Dariusz Tomasz Lebioda
UNIWERSALNY BYT
O poezji Roberta M. Giannettiego
|
BURZE
Orkiestra kameralna gra utwór zatytułowany Burze, inspirowany pożegnaniem Szekspira z teatrem, z ostatnim romansem, z tragedią stającą się komedią. Prawdziwa Miranda siedzi pośród publiczności kilka krzeseł dalej. Patrząc na nią, ochoczo zagrałbym rolę Kalibana, wyobrażając sobie jak łokciem odtrącam młodego Ferdynanda stojącego u jej boku, roztaczam nad nią spłowiały płaszcz mej żądzy, czując jak jej sutki twardnieją, biodra poruszają się w rytmie pobudzonym przez muzyczne szmery, dramatyczne wizje cudu, entuzjastyczną ekscytację wspaniałego nowego świata. W swoim miłym, pyszałkowatym pląsie młodości nie przykłada wagi do codziennego głodu, który mnie nawiedza. Subtelnie oplata Ferdynanda bezpieczną, delikatną dłonią, podekscytowana jak on zwiewnym kołysaniem się młodzieńczej fantazji, fantazji, która ostatecznie okaże się smutnie cielesna, gdy nadejdzie niewyobrażalny zmierzch czasu, niweczący w ogniu jej niezaspokojone pragnienie.
Nie mogę już dłużej grać roli prostodusznego Ferdynanda. Ale ta groteskowa, lubieżna rozpacz Kalibana? To tylko rola w sam raz dla starca patrzącego ciekawie na młodą dziewczynę? To właśnie to, a może ojcowska rola Prospera, starego magika, który wyczuwa brzmienie jej powabu, i tworzy bezpieczny świat wokół niej, a w tym czasie bezpłciowy Ariel, niefrasobliwy duch, unoszący się nad dramatem, wznosi się w niewidzialnym dźwięku z gliniastej ziemi, pragnąc tylko uwolnić się, zanim magik ostatecznie podda w wątpliwość całe jego rzemiosło – sztukę, którą wielki glob odegrał i zakończył.
Występ dobiegł końca i teraz Miranda, jako Ewa, kroczy ku wyjściu u boku Ferynanda, niewinnie naga duchem, wychodzi z ram starej sztuki i jej muzycznej wariacji, zostawiając za sobą moje speszone, nie ustające pożądanie. Teraz będzie grała życiową rolę – małżeństwo, dzieci, dojrzałość, a czas zadrwi z jej drobnego ciała, które ja ochoczo całowałbym i pieścił, błogosławiąc jej smukłą młodość zanim zrozumie i przerazi się tego czym ona wkrótce się stanie.
Harmonia muzyki, którą usłyszałem wciąż trwa przy mnie gdy przechodzą obok, niczym postaci starej pożegnalnej sztuki, które raz jeszcze odnalazły iskierkę życia w sali koncertowej, teraz zostało tylko puste miejsce, gdzie nie widzę już słodkiej Mirandy i mogę tylko pokłonić się modulacjom melancholii, chorobliwym myślom pośród niknącego czasu – magia która tak mocno trzymała i tuliła tę młodą kobietę w moim lekceważonym spojrzeniu, szybko zgasła w niematerialnym powietrzu, przez które przewaliła się burza, nie zostawiając po sobie żadnej chmurki.
UTRATA
Chciałem dzisiaj zadzwonić i porozmawiać z nim bo padał śnieg, i chciałem mu powiedzieć, będąc tak daleko, jak napadało i jak białe draperie legły na głównej ulicy – wszystko jak w dziecinnej szklanej kuli, z pływającym drobinkami roziskrzonymi jak gwiazdy na szarzejącym niebie – ale już nie ma go już i jest nieosiągalny w ciszy która pochłania słowa i wzdycha zadziwiona.
CIEMNOŚĆ I ŚWIATŁO
Zakleszczony między pragnieniem ucieczki i hamowany chęcią powrotu ku wspaniałej przeszłości – niesiony przez piosenki usłyszane trzydzieści lat temu, pragnę znów poddać się działaniu ślepej młodzieńczej odwagi popychającej mnie w przyszłość którą właśnie poznaję. To co dobrze opanowałem, znowu prowadzi mnie nie wiadomo dokąd. Widziałem będąc ślepy, a teraz moje oczy krótkowidza toczą walkę ze światłem. Dawno temu spojrzałem w ciemność, i zastanawiałem się, nad tym, co przeszło przeze mnie w oślepiającemu świetle. Nie mam dokąd pójść.

WNĘTRZE
Bezbrzeżna pustka zajrzała mi w twarz. Czy to powinno przygnębiać? Świat zawsze będzie się rządził własnym rytmem, odmieniając się w obliczu człowieka niezauważającego własnego odejścia. Wszystko w końcu jest kwestią nieuchwytnego czasu. Więc wszystko sprowadza się do tego co jest teraz co przed nami, o czym wiemy, że nie zdołamy uchwycić tego w lustrze świadomości.
Bez lustra oczy nie zobaczą samych siebie. Jako rasa, błąkamy się przez tysiąclecia widząc się tylko czasem w kałużach po deszczu, stojąc na brzegu stawu czy morza gotowi zanurzyć się szybko z naszą wizją w miłości, podejmujemy ryzyko by ją posiąść albo ze smutkiem odwracamy się by przemierzać dalej błędne szlaki przecinające w poprzek lądy ziemi –
depcząc kości dawnych wędrowców, pozostałości rozlicznych zwierząt, siedliska obrócone w proch, śmietniki zużytej materii skrywającej ziemię wyżej i wyżej, tocząc w gęstej ciemności coraz cięższą kulę, tego co wcześniej wirowało w próżni bez lustra, lub tego przed czym wzdragał się widz, tak jak ja odwracam się od gryzmołów na tej stronie nie mając nic więcej do powiedzenia.
TWORZENIE
Gdybym chciał namalować bezmiar najciemniejszej nocy, musiałbym szpachlą mozolnie nakładać farbę na płótno.
By przydać światła gwieździe tu i tam i przyjąć wyzwanie gęstej doskonałości absolutnego mroku, musiałbym rozpryskiwać farbę z rozpylacza i tak uzyskać abstrakcyjny wzór plam ponad nieprzeniknioną pustką.
OBJAWIENIE
Jawnie i majestatycznie unosząc głowę ponad skały, przesuwa się wolno nad cichymi mieliznami – żmija
Nie skręcając w bok, widzi mnie i zatrzymuje się na kamieniu.
Mój wzrok zatacza łuk ponad jej formą, jakby rozwijała skrzydła, o jaśniejszym odcieniu między szarością a błękitem – czapla wzlatująca wysoko ponad drzewa laurowe, wyżej niż cienie, aż do światła.
|
BEZDROŻE AMERYKI
Przegapiłeś to – zawracaj przy następnym zjeździe.
Wracaj do świata stworzonego w pierwszej połowie dwudziestego wieku. długo konstruowanego w umyśle twórcy, nabierającego kształtu przez lata pracy w jakimś ciemnym warsztacie – piwnicy lub garażu, w wizji wyrastającej z wystawy modeli kolejowych ożywionej mnóstwem innych małych struktur, budynków i scen wzdłuż trakcji.
Co raz wprawione w ruch, trudne do zatrzymania, zadowolenia, czy odpoczynku. Jedna rzecz następuje po drugiej, i projekt rozszerza się. Przestrzeń z boku torów między aleją drzew i wodospadem schodzącym w dolinę – idealne miejsce na stacje benzynową przy drodze wychodzącej z miasta. Pusty odcinek na górze – idealny dla pochyłych torów kolejowych. A potem twórca, wyobraził sobie za sprawą tej idyllicznej wioski powrót do Starej Ojczyzny, jakoś zrobił dla niej miejsce, wypełniając i wpasowując ją, formując historyczną pamięć na scenie trochę poza skalą z całą resztą, która przydarzyła się w innych miejscach wzdłuż różnych rozjazdów biegnącego szlaku.
Patrzymy teraz na zaginiony ale trwający świat przedstawiony na wystawie, oświetlony lampami z góry, ale głównie z mnóstwa małych budynków, emitujących blask prześwitujący przez okna z małych żarówek ukrytych wewnątrz.
Podziwiamy jak to dzień przechodzi w noc i wraca znowu wewnątrz hali wystawowej – połyskując w ciemności świat zobaczy jeszcze autostrady międzystanowe, świat uśnie bez brzęczenia drogowego korka, świat którego najjaśniejsze światła lśniły w sercu miasta, w fabryce na poboczu, podczas nocnej zmiany wiernej pracy aż po świt.
W miarę jak znowu przybywa z wysoka światła w hali, wschód słońca odsłania mnóstwo drzew w wyblakłych jesiennych barwach, stare tkaniny z krosna twórcy pragnącego przydać jaskrawego kontrastu przyprószonemu zielenią dywanowi traw.
Przychodzimy tutaj i podziwiamy to wszystko jak przed sanktuarium – odwiedzanego przez utrudzonych pielgrzymów, urzeczonych i kontemplujących, słuchających objawienia doświadczonego za międzystanową autostradą.
Przegapiłeś to – wracaj przy następnym zjeździe.
GŁÓD W MIEŚCIE
Wysiadając przy podjeździe z samochodu poczułem powiew powietrza na twarzy i usłyszałem trzepot skrzydeł. Zobaczyłem, że to nie była tylko jedna para, raczej może tuzin lub więcej. Stanąłem w miejscu jak oniemiały. Chmara cedrowych jemiołuszek pochłaniała jagody z doniczkowego drzewka ostrokrzewu stojącego przy schodach. Zdane na siebie w walce o byt wystraszyły się ale nie odleciały czując moją bliskość – eksponowały jaskrawy pasek na końcach ogonków, zajęte wydziobywaniem jagód.
W końcu oddaliłem się do domu, a gdy wchodziłem po schodach połowa stada zerwała się do lotu. Druga połowa prawie nie oderwała się od posiłku. a wkrótce zanim otworzyłem drzwi te, które czmychnęły zaczęły wracać, znów zajęte na drzewku.
Ornitologiczne atlasy określają je jako towarzyskie, żywiące się jagodami w stadach, pośród otwartych przestrzeni. Nic nie wspominają o ich występowaniu W gęsto zaludnionych terenach gdzie rzadko widzi się nienaruszony zapas jagód. Jakoś jednak znalazły doniczkowy ostrokrzew pośród domostwa z cegieł i betonu. Przyjęły dar jagód tak jak ja posiadłem dar ich obecności. Przy nieustannym poruszeniu powietrza i śpiewie, ptaki niebawem opuściły doniczkowe drzewo ogołocone z jagód. W przestworze wielkiego i bezbrzeżnego nieba rozkosz spożywania pojawiła się i znikła.
KOLIBRY
Para kolibrów przybliżyła się do odnowionych ścian chaty lśniących przed nimi niczym świątynia. Unosiły się w zachwycie. Czy to za sprawą barwy, czy oparów, Głębszych, o tajemnym uroku, jakże świeżych na ścianach?
Blada zieleń przyciągnęła je ku farbie, ale co kolibry wiedziały o tym dniu? Dotarły aż tutaj bijąc skrzydłami tysiące razy w rozkoszy, delektując się słodkim zapachem, kierując dzioby ku lepkim plamom, drobne ciałka lśniące w mgiełce skrzydeł.
Tak wielbiąc ściany, zachwyciły się pozornością przeistoczenia, już więcej o nim wiedząc. Ich dzioby przywarłyby do ścian gdyby dotknęły niebieskiej farby. Ale po namyśle nagle odleciały i zniknęły.
KAPLICA W LESIE
Nieoczekiwanie ścieżka prowadząca przez las ukazuje ciepłe cienie na ścianach pobliskiej drewnianej konstrukcji – jakże różnej od zimnych kamieni i szpiczastych wież bazylik i katedr.
Pośród pór roku od lekko postępującej wiosny przez napór lata i powolną kapitulację jesieni aż do czekania na światło zimą, niska dzwonnica przykuwa uwagę stojących drzew, wzmagając ich czujność.
Portale kaplicy zapraszają by wejść do tego schronienia uformowanego ze świeżej ziemi, kuszą też drewniane ławki, tak różne od zimnych tablic na których leżą martwe kukły gapiące się niemiłosiernie ze szczytu grobów w gotyckich grotach, nie zważając na powab pór roku.
|
Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda
Dariusz Tomasz Lebioda
UNIWERSALNY BYT
O poezji Roberta M. Giannettiego
Poezja amerykańska w dwóch ostatnich stuleciach zapisała wspaniałe karty literatury światowej, a tacy autorzy jak Emerson, Whitman, Sandburg, Poe czy Masters trwale zaistnieli w dziejach rozwoju gatunków lirycznych, sposobów obrazowania świata i modyfikowania rzeczywistości w wyobraźni, w wierszu, w wielu integralnie wykreowanych przestrzeniach. Także następne pokolenia, reprezentowane między innymi przez Kunitza, Sterna, Ginsberga, Levina i Collinsa wzbogaciły znacznie skarbiec poezji światowej, wyznaczając jej kierunki, proponując nowe rozwiązania i inicjując fascynujące szlaki. Ale w przeogromnym kraju, leżącym pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem, wskazać można jeszcze wielu zdumiewających poetów, którzy w swoich ciekawych życiorysach dotarli do miejsca, w którym poczuli potrzebę zapisywania swych myśli, tworzenia wierszy, poematów i publikowania ich w osobnych książkach. Wywodzą się oni z kontrastowych grup społecznych, urodzeni w różnych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, uprawiają skrajnie odmienne zawody, od śmieciarza, po policjanta, od sanitariusza po chirurga, od bezdomnego po biznesmana z Wall Street. Lektura ogromnych tomów biograficznych, prezentujących sylwetki amerykańskich twórców dostarcza nieustannych zaskoczeń. Kierując się takimi wskazaniami, czytając periodyki i antologie, znaleźć można prawdziwe perły poetyckie, które każą szukać książek danego autora, innych jego tekstów i propozycji literackich. Niewątpliwie takim zjawiskowym odkryciem jest twórczość Roberta M. Giannettiego, który w swoim życiu był oficerem amerykańskiej armii, nauczycielem akademickim, śmieciarzem i właścicielem prywatnej firmy. Obecnie mieszka w Lewiston, nieopodal granicznej rzeki Niagary, która minąwszy słynne wodospady, płynie tam szybko do wielkiego jeziora Ontario. Przebywając w różnych miejscach świata, chłonąc doświadczenia wielu przestrzeni, uczestnicząc żywo w wypadkach poprzedniego stulecia, osiadł w końcu poeta we wskazanym wyżej miejscu, gdzie prowadzi antykwariat Bob’s Olde Books, a także wydawnictwo Crashes Valley Publishing.
Poezja autora Drawn by the Creek jest próbą przeniknięcia prawdziwej struktury świata, chwilą zapisaną w świadomości i na papierze, olśnieniem pojawiającym się na szczycie góry, w wąwozie wyżłobionym przez rzekę i przy doniczkowym ostrokrzewie, który właśnie obsiadły jemiołuszki cedrowe. Natura zyskuje w tych niezwykłych wierszach centralne miejsce, ale przecież jest w nich też cały świat i odniesienia do kultury i sztuki, muzyki i nowoczesnych technik audiowizualnych, do hałaśliwych stanowych autostrad i drewnianych kaplic zagubionych w lesie. Giannetti osiągnął taki stan samoświadomości, który pozwala mu mówić prawdy esencjonalne o ludziach i czasie, o miejscach i zdarzeniach, a nade wszystko o sobie, w tym dziwnym momencie, gdy kończy się wiek średni, a nieubłaganie biegną lata przypisywane przez ludzkość starości – autor minął już magiczną barierę sześćdziesięciu lat życia i bardzo zbliżył się do następnej granicy wiekowej. W przypadku tego poety są to wszak tylko ustalenia natury biograficznej, bo jego liryka jest niezmienna, młodzieńcza w swym wyrazie, żyjąca w wielu odcieniach i barwach, a nade wszystko niezwykle dynamiczna. To wejście w naturę i wniesienie do niej wysublimowanej świadomości, która jest lustrem przetwarzającym i modyfikującym, a zarazem ma właściwości systematyzujące, ustalające kontrapunkt, przydające dodatkowej treści, ma również wymiar sakralny. Ale jest to uświęcenie żywą myślą, to modlitwa uniwersalnego bytu we wszechświecie, prośba kierowana do stwórcy, który dał impuls kosmogonii kosmicznej i zainicjował bieg czasu. Trwanie pośród takiego świata i uczenie się jego kolejnych liter jest próbą stworzenia wielkiego mitu życia – poematu bycia pośród zjawiskowej natury i walki o swoje miejsce w wielkiej, stale rozszerzającej się przepaści nieistnienia tych, którzy przepadli na zawsze.
Natura jest wyobraźniowym szkieletem twórczości Giannettiego, ale jej ciałem i umysłem jest bystra refleksja, obserwacja, utrwalona w słowie, celnie spointowana i umieszczona w
określonej przestrzeni semantycznej. Widać to szczególnie w wierszach sytuacyjnych – w takich jak Burze (The Tempest) i Bezdroże Ameryki (Roadside America), ale też w takich jak Wnętrze (Insight) i Wizja w zimie (Winter Vision) – także w wielu, wielu innych, w których pojawia się wyrazista akcja, fabuła, dopowiedzenie. Oto siedzimy w sali koncertowej, słuchamy utworu orkiestrowego inspirowanego Burzą Williama Szekspira, a przy okazji dowiadujemy się jakie sztormy przewalają się przez świadomość poety, który bardziej niż muzyką, interesuje się młodą kobietą na widowni, przeżywa dramat niemożności i absurdalności spotkania z nią. To jest prawdziwa Miranda, a on może tylko kontemplować konteksty egzystencjalne, w których ona się pojawia i przeżywać smutny dramat swojego odejścia, nieuchronnego przemijania. Jeszcze chciałby do niej biec, jeszcze pragnąłby być jej Ferdynandem, ale może tylko kontemplować jej brak zainteresowania nim i beznamiętne mijanie go w hallu. Poeta wskazuje też tego rodzaju skrajne sytuacje w naturze, gdzie spokojnie rosnące drzewa są świadkami wielkich dramatów, zabijania silniejszego przez słabszego i nieuchronnego własnego rozpadu, obracania się w próchno i pył. Bazą wypadową Giannettiego i jego enklawą obserwacyjną jest chata w stanie Georgia, gdzie pisze i rozmyśla, a przy tym podgląda przyrodę, zbiera doświadczenia, gromadzi w myślach obrazy metafory, żyje pełnią życia wyzwolonego. To jest czas jego indywidualnych żniw, to chwila, gdy zaczął tworzyć niezwykłe wiersze, które są filozoficznym komentarzem do doświadczeń jednostki i wielu innych ludzi, a stając się uniwersalną miarą, sięgają wyżyn artyzmu i prawdy. Sporo w tych lirykach też odniesień do rzeczywistości, w które toczy się codzienne życie poety, do świata jako żywo przypominającego niewielką makietę, na której znakomicie odtworzona kolejka jedzie po torach przez przestrzeń zapełnioną drewnianymi domkami i stacjami, mostami, tudzież imitacjami pól i lasów. W wierszu o bezdrożach Ameryki mamy do czynienia z przecięciem się świata realnego i odtworzonego na potrzeby ludzi, odwiedzających w dużych grupach pewne sanktuarium. Tam i tutaj jest jakaś umowność, na planszy i w świecie realnym rozgrywają się jakieś zdarzenia, dochodzi do sytuacji nieprzewidzianych i do gwałtownych wypadków, ale zarówno nad jedną, jak i nad drugą przestrzenią, pojawia się wyższa świadomość poety, poszukiwacza odpowiedzi na najbardziej dręczące pytania czasu i egzystencji.
W świecie permanentnej walki i zdobywania dóbr materialnych, w miastach i miasteczkach amerykańskiego snu w technikolorze, poezja bywa traktowana jako coś niepoważnego, jako nieszkodliwe hobby grupki dziwaków, którzy zabawiają się w taki sposób dla zabicia czasu albo w określonych sytuacjach terapeutycznych. Ludzie wypowiadający takie sądy nigdy nie zrozumieją jaką wagę może mieć doświadczenie liryczne, jak wiele dopowiada ono do zastanego świata, jak innowacyjnie go interpretuje i jak daleko sięga. Sztuka słowa Roberta M. Giannettiego udowadnia zatem jak nieodzowna jest to dziedzina interaktywnego życia, jak je wzbogaca o nowe treści, jak wiele oferuje tym, którzy podejmą trud tworzenia. Czytając te utwory wkraczamy do spektrum subtelnej wrażliwości i niczym nieograniczonej wyobraźni, odkrywamy to, co zobaczył poeta i co odbiło się w zwierciadle jego rozedrganej świadomości, uczestniczymy w odwiecznym rytuale przejścia od niewinności do skazy, od sacrum do profanum, od prawdy do kłamstwa, od chwilowego istnienia do ostatniego rozwiania prochów przez wiatr. To są wiersze, które uczą pokory i dają wyobrażenie o tym jak różne bywają doświadczenia ludzkie – z jednej strony chore układy i wypaczenia, zawiązywane stale tandetne unie by zniszczyć kogoś, a ze strony drugiej prawdziwa ludzka wrażliwość i jakże wykwintne wizje tego, co w naszych losach najważniejsze, co nam stale umyka. Mamy niewiele czasu by dać świadectwo swojemu istnieniu, wciąż kurczy się zapas przeznaczonych nam lat, dni i godzin, ale mamy też szansę by swoim życiem udokumentować rozwój, przejście ze świata śmieciarza do krainy księcia poetów. Robertowi M. Giannettiemu to się przytrafiło i teraz zbiera on dorodne owoce w sadach poezji, staje się coraz bardziej znaczącą postacią w amerykańskiej literaturze i nie byłoby wielkiego zaskoczenia, gdyby jego nowa książka, z której wiersze tutaj prezentujemy, otrzymała Nagrodę Pulitzera i ustawiła autora w rzędzie poetów przywołanych wyżej. To prawdziwa, wielka sztuka słowa i prawdziwie wielki człowiek ją tworzy, a nawet gdyby nie został uhonorowany tym jakże znaczącym wyróżnieniem, samo napisanie tylu pięknych wierszy i samo jakże żywe uczestnictwo w rytuale świata, są największą nagrodą.
ROBERT M. GIANNETTI urodził się w nowojorskiej dzielnicy Queens w 1942 roku i dorastał na Long Island. Był oficerem amerykańskiej armii, nauczycielem akademickim, śmieciarzem i właścicielem firmy. Obecnie mieszka w Lewiston, w stanie Nowy Jork, gdzie prowadzi antykwariat Bob’s Olde Books. Jest autorem zbioru wierszy Drawn by the Creek, opublikowanego w 2003 roku.