cmoknięcie w policzek i pytanie, czy go zbudziła. Macha ręką zrezygnowany.

- Wódkę, soki i wszystko inne znajdziesz w lodówce. Prześpię się jeszcze z godzinkę. Robisz, co chcesz, pod warunkiem, że cokolwiek czynić będziesz, będziesz czynić w absolutnej ciszy. Amen. Muszę się wyspać, żeby dokończyć pisanie i po południu zanieść napisane do redakcji. Chcesz słuchać muzyki, słuchaj w słuchawkach; są tam. Cześć, idę spać.

Kilka minut później wśliznęła mu się pod kołdrę w towarzystwie zapachów alkoholu, soku ananasowego i jaśminowych perfum.

 

Dokończył esej o Obcym Camusa, rozmyślając nad poprzednimi, o Ulissesie Joycea, twórczości Charlesa Bukowskiego, Zbigniewa Herberta i Curzio Malaparte. Słuchając Koncertów Brandenburskich pomyślał, że Trzeci jest o niebo lepszy od Drugiego a Toscanini od von Karajana. Rozbawiła go rezolutna myszka gryząca zaciekle stary numer Paris Match.

Lampka wina wprawiła go w dobry nastrój a jego zapach nasunął mu wspomnienie Sylwii. Miał szesnaście lat, ona dwadzieścia dwa i wkrótce miała zostać jego bratową. Dziewczyna gibka o wąskim nosie z uroczym garbkiem, lekko wyłupiastych oczach i źrenicach cętkowanych złoto, jak oczy geparda. Wilgotne, rozwarte i nabrzmiałe wargi... Zostaw to. Zostaw to.

Niespodziewanie usłyszał zza ściany przenikliwy lecz krótki krzyk kobiety. Potem zapadła cisza. Zapadła grobowa cisza, zakpił. Ciekawe, pomyślał, gdzie swoje grobowce mają krzyki kobiet? Popatrzył na starą grawiurę przedstawiającą grobowiec w Rawennie. Tam? W Rawennie? Nie, w Rawennie na pewno nie, bo tam śpi Teodoryk. 526? Tak, 526; tyle jeszcze pamiętam. A gdzie śpi jego córka, Amalasunta? Była piękna i mądra. Dziedziczka krwi Audofledy, krwi Chlodwiga króla Franków i Teodoryka, jedynowładcy Ostrogotów. Przypomniał sobie: Amalasunta, Regina degli Goti; 498 - 535, era figlia di Teodorico il Grande, Re degli Goti. Fomentò il malcontento degli Goti, i quali o dietro suo ordine o comunque con il suo permesso, imprigionarono Amalasunta sull'isola martana del lago di Bolsena, dove nel 535 fu uccisa in bagno. Tak, więc podobno była piękna i mądra. Moja córka też jest piękna; wiadomo, modelka. Piękna, ale nic nadto; winię za to progeniturę przodków mojej byłej. Jedna jej babka była שמע ישראל i to po niej Luiza ma te sprytne oczy pełne szekli. Ciekawe, skąd ma niebotyczną górę Nebo pustki w głowie? A po drugiej? A po drugiej babce, Tatarce, odziedziczyła kolor skóry i zestaw perwersyjnych wyuzdań; siedmiolatka i ryży dwunastolatek, przyłapani na zaawansowanej zabawie w doktora. Potem było już tylko gorzej. Patologiczna kłamczucha jak jej matka, zawsze pierwsza do picia i rżnięcia. No, ale bądźmy szczerzy, co ja jej dałem? Wstyd powiedzieć... W wyobraźni widzi rybitwy ponad falami wyobraźni. Tak, wstyd powiedzieć. Amalasunta? Gwiezdne noce banitki; myślała tęsknota, poniżenie, bezsilność... A widząc rybitwy siadające na wodzie: wolne jak ptaki, a ja? Nawet dla niej czas nie płynął odrębnie; w pojęciu czasoprzestrzeni była nim związana jak trzecim wymiarem. Tak... Dowódcy straży pieprzyli ją ile chcieli. I nie tylko dowódcy. Obciągała wszystkim mając nadzieję, że w końcu któryś z nich umożliwi jej ucieczkę z wyspy, pomoże odzyskać tron a wówczas, otoczona wierną armią... A tymczasem, otoczona magmą spisków i odorem knutego mordu, rozkładając nogi jak tania kurwa z nędznego bordelu w Trastevere, szukała swojej Trójcy Świętej: Zapomnienia, Rozgrzeszenia i Wybawienia. Niech tylko ocalą mi życie. Tylko życie? Tylko życie? Słodki Jezu! Na pewno myślała jakież znaczenie ma plugawienie mojego śmiertelnego łona, wobec nieśmiertelnej czystości królewskiej duszy mojej? Aż pewnej ciemnej nocy nadpłynął po oleistych falach rozkaz Teodahada i ucięli jej mądrą głowę. A może utopili w lago di Bolsena, jak się topi szczura i zniknęła z kart życia, jak dinozaury. Trias, jura, kreda... Dinozaury. Jak się nazywała ta kretynka od Przyrody? Paliliśmy na jej lekcjach, a ta pizda stała odwrócona do tablicy zupełnie nie czując dymu i wypinała na nas chudą dupę i kościste łopatki. Łyskała okularami o szkłach jak denka od słojów Wecka i pryskając śliną grasejowała o chrorofiru, jakiejś wymianie gazów czy płynów za pomocą wyseplenionej oszmozi. Trajlowała o gametach i zygotach, pochwach i żołądziach; przykwiatkach, pręcikach, wargach sromowych, łechtaczkach i chromosomach no, dosłownie o wszystkim, no dosłownie o wszystkim, tylko nie o dinozaurach, psia jej mać, a ja tak chciałem błysnąć wiedzą! Kto wie, może gdyby ona wtedy... Dziś byłbym paleontologiem. A na pewno archeologiem. Miałem ich wszystkich w jednym paluszku; Carter – Tutanchamon, Evans - Knossos a Schliemann - Troja i Mykeny, choć podobno i Knossos też miało być jego odkryciem. Przeczuwał je. Miał dar. No, ale nie odkrył. Szczwany Grek chciał go okantować na jedno oliwkowe drzewo, lecz ten szwabski handlarz śledziem okazał się bardziej chciwy, bo zliczył wszystkie drzewka i przekreślił umowę, przekreślając tym samym swoje trzecie wielkie odkrycie. Tak, archeologiem na pewno! Archeolog, Archeopteryx, Pterodaktyl, daktyle... Myśli o sztywnych pniach palm daktylowych i mile zdziwiony wyczuwa, jak mu sztywnieje mile, od wizji kobiet mile gwałconych et cum spiritu Tuo przez naszych pod Troją. Rozwarto bramy by wprowadzić konia; głupcy! Zapomnieli przestrogi Timeo Danaos et dona ferente? A brama znaczy Galata. Wtedy, tam, w burdelu Haliç opodal Galata Köprüsü... Zapach Bosforu, skrzyp i plusk za ażurami okien. Patrz, że pamiętam! Aleksandra? Tak, ona; oczy Nefretete, dusząca woń nardu w rowku miedzy piersiami; jej drogocennego piżma, jej karminowe usta lukrowane sezamem i cynamonową chałwą szepczące Ooooooooo, taaaaak słooodkooo miiiii i jej mokre wargi na moim uchu; miękkie kule spoconych piersi szeroko rozłożone błyszczące wrzeciona białych ud z gładko wygolonym wzgórkiem łonowym mocno wywinięte nabrzmiałe wargi sromowe patrz wejdź we mnie wyjdź ze mnie wejdź we mnie i spłyń we mnie... Ooooooorieeeeeent. Po wszystkim, odwrócona nagimi plecami czesała jedwabiste włosy.

- Nie znajdziesz tutaj jednej, która robi to z biedy. Zapytaj Sylwię jeśli mi nie wierzysz. Uwierzyłem na słowo. A ta druga Angela? Czysta poezja! Leżąc między jej udami znajdywałem nową Veronicę Franco, kreślącą Terze Rime według receptury burdelu, w którym urzędowała. Waltari. Czarny Anioł, Sinuhe Egipcjanin. Waltari? A co ma piernik do wiatraka? Wiśniowe włosy i makijaż utrudzonej kurwy; tusz zwałkowany w kącikach oczu, krwista rana ust. Chciwa, jak świnia, ale raz dała za darmo; na cześć il Tuo Papa powiedziała. Darmo dała i to jak dała; Panie! Paliła egipskie, takie ze złotym ustnikiem, stylizując się na dziewczynę z przedwojennego plakatu, reklamującą papierosy Nerma. Kapłanka... Miała jakieś dwadzieścia, góra dwadzieścia dwa lata i blizny rozstępów na opalonym brzuchu, a na złotym łańcuszku nad pępkiem wisiał turkusowy skarabeusz. Turkusowy? Fachowo, to się toto nazywa błękit egipski. Tutanchamon i jego klątwa. Feluki, fellachowie, wielbłądy, ziarno, papirusy... Wylewy Nilu i Mojżesz w łódeczce z sitowia. Podobno jakiś władca na widok Giraffa camelopardalis krzyknął w zachwycie Seraphe! A Seraphe to Serafina czyli anielica a anielica to Angela i pewnie stąd mi ten Egipcjanin Sinuhe i wody Nilu i Czarny Anioł Waltariego. No, i to ma piernik do wiatraka! Miała oczy jak wodnistozielone odpryski najlepszego chińskiego jadeitu, powleczone cieniutką mgiełką. A ten Antonio, jej alfons? Odrażający rzezimieszek i przerażający poeta. Na stole wino i salami a on w dupę pijany, recytuje te swoje rymowanki, że porca Madonna! I nawet uśmiać się nie można, bo a nuż weźmie nóż i zadźga? Nędzna parodia Villona, urodzonego de Montcorbier albo des Loges; kurwiarza, złodzieja i nożownika. I mordercy. Ale wielkim poetą był. I to jakim poetą! Villon, nie Antonio. Ta jego Ballade Des Dames Du Temps Jadis? Ho, ho! Słodki Jezu!

 

Dites-moi où, dans quel pays,

Est Flora la belle Romaine,

Archipiades, et Thaïs,

Qui fut sa cousine germaine,

Echo, parlant quant bruit on mène

Dessus rivière ou sur étang,

Qui beauté eut surhumaine ?

Mais où sont les neiges d’antan ?

 

Jezu słodki! Ho, ho! Na starość, gdy patrzył na swoje pomarszczone dłonie spisujące testament na pergaminach, czy widział na nich krew i łzy ukrzywdzonych przez siebie? Wielki Testament, katedra przeszłości. Wieczorami przy łojówce nasłuchiwał płynących z zaśpiewów pamięci bicia dzwonów Notre-Dame-de-La-Cite... Czy widział wtedy Cygankę płonącą na stosie z kozą Dżali i Ανаγκη wyryte na filarze? Kto wyrył? On czy Garbus tańczący na linach jak ostatni liść winorośli w czas pierwszych śniegów? Pierwszych? Mais ou sont les neiges d'antan? Ho, ho! Słodki Jezu! A może tylko wyobraźnia Victora Hugo?

Ocknął się i pomyślał, że chciałby się teraz znaleźć u Denisa, w jego Latarni. Poszedł do sypialni zbudzić śniącą Marię.

 

Poprosiła żeby zatrzymał samochód, bo musi się wysikać. Przystanął obok zagajnika i dla ochłody wystawił łokieć a wtedy przysiadł na nim motyl o turkusowych skrzydłach. Zaraz potem odleciał skrząc się w słońcu, a on wspomniał Peru, jadeitowe maski, pustynię Atacama i mumię obciągniętą lśniącym, brązowym pergaminem. W oddali kombajn dziarsko zagarniał łany.

 

Sławomir Majewski

 

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli