Wanda Nowik-Pala

 

W OBJĘCIACH BAALA

 

 bizon

 

            Oglądanie programów przyrodniczych prowadzi czasem do nieoczekiwanych konkluzji. Pewnego dnia obserwując dominującego samca jeleni, który zgromadził kilkadziesiąt łani stanowiących jego harem, doszłam do wniosku, że nasze zachowania seksualne są w gruncie rzeczy niemal identyczne. Jako cząstka Natury najwidoczniej nadal tkwimy w objęciach kananejskiego boga przyrody Baala. W sztuce wyobrażany był on jako wojownik w szpiczastym hełmie ozdobionym rogami. W jednej ręce dzierżył maczugę, a w drugiej błyskawicę. Wyznaczał porę deszczową, nic dziwnego więc, że w tamtym klimacie był powszechnie czczony, utożsamiany z obfitością i płodnością. Semickie słowo Baal oznaczało „pana”, „właściciela” lub „męża”. Zwierzęciem symbolizującym jego potęgę był byk, a ponieważ niektóre teksty ukazują go jako byka zapładniającego całe stada jałówek, jasnym się staje, dlaczego oglądany program przyrodniczy skojarzył mi się tak jednoznacznie. Iluż to panów pragnęłoby mu dorównać! Niektórzy próbowali i wciąż próbują. Co prawda w dzisiejszych czasach ogromne haremy wschodnich władców odchodzą powoli w niepamięć, ale wielożeństwo dopuszczające posiadanie czterech żon, nadal jest sankcjonowane prawnie. Europejczycy także nie byli i nie są pod tym względem gorsi. Wystarczy np. wspomnieć kolejne żony Henryka VIII, metresy królów francuskich, lub poczynania pomniejszych wielmożów, a jeszcze prościej - rozejrzeć się wokół. Wydaje mi się, że bez większych problemów każdy potrafi wskazać w swoim otoczeniu mniej lub bardziej słynnego donżuana. Sprzyja temu fakt, że mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, znacznie bardziej lubią opowiadać o swoich zdobyczach. Potwierdzają to zarówno powszechne obserwacje jak i statystyki, które podają, że przeciętny Polak w ciągu życia może się pochwalić posiadaniem ok. pięciu partnerów, przy czym mężczyzna odnosi w tej dziedzinie sukcesy przeszło dwa razy częściej. Jeśli jednak chodzi o rekordy dzietności kobiet, prym wiedzie osiemnastowieczna Rosjanka, która urodziła 69. dzieci z 27. ciąż, w tym z 16. bliźniaczych. Nie ma się to jednak nijak do możliwości mężczyzn, bo rekord Guinessa w tej dziedzinie należy do pewnego marokańskiego imperatora, który szczycił się posiadaniem 352 córek i 525 synów! Annały milczą jednak, ile kobiet mu te dzieci urodziło, wątpię też, by miały w tej dziedzinie cokolwiek do powiedzenia. Do XVIII wieku panowało bowiem przekonanie, że zasadniczym obowiązkiem kobiety jest służba mężczyźnie. Kobieta powinna być piękna, płodna, uległa i bezwolna. Najpierw miała się godzić się na całkowitą zależność od woli rodziców, potem stać się własnością męża. Nawet kościół katolicki sankcjonował daną ponoć przez samego Boga nierówność mężczyzny i kobiety. Niewiasta była niezbędna do utrzymania ciągłości rodu, powinna uprzyjemniać życie mężczyźnie, dbać o dzieci i ciepło rodzinnego domu.

 

Zdzisław Antolski

 

O PISARSTWIE TADEUSZA ZUBIŃSKIEGO (1953 – 2018)

 

 

Śmierć na prowincji

jaizubinski2Mój sąsiad na łamach pisma „Radostowa”, Tadeusz Zubiński, prozaik, eseista i felietonista zmarł nagle na wiosnę, tuż przed Wielkanocą, w Aninie pod Warszawą, czekając na operację serca. Pisałem o twórczości Zubińskiego na łamach wielu czasopism („Twórczość”, „Fraza”, „Radostowa”) i dziś chciałbym jakoś podsumować w niniejszym szkicu moje spostrzeżenia na temat tej niezwykłej prozy.

Tadeusz Zubiński, ten robiący karierę prozaik i publicysta, niezwykle płodny, któremu z ust wyfruwały książki, jedna po drugiej, przybył do Kielc na początku lat 90. jako gwiazda literatury polskiej pierwszej wielkości, bezwzględny krytyk i autorytet niekwestionowany, autor opromieniony publikacjami w stołecznej „Twórczości”,. prestiżowym miesięczniku, gdzie pokazywała się sama elita elit, creme de la creme literatury rodzimej, zaprzyjaźniony nawet z redaktorem naczelnym tegoż periodyku, znanym i uznanym poetą, Bohdanem Zadurą.

Mikołaj Melanowicz

 

     Tokio dziś i jutro. Przypomnienie sprzed półwiecza (5)

 

   W 2020 r. odbędzie się olimpiada w Tokio. Już po raz drugi. W związku z rosnącym zainteresowaniem stolicą Japonii publiczna telewizja NHK przedstawia nową serię dokumentalno-dramatyczną o mieście, które było poprzednikiem Tokio. Miasto nazywało się Edo, a film nosi tytuł Ōedo, to znaczy Wielkie Edo (emisja 29.4.2018, dwie kolejne części w czerwcu i lipcu), którego już nie ma od 150 lat. A jednak możemy je zobaczyć, ponieważ dokonano epokowego odkrycia – jak twierdzi narrator filmu. Cudem zachowane klisze fotograficzne sprzed okresu Meiji pozwoliły technikom ożywić to milionowe miasto samurajów – ukazać zagęszczenie wielorodzinnych domów, spacery po słynnym moście Nihonbashi, a przede wszystkim wykryć tajemnice kryjące się w ziemi, rozkopywanej pod nowe budowle stawiane w czasie „wielkiej przebudowy Tokio” (Tōkyō daikaizō). Tak właśnie te przedolimpijskie porządki nazywają autorzy filmu.

 

Dariusz Pawlicki

 

O jeziorach na przykładzie Jeziora

 

 „Co nie jest biografią, nie istnieje”,

 Stanisław Brzozowski

    

     Akwen, o którym mowa jest w tytule, jak najbardziej rzeczywisty, nie wystąpi pod swą nazwą. Pozostanie Jeziorem. Albowiem nazwać, to znaczy wyróżnić, ograniczyć, skonkretyzować. A nie jest to ‒ w tym konkretnym przypadku ‒ moim zamiarem.

     Słownik języka polskiego opublikowany przez PWN w 1978 r. podaje, że jezioro to „naturalne zagłębienie lądu tworzące zbiornik wodny, nie mający połączenia z morzem” (sięgnięcie po nowsze wydanie tego słownika jest najzupełniej zbędne – sens tego hasła nie zmienił się). Wymienia również dwa przykładowe rodzaje jezior: morenowe i rynnowe. A także informuje, że jezioro może być m.in. „głębokie, rozległe, malownicze”.

 

 

Wiesław Łuka pisze o reporterskich i historyczno – publicystycznych obrazach polskich sporów ideowo-politycznych

 

 

luka wieslawWybitna autorka literatury faktu, Małgorzata Szejnert (MS) w reporterskiej książce Wyspa Węży* poszukuje grobu swego wuja, Ignacego Raczkowskiego (Raka), kapitana wojska polskiego, męża ukochanej ciotki Dziuni, z domu Szejnert. O Raku przestało się mówić w rodzinie; zagadkowo zniknął z naszego życia po wrześniu 1939 rok. A przecież zasłużył na pamięć nie jako niższy oficer carskiej armii w I wojnie światowej, ale wkrótce już jako kapitan, bohater wojny z Bolszewikami w 1920 roku, dowódca polskiej baterii, kiedy został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.