Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Andrzej K. Waśkiewicz


LOTHAR  HERBST – na tle opoki



Nie wiem czy tak na pewno było, opowieść znam z drugiej ręki. Gdy w połowie 1978 roku Lothar Herbst wracał przez Warszawę z kolejnego wyjazdu, niepewny czy utrzyma się na uczelni, czy nie wyląduje w mniej atrakcyjnym miejscu – w kioskach witały go duże portrety. Właśnie w „Nowym Medyku” ukazał się mój artykuł o jego działalności, anonsowany na pierwszej stronie portretem i fragmentem tekstu (nr 13 z 1978 r. miał datę 30.06-1. 07, ale w kioskach był 2-3 dni wcześniej). Ale już nie był dobrze widziany. Gdy z Jurkiem Koperskim ((wtedy nazywał się jeszcze Leszin) przygotowywaliśmy pierwszy numer „Integracji” (ukazał się w październiku tego roku), ludzie z ZG SZSP poinformowali nas, że udział Herbsta w kolegium nie wchodzi w rachubę. Lothar specjalnie się nie zdziwił i zaproponował by zamiast niego znalazł się tam Marek Graszewicz. Co się i stało. Marek pozostał w piśmie do końca jego istnienia. Lothar wtedy już współpracował z inną prasą, zresztą w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych publikował niewiele. Ale jeden z ostatnich tekstów z dziedziny, która była jego naukową specjalnością – szkic o „Studencie” (Problematyka literacka na łamach „Studenta” w latach 1967-1977, 1980, nr 10) opublikował właśnie tu.

 

Znaliśmy się przez lata. I chyba nawet przez czas jakiś przyjaźniliśmy się blisko. Spotkaliśmy się po raz pierwszy na zjeździe Młodych Pisarzy w Lublinie w listopadzie 1966 roku. „Tam właśnie – pisze Bogusław Sławomir Kunda w książce Próby wspólnoty. Wprowadzenie do biografii pokolenia 1968-1970 (1988) – redaktor naczelny «Agory» nawiązał kontakt z Waśkiewiczem, ówcześnie m. in. redaktorem warszawskiej «Orientacji» oraz zielonogórskiego «Nadodrza», w którym prowadził dział  krytyki literackiej”.  Popiliśmy tęgo, przegadaliśmy całą noc. Ja miałem 25 lat, on 26.


„Orientacja” była pismem ZSP, „Agora” – ZMS. Lothar do Lublina przywiózł całą paczkę wydanego właśnie numeru 13. Umówiliśmy się, że prześlę teksty do „Agory”. Zjazd odbywał się 11-12 listopada, a już 20 przypomniał mi listownie, do czego się zobowiązałem. Wysłałem i tak się zaczęło. Po raz pierwszy drukowałem w „Agorze” w 14. numerze, z grudnia 1966 roku. Herbst w „Nadodrzu” parę miesięcy później, w „Orientacji” – po paru latach, w 1971. Zdaje się, że właśnie w „Nadodrzu” w latach 1968-1979 ukazała się główna część jego twórczości recenzenckiej. Kilkadziesiąt tekstów.


Podobnie jest z jego twórczością naukową. Magisterium uzyskał na podstawie pracy Wrocławskie czasopisma studenckie z lat 1945-1966 (pierwodruk w „Pracach Literackich”, t.10, Wrocław 1968, t.), doktorat (1975) na podstawie pracy Studenckie czasopisma literackie lat 1945-1958.  Wszystkie te prace znalazły się w dwu tomach Czasopism studenckich w PRL (1975, 1977). W drugim ponadto szkic o czasopismach wrocławskich z l. 1971-1976 i monografia „Sigmy”. Późniejsza jest tylko monografia „Konfrontacji”,  której część pierwszą opublikował w „Warsztatach Literackich Filologów” (t.3, 1984). Andrzej Zawada we wspomnieniu o swym nauczycielu napisał: „Jako rozprawę doktorską mgr Herbst przygotował monografię tygodnika «Po prostu», który odegrał tak niezwykłą rolę w integracji społeczeństwa w okresie «polskiego Października». Praca ta nigdy w całości nie ukazała się drukiem”(O Lotharze Herbście [27.07.1940-27.04.2000] w: Księga wspomnień. O zmarłych pracownikach powojennej polonistyki wrocławskiej, Wrocław 2002). Że dysertacja miała inny zakres już pisałem, prawdą jest jednak, że część traktująca o „Po prostu” ukazała się jedynie we fragmentach, i to podpisanych innym nazwiskiem. Po prostu – tekst (mam jego odbitkę szczotkową; wersja pierwotna liczyła 21 stron, z czego do druku ostało się 7) został tak niemiłosiernie pokiereszowany, że Lothar postanowił go wycofać. Ponieważ jednak sądziliśmy, że zestaw omówień najważniejszych czasopism społecznych bez tego właśnie będzie rażąco niekompletny, Jurek Leszin zgodził się firmować swoim nazwiskiem ocalałe szczątki. Stanęło na obopólnej zgodzie. Część tekstów omawiających ważniejsze czasopisma przed publikacją w książce drukowana była w Studencie” w 1972 roku.


Było tak, że na początku połączyły nas po równi zainteresowania poetyckie i redaktorskie. Potem także – badawcze. Obaj interesowaliśmy się przedziwnym zjawiskiem, które narodziło się i umarło wraz z PRL – kulturą studencką. To było coś zupełnie innego, niż kulturalna i artystyczna działalność środowisk akademickich. Cała wielka struktura, która po równi da się określać w kategoriach kultury alternatywnej (wobec oficjalnej), jak i jako szczególny rodzaj opozycji wewnątrzsystemowej. Wytwarzała własne struktury i instytucje, własne mechanizmy promocji i w pewnym sensie własny system wartości. Państwo w państwie. Obaj tkwiliśmy w niej po uszy. Tyle, że Lothar przeszedł wszystkie szczeble, odbył normalne studia (zresztą po krótkim okresie pracy zarobkowej), w czasie studiów rozpoczął działalność redaktorską i wydawniczą (pod firmą, co było w tym czasie osobliwością, ZMS; większość inicjatyw firmowało ZSP), potem był asystentem, promował i organizował młodszych. Ja od razu, za przyczyną Jerzego Leszina, byłem z centrali. I tak to pewnie funkcjonowało w czasie naszego pierwszego spotkania. On był jeszcze studentem, ja  –  zawodowym dziennikarzem. On zbierał dopiero materiały do pierwszej książki, ja miałem już cztery. No i byłem czynnym krytykiem, dość systematycznie publikującym w prasie. Lothar wtedy miał za sobą głównie publikacje w „Agorze”. Przesadziłbym, gdyby więcej niż kilku, no może kilkunastu uczestników lubelskiego zjazdu wiedziało coś o tym piśmie, ja też zobaczyłem je wtedy po raz pierwszy.


Ale był redaktorem. To nic, że pismo właśnie z etapu hektografu przeszło na bardziej poważną technikę rotaprintu, ukazywało się zaś w imponującym nakładzie 200 egz. Było, i miało plany zdobycia świata. Jemu też utkwiło w pamięci to spotkanie. „Tam też – mówił w wywiadzie ogłoszonym w „Nowym Wyrazie” (1981, nr 7) – z Andrzejem Waśkiewiczem wpadliśmy na pomysł wydania kilku środowiskowych numerów «Agory». Dawało to nam szansę pokazania tych środowisk, które były pozbawione trybun literackich, dawało szansę integracji”. Integracja, to było słowo na czasie! Ale przecież nie tylko. Bo numer 25., ostatni jaki się ukazał poświęcony był poezji lingwistycznej. Jeden z kolejnych miał być poświęcony Awangardzie Krakowskiej.


Gdy po latach opisywałem „Agorę”,  kategoryzowałem ją jako „pismo studyjne”, taki rodzaj czasopisma, którego zasięg jest równy zasięgowi rzeczywistych i potencjalnych współpracowników, publikuje zaś zarówno teksty literackie młodych, jak i początkujących naukowców i krytyków, nie wyłączając prac seminaryjnych. W tym zakresie, pozostając w kręgu prasy studenckiej, były to doświadczenia ważne, ich kontynuacje można znaleźć w wielu późniejszych inicjatywach wydawniczych, po gdańskie „Litteraria” z lat siedemdziesiątych.

Ale początki tego pisma były skromne i z literaturą miały niewiele wspólnego. To co potem Lothar nazywał „wydaniem publicystycznym”, było zwykłym biuletynem organizacyjnym uniwersyteckiego ZMS. Co prawda sporadycznie drukowano tam wiersze. Od r. 1964 równolegle (również na powielaczu spirytusowym) ukazywały się „wydania literackie”.


Wtedy, w połowie lat sześćdziesiątych, takie organizacyjne usytuowanie pisma było pewną osobliwością. Apogeum literackiej aktywności ZMS to koniec lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych ZMS wydawał tylko literackie pismo w Olsztynie. W środowiskach pozauniwersyteckich ośrodkiem skupienia był Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy Związku Młodzieży Wiejskiej i jego wydawnictwa, w uniwersyteckich – liczne i rozbudowane – wydawnictwa ZSP. ZMS był wówczas najmniej w zakresie działań artystycznych aktywny. Na uczelniach zresztą – najbardziej upolityczniony.


W pierwszych numerach było to zupełnie niewidoczne. Ot, biuletyn debiutantów usiłujących wejść do literatury. Co rzadkie – artykułowano to z pełną otwartością. „Nie włączamy się jeszcze w nurt dyskusji, które toczą się na łamach naszych pism literackich – pisał Herbst w edytorialu nr. 7 z 1965 r. – Jesteśmy jeszcze za młodzi, nasze utwory są jeszcze zbyt niedojrzałe. Ale nie możemy biernie czekać, aż staniemy się na tyle dojrzali, aby nasza twórczość znalazła zaraz uznanie w oczach krytyków. Wtedy może być za późno na wypowiadanie tych problemów, które nas teraz nurtują, na publikowanie tych utworów, które stanowią w tej chwili dla nas pewną wartość”.


Trzy lata później, w styczniu 1968 roku, było już zupełnie inaczej.


„Nasza postawa społeczna i polityczna – czytamy w redakcyjnym tekście Wobec innych – jest znana z dotychczasowych wystąpień i nie ma potrzeby składać tu dodatkowych deklaracji. Ponieważ jednak niektórzy usiłują zarzucić nam w tej materii to i owo, przypominamy – aby nie było już cienia wątpliwości – co następuje:


a) celem naszym jest  k s z t a ł t o w a n i e  m a r k s i s t o w s k i e g o  o b l i c z a kultury i literatury. Nie możemy jednak pozwolić na prymitywne demagogiczne ustalenia wypaczające metodę marksistowskiego interpretowania zjawisk. Wychodzimy z założenia, że t y l k o  d i a l o g   p r z e c i w s t a w n y c h  s y s t e m ó w, a więc zachowanie formuły dialektycznego myślenia, p o z w o l i  nam konstruktywnie  w y w i  ą z a ć  s i ę  z                n a ł o ż o n y c h  n a  s i e b i e  z a d a ń. Stąd zapraszamy do współpracy ludzi o innych postawach światopoglądowych, uważając to za nasz obowiązek;


b) zaangażowanie po lewej stronie barykady jest dla nas sprawą moralnego nakazu i wyboru w imię przezwyciężenia wyraźnie zarysowującego się ogólnego kryzysu wartości i stanu zagrożenia”.


Na planie czysto literackim miało się to wyrażać „umiejętnością celnego operowania przede wszystkim  j e d n o z n a c z n y m  s ł o w e m”. „Wychodzimy z założenia – pisał Herbst – [...], że tylko poprzez ostre i jednoznaczne obnażanie współczesnej nam rzeczywistości spełnimy swą artystyczną i obywatelską misję”. Stąd opozycja wobec tego modelu poezji lingwistycznej, którą w środowisku wrocławskim reprezentował Tymoteusz Karpowicz i jego rozliczni uczniowie. Aby było zupełnie zabawnie, mniej więcej w tym samym czasie, wychodząc z podobnych założeń filozoficznych i również powołując się na doktrynę marksistowską, Stanisław Barańczak formułował koncepcję „romantyzmu dialektycznego”, szczególną wersję poezji właśnie lingwistycznej. Gry językowe służyć w niej miały właśnie obnażaniu sprzeczności tu i teraz. Nawiasem mówiąc Herbst w poważnym stopniu przyczynił się do wydania legendarnej programowej książki Barańczaka Nieufni i zadufani.


Nieco wcześniej Marek Garbala ogłosił powstanie (nr 10 z kwietnia 1966 r.) „grupy literackiej Agory”, utożsamiając ją z zespołem redagującym pismo i najbardziej aktywnymi współpracownikami. Zdaje się, że podobne ambicje miał także Herbst. Tyle że akurat w tym samym czasie (w październiku 1966) powstało we Wrocławiu Ugrupowanie 66, też dysponujące własnym organem („Kontrasty”, potem „Kontrasty Odrzańskie”) i działające w oparciu o mecenat organizacji młodzieżowej (Związku Młodzieży Wiejskiej). Założycielski manifest Ugrupowania ukazał się w „Agorze” (nr 13 z listopada 1966). Rychło jednak oba zespoły skonfliktowały się, niedługo potem oba pisma przestały wychodzić („Agora” w 1969, „Kontrasty Odrzańskie” w 1971).


Po latach niesłychanie trudno jest wytłumaczyć, na czym mianowicie polegały ciągnące się przez lata spory o czasopismo młodych. Bardziej może, niż wyczerpująca analiza wyjaśni to anegdota. Było tak otóż, że na zorganizowane z inicjatywy Wydziału Kultury KC PZPR spotkanie młodych w Miedzeszynie ( 18 IX 1973, pretekstem było wydanie 15 numerów „Nowego Wyrazu”) przygotowaliśmy z Lotharem projekt rozwiązań strukturalnych. Była w nim mowa o sposobach finansowania, typach wydawnictw, zakresie upowszechniania. Także o systemach etatyzacji, wynagradzania za teksty, etc. Rzecz nie wykraczała poza ówczesne,  realizowane w praktyce, normy. Tyle że to, co było rodzajem partyzantki, ujmowała w organizacyjne ramy. Nadając, by tak rzec, sankcje oficjalności. I gdy w skrótowym zarysie to referowałem, niemal równocześnie, z miejsc gdzie siedzieli przedstawiciele władz i starsi pisarze, rozległ się  głośny szept: „ale kto nad tym zapanuje?”


„Agora” już wówczas nie wychodziła. Herbst współpracował ze studenckimi „Konfrontacjami” (prowadził tam dział literacki), organizował Turnieje Poezji Społecznie Zaangażowanej, w 1970 Sympozjum Młodej Krytyki Literackiej, później redagował dodatek literacki do „Gazety Robotniczej” („Exlibris” 1973-1975), był członkiem zespołu redagującego „Młodą Sztukę” (dodatek do „Nowego Medyka”), współpracował także z wydawaną przez Politechnikę Wrocławską „Sigmą”, z powstałym w 1967 r. krakowskim „Studentem”. Recenzje publikował w „Gazecie Robotniczej”, cieszyńskich pismach „Zwrot” i „Głos Ludu”, głównie jednak w „Nadodrzu”, sporadycznie także w warszawskiej „Kulturze”.  Jeśli pominąć okazjonalne omówienia różnych wydawnictw studenckich, głównym przedmiotem zainteresowania Herbsta-recenzenta była proza, realistyczna, o zacięciu społecznym, od Jerzego Putramenta i Wilhelma Szewczyka po Marka Nowakowskiego i Andrzeja Twerdochliba. Ale recenzował też książki publicystyczne (np. Raport z Monachium Andrzeja Brychta), naukowe. Ta działalność kończy się w r. 1978, ostatnią recenzją było omówienie Gry w chowanego Zbigniewa Kubikowskiego („Nadodrze” 1978, nr 12).

 

Naukową specjalnością Herbsta było, jak już mówiłem, czasopiśmiennictwo studenckie. Obaj, i to nas także łączyło, traktowaliśmy je z dwóch punktów widzenia. Jako integralną część ruchu literackiego młodych, i jako swoisty dokument przemian społecznych i świadomościowych.  Obaj też traktowaliśmy je jako część zjawiska „kultury studenckiej”, tak jak funkcjonowała ona w latach 1956-1989; a więc jako swoista enklawa kultury narodowej, posiadająca własne specyficzne instytucje i własne mechanizmy. Skądinąd to właśnie Lothar zainicjował w „Konfrontacjach” dużą, ciągnącą się przez wiele numerów dyskusję o jej tradycjach, specyfice i perspektywach.  Po latach nie sądzę, bym musiał wycofać się z opinii opublikowanej w tej dyskusji, iż studencki ruch kulturalny „nie będąc ruchem oficjalnym, korzysta ze wszystkich przywilejów tej nieoficjalności”, dla władz zaś jest „swoistym wentylem bezpieczeństwa”. Tolerowanym, a nawet wspieranym, dokąd nie przekroczy milcząco przyjętych norm. Zmiennych w poszczególnych okresach.


Nie sposób przy tej okazji nie zauważyć pewnej prawidłowości, która sprawdziła się także w przypadku Lothara. Otóż śledząc dzieje kolejnych generacji literackich w PRL – od „pryszczatych” po Nową Falę – łatwo dostrzec, że z reguły zaczynały one od prób umieszczenia się w zastanej sytuacji, stworzenia własnych instytucji, będących tyleż ośrodkami skupienia, co miejscem pracy ideotwórczej, wcześniej czy później zderzały się z inercją zastanych struktur, i albo funkcjonowały na marginesach lub obrzeżach, albo tworzyły opozycję pozasystemową (różną w różnych okresach). Normą bowiem było, iż system wchłaniał jednostki nastawione adaptacyjnie, odrzucał (lub marginalizował) nastawione innowacyjnie. Mogły one znakomicie funkcjonować w krótkich okresach kolejnych przełomów;  gdy sytuacja się stabilizowała, wypadały. W tej sferze, w której działał Herbst, tzn. w prasie literackiej, w latach sześćdziesiątych dokonało się coś, co można by nazwać zamknięciem listy. Istniał system centralnych czasopism wydawanych przez RSW „Prasę”, swoje organy kulturalne posiadały stronnictwa polityczne – ZSL i SD, były ponadto pisma katolickie, oraz sieć wojewódzkich pism społeczno-kulturalnych. Ponadto na początku okresu nominalnie pismem młodych była „Współczesność”. Cała reszta, włączając w to „Orientację”, funkcjonowała na prawach jednodniówek lub wewnątrzorganizacyjnych biuletynów. Taki też był status „Agory”. Dokąd była lokalna, nie było problemu. Pojawił się on wtedy, gdy lokalnie nie chciano już ryzykować i sprawa oparła się o najwyższe instancje. Wtedy najprościej było nie podejmować decyzji. Zwłaszcza, że powstawała już (zrealizowana w r. 1972) koncepcja ogólnopolskiego pisma młodych („Nowy Wyraz”). Nie miało on tej skazy, którą posiadała „Agora”, a także pismo ZSP, które miało powstać przy „Studencie” i zająć miejsce zlikwidowanej „Orientacji” – nie było inicjatywą oddolną. „Nowy Wyraz” powstał, „Agora” upadła, nie powstała też „Młoda Kultura”, w której zespole byliśmy obaj.


Nie widziałbym w tym szczególnego spisku ciemnych sił, ani nawet tego, co sygnalizował Lothar w tytule wywiadu, udzielonego Lechowi Isakiewiczowi w 1981 r. Brzmiał on: Konsekwentnie spychani pod ziemię („Nowy Wyraz” 1971, nr 7). Raczej chodzi tu o szczególny przypadek obaw, które wyrażał okrzyk na wspomnianej już naradzie w Miedzeszynie. Skądinąd tam właśnie na pytanie Juliana Kornhausera, dlaczego utrupiono „Młodą Kulturę”, ówczesny Kierownik Wydziału Kultury KC Jerzy Kwiatek odpowiedział autorytatywnie: „Partia nie będzie wam, towarzyszu Kornhauser, tłumaczyć się ze swoich decyzji!”.


W 1971 roku w artykule opublikowanym we „Współczesności” definiowałem to jako Ograniczoną odpowiedzialność i ogólną niemożność. Ale można też powiedzieć inaczej. Kryła się w tym obawa przed wielością ośrodków opiniotwórczych, takich zwłaszcza, które powstają samorzutnie, nie na mocy decyzji administracyjnych. One, niezależnie jak zaufani byli organizatorzy, stanowiły potencjalne niebezpieczeństwo. Nie mówiąc już o tym, że jedno pozwolenie stworzyłoby precedens, który wyzwoliłby lawinę. Lepiej było nie robić nic.


Może się mylę, ale zdaje się, że właśnie „Agorę” uważał Lothar za swoje dzieło życia. Jako „Bibliotekę Agory” wydawał w końcowych latach  siedemdziesiątych maszynopisowe tomiki, przepisywane z reguły przez autorów i ich przyjaciół. Nosił się z zamiarem wydawania już z nowym zespołem, złożonym przeważnie z młodszych autorów, kontynuacji pisma w dodatku o orientacji lewicowej. Nic z tego nie wyszło. Zresztą wtedy już zajmował się czymś innym.


W przywoływanym tu już wspomnieniu Andrzej Zawada napisał, że „Lothar umiał i chciał angażować się politycznie”, tyle że odnosi to zdanie do działalności opozycyjnej w latach siedemdziesiątych. Tymczasem tak robił zawsze. Zdaje się że lista tych, którym udzielał rekomendacji partyjnych (w tej liczbie i autorowi wspomnienia) jest równie długa, jak tych, których przekonał do działalności w opozycji. Był działaczem ZMS, od 1970 r. członkiem PZPR, raczej, sądząc z długich dyskusji, jakie przy piwie toczyliśmy z nim i B. S. Kundą, przekonanym. Co do mnie to mniemam, że nie ma szczególnej sprzeczności między tym, że w pewnym momencie otrzymał Odznakę im Janka Krasickiego, a w kilkanaście lat później Kazimierz Sabbat przyznał mu Krzyż Kawalerski OOP. Tyle, że zmieniały się realia społeczne i polityczne; czy też jego własna aksjologia, tego nie byłbym pewien.


Najbardziej osobliwie jest z jego poezją. W oficjalnym biogramie na internetowej stronie gimnazjum jego imienia (nr 22 we Wrocławiu) czytamy iż „należał do pokolenia Nowej Fali”. Przywoływana już książka B. S. Kundy oparta jest na konstrukcji zakładającej, iż powstające w połowie lat sześćdziesiątych zrzeszenia i ośrodki opiniotwórcze były swoistą fazą wstępną ruchu, który potem sfinalizował się właśnie w Nowej Fali. Na planie społecznym da się to uzasadnić. Można też wskazać na ewolucje instytucji wewnątrz kultury studenckiej, przemiany teatrów, pism, nawet piosenek. Ostatecznie było przecież tak, że w pewnym momencie „Orientacja” była czymś w rodzaju organu nowofalowego, potem narodowej odmiany tego ruchu – Konfederacji Nowego Romantyzmu. A i w „Agorze”, w ostatnim okresie ukazało się sporo tekstów ważnych dla kształtowania się nowofalowych programów. Nie mówiąc o późniejszym dziele Lothara – „Konfrontacjach Literackich” (tu m.in. ważny tekst Marka Graszewicza o Nowej Fali). Tyle że – później jeszcze – to samo da się powiedzieć o ruchu Nowej Prywatności. I tu pierwsze artykulacje dokonywały się w instytucjach wytworzonych przez generacje poprzednie. I tu związki przyjacielskie, ale także ideowe, bywały silne i trwające przez lata.


Ale to nie to samo co związki poetyki.


W przywoływanym już artykule w „Nowym Medyku” pisałem:


„Jego wczesne wiersze lokalizują się w kręgu – niezbyt wówczas popularnej – poetyki postróżewiczowskiej. Także w sferze znaczeń, w przyjęciu jako progowego doświadczenia współczesności doświadczeń wojennych poezja ta wiele zawdzięcza twórczości autora Niepokoju. Jej ewolucja – odmiennie niż u większości rówieśników – nie szła w kierunku tworzenia autonomicznych światów poetyckich, ale zmierzała do możliwie wiernego zapisu status quo, definiowania sytuacji człowieka uwikłanego w dziejącą się rzeczywistość. Zwłaszcza cykl Listy w sprawie wiary i nadziei jest dramatycznym wyrazem obrony «prawa do własnego zdania / do swojej wizji dnia / do własnego osądu rzeczywistości / do pomyłki nawet». Powiedzielibyśmy, że poezja, jak ją pojmuje Herbst, nie jest sztuką słowa, ale szczególną formą uczestnictwa w rzeczywistości – poprzez jej moralny osąd”.


To ostatnie zdanie mogłoby wskazywać na literackie powinowactwa z tymi poetami  Nowej Fali, którzy w epoce definiowani byli jako „mówiący wprost”. Tak naprawdę jednak jest to kontynuacja nurtu, który Janusz Sławiński w głośnym artykule Próba porządkowania doświadczeń (w tomie Literatura Polski ludowej, 1965) nazwał „poetycką moralistyką”, najdoskonalszą realizację widząc w poezji Tadeusza Różewicza. Jedną z cech tej szkoły było przeciwstawienie się awangardowej opozycji poezja – proza. „Dla Różewicza – pisze Sławiński – mowa poetycka nie jest członem żadnej alternatywy. Podobnie jak bohater liryczny, który jest zatopiony w morzu anonimowości, tak i język poetycki jest dla autora Głosu Anonima pozbawiony wyraźnej odrębności, szeroko otwarty na bezwład wszelkiej «prozy»”. To na planie języka. Na planie znaczeń był tu „akt protestu” wobec własnych – traumatycznych – doświadczeń obracających w nicość dotychczasowe normy moralne, i – jednak – „tęsknota za jednoznacznym porządkiem moralnym, przypuszczenie, że porządek taki jest możliwy i osiągalny”. „Styl ten  – dodaje Sławiński – należy niewątpliwie do najważniejszych odkryć powojennej poezji, ale też – trzeba to wyraźnie powiedzieć – jak żaden inny jest narażony na niebezpieczeństwo szybkiej konwencjonalizacji”. Rzecz bowiem w tym, że u genezy leżało przeświadczenie, iż szczególność doświadczeń domagała się (by ich słowny wyraz posiadał walor prawdziwości), rezygnacji ze „sztuki”, a więc zabiegów, które mogłyby ją tego waloru pozbawić. Poezja „naga”, jak ją nazywał Jan Brzękowski  fundowała się nie na prawdzie wyrazu, ale prawdzie doświadczenia.


By tak wszakże było, w tę prawdę doświadczenia musimy uwierzyć. Zgodzić się na to, że było ono rzeczywistym udziałem podmiotu, i że ono właśnie daje mu prawo do moralnego osądu.


Jeśli tego nie ma – pozostaje, być może szlachetna, retoryka.


I tak właśnie odczytywane były wczesne wiersze Lothara. „Tragizm wierszy Herbsta – pisał Edmund Puzdrowski („Poezja” 1972, nr 7) – to tragizm retoryczny; doświadczenia, które są jego przedmiotem, mają proweniencję literacką”.


Bo jak właściwie czytać zdanie: „w mojej historii na początku wisiał człowiek”? Jako konwencjonalny obraz, zapis realnego doświadczenia? Zapewne to ostatnie; w powojennym Wałbrzychu nie takie rzeczy mógł widzieć, a i z oblężonego Wrocławia niespełna pięciolatek mógł to i owo zapamiętać. Tyle, że wtedy, gdy pisał, eksponowanie biograficznych detali raczej nie wchodziło w rachubę, jeśli już – to uogólnienie, sytuacje symboliczne. I tak też konstruowane są te wiersze. Apel moralny na wysokim szczeblu uogólnienia, relacja z uczuć i doznań, mało detali, które można by dokładnie zlokalizować. I które ów apel by uwiarygodniały.  No i symbolika w duchu epoki, owe ryby, drzewa, kamienie, tyle że w funkcji motywu, bez głębinowych i kulturowych odwołań...


„W epoce” był to poeta dość dalekiego planu. Choć, przyznam, lubiłem te wiersze. Kilkakrotnie o nich pisałem. Była w nich – jakby to powiedzieć? – szlachetność i pasja, które nie znajdowały właściwego wyrazu, zastygając  w konwencjach. Choć przecież dawały się wyczuć.


Zdaje się, że właściwy Herbst-poeta zaczyna się od Listów z sprawie wiary i nadziei.


Spełniając się w wierszach więziennych i z okresu internowania, a także w gorzkich wierszach ostatnich.


Jeśli uważam te wiersze za ważne, to także dlatego, iż jest to dramatyczne świadectwo doświadczeń dużej przecież formacji, która w okolicach lat siedemdziesiątych i później dokonywała dramatycznych wyborów, nie porzucając wszakże systemu wartości. Ani z Herbsta nie  zrobił się narodowiec, ani ortodoksyjny katolik, ani piewca wilczych praw kapitalizmu. Ani też,  jak znaczna część poetów Nowej Fali, wyznawca wysokich i wzniosłych wartości kulturowych. Już raczej pozostawał w kręgu słonecznych utopii socjalistycznych (kto woli może je nazwać wczesnochrześcijańskimi), gdzie „miłość i braterstwo rąk / braterstwo prawdziwe / bez zbędnych pośredników”. Nawet z tamtą symboliką: „skazałem siebie na wiarę / w przebudzenie ulic i plakatów / w pochody żywe i skuteczne / wolne” i nadzieją, że „nowy świat – bo przecież nadejdzie –  / nie będzie już dzielić i łączyć / i nie pogarda będzie w cenie / lecz ich zaprzeczenie”.


Osobliwie to dzisiaj brzmi, ale zdaje się nie ma żadnej sprzeczności między decyzją z roku 1970, gdy zastał członkiem PZPR, a tą z późnych lat siedemdziesiątych, gdy stał się działaczem opozycji. I gdy wiersze te czytamy pamiętając o obu wyborach, tym bardziej brzmią dramatycznie. Niewiele mamy takich świadectw.


Że potem potoczyło się inaczej, to odmienna kwestia.


Skądinąd spośród współpracowników „Agory”, którzy w owych gorących latach dokonali wyborów odmiennych, dramatycznego świadectwa o tym, co potem, dostarczył Jan Kurowicki. Bo, co tu dużo mówić, to co jest, nijak się nie ma do tego, co miało być. I też to trzeba jakoś zapisać, jeśli chce się być wiernym samemu sobie.


W latach osiemdziesiątych nasz kontakt się rozluźnił. Nie było już wspólnych inicjatyw. Choć przysyłał mi nowe wydawnictwa, mogłem więc na bieżąco śledzić co pisał w „Solidarności Dolnośląskiej”. Nic szczególnie ważnego: przeglądy prasy związkowej, krótki artykuł o Marcu 68 r., a właściwie o poetach Nowej Fali, sprawozdanie ze zjazdu ZLP w 1980 r. Teksty raczej użytkowe  (pomija je bibliografia opracowana przez Aleksandra Kuzika). Zresztą pisał wówczas (prócz wierszy) niewiele.  W „Kulturze” (paryskiej) opublikował listy do Czesława Hernasa (1982, nr 9, tu także wiersz o znamiennym tytule Nie będzie przebaczenia) i Czesława Kiszczaka (1986, nr 10). Wtedy właśnie stał się po raz pierwszy osobą publiczną. Został wybrany prezesem wrocławskiego oddziału ZLP. (XII 1980). Niewykluczone, że wybierali go ci, którzy w okresie „Agory” niespecjalnie mu byli życzliwi. I też niewykluczone, ze w obu przypadkach – z tych samych motywów. A potem było internowanie w stanie wojennym,  redagowanie kwartalnika „Obecność”, trzymiesięczne więzienie w jesieni 1985 roku. Kilkuletni pobyt w Niemczech. To za to właśnie 23 września 2006 roku został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Oficerskim OOP. Gradacja odznaczeń też jest charakterystyczna, bo pierwsze z państwowych otrzymał w roku 1977, był to Srebrny Krzyż Zasługi.


A potem, w latach dziewięćdziesiątych, było już zupełnie oficjalnie. Został redaktorem naczelnym, potem Prezesem Zarządu Rozgłośni Wrocławskiej Polskiego Radia. Redaktorem, jak zawsze, był znakomitym.  Andrzej Zawada wspomina, że „z lokalnej, mało znanej placówki, która nadawała przez trzy godziny dziennie, stworzył nowoczesną instytucję medialną, emitującą 48 (dwa programy) na dobę. Zbudował duży zespół redakcyjny". Współorganizował Towarzystwo im. Edyty Stein, w 1997 otrzymał Śląską Nagrodę Kulturalną Rządu Dolnej Saksonii.  Zmarł 27 kwietnia 2000 roku. Także z tym, co nazywa się kultem, też nie jest źle. Prócz wspomnianego gimnazjum, jego imię nosi także studio radiowe w Katedrze Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego.


Niby wszystko w porządku, tyle, że w tych oficjalnych biografiach zamazuje się to, co ma znaczenie dla literatury, nie zaś życia politycznego i społecznego.  Zostaje biografia opozycyjnego działacza, który pisał ponadto wiersze. Zawada wspomina, że był przede wszystkim poetą, ale na tym poprzestaje. Lokalizowany w kręgu Nowej Fali jawi się jako mniej zdolny przyjaciel swych młodszych kolegów. O którym, owszem, się pamięta, ale tekstów raczej nie czyta, co najwyżej pamięta się tych parę, które funkcjonują także jako piosenki. Znamienne jest to, że poza dwoma pierwszymi tomami, wszystkie pozostałe ukazywały się w drugim obiegu i nawet w późnych latach dziewięćdziesiątych nie były wznowione. Bo, tak naprawdę, i twórczość i działalność należy do lat sześćdziesiątych, nie tylko z racji biografii, typu wyobraźni, charakteru działania. Zaczęło się od organizacyjnego biuletynu, skończyło na szefowaniu dużej medialnej instytucji. Tyle, że z perspektywy ruchu literackiego to pierwsze jest ważniejsze. I pewnie jest tak, że z licznego zespołu ludzi, których wprowadzał do literatury, raczej ostali się ci z wczesnego, nie późniejszego okresu. Znaczną ich część pamiętam jako współpracowników „Nadodrza” a także wydawnictw SZSP, któreśmy z Jurkiem Leszinem redagowali. I to oni raczej dbali i do dzisiaj to czynią o obecność Lothara.


Czasem odczytuję sobie któryś z kilkuset listów (a bywają wśród nich wcale obszerne), z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych –  rozliczne, nigdy nie zrealizowane projekty, pomysły, które wydawały się nam ważne, a które pozostały tylko pomysłami. Nic szczególnego, może tylko wymiar nadziei.


I najpewniej to jest też w wierszach. Dlatego postanowiliśmy je wydać.


2007-2008

 

 

(Tekst posłowia do Wierszy zebranych Lothara Herbsta w opracowaniu Marka Graszewicza i A. K. Waśkiewicza, przygotowywanego do publikacji w wydawnictwie „Atut”)

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli