Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Dariusz Tomasz Lebioda

 

KRĄG DUCHÓW ŚWIECĄCYCH

O dynamice genezyjskich wizji Juliusza Słowackiego

 

 

 

 

 

        Bogumiła Wrocławska Dynamiczna i żywiołowa literatura romantyczna powstawała w opozycji do statycznych dzieł oświeceniowych, zamkniętych w obrębie systemu, obwarowanych sztywnymi zasadami licznych kodeksów i nakazów. Jej siłą był wewnętrzny pęd, który generował żywiołowe rozrastanie się tekstu i poszerzanie zakresu znaczeniowego, zewnętrzną i wewnętrzną eksplorację, zataczanie kręgów i pełne ekspresji wstrzeliwanie się w heterogeniczne struktury istnienia. Twórca oświeceniowy żył w ludzkim świecie zewnętrznym, gdzie przede wszystkim liczyła się etykieta, prawo stanowione przez władcę lub protektora, cały szereg pisarskich i obywatelskich utrudnień, pośród których literatura, jak mogła, szukała dla siebie drogi. Musiała jednak lawirować, przemykać pomiędzy przeszkodami, godzić się na zawężenia i zasady gatunkowe stylu retorycznego, poetyckiego stylu folkloru ludowego, stylu modlitewno-biblijnego i najodważniejszego oraz najbardziej innowacyjnego – stylu potocznego, ale też ograniczonego tylko do prozy dialogowej i pamiętników, tudzież niektórych artykułów prasowych.[1] Romantyk odrzucał ograniczenia, i w trakcie procesu twórczego, akceptował swobodny przepływ myśli i niezwykłe, kombinatoryczne właściwości genialnego, stale odkrywanego, pobudzanego przez natchnienie, umysłu. Jego wiara we własne możliwości kreatywne generowała na karty dzieł światy rozległe i przestrzennie nieograniczone, pełne ciemnych zakamarków i zapadni, nieoczekiwanie otwierające się przed wyobraźnią i gwałtownie zamykające się przed władzą rozumu. To było owo odwieczne przekraczanie granic, które wpisane zostało w ludzkie bytowanie już w czasach starożytnych, przemieszczanie się i wracanie do dawnych miejsc, a nade wszystko szukanie w wyobraźni odpowiedzi na stale rodzące się pytania i zagadki.

 

Wyobraźnię wolno więc - pisze Jarosław Ławski – w ujęciu neoplatońskim i romantycznym zdefiniować jako władzę transgresji, przekraczania: dla jej wrogów jest siłą transgresji regresywnej, chaotyzującej, niszczycielskiej, gdy, jak w opinii wyznawców modelu oświeceniowego, prowadzi de re-animalizacji człowieka, rozbija tę kruchą warstwę cywilizacji, kultury, która w więzieniu „oświeconego” ducha, nadzorowanym przez rozum i rozsądek, trzyma owego dżina namiętności, instynktów czy szaleństwa; i można ją, ową wyobraźnię, nazwać władzą poznania lub określić wprost jako część poznania, fragment tego, co romantyk poznaje, wybierając ją, jej niepewną, żywiołową aktywność, a nie rozum, prawidła, naśladowanie. W ostatecznym rachunku, w okresie genezyjsko-mistycznym, imaginacja jednak prowadzi już nie do określenia zespołu obrazowych danych, objawień, które za pomocą wiary przyjmuje „ja” poety, lecz całkowicie zmienia strukturę owego „ja”, określa je w porządku ontologicznym, aksjologicznym i gnoseologicznym na nowo. Wyobraźnia klasycystyczna – stanowiąca całościowy model świata, model relacji „ja” i natury, zapewniający stabilność i harmonię – płaci jednak niemałą cenę za poskromienie „potwora” natury drzemiącego w człowieku. Ustanawiając stabilny układ relacji między elementami „tego, co jest”, zarazem wyklucza z dziedziny poznania lub poddaje panowaniu rozumu pewne – „anarchizujące”, chaosogenne, wymykające się racjonalizacji – elementy ludzkiego doświadczenia.[2]

 

Romantyk bliższy jest natury i swobodnego bytowania pośród niej, a otwierając się na świat, czeka na doznania graniczne, krańcowe, ostateczne. Bardziej interesuje go eschatologia i intuicja od systematycznego zapisu, mając do wyboru obiad w obecności króla i bal maskowy pośród mroków i rozświetleń, wybierze tę drugą możliwość. Jego interesuje pierwotna dynamika, nieustanne stawanie się i dzianie się, podążanie ku nieznanym światom i próba ukazania głębi ludzkich przepaści. W takim rozumieniu romantyzm jest próbą przełamania oświeceniowego schematu, a zarazem, jest wejściem na wyższy poziom rozumienia sytuacji egzystencjalnej – niezwykle odważną próbą wypełnienia luk, powstałych przez wieki w ludzkim świecie wewnętrznym i zewnętrznym.         W dziele romantycznym dostrzegamy niezwykłą dynamikę twórczą, jakby na kartach utworów pozostawało coś z energii i siły poczęcia słowa, obrazu, nowej i ekscytującej przestrzeni. W takim rozumieniu, wiersz i poemat, stają się rodzajem narzędzia eksploracyjnego, a zarazem same w sobie są odkryciem, odsłonięciem rzeczywistości zakrytej, a nawet nie przeczuwanej przed wystąpieniem poety. Tę niezwykłą dynamikę w dziele Juliusza Słowackiego zauważył już w epoce romantyzmu Zygmunt Krasiński, który w znanym szkicu o tym autorze pisał:

 

     Zdaje się nam, jakobyśmy czuli, gdy czytamy dzieła Słowackiego, że w nich się objawiła ta druga konieczna, odśrodkowa siła, siła odwcielań i zaprzeczeń, której pęd, poczęty z dołu, a bijący ku górze, stara się, jak muzyka, ciągłym drganiem cząstek i roztapianiem kształtów wyrazić westchnienia wszystkich ciał natury i rwania się wszystkich myśli ducha ku niewidzialnemu światu nieskończoności. Zaprawdę, w kierunku tej siły coś panteistycznego przebija – ona by chciała, gdyby przemóc mogła i jedną stać się panią świata, wszystko we wszystkim stopić i porównać – sama by się rozwiała własnymi skrzydłami – utonęłaby i zaginęła w tym, ku czemu dąży, wszelkie stworzenie zatraciłaby w Bogu jak w otchłani.[3]

 

Trudno byłoby trafniej wyrazić istotę tego, co dokonuje się w momencie tworzenia, w chwili, gdy twórca – często sam zdziwiony siłą własnej kreacji – zaczyna odsłaniać jakąś głębię, jakiś nieznany świat, pośród którego dostrzega idealność[4] i skończoność, przedwieczny kosmogoniczny zamysł i wykonanie godne ręki arcymistrza. Czyni to z lekkością i poczuciem rytmu, jakby rzeczywiście komponował utwór muzyczny, mający swój szkielet, swoją dynamikę, ale też rodzący marzenie o rozległości i braku granic, o niczym nieograniczonej swobodzie bytowania. Wszystko w nim wyrywa się ku górze, a zarazem zatacza kręgi, wiruje, dopełnia kolejne fazy i cykle – staje się nowym, integralnym światem. To jest indywidualny styl poetycki, który od razu wskazuje, że mamy do czynienia z kimś wyjątkowym, z jakimś pierwiastkowym doświadczeniem, które dane było w tym czasie tylko wybranym.

 

     Potęga Słowackiego – pisze dalej Krasiński – najbardziej w stylu zawarta. Styl jest najogólniejszą formą każdego utworu sztuki – nim, jak przędzą, i z niego, jak z materiału, snuje pasmo swoje całe poeta. Siła odwcielań, panująca i przemagająca w Słowackim, w tę tylko najpowszechniejszą, ostateczna formę dokładnie wcielić się może. Styl Słowackiego to on sam, to ducha jego kierunek, roztapianie się nieustanne na wszystkie strony i ku wszystkim stronom. Stylem tym bije ciągle, jakby falami, o granice wszechrzeczy, ciągle je podmywa i stara się odsunąć. Nikt tak smukle, gibko, fantastycko po polsku nie pisał; pokora, z którą wiersz mu niewolnikiem, przechodzi wszelkie prawdopodobieństwo – na króla nam wygląda, kiedy zacznie mowie polskiej rozkazować. Biegną k’niemu tłumem miary, rymy, obrazy, a on je despotycznym kaprysem posyła, gdzie chce – każe im płynąć, a płyną, wić się powoli, a pełzną – wzlecieć, a wzlatują i lecą jak orły.[5]

 

Przyjęło się w polskim literaturoznawstwie traktować Krasińskiego jako kogoś częściowo tylko przynależącego do wielkich polskich romantyków, stąd owe absurdalne określenia typu wyrzucony z parnasu, mroczny, zagmatwany itp. Miało to przez lata związek z marksistowskim odczytywaniem literatury, które nakazywało piętnować hrabiego i arystokratę, a na piedestał wynosić twórców wywodzących się z ludu, z ubogiej szlachty, z zaścianka lub małego miasteczka. Tutaj widać, jak krzywdzące były takie sądy i jak wrażliwym, rozumiejącym i odkrywczym czytelnikiem literatury dziewiętnastego wieku był autor Nie-Boskiej komedii. To jakby samo wniknięcie w strukturę dzieł Słowackiego i odkrycie przed czytelnikami ich wewnętrznych mechanizmów. To w tym miejscu zaczyna się szlak interpretacji, który prowadził do najważniejszych, jak dotąd, odczytań Słowackiego, do dzieł Jana Gwalberta Pawlikowskiego, Ignacego Matuszewskiego i Juliusza Kleinera.

         Każda autentyczna wizja ma w sobie wpisaną dynamikę, nawet jeśli jest próbą opisu jakiejś statyczności, jakiegoś rozległego krajobrazu, falujących łanów zbóż czy ciągnącego się w dal, spokojnego morza, to sam proces jej powstawania w umyśle, a potem przenoszenia na karty utworów, wiąże się z prawdziwą burzą w mózgu twórcy. W ułamku sekundy, w błysku natchnienia, w chwili pierwszej i ostatniej, łączy on przeciwstawne znaczenia, dobiera barwy, w zdumiewający sposób rozpościera panoramę nowej przestrzeni, w której mają swoje miejsce wyraziste szczegóły i określenia transgeniczne, słowik śpiewający pośród nocy i wielka czasza nieba, połyskująca miliardami gwiazd, porażająca ogromem i przedwieczną głębią, niewiele zmieniająca się w trakcie narodzin, wzrastania i umierania całych pokoleń, wielkich rodów i rzesz bezimiennych. Romantyk czuł, rozumiał i podkreślał w swoich dziełach gwałtowność procesów przebiegających w kosmosie, na najwyższych poziomach egzystencji, w Boskim rewirze genezyjskim. Rozróżniał odmienne idealności i selekcjonował zjawiska, oddzielał, a zarazem łączył przeciwstawne elementy i to do niego można odnieść współczesne rozważania Nelsona Goodmana o strukturze zjawisk:

 

     Systemy różnych typów, chociaż mogą wypływać z przeciwstawnych postaw lub przeświadczeń filozoficznych, same przez się nie kłócą się ze sobą i można je uważać za rozwiązania odmiennych zagadnień: w jednym przypadku zagadnień wyjaśnienia wszystkiego lub przynajmniej tyle, ile można, w terminach elementów fenomenalnych; w drugim przypadku zaś zagadnień wyjaśniania tyle, ile można, w terminach elementów fizycznych.[6]

 

Słowacki – poczynając Genezis z Ducha w akcie natchnienia i łączności z Bogiem – akcentował siłę, podkreślał dynamiczny i systemowy charakter opisywanych zdarzeń, popychał do przodu narrację określeniami, mającymi w sobie siłę i ekspresję, moc stworzenia i wiarę w istnienie Wielkiego Kreatora. Na samym początku utworu pojawia się niezwykłe przyspieszenie – Bóg stawia poetę na skałach oceanowych i on czuje w sobie dynamikę tego aktu, uruchomienie w nim sił niewyobrażalnych i nadanie kierunku przedwiecznej genezie, odbijającej się w nim jak echo: a jam się nagle uczuł w przeszłości Nieśmiertelnym, Synem Bożym, stwórcą widzialności i jednym z tych, którzy Ci miłość dobrowolną oddają na złotych słońc i gwiazd girlandach.[7] Jedno słowo – nagle – powoduje, że akcja nabiera gwałtownego przyspieszenia, a owo statyczne postawienie na skałach, staje się punktem początkowym wielkiej migracji Ducha, nagłego nawrotu do przeszłości i błyskawicznego podążania przez dzieje i przez kolejne formy rozwojowe, przez przestrzenie mierzalne i te, których objąć, ani wyrazić, w żaden sposób nie można. Coś, co jest nagłe, trudne jest do utrzymania w ryzach, jest rodzajem niespodzianki dla samego twórcy, zaskakuje go i wymusza równie gwałtowną reakcję. To tak jak w świecie ludzkim, gdzie ktoś nagle słyszy wyraźny, złowieszczy świst ostrza i albo uchyla się, gdy ma na to czas, albo nim zgaśnie świadomość, jedynie czuje pierwszą falę bólu. Tutaj – w przypadku Genesis… – nie było nawet tego świstu, poeta stanął na skałach bretońskich i – nagle – został przeniesiony do przeszłości, a zarazem błyskawicznie zatoczył krąg, cofnięty – wrócił do swego ciała, do swego umysłu, zrozumiał mechanikę dziejów i stworzenia i zaczął snuć opowieść: Albowiem Duch mój przed początkiem stworzenia był w S ł o w i e, a S ł o w o było w Tobie – a jam był w S ł o w i e.[8] Miliony lat zostały sprasowane w błysku myśli i poeta odnalazł siebie w chwili pierwszej, w wypowiedzeniu, w brzmieniu i w echu pierwszego kreatorskiego słowa. To było zdarzenie, które określa się słowem nagle i w przypadku Słowackiego i jego migrującego ducha, sytuacja się powtórzyła. Zanim do tego doszło były w jego świadomości skały w okolicach Pornic, wzburzony Atlantyk, ścieżki nad przepaściami i niezwykły obraz, układających się w ciąg, egzotycznych wspomnień znad Nilu, z Grecji, Zatoki Neapolitańskiej, ze zboczy i dolin alpejskich. Tutaj te wcześniejsze zachwyty zostały gwałtownie odsunięte, choć zapewne stanowiły kolejne etapy w procesie uwrażliwienia, osiągnięcia takiego stanu, że mogła zaistnieć w nim owa nagłość. Zauważmy też, że w punkcie zerowym, w tym momencie początkowym poematu, następuje zamiana przestrzeni ziemskiej na kosmiczną, a właściwie wpisanie ludzkiej planety w przestrzeń szerszą, pełną złotych słońc i girland gwiezdnych. Ktoś może zarzucić nielogiczność Słowackiemu, bo przecież słońca to są też gwiazdy, ale w obrębie poematu, już w chwili jego poczęcia, mamy do czynienia z niezwykła zasadą przybliżania i oddalania przestrzeni – gdy zbliżamy się do układu planetarnego, gwiazdy ogromnieją i zaczynają przypominać nasze Słońce, a gdy oddalamy się wraz z poetą, stają się świecącymi punktami i zaczynają przypominać połyskujące pośród mroku girlandy. Cofając się do przeszłości, widzi siebie poeta jako Ducha przedwiecznego, stworzonego poprzez wypowiedzenie pierwszego słowa, a zarazem podlegającego nieomylnym i błyskawicznie przebiegającym działaniom boskim: A my Duchy słowa zażądaliśmy kształtów i natychmiast widzialnymi uczyniłeś nas, Panie, pozwoliwszy, żeśmy sami z siebie z woli naszej i z miłości naszej wywiedli pierwsze kształty i stanęli przed Tobą zjawieni.[9] Prośba Duchów zostaje spełniona natychmiast i pojawia się inna jakość w świecie ulotnym, nadchodzi czas widzialności, a więc fizyczności, ciężaru i kłopotów związanych z narodzinami, rozwojem i umieraniem ciała. Bóg przydaje energii i dynamiki temu procesowi, a poeta nie może wskazać żadnych luk czasowych pomiędzy artykulacją próśb, a wcieleniem. Owo natychmiast oznacza działanie zdecydowane, ale nie ma ono w sobie tak charakterystycznej ludzkiej nieuwagi, pochopnych decyzji, szybkiego reagowania na impulsy zewnętrzne. W przypadku Boga wpisane jest ono w jego nieomylność i idealność, jako byt doskonały, podejmuje on perfekcyjne działania, zapewne najszybsze w całym wszechświecie. Poeta odzwierciedlając w swoim poemacie dynamikę Boskich decyzji, wskazuje pierwotną interakcję pomiędzy Duchami i Bogiem, której efektem było ich natychmiastowe wcielenie. W takim rozumieniu rację ma Juliusz Kleiner, gdy zgłasza tezę:

 

     Był to poemat gnostyczny – w duchu owych fantastycznych epopei o Bogu i Jego mocach najwyższych, jakie z wierzeń Wschodu i z myśli chrześcijańskiej wyłaniały się w pierwszych wiekach Kościoła. Ale o wiele wstrzemięźliwszy był w nauczaniu fikcyj; nie dodawał do ogólnej koncepcji religijnej licznych osób nadświatowych; w szczegółach szedł torami zjawisk znanych, stwierdzonych; nie z tradycji tajemniczych czerpał obrazy, ale z nauki współczesnej. Ten utwór, który tytuł zapożyczał w księdze świętej wieków zamierzchłych, które Hezjodowe opowieści niby wznawiał i śmiałość bezgraniczną gnostyków – był poematem nowoczesnym, realizującym niepodzielny zespół wiedzy badawczej z intuicja poetycką, o jakim jeden chyba Schelling myślał w tych rozmiarach potężnych.[10]  

          

Wielkie panoramy przestrzenne w myśli Schellinga także wiązały się z dynamiką jego odwzorowań i nieustannym generowaniem nowych pomysłów, nowych ujęć, nowych światów. Dynamizm wizji Słowackiego wpisuje się rzeczywiście w rozumienie gnozy jako świadomości religijnej, głoszącej istnienie prawdy ukrytej. Jeśli człowiek jest istotą pozostającą w odrętwieniu, to tylko Boski dynamizm może go z niego wytrącić. Rzeczywiście poemat Słowackiego mówi o takim nagłym przebudzeniu i natychmiastowym nadaniu kierunku, o upadku Ducha, który pobudzony na skałach oceanowych, zaczyna gwałtownie przyspieszać i w szybkości natchnień chce dorównać Bogu.

         Duch poety nie porusza się z gracją, jak tradycyjni, pełniący straż aniołowie, nie przemierza spokojnie wielkich rozległości, nie wznosi się majestatycznie – raczej pędzi, leci z ogromną szybkością i zagarnia przestrzeń, a nawet ją tworzy w tajemnym rozbłysku: Albowiem Duch mój, jako pierwsza T r ó j c a z trzech osób, z Ducha, z miłości i z woli złożony, leciał powołując bratnie duchy podobnej sobie natury, a przez miłość wolę w sobie obudziwszy, zamienił punkt jeden niewidzialnej przestrzeni w rozbłysk sił magnetyczno-atrakcyjnych. A te przemieniły się w elektryczne i piorunowe. I rozciepliły się w Duchu[11] To jest lot błyskawiczny, przypominający przeskok iskry elektrycznej, a zarazem jest to przyłożenie siły przeogromnej, powodującej zapłon przestrzeni i wybuch. Jakże bardzo wyprzedza tutaj Słowacki dwudziestowieczne wizje wielkiego wybuchu (Big Bang), jako początku widzialnego wszechświata. Poeta świadom jest wagi magnetyzmu i przyciągania ciał (atrakcji) w procesie pierwotnego kształtowania się kosmosu i rzeczywistości, w której będzie dalej operował, przekształcał się i generował nieustające przemiany ciał i stanów, form rozwojowych i wewnętrznych energii (rozciepleń). Rozentuzjazmowany Kleiner dobrze wyczuwa wagę tych dookreśleń, choć może nieco za bardzo poetyzuje – jednak jego wizja ma wartość dla naszych rozważań:

  

   I oto zrodził się utwór, w którym przemawiał duch, mający w sobie nie tradycje warstwy jakiejś naczelnej, jakiegoś strzegącego tajemnic patrycjatu – nie tradycje narodu odrębnego – nie tradycje Kościoła – ale tradycje świata od jego boskich początków.

   Dokonało się to, czego romantyzm żądał i pragnął, ku czemu szedł w ekstazach mistycyzm, a co wydawać się mogło nieosiągalnym ani w filozofii, ani w sztuce – zrównanie jednostki i świata, utożsamienie jednostki i świata.

   Ta jednostka, którą takt religijny i filozoficzny i może poetycki powstrzymuje od nadmiernego akcentowania swej indywidualności, najpierw ogólnie naszkicowała dni stworzenia kosmosu. Teraz Mojżeszowym podąża nadal szlakiem, jak poprzednio już przetworzyła Mojżeszowe słowo o duchu Bożym nad wodami („albowiem duch mój […] leciał, powołując bratnie duchy podobnej sobie natury […]) – i dokładniej, choć zawsze w rysach szerokich, kreślić poczyna sześć dni stworzenia ziemskiego. W biblijne rytmy niekiedy uderzając – tym silniej uwydatnia łączność swą z nauką – i z pierwszym dniem stworzenia śmiało wiąże pierwszą z nauk i podstawową, i najgłębiej w umysł wszczepioną – co udowadniał już platoński Sokrates, gdy anamnezę wykazywał, doprowadzając słuchacza do formułowania praw geometrii.[12]

 

Kleiner rozumiał, że Słowacki mierzył się w swoim poemacie ze Stworzeniem i chciał naśladować Boską moc kosmogoniczną – wszakże poeta też poczyna światy, na pustej kartce papieru zaznacza pierwszy punkt i wokół niego nabudowuje dalsze znaki, tworzy ciągi semantyczne, które oddać mają choćby cząstkę tego, co postrzega on swoimi zmysłami, a siłą natchnienia i Ducha wydobywa z nicości. To nie jest akt powolny, to wielki, zagarniający wszystko pęd, przypominający bieg światła i jego kosmiczną szybkość, największą ze znanych w przyrodzie. Może ta siła i taka skala przeraża Ducha poety, bo w dalszej części poematu Bóg reaguje na jego „lenistwo” i zsyła nową, jakże bolesną metamorfozę – teraz świadomość staje się istnieniem ognistym i poeta tak to określa: zamieniłeś ducha mego w kłąb ognia i zawiesiłeś go na przepaściach.[13] Jeśli przyjąć, że duch był obecny przy stworzeniu, a potem przez cały czas się przekształcał, to musiał także przechodzić ową ognistą rafinację i w takiej formie istnieć we wszechświecie. Warto przywołać w tym miejscu psychoanalityczne rozważania Gustawa Bychowskiego, który – podobnie jak Kleiner – wskazał gdzie sytuować należy mistykę Słowackiego i na czym się ona opiera:

 

   Świat przedstawia się tutaj jako jakieś continuum sił fizyczno-duchowych o nieograniczonym polu działania. Wszystkie jego elementy, powiązane są ze sobą w sposób mistyczny, wszystkie mogą na siebie wpływać, emanując z siebie nieustanne działanie. Nie są one ściśle ograniczone w czasie i w przestrzeni, mogą ulegać ciągłym transformacjom, a nawet przemieniać się jedne w drugie. Siła ich i moc działania polega na partycypowaniu ich w jednej wspólnej istności – duchowej, ale o działaniach także czysto fizycznych – która zapełnia świat cały, ożywia go i wiąże w jedną całość.[14]

 

To są przeświadczenia prowadzące do dalszych uściśleń, w których pojawia się pewność, że wyobraźnia Słowackiego czerpała treści z tych samych źródeł, z których brali je od wieków twórcy kulturowi, szamani i czarownicy, kreatorzy i modyfikatorzy mitów, twórcy pierwszych systemów filozoficznych, Ojcowie Kościoła i rewelatorzy religijni:

 

   Myślenie tutaj przedstawione, które znalazło tak piękny wyraz w systemie metafizyczno-religijno- mitologicznym Słowackiego, znane jest w nauce jako myślenie prelogiczne. Zbadane głównie przez socjologów francuskich, którzy stworzyli samo pojęcie, okazuje się doniosłą, wczesną fazą w rozwoju myśli ludzkiej i odgrywa ogromną rolę w różnych jej dziedzinach i obecnie. Dość powiedzieć, że stanowi ono nie tylko podstawę poglądów i wierzeń ludów pierwotnych, gdzie zostało najlepiej zbadane i wykrystalizowane, ale także i wielkich tworów ludzkości, jakimi są systemy religijne, a nawet metafizyczne.[15]

 

Ale jeśli myślenie Słowackiego łączy się z kulturowym rozumieniem stworzenia, jeśli jest prelogiczne, to jednocześnie – o paradoksie literatury romantycznej – wznosi się ono na wyżyny dziewiętnastowiecznej nowoczesności i wyprzedza znacznie późniejsze poglądy na temat kosmogenezy i stworzenia. Także widzenie działań zbiorowych przywodzi na myśl późniejsze teorie na temat wpływu jednostki na historię i nieuchronnego działania w określonej grupie. Słowacki kreując wspaniałą wizję swojego ducha, wynurzającego się z ognia i głębin oceanowych, przechodzącego kolejne metamorfozy i kształtującego świat wokół swoich poczynań, akcentuje jednocześnie imperatyw działań zbiorowych. Jak zauważa Stephen Greenblatt:

 

     To, co wygląda na działania jednostek, w rzeczywistości jest działaniem zbiorowym. Pozornie odosobniona siła jednego geniuszu jest ściśle związana ze zbiorową energią społeczeństwa.[16]

 

Wszakże jego Duch leciał, z ogromną szybkością przemierzał nieograniczone przestrzenie pierwotne i zagarniał inne duchy, przekształcał je i wciągał do pracy nad nieustającym przebóstwieniem. Symbolem tych działań, a zarazem ich efektem, może być w najważniejszym poemacie genezyjskim postać złotego anioła: A oto na niebiosach drugi krąg duchów świecących, kręgowi ognia podobny, lecz czystszej i odkupionej natury, anioł złoty z rozwiniętymi włosami, silny, porywający, uchwycił jedną garść globów, zakręcił nią jak tęczą ognistą i porwał za sobą.[17] Ten anioł mający wszelkie cechy archanioła, połyskującego złotem, jak ów z przedstawienia Hansa Memlinga na tryptyku Sąd Ostateczny i wielu innych wyobrażeń w sztuce przedromantycznej, znanych Słowackiemu z licznych wizyt w muzeach, kościołach i katedrach, jest mocarzem globowym i jego działanie ma charakter dynamicznych akcji. Poeta dwukrotnie podkreśla tutaj, że jego praca jest porywająca i mająca w sobie pierwotną moc. Ta uskrzydlona postać nie ciągnie za sobą globów, nie porusza się spokojnie w przestrzeni, pracuje raczej zrywami i ostatecznie dokonuje czegoś na kształt sztuki magicznej – kręci planetami i przemieszczając się błyskawicznie w kosmosie, porywa je za sobą. To właśnie ów nagły zwrot akcji, to świśnięcie anioła w przestrzeni, powoduje uaktywnienie się następnych duchów uskrzydlonych, ale też emanuje światło, które odtąd staje się regułą w świecie. Wskazuje to, że złoty archanioł poruszał się z szybkością największą z możliwych i – zgodnie z prawami fizyki – w światło się zamienił. Mógłby to zatem być sam Lucyfer, który przecież przed upadkiem, był najwyższym rangą aniołem w niebie. Zbuntował się, bo nie mógł ścierpieć tego, że Jezus poznał ostateczną tajemnicę Boga, a on nie – został zatem umieszczony niżej w hierarchii duchów doskonałych i wtajemniczonych od Słowa Wcielonego.[18]

         W okresie genezyjskim, dynamika kreowanych wizji powiązana jest ze światłem i jego ożywczą mocą, z jego niezwykłą plastycznością i z kosmiczną szybkością. Poeta ma właściwości stwórcze i choć zdaje sobie sprawę z niewielkiej skali jego kreacji, to eksperymentuje z swoją fizycznością i stawia się pośród duchów. Tak jest w Poemacie o Sofos i Szczęsnym, gdzie migracja i metempsychoza stanowią fundament istnienia. Wkraczając do sfer duchowych, zdaje poeta relację z tego, czego próbował już dokonać, a zarazem objaśnia jaka jest forma obecności bohaterów w odwiecznym pędzie i powrotach duchów wiodących:

 

   Zaprawdę, nieraz wasze rozwidniłem lice,

Rozwidniwszy wam którą globu tajemnicę,

Stwór świata – albo rajski dzień – albo ów wieczny

Cel świata – dzień ostatni, globowy, słoneczny;

Pokazywałem drogi do niego wiodące,

Słońca ojce i matki naszych ciał – miesiące,

Światłoście w duchach czyniące ku temu sposobne,

Aby nas w syny boże i Bogu podobne

Przemieniły… A z myśli chciałem dostać ruchu,

Ażeby światłem ducha – zabić ogień w duchu…[19]

 

Przestwór duchowy Słowackiego ma złożoną strukturę, bo z jednej strony jest nieograniczoną, nieskończoną przestrzenią, a ze strony drugiej – przypomina widzialny wszechświat, a nawet ma pewne cechy układów planetarnych. Stąd wędrówki duchów mają miejsce w przeciwstawnych obszarach solarnych i lunarnych, ale też nie gubią dynamiki i wielkości niewyobrażalnych dali, gdzie czas i przestrzeń tracą swoją integralność i stają się cząstką, okruchem, cechą istnień. Poeta pragnie poczynać ruch z myśli i światłem ducha zabijać odwieczny ogień, płonący w bytach, mający naturę lucyferyczną, a zatem popychającą je ku piekielnym otchłaniom. Poeta pragnie kreować duchowe istoty idealne, które rozpłomienia pędzące w dal światło i które w nim (w świetle) podążają ku Bogu. W nim jest spokój twórczy, pozwalający mu zobaczyć byty rozedrgane i płonące fatalnym ogniem, a jednocześnie jest jakaś niezwykła dążność do przebóstwienia tego co złe, noszące w sobie jakiś element globowych niedoskonałości, jakąś skazę cielesności i materialności. On jednak – co paradoksalne – jest jakby stopień wyżej na drabinie duchowej i z tej perspektywy widzi to, czego nie dostrzegają Sofos i Szczęsny – próbuje ich zatem modyfikować, „rozwidniać lice”, wzbogacać swoją obecnością. Tę trudną dialektykę istnienia bytów w poezji romantycznej objaśniał już w 1825 roku Maurycy Mochnacki i mógł tym w jakiś sposób wpłynąć na konstrukcję późniejszego dzieła Słowackiego:

 

   Ale nie każdemu udzielona bywa owa twórcza spokojność i męska w olbrzymim, zamyśle wytrwałość, aby płonące w swej duszy idealne wzory mógł wyryć na niemym kamieniu, wynurzyć w powabnych słowach i powierzyć je czasów opiece. Zbyt porywcza, opieszałymi środkami ujarzmić się nie dająca skłonność tworzenia i kształcenia korzysta z obecności, rzuca się w odmęt życia towarzyskiego i nieład w świecie moralnym uporządkować przedsiębierze. Niedola braci silnym głosem przemawia do tkliwego człowieka, silniejszym jeszcze skażone ich obyczaje. Moralne zdrożności zasmucają go, wzniecają w nim cnotliwy zapał, chęć do czynów i sławy. Wszelako zapytałże się, czyli ów w świecie moralnym dostrzeżony nieład sprzeciwia się jego rozumowi albo raczej jego miłość własną obraża? Jeżeli o tym powątpiewa lub wcale nie wie, przekonać się łatwo może, śledząc w sobie żądzę osiągnięcia zamierzonego kresu i szybkich skutków. Nieskażone moralnie usiłowanie jest b e z w z g l ę d n e, bynajmniej nie zważa na bieg czasu, przyszłość bowiem staje się teraźniejszością, skoro koniecznie z jej łona wywinąć się musi. Dla rozumu bez granic to wszystko jest już skończone, co zaczęte.[20]

 

Słowacki był „tkliwym człowiekiem” i przemawiała do jego wyobraźni „niedola braci” – tych na ziemi i tych w przestworzach, tych cielesnych i tych duchowych. Stawał pomiędzy Sofos i Szczęsnym by światłem ducha – zabić ogień w duchu, by wskazywać kierunek wielkiego marszu, odwiecznego biegu, nieustającej zmienności i metamorfozy. Chodziło też o to, by potwierdzić, że dla rozumu bez granic to wszystko jest już skończone, co zaczęte, a to znaczy, że początek i koniec są jedną chwilą, a istnienie rozgrywa się w mgnieniu Boskich powiek, w ciągu jednej stwórczej myśli i jednego ogarniającego wszystko natchnienia. Czytając ten poemat nieomal dotykamy niezwykłej dynamiki poczynania słów i obrazów Słowackiego, zauważamy z jaką szybkością myśli przeobrażają się tutaj w słowa i stają się tkanką nowych wizji, wirujących przestrzeni, nowych światów i coraz głębszych głębi. Człowiek wędruje przez dzieje i przez przestrzenie duchowe, zatacza kręgi i zawraca, staje się metempsychicznym wędrowcem, który w natłoku lat i tysiącleci szuka przewodnika. Chce wreszcie dotrzeć do Bożego tronu, chce stanąć pośród chórów anielskich, chce zyskać siłę archanioła, ale nie może tego uczynić bez nawrotów do ludzkiego ciała, bez kolejnych cierpień, przenoszących go na wyższy szczebel drabiny duchowej. Poeta staje się przewodnikiem takich bytów, a jednocześnie wybiega myślą w przyszłość, cofa się do przeszłości i widzi siebie w momencie przejściowym, pomiędzy ciałem a duchem. Ma świadomość tego, że przed nim daleka wyprawa, ale też pamięta o swojej przeszłości duchowej i wierzy, że przewędrował już wielkie bezkresne dale niebieskie, a tylko na chwilę trafił do wątłego, schorowanego ciała. Wspiera swoich bohaterów, ale też potrzebuje ich obecności dla wsparcia swojego Ducha. Wypowiada prośbę, która jest jak magiczne zaklęcie:

 

Pozwólcież mi, że niby wielki budowniczy –

Wezmę tę trójcę ducha, co w nas teraz krzyczy

O sprawiedliwość bożą… i każę, by święta

Rzuciła się aż w straszne globu fundamenta

I tam, wprzód nim dosięgnie formy ludzkiej szczytów,

Leżała – na łożysku stopionych pirytów,

Gdzie płomień, grzmot, lawina leje się i smoła,

Aż ją tam który anioł do formy zawoła.[21]  

  

          Tak duchy Sofos, Szczęsnego i poety łączą się w  j e d n i ę  i zaczynają rozumieć prawa rządzące światem widzialnym i niewidzialnym – sięgają ku fundamentom i pojmują mechanikę dziejów, owej nieustającej przemiany materii w ducha i powrotu istnień spirytualnych do ciał. Natura poezji jest z istoty swej statyczna, jest rodzajem utrwalenia jakiegoś stanu rzeczy, ale wiersz romantyczny otwiera się stale na ogromy i jakby rozsadza swoją formę, eksploduje wraz z przyrodą i poczynanym światem. Wyobrażając sobie to, co zostało zapisane, rozwijamy w wyobraźni wizję poety i wiele tutaj zależy od wewnętrznego dynamizmu utworu. W przypadku przywoływanego poematu, mamy czynienia z niezwykłą skocznością i lekkością, a zarazem z tak subtelną warstwą wizualną, że natychmiast znajdujemy się pośrodku tego „stworzenia”. Oto kończy się życie w ciele i zaczyna czas rozpadu, powrotu do materii pierwotnej, do „łożyska stopionych pirytów”, a potem nagłego wyrwania przez inny byt duchowy ku wyżynom Boskim. Potrzebne jest jednak owo nagłe wyrwanie, szarpnięcie – ów pęd, który w świecie ludzkim pojawia się wraz z zachwytem nad wielkością. Tak opisuje go i przeciwstawia ludzkim działaniom destrukcyjnym Johann Ludwig Tieck:

 

     Kiedy więc przed obrazem jakiegoś bohatera, jakiegoś wielkiego artysty duszą naszą wstrząsa dreszcz rozkoszy, kiedy chcemy w tej jednej chwili ogarnąć naszym zachwytem niejako cały świat i wszystkich ludzi i niczym centralne kółko mechanizmu zegarowego przekazać wszystkim pozostałym duszom ten sam pęd – wówczas ktoś słysząc ten nasz donośny hymn uśmiecha się nieraz melancholijnie i z cichą wyższością, i wskazuje na przepastne otchłanie przeszłości, na nieznaną wieczną przyszłość; mu unikamy go jak głupie dzieci, on zaś pragnie przywrócić nam jedynie poczucie, iż wszystko jest bez znaczenia.[22]               


Pęd jest rodzajem Boskiej energii, a zarazem też „podłączeniem” do niezwykle energetycznych sfer, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek, gdzie wciąż się coś dzieje, stale trwają jakieś przemiany, zawsze ktoś gdzieś podąża, nieustannie jakieś byty wyrywają się ku Stwórcy i pragną przejść szlak od upadku do wzlotu, od ciała do Ducha. To jakby teologiczny komentarz do odwiecznego problemu, związanego z wszechmocą Boską i pytaniami dociekliwych egzegetów o naturę świata. Jeśli Bóg wszystko może i nad wszystkim panuje, skąd bierze się zło, skąd tragedie, choroby i grzechy[23] ziemskiego bytowania? Czy nie lepiej byłoby od razu „urządzić” świat na innych prawach, uczynić ludzi dobrymi, zamknąć do nich drogę złu – zrównać cielesność z duchowością? Te proste pytania, uznawane czasem za naiwne, mają w sobie sporo pychy i podobne podłoże jak herezja Lucyfera.[24] Kwestionują wszakże wszechmoc Boską i chęć udoskonalania bytów, w procesie życia ziemskiego i momencie przejścia do sfer duchowych. Ale przecież żadne pytanie nie jest przewiną, żadna próba objaśnienia największej tajemnicy, nie jest wykroczeniem poza dozwolone ramy. W takim rozumieniu poetyckie fantazje Słowackiego na temat genezy i wędrówek duchów migrujących uznać należy za niezwykłą dążność, by zrozumieć fenomen Boga, by zbliżyć się do niego jak najbliżej, osiągnąć stan równowagi z naturą i stworzeniem. Ale Bóg tworzył z niespotykanym we wszechświecie impetem i poeta musi odczuć coś z tego wielkiego aktu, muszą do niego dotrzeć promienie pierwotnego światła, musi poczuć drżenie, zacząć wibrować i przyciągać ku sobie drżenia innych bytów. To wielka tragedia i wielka radość, pozwalająca dostrzec różnorodność i piękno elementarnej kreacji, przekształcenia piekielnego ognia w światło. Poeta, w wielkiej euforii i radości płynącej ze zrozumienia aktu kreatorskiego, wskazuje to Sofos i Szczęsnemu:

 

Oboje wy modlitwą zwierząt uproszeni,

Lwów mową i gadaniem ptaków, i strumieni,

I dziwnym róż językiem – wyszliście z płomieni

Oszalałej radością tworzenia – natury;

Nad wami jeszcze ptaki wieńcami i chmury

Rozognione latały, ziemia o was śniła,

A już powoli stygła: hymn i głos traciła,

Lwom się pozamykały paszcze, różom łona,

Duch opadł – jego święta modlitwa spełniona,

Formę nową otrzymał – piękną, doskonałą,

W niej będzie śpiewać cudnie to, co w nim gadało.

Z poszanowania, które wasza forma święta

Niosła, o stopień wam się zniżyły zwierzęta,

A w was serce jak czara, ale już z tej czary

Nie ogień, który w formie zapalał pożary,

Ale światło się rodzi – i leje bez końca,

Tak że wy – jako z siebie odradzane słońca –

Trwacie w miłości bożej – nic z was nie ubędzie,

Wieczni na rzece czasu błękitnej – łabędzie,

Płyniecie w parze. Boże! O, jakże szczęśliwi!

Wasza wola – gdy zechce – co zechce, ożywi…

Ducha, którego kocha, udaruje ciałem,

W Bogu tworzy – miłośnym tworzenia zapałem

Rozradowana…[25]

 

Bohaterowie poematu istnieją dzięki modlitwom żywych istot, ciągnącym się od form najprostszych do najdoskonalszych, a nawet są wypadkową metamorfoz w obrębie struktur materialnych. Cały wszechświat, zainicjowany i uruchomiony jak zegar, przez Boga, pracował na to, by one zaistniały. I nie było to działanie statyczne, raczej wszystko przebiegało z niezwykłą dynamiką, aż dotarło do tego punktu, w którym zrodziła się żywiołowa świadomość poety. Ten – jak najprawdziwszy romantyk – wytrącony z bytu i własnego ja, zaczął poczynać z siebie światy i tworzyć nowych ludzi, rozległe przestrzenie, zaczął przeczuwać kolumny migrujących duchów, a na koniec sam, jeszcze jako byt cielesny, stanął pomiędzy nimi i ruszył do przodu.[26] Objaśniając im mechanikę dziejów i strukturę istot, zyskał status mentora, znawcy stworzenia – przyjął na siebie funkcję dziejowego drogowskazu, który kieruje tłumy duchów ku właściwym ścieżkom i drogom, a tym samym staje się ukochanym uczniem Pana i przyczynia się do powszechnego zbawienia. Słowacki kierował się tutaj rozległą wiedzą i doświadczeniem lekturowym, związanym z nauką o metempsychozie – jak podaje Ryszard Przybylski:

 

     (…) poeta zawdzięcza wiele, więcej niż się na ogół sądzi, oryginalnej lekturze Ojców Kościoła. Metempsychoza zaczerpnięta ze źródeł pitagorejskich i platońskich została przez niego rozpatrzona w świetle tekstów patrystycznych. Jego lektury musiały być niezwykłe. To się czuje. Wiemy więc na przykład, że czytał Orygenesa, Nemezjusza z Emezy i św. Jana Damasceńskiego. Ponieważ typ hermeneutyki przejął Słowacki właśnie od Orygenesa, zapoznamy się teraz pokrótce z poglądami wielkiego aleksandryjczyka na sposoby czytania Pisma. Słowacki stosował je bowiem do znaków kultury. Trzy sposoby czytania Pisma związane są u Orygenesa z trójpodziałem antropologicznym. Ani w Starym, ani w Nowym Testamencie człowiek nie składa z dwóch elementów, z ciała i duszy, lecz z trzech, z ciała, duszy i ducha. Człowiek biblijny ma więc najpierw ciało, czyli tzw. powłokę cielesną. Nie da się jej oddzielić od duszy, która objawia się właśnie dzięki tej żałosnej glinie. Razem tworzą one jednolity organizm, materialny i duchowy jednocześnie, W Starym Testamencie dusza to coś jakby tchnienie, oddychanie, pragnienie i potrzeba. W zasadzie jest to żywe „ja”, a ściślej energia istoty żywej, coś, co czyni z człowieka indywidualność. I w końcu ma człowieka składa się jeszcze duch, składnik najbardziej istotny, który pozwala egzystować dwóm poprzednim w jednym organizmie. Jest to siła witalna zaczerpnięta z Transcendencji. W glinę, z której uformował człowieka, Bóg tchnął właśnie ducha a nie duszę. Swą godność ludzką zawdzięcza tedy człowiek duchowi, który pochodzi bezpośrednio od Boga. Dzięki duchowi stał się on własnością Boga i został zakorzeniony w Transcendencji. Duch jest mocą Boga, która sprawia, że człowiek może pojmować rzeczy i zjawiska. W swych rozmyślaniach Słowacki stale i konsekwentnie, podobnie zresztą jak Orygenes, stosował ten potrójny podział antropologiczny.[27]  

 

Widzimy go także w Poemacie o Sofos i Szczęsnym, gdzie wkracza on także w obręb obrazowania i wyobraźni. Szczęście bohaterów kojarzy się poecie z parą łabędzi, spokojnie sunących po wodzie. Pomijając aspekt erotyczny takiego przedstawienia, który wskazywał w odniesieniu do literatury romantycznej Gaston Bachelard[28], warto skupić uwagę na owej potrójności. Nie byłoby zachwytu i nie pojawiłoby się tutaj myślenie symboliczne, gdyby owa para pięknych białych ptaków[29] nie została wyodrębniona przez świadomość poety, a potem nie została umieszczona w ciągu triad, biorących swój początek w pismach – wskazanych wyżej przez Przybylskiego i zakorzenionych w świadomości poety – Ojców Kościoła.

         To jeden z niewielu obrazów statycznych w tym poemacie. Ogrom uczuć i doświadczeń, waga symboli i tradycji wczesnochrześcijańskiej, każe jednak dopatrywać się w owym obrazie szczęśliwości drugiego dna – wszakże w przyrodzie nie ma obszarów bez zagrożeń, a piękny biały ptak zawsze będzie wyzwaniem dla drapieżnika. Starczy, że zbliży się za bardzo do brzegu, gdzie czyha lis lub wilk i już harmonia zostanie zakłócona, pojawi się krew na białych piórach, niewinność i czystość zostaną zbrukane. Rację ma Andrzej Kotliński, gdy wskazuje, że okres mistyczny stał się epoką w ogromnej mierze zdominowaną przez walkę i przemoc.[30] Ale dodać tutaj też trzeba, że jest to odwzorowanie gwałtowności przemian dokonujących się w kosmosie i przyrodzie, po akcie założycielskim i po pojawieniu się na planecie Ziemia struktur, pozwalających na dalsze przekształcenia, a w końcu na zaistnienie pierwszych form życia. To w takim momencie zaczyna się Genezis z Ducha, i to o takich celach finalnych mówi Poemat o Sofos i Szczęsnym, Poecie chodzi o odzwierciedlanie postępu i nieustannych przekształceń, prowadzących do osiągnięcia duchowych wymiarów gigantycznych. To jest droga od niewielkiej drobiny ludzkiej do Ducha rozrastającego się i osiągającego wymiary globowe:

 

     Oto początki wasze… a teraz konieczne

 

Wstaną wam w duchu cele prześwięte, słoneczne,

Atmosferyczne, niby słońc ogromnych kręgi,

W które nas niosą westchnień duchowych potęgi,

W które jednak nie wstąpim pojedynczo sami,

Lecz z globem-słońcem, sami gdy będziem słońcami.[31]

 

Stąd już tylko krok do kosmogonii Ducha, przekształcającego wszechświat, odwzorowującego Boskie tchnienie i stającego się samą jego istotą. Tego rodzaju dynamiczne wzrastanie i zdobywanie potężnej mocy, stawanie się gigantyczną strukturą, możliwe jest dzięki stwarzającej wyobraźni i wiedzy. Tym czym dla człowieka są niewyobrażalne wręcz przemiany w stale eksplodującym Słońcu, tym dla postaci wykreowanych przez Słowackiego są metamorfozy i migracje duchów. Można tutaj zestawić dwa obrazy – czerwonej, rozżarzonej kuli gazowej, nieustannie się zmieniającej na powierzchni i we wnętrzu, z równie wielkimi i kłębiącymi się postaciami, duchami, aniołami, ulotnymi bytami, które wydostały się z powłoki cielesnej i w wielkich „duchowych kłębach”[32] zdobywających przestrzeń niebieską, wypełniających odwieczną pustkę, mnożących się w postępie geometrycznym i – potem – z wielką mocą wracających do ciał, by znowu cierpieć, by żyć i umierać, by wchodzić na dawne szlaki, i zamykać kręgi metempsychiczne.  



[1] Por. T. S k u b a l a n k a, Style literatury [w:] Słownik literatury polskiego oświecenia pod red. T. Kostkiewiczowej, Wrocław 1996, s. 591-596.

[2] J. Ł a w s k i, Ironia i mistyka. Doświadczenia graniczne wyobraźni poetyckiej Juliusza Słowackiego, Białystok 2005, s. 402-403.

[3] Z. K r a s i ń s k i, Kilka słów o Juliuszu Słowackim [w:] tegoż, Dzieła literackie wybrał, notami i uwagami opatrz. Paweł Hertz, Warszawa 1973, s. 255-256. Artykuł ten, jako ważny dla odczytania liryki mistycznej Słowackiego, wskazał także M. M a c i e j e w s k i w pracy pt. Poetyka Gatunek – Obraz W kręgu poezji romantycznej, Wrocław 1977, s. 118.

[4] Tę idealność rozumiem podobnie jak Schelling: Wieczna jedność tego, co skończone, i tego, co nieskończone, odzwierciedlona w sferze idealnej czyli w myśleniu, występuje w formie rozciągniętej w czas bez początku i końca, w sferze realnej czyli prezentuje się, bezpośrednio i mocą konieczności, urzeczywistnia jako jedność i jest przestrzenią; a chociaż występuje tylko w sferze realnej, jawi się przecież jako najwyższa jedność poznania i bytu. Bowiem przestrzeń, chociaż z jednej strony występuje wprawdzie jako najwyższa jasność i spokój, jak również najwyższy byt, który będąc doskonałym i mając podstawę sam w sobie, nie wychodzi z siebie, czyli nie działa, jest przecież, z drugiej strony, zarazem absolutnym oglądaniem, najwyższą idealnością, i o tyle, zależnie od tego czy patrzymy na stronę obiektywną, czy subiektywną, których przeciwieństwo jest nawet w odniesieniu do niej całkowicie wyciszone, jest najwyższą indyferencją działania i bytu. F. W. J. S c h e l l i n g, Bruno, czyli o Boskiej i naturalnej zasadzie rzeczy rozmowa, przeł. K. Krzemieniowa, [w:] Filozofia sztuki, Warszawa 1983, s. 631.

[5] Tamże, s.262-263.

[6] N. G o o d m a n, Podejście do zagadnień [w:] Struktura zjawiska, przeł. M. Szczubiałka, Warszawa 2009,

s. 156.

[7] J. S ł o w a c k i, Genezis z Ducha, w. 2-5 [w:] tegoż Dzieła pod red. J. K r z y ż a n o w s k i e g o, t. XII, Warszawa 1952, s. 9. Wszystkie cytaty z tego utworu według wskazanego tu wydania.

[8] Genezis z Ducha, w. 6-8.

[9] Genezis z Ducha, w. 9–12.

[10] J. K l e i n e r, Słowacki Dzieje twórczości, t. IV, Poeta mistyk, Kraków 1999, s. 272.

[11] Genezis z Ducha, w.30–36.

[12] J. K l e i n e r, dz. cyt., t. IV, s. 277.

[13] Genezis z Ducha, w. 42-43.

[14] G. B y c h o w s k i, Słowacki i jego dusza. Studium psychoanalityczne, Kraków 2002, s. 342.

[15] Tamże, s. 343.

[16] S. G r e e n b l a t t, Oddźwięk i zachwyt [w:] Poetyka kulturowa. Pisma wybrane, przeł. A. Wilson, Kraków 2006, s. 162.

[17] Genezis z Ducha, w.44-48.

[18] O złożoności „związków” Chrystusa i Lucyfera por. W. G u t o w s k i, Synteza – niedokonanie – „skok w przyszłość”… OXiędzu Fauście” Tadeusza Micińskiego [w:] T. M i c i ń s k i, Xiądz Faust, Posłowie, Kraków 2008, s. 480–490.

[19] J. S ł o w a c k i, [Poemat o Sofos i Szczęsnym czyli tzw. Teogonia], Wstęp, w. 33-42 [w:] tegoż, Dzieła pod red. J. Krzyżanowskiego, t. IV Poematy, Wrocław 1952. Dalsze cytaty z poematu według tegoż wydania.

[20] M. M o c h n a c k i, Niektóre uwagi nad poezją romantyczną z powodu rozprawy Jana śniadeckiego „O pismach klasycznych i romantycznych” [w:] tegoż, Rozprawy literackie, oprac. M. S t r z y ż e w s k i, Wrocław 2000, s. 67.

[21] [Poemat o Sofos i Szczęsnym…], Wstęp, w. 61 – 68.

[22] J. L. T i e c k, Dywagacje o sztuce dla przyjaciół sztuki, przeł. J. S. Buras [w:] Pisma teoretyczne niemieckich romantyków, wyb. i oprac. T. N a m o w i c z, Wrocław 2000, s. 79.

[23] O naturze grzechu i o jego wyznaniu por. M. M a r c e l, Fenomenologia wyznania, przeł. M. Cichowicz i M. Ochab [w:] Symbolika zła, Warszawa 1986, s. 11–12.

[24] Metempsychoza Słowackiego, odziedziczona po Towiańskim i Kole Sprawy Bożej, jest także rodzajem dosyć zarozumiałej herezji, aczkolwiek wszystko łagodzi tutaj barwna mgiełka liryki i poetycka użyteczność formułowanych poglądów, na temat tego, co dzieje się z duszami po śmierci. A. F a b i a n o w s k i   widzi działania Towiańskiego i jego uczniów jako rodzaj misji oraz transgresji uwarunkowań losowych, por. tegoż, Biografia – najpełniejsza ekspresja romantyczności [w:] Światło w dolinie. Prace ofiarowane profesor Halinie Krukowskiej, Białystok 2007, s. 447. Z kolei J. Pietrkiewicz traktuje spotkanie Słowackiego z Towiańskim jako jeden z incydentów, służących do zebrania określonej wiedzy symbolicznej: Był jak genialna sroka, zbierał symbole wszędzie, gdzie mógł je znaleźć. Był pod wrażeniem mesjanicznego łańcucha w naukach Towiańskiego, który łączy wielkie duchy przechodzące przez kolejne reinkarnacje. J. P i e t r k i e w i c z, Messianic Prophecy / Proroctwo mesjaniczne, Londyn 1991, s. 37.    

[25] [Poemat o Sofos i Szczęsnym…], Rozdział I, w. 7–29.

[26] Tieck w takim momencie widzi rozprzestrzeniającą się i odwieczną miłość: Kiedy pośród świeżego bogactwa życia patrzymy na świat i we własne serce nieskrępowanym okiem, kiedy widzimy szczytną drogę najszlachetniejszych spośród ludzi i bliscy jesteśmy wszystkim ich czynom, poglądom i dziełom, wtedy mętne i puste wydają się nam zjawy, które kiedy indziej zbyt łatwo napełniają naszą wyobraźnię przerażeniem i respektem; czujemy bardzo wyraźnie, że nasza miłość jest wieczna, że nie może jej przesłonić żadna śmierć, żaden obraz wieczności pomniejszyć jej znaczenia. J. L. T i e c k, dz. cyt. s. 79.

[27] R. P r z y b y l s k i, Rozhukany koń Esej o myśleniu Juliusza Słowackiego, Warszawa 1999, s. 173-174.

[28] Por. G. B a c h e l a r d, Wyobraźnia poetycka. Wybór pism, wyb. H. Chudak, przeł. A. Tatarkiewicz,

Warszawa 1975, s. 125–126.

[29] Motyw łabędzia w twórczości Słowackiego analizuje wstępnie D. K u l c z y c k a, por. tejże, O symbolice ptaków w twórczości Juliusza Słowackiego, Zielona Góra 2004, s. 78–99.

[30] A. K o t l i ń s k i, Mistrz „czerwonego rymu” Słowacki, Warszawa 200, s. 195.

[31] [Poemat o Sofos i Szczęsnym…], Rozdział I, w. 73–78.

[32] Przypomina się tutaj owo wskazane wyżej określenie z Genezis z Ducha: zamieniłeś ducha mego w kłąb ognia i zawiesiłeś go na przepaściach.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli