Nie z wszystkimi postawionymi przez Leszka Żulińskiego tezami zgadzamy się, uważając ciężar gatunkowy artykułu za bardzo istotny i mając na uwadze przysłowiową już maestrie pióra Leszka, postanowiliśmy zaproponować lekturę eseju naszym Czytelnikom - redakcja
Leszek Żuliński
Poezja trzech pokoleń
czyli śmierć starych żubrów i galopy młodych bizonków
Poezja w naszym kraju nigdy nie wyrastała ponad życiem czy obok niego. Wyrastała z życia, tętniła jego sokami, zarażała się jego arytmią, była zwiastunem lub echem wszystkiego, co działo się na społecznej i narodowej scenie. Marzenia, by być sztuką dla sztuki były incydentalne lub wręcz nierealne. Etos historycznej odpowiedzialności za losy narodu i roztrząsania fundamentalnych dylematów życia zbiorowego – ten etos był wpisany w normy i obligacje poezji polskiej od chwili, gdy Jan Kochanowski napisał swą „Pieśń o spustoszeniu Podola” (1573), ten etos przeżywał swoje apogea w dobie stanisławowskiej, burzliwych latach Romantyzmu, latach II Rzeczpospolitej czy ponurych czasach wojny.
Bagaż odpowiedzialności za polskie „być albo nie być” był przekazywany sobie przez wszystkie pokolenia literackie i z tych zasadniczych trosk poezji wypływały jej pozostałe, nie mniej ważkie pytania: pytania o historiozoficzne reguły zbiorowego istnienia, o postępowe reakcje łączące większość we wspólnotę, o uniwersalne – doraźne a zarazem trwałe – drogowskazy moralne, o consensus pomiędzy dążeniami jednostkowymi a społecznymi, wreszcie o filozoficzne i kulturowe niuanse godzące niezbywalną polskość charakteru z ogólnoludzkim przeznaczeniem.
Poezja nigdy nie była sztuką recept gotowych, łatwym odnajdywaniem drogi – bywało, że zasygnalizowane antynomie były przez nią jaskrawo jątrzone, ale nawet w błądzeniu odbija się faktura życia umysłowego, ideologii i kolejnych wiar, które wyznaczały ewolucję naszych losów. Szczególnie trudny był wybór pomiędzy „ja” a „my”, pomiędzy ojczyzną Indywiduum a ojczyzną Wspólnoty. I chociaż w tej mierze patriotyczny obowiązek poezji nigdy nie został zaniedbany, to konflikt sumienia i odczuwania został jak gdyby wpisany w trwałe dylematy liryki, w ogóle literatury, i miał swoje odbicie we wszystkich epokach. Przewija się także jako leitmovit współczesności. Co jest ważniejsze: być Polakiem czy człowiekiem w ogóle? Dylemat Norwidowski! Ten wątek, na szczęście, nigdy nie został doprowadzony do dramatycznej alternatywy, ale także zjednoczenie racji nie dokonywało się bezkonfliktowo, nie było łatwe ani oczywiste. Można zaryzykować, skądinąd przejrzystą tezę, że rygory potrzeb życia zbiorowego w poszczególnych okresach regulowały ów trudny wybór, lata spokoju i stabilizacji zwiększały swobodę indywidualistycznych i uniwersalistycznych zainteresowań, zaś historyczna dominacja zbiorowych celów podporządkowywała lirykę „pro publico bono”.
Powszechne zrozumienie i uznanie odnosiła zazwyczaj ta poezja, która – oprócz oczywistych oryginalnych walorów artystycznych – potrafiła jednoczyć alternatywy i ultimata, potrafiła stworzyć wizerunek człowieczeństwa pełnego, w którym prywatność i obywatelskość istnienia, jego historyczna niepowtarzalność i boska wieczność były nierozerwalne. Rzadki sukces leżał i tam, gdzie skala wyobraźni – jak u Bolesława Leśmiana – przebijała wszelkie inne karty. Ale na ogół nawet wielcy eksperymentatorzy, jak chociażby Julian Przyboś czy Miron Białoszewski dochodzili do tematów, które przestawały być tajemnicami wyłącznie Formy.
*
60 lat powojennej poezji polskiej to sporo, to tyle samo czasu, ile trwały dwie literackie epoki – romantyzm i pozytywizm. Zdarzyło się wiele. A jednak niektórzy krytycy twierdzą, że ostatnia cezura artystyczna naszej poezji miała miejsce w czasach Awangardy krakowskiej i Tadeusza Peipera i od tej pory nie nastąpiła radykalna zmiana ani warty, ani paradygmatu. Coś w tej tezie jest, ale z drugiej strony historyczny i ustrojowy przełom, który wykrystalizował się w latach 1939-1944, uruchomił tak szeroką lawinę przeobrażeń, że musiały one powołać do życia nową specyfikę utrwalonego w poezji świata. Poezja zderzyła się z nową rzeczywistością, której losy i reguły odegrały dla liryki rolę oczywistej, obowiązkowej partytury. Partytura ta nie została, bo nie mogła być odrzucona. Jeszcze raz uzależnienie sztuki od realnej rzeczywistości święciło swój triumf.
Ta przejmująca prawidłowość była czytelna już w pierwszych tomikach wydanych w PRL. Jeszcze nie był zdobyty Berlin, jeszcze toczyła się wojna i pochłaniała swe ofiary, gdy w wyzwolonym Lublinie ukazały się trzy skromne książki poetyckie: Jerzego Putramenta „Wojna i wiosna”, Juliana Przybosia „Póki my żyjemy” oraz Adama Ważyka „Serce granatu”. W tych wierszach starsi bracia Kolumbów poszukiwali wyjścia z lat pożogi. W Lublinie wyjście rysowało się konkretnie, nawet szybko stało się faktem, lecz niezbyt dla wszystkich zachwycającym. Spór o kształt nowej rzeczywistości nie zdominował jednak literatury. Ważniejsza okazała się psychiczna, moralna i historyczna katharsis. Rówieśnicy Juliana Tuwima i Juliana Przybosia oraz młodsi nieco od nich Kolumbowie musieli przede wszystkim utrwalić doświadczenia wojny i z tego dramatycznego zapisu stworzyć zręby powtórnego startu w życie. Toteż tomiki z lat 40. czynią wrażenie osobliwego monolitu tematycznego. Wypełnione są po brzegi świeżą, bolesną pamięcią wojny – i taki obraz literacki jest tu zdecydowanie dominujący. Dopiero po kilku latach okaże się, że podobieństwo i dramatyzm wojennych doświadczeń nie będą jednorodne w późniejszych postawach: jedni, jak Władysław Broniewski, przełamią swoją gorycz, inni, jak Tadeusz Borowski, załamią się, a jeszcze inni, jak Czesław Miłosz, zaczną zapisywać oddzielny, nowy rozdział poezji emigracyjnej. Będą i tacy – jak Konstanty I. Gałczyński – których triumfalny powrót do kraju skończy się tu, na miejscu, chwilową anatemą.
Ale po 1949 roku, mobilizującym poezję wokół stanowczo skonkretyzowanej i już zakorzenionej w praktyce społecznej ideologii socjalizmu nie nastąpiła depolaryzacja postawy i przekonań. Realizm socjalistyczny, znajdujący swe oparcie w niespotykanym tempie i skali odbudowy kraju, przyciągnął entuzjazm i wiarę większości liryków. Do dziś nie wiadomo dokładnie, na ile szczerze, na ile koniunkturalnie – w „Hańbie domowej” Jacka Trznadla poeci rozmaicie tłumaczyli się z zamroczenia heglowskim ukąszeniem. Schematyzm i fetyszyzm poetyckiego świata oraz języka, nazbyt bierne podporządkowanie literatury propagandowym, doraźnym i spragmatyzowanym celom nie służyło jej wielobarwnym tonacjom, obróciło się przeciwko formie, z poszukiwania której żadna sztuka rezygnować nie może, ale także przeciw etosowi człowieka – bohatera pracy, którego zbytnie uproszczenie i skodyfikowanie prowadziło ku trywializacjom artystyczno-intelektualnym. Warto jednak dziś przypomnieć sobie te liczne, zapomniane tomiki. Przestały chyba już, po latach, drażnić czy śmieszyć. Przegrały one na zawsze swoją szanse dobrej sławy, lecz niosą refleksję nad osobliwym fenomenem socrealizmu, z którego dzisiaj wynosimy już nie tylko przestrogi. Osobliwe jest to, że nie wszyscy autorzy tych tomów stracili swe miejsce w literaturze. Przeżywali swe dramatyczne apostazje, nie tylko ideowe, także artystyczne, i potrafili na nowo zwrócić się ku poezji oryginalnej i wspaniale kreacyjnej.
Najbardziej pouczającym przykładem tego przełomu wydaje się twórczość Adama Ważyka, tego, który był głównym prawodawcą socrealizmu, który najostrzej rozpoczął odwrót „Poematem dla dorosłych” i który po 1956 roku –odszedłszy na drugi plan – napisał swe najlepsze wiersze. A także jako wybitny tłumacz otworzył okno na poezję wiejącą z Zachodu.
Ale 1956 rok to nie tylko odwroty, apostazje i ekspiacje. Nie tylko dlatego, że byli i tacy, którzy za cenę milczenia na ten rok czekali. Przede wszystkim dlatego, że nastąpiły zewnętrzne warunki korzystne dla zmiany warty. Była ona pokoleniowo niespójna, z jednej strony debiutowali rówieśnicy Kolumbów, jak Miron Białoszewski czy Zbigniew Herbert, z drugiej – ich młodsi bracia, urodzeni w latach trzydziestych. Ale wszyscy oni zostali zjednoczeni magią antysocrealistycznej kontrtradycji. Uniformizujący szablon socrealizmu został zrzucony jak skorupa. Czasami były to akty niezwykłe, spektakularne, jak np. w przypadku Andrzeja Bursy (a w prozie – Marka Hłaski), ale najczęściej zaczęto po prostu doceniać walory „poetyk zakazanych”: ponętny okazał się wiersz różewiczowski czy groteska i ironia rodem z Gałczyńskiego itp. Przede wszystkim jednak zrehabilitowano poetycki formalizm i estetyzm, mające wiele pozaideowych funkcji. Efekty bywały różne, ale nagłe równouprawnienie rozmaitych poetyk oraz odmiennych interpretacji świata i człowieka przyniosło bogactwo zjawisk, które ożywiły poezję polifonicznym gwarem. Symboliczny pod tym względem był sławny „debiut pięciu” na łamach „Życia Literackiego” w 1955 roku. Obok siebie pojawiły się wiersze Mirona Białoszewskiego, Stanisława Czycza, Bohdana Drozdowskiego, Jerzego Harasymowicza i Zbigniewa Herberta, wiersze świadczące o jakże odrębnych indywidualnościach, których wspólnota oddaje dopiero temat poetycki tamtej doby. A do tego słynnego kwintetu trzeba przecież dołączyć jeszcze Stanisława Grochowiaka, Ernesta Brylla, debiutujących nieco wcześniej Tadeusza Nowaka i Tadeusza Śliwiaka oraz dziesiątki innych.
W latach 1955-1959 eksplozja debiutów była ogromna. Dość powiedzieć, że powojenny boom poetycki przypadł właśnie na wspomniany okres oraz – po raz wtóry – na drugą połowę lat 70. Ale rozmiary tych zjawisk uświadomimy sobie dopiero, kiedy uwzględnimy tych wciąż jeszcze wtedy piszących z generacji Leopolda Staffa, Juliana Tuwima, Mieczysława Jastruna, Kazimiery Iłłakowiczówny, którzy debiutowali jeszcze przed I czy II wojną światową, a potem nadal tworzyli w PRL. Obecnie ta wielopokoleniowość poetyckiej rodziny jakby uległa spłaszczeniu, chociaż od roczników 30-tych do roczników 80-tych rozciąga się różnica półwiecza.
W każdym razie po euforii 1956 roku liryka na powrót odkryła swe bezgraniczne możliwości warsztatowe i problemowe, odkryła nowe szlaki, które nęciły wielością perspektyw. Każdy mógł w niej odnaleźć taki wizerunek świata i słowa, jaki był mu szczególnie bliski. Czy mimo to – mimo mądrych wierszy Herberta, obrazoburczych ataków Bursy, czułych liryków Grochowiaka i Harasymowicza, prowokujących tekstów Różewicza i szokujących Białoszewskiego – poezja ta dotarła do sedna naszych zbiorowych trosk? To pytanie pozostawmy otwartym; na temat literackiego bilansu przetoczyła się, zwłaszcza w 1984 roku, krytycznoliteracka debata i tam należy poszukiwać odpowiedzi na pytania zasadnicze, stawiane także w najwybitniejszych książkach eseistycznych Edwarda Balcerzana, Jana Błońskiego, Henryka Berezy, Ludwika Flaszena, Jerzego Kwiatkowskiego, Andrzeja Lama, Jacka Łukasiewicza, Artura Sandauera, Andrzeja K. Waśkiewicza i innych.
Wydaje się jednak, że „drugi rzut” cezury poetyckiej 56 roku, pokolenie „Współczesności”, a potem Orientacja Poetycka „Hybrydy” wykorzystały polifoniczne doświadczenie swych poprzedników. Minęła jednak doba debiutów spektakularnych, nie został pogłębiony czy zdystansowany liryzm Grochowiaka lub powtórzony twórczo reizm Białoszewskiego. Tomiki na skalę „Obrotów rzeczy”, „Wieży melancholii” czy „Struny światła” jakby rzadziej się ukazywały, chociaż pojawiły się talenty rodzaju Zbigniewa Jerzyny, Krzysztofa Gąsiorowskiego czy Janusza Żernickiego. Dziś rzuca się temu pokoleniu nadmierny symbolizm, klasycyzm, estetyzm i „introwertyzm” zbytnio fetyszyzujący dylematy wnętrza, ale przecież poeci ci to ostatnie pokolenie, które „uklasyczniło” się, zamknęło jakiś bezdyskusyjny kanon powojennej poezji. Była to także formacja najbardziej zmarnowana przez typowo polskie upolitycznianie kontekstów literatury. Dążyła ona do uniwersalizacji Sensu i Słowa, do usytuowania poezji w niezależnych raz na zawsze przestrzeniach estetycznych i egzystencjalnych – lecz wytknięto jej to szybko jako eskapizm i pięknoduchowstwo, a nawet jako oportunizm polityczny. Dziś dopiero zatacza się to koło. Ostatnie tomy Gąsiorowskiego, Jerzyny, Wawrzkiewicza i Żernickiego wybijają się ponad zgiełk kłótni o racje i oracje; są realizacją poezji wielkiego formatu.
Jedno jest pewne: pomiędzy 1945 a 1965 rokiem kolejne generacje miały bądź jasno wytyczono bagaż obligacji historycznych, ideowych i biograficznych, bądź sprecyzowany i w miarę klarowny kierunek tradycji lub antytradycji. Ta klarowność dała efekty różnego lotu, ale wydaje się, że równowaga klęsk i sukcesów jest oczywista. Jeśli nawet nie powstał zwarty program poetyckiego ogarnięcia rzeczywistości, to powstało odbicie jej wzlotów i upadków, jeśli nie wyłoniła się z liryki alternatywa, to wyłaniały się niepokoje i demaskacje. Na pewno zaś wyrosły wielkie indywidualności, których dorobek dla kultury powojennej Polski jest niezbywalny: Miron Białoszewski, Stanisław Swen-Czachorowski, Stanisław Grochowiak, Marian Grześczak, Jerzy Harasymowicz, Julia Hartwig, Anna Kamieńska, Tymoteusz Karpowicz, Czesław Miłosz, Tadeusz Nowak, Jan Bolesław Ożóg, Józef Ratajczak, Tadeusz Różewicz, Wisława Szymborska, Tadeusz Śliwiak, Roman Śliwonik, Jan Twardowski, Tadeusz Urgacz i wielu innych.
W konfrontacji z tą sytuacją, utrwaloną zaledwie w ciągu pierwszych dwudziestu powojennych lat, niełatwy był moment startu tzw. ruchu młodopoetyckiego. Synowie Kolumbów chwycili za pióra w dobie małej (gomułkowskiej) stabilizacji, lecz równocześnie narastającego kryzysu wartości. Pokolenie 68 nie chciało i nie mogło już się utożsamić z kilkoma szeregami poprzedników. Pragnęło odnaleźć swój nowy, własny język i nową, własną rzeczywistość. Powróciła jak bumerang nadzieja w poezję publicystyczną, zaangażowaną społecznie, walczącą o zbiorowość.
Kontestacja Nowej Fali, z krakowską grupą Teraz na czele, zaczęła się od demaskacji mistyfikujących ról gazetowej nowomowy, a skończyła na tropieniu mechanizmów „organizmu zbiorowego”, jakim jest konkretne, ludzkie tu i teraz. Ale zbyt liczne okazały się pułapki zbiorowej poetyki i ideologii artystycznej, atak nie zastępował programu, publicystyczność nie stymulowała realiów. Toteż po 1975 roku odpowiedzią na bezsilność Nowej Fali miał być – na zasadzie gry przeciwieństw – ruch Nowej Prywatności doceniający bardziej rolę uniwersalnej i indywidualnej interpretacji życia. Lecz ochrona strefy prywatnej znowu nie okazała się kluczem ku rozwikłaniu ogólniejszych zagrożeń, jakże przecież wrażliwie przeczuwanych. W ogóle z dzisiejszej perspektywy Nowa Prywatność była propozycją raczej niedocenioną, ale zaistniała jako pierwsza próba odwagi – próba przeciwstawienia się Nowej Fali. W tym samym czasie nie sięgnięto do dokonań Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, wylanej jak dziecko z kąpielą do rezerwuaru przeszłości.
Obecnie krajobraz po bitwie tamtych sporów wygląda dość żałośnie. Z nowofalowców forsowany jest jakby nieco na siłę sukces Adama Zagajewskiego, podczas gdy inni jego koledzy po piórze pozostali gdzieś głęboko w tyle. W pierwszej połowie lat 70. wręcz niemożliwy był debiut nie sytuujący się tak czy siak wobec programu Nowej Fali, dziś tomiki Stanisława Barańczaka, Juliana Kornhausera czy Ryszarda Krynickiego nie są już „lekturą konieczną”. Inni, jak Krzysztof Karasek czy Stanisław Stabro, poszli zaś własną drogą. Andrzej K. Waśkiewicz twierdzi – za obrazoburczym ongiś Janem Kurowickim – że program kontestacyjny Nowej Fali był programem „stanu wyjątkowego” i ustał, unieważnił się wraz z owym „stanem wyjątkowym”, a jego głosiciele powrócili do ról mieszczańskich indywidualistów. Apostazja z formuły „krzyku i buntu” do pogłębionej refleksji egzystencjalnej brzmi jednak mniej wiarygodnie niż wierne dojrzewanie w tejże refleksji pokolenia Hybrydowców.
Rozdarcie szkół poetyckich dekady lat 70. – zwłaszcza Nowej Fali i Nowej Prywatności – zostało „wzmocnione” rozproszeniem lirycznych poszukiwań. Po raz kolejny ujawniły się tendencje do kontynuowania poezji estetyzującej i kreującej światy zastępcze, poezji neoklasycznej, na różne sposoby tradycjonalnej itp. Z jednej strony klęski „ideowe” poezji, z drugiej „choroba powtórek” bądź skłonności do hermetycznego lub jałowego lingwizmu spowodowały, że po 1970 roku sytuacja liryki pozostaje raczej trudna do określenia i powszechnego przyswojenia. Myślę jednak, że jest to przedłużająca się sytuacja przełomu literackiego, kiedy odchodzi w Krainę Cieni stara formacja kulturowa, a w nazbyt pogmatwanej i złożonej rzeczywistości zmiana warty nie może dokonać się szybko i płynnie. Okazuje się jak gdyby, że wyartykułowanie nowych słów i postaw tym razem było trudniejsze niż dawniej. Mieliśmy jednak do czynienia z ogromną eksplozją talentów i ambicji twórczych wyżu „demolirycznego”. Pomiędzy 1975 a 1980 rokiem debiutowało około 350 poetów, liczba około 80 nowych nazwisk rocznie stała się „rutynowa”.
Pomiędzy skrajnościami Nowej Fali i Nowej Prywatności szukali sobie miejsca liczni poeci „pozaprogramowi” lub ci od „trzeciego wyjścia”, ze starszych np. Ewa Lipska czy – powiedzmy – neoautentyści z grupy Nadskawie lub ich młodsi koledzy z grupy Tylicz. Były to jednak, niestety, formacje zakrzyczane przez dominantów.
A jednak dziś można bez ryzyka wytypować autorów, którzy pozostaną na stałe w historii powojennej poezji polskiej, którzy dobili się oryginalności i indywidualności twórczej mimo swej „bezprogramowości”. Urszula Benka, Kazimierz Brakoniecki, Ewa Filipczuk, Marta Fox, Stanisław Gola, Stanisław Gostkowski, Stefan Jurkowski, Andrzej Kaliszewski, Andrzej Lenartowski, Marek Obarski, Eda Ostrowska, Lucyna Skompska, Ewa Sonnenberg, Janusz Styczeń, Andrzej Warzecha, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Adam Ziemianin i inni... – ze strachem myślę, czy dzisiejsi debiutanci w ogóle znają te nazwiska? Sytuacja wspomnianego przełomu literackiego sprawia, że outsiderzy lat 70. i 80. wciąż się nie „uklasycznili”, nie weszli w szeroki obieg społeczny, zostali zadeptani przez galopujące bizonki „ruchu młodopoetyckiego”.
Tak, historia powojennej poezji to także historia popularności jeżdżącej na pstrym koniu. W powodzi nazwisk wypływały czasami zbyt lekkie, a te mające większą wagę szły na dno. Myślę o tym ze smutkiem i z poczuciem bezradności. Co najwyżej otuchą napawa fakt, iż w stadnym, grupowo-programowym czy generacyjnym mechanizmie ewolucji i dominacji nurtów lirycznych znajdowali sobie jednak miejsce indywidualiści: Andrzej Bursa, Halina Poświatowska, Rafał Wojaczek, Edward Stachura, Ryszard Milczewski-Bruno, Andrzej Babiński, Wincenty Różański... Wynosiło ich szalone kaskaderstwo, amok nieprzystosowania... Tu jednak też jakaś niewidzialna ręka rozdzielała sukcesy i sławę. Bo na jak długo zapamiętamy Andrzeja Partuma, Mieczysława Ratonia, Jana Rybowicza – poetów prawdziwych aż do bólu?
Gdybym miał dać formułę zjawiskom półwiecza pomiędzy latami 1939 a 1989, to powiedziałbym, że był to permanentny okres „poezji stanów wyjątkowych”. Kolejno: wybuch wojny, powstanie warszawskie, inplantacja nowego ustroju, mobilizacja socjalizmu realistycznego, przewrót październikowy, kryzys 1968 wzmocniony kryzysem 1971 roku, poetycki zaciąg broni po roku 1976 i w końcu poezja stanu wojennego, która obowiązywała jako swoisty etos, choć w różnej skali natężenia i rozproszenia aż do końca lat 80. Autorzy przymierzający płaszcz Konrada, ćwiczący retorykę trybunów, wierzący w narodowy profetyzm, w tony obywatelskie i misje literackie... – tak, to oni wyznaczali etapy i nurty poezji. Wysoko w cenie – owszem – byli i poeci osobni, mówiący szeptem za samych siebie, piszący o śmierci i miłości, zachwycający się zakolami Popradu i udręczeni własnym nieprzystosowaniem, ale oni są jak pył Drogi Mlecznej. Świecą, lecz nie wytyczają traktu. Jeden poeta Jan Polkowski potrafił na pewien czas zakasować tytanów liryki tylko dlatego, że wszedł na barykadę stanu wojennego. Fenomenalna „Luiza” Bursy, perła powojennej literatury, jest mniej obecna w naszej poezji niż całe to jego wygrażanie pięścią. O jednym wierszu Lipskiej, słynnym „My”, napisano więcej niż o innych jej utworach. Tak, tylko wiersze spłodzone przez inżynierów dusz ludzkich z Pietą liryki obywatelskiej wchodziły do Dynastii Polskiej Poezji. Reszta fraucymerowała na tym dworze z lepszym lub gorszym powodzeniem. Może to zresztą prawidłowość: każdą historię tworzą raczej herosi niż cherlacy, poeci stawiający bagnet na broń, a nie rękę na sercu. Dlatego mamy dwie historie poezji: tę wiodącą od Broniewskiego poprzez Herberta do Barańczaka i tę wiodącą od Szymborskiej poprzez Poświatowską do Wojaczka. Nazwiska proszę sobie podkładać według własnego gustu.
Być może poezja stanu wojennego była ostatnim pogrobowym głosem romantyzmu. Towarzyszyła najdłuższemu polskiemu powstaniu – powstaniu „Solidarności”, opiewała walkę, konspirację, emigrację. Trafiała na cokoły pomników i do pieśni bardów. I szybko zamilkła, gdyż spełniała się bardziej w sferze propagandy niż sztuki, poza tym erozja solidarnościowego etosu postępowała szybciej niż się ktokolwiek spodziewał, więc coraz mniej poetów zachowywało w sobie zapał w tej służbie. Nie będę ich nawet wymieniał, choć może najbardziej na pamięć zasłużyli sobie poeci z gitarą, tacy jak Jacek Kaczmarski czy Przemysław Gintrowski, ale i oni często podpierali się tekstami klasyków.
Co się więc stało w tej ostatniej dekadzie?
Po pierwsze, zerwane zostały dwie ciągłości: pokoleniowa i – tak ją nazwijmy – peerelowska. Naturalną koleją rzeczy odeszło wielu poetów, którzy jeszcze dla mojej generacji stanowili kanon i wyznaczali pułap sukcesu. Byli to m.in. Zbigniew Herbert, Artur Międzyrzecki, Wiktor Woroszylski, Jerzy Harasymowicz, Zbigniew Bieńkowski, Stanisław Swen-Czachorowski, Stanisław Czycz, Małgorzata Hillar, Marian Piechal, Aleksander Rymkiewicz, Włodzimierz Słobodnik, Tadeusz Śliwiak, Jerzy Zagórski... Wraz z potężną falą Styksu, która zabierała starych poetów w latach 80. – z dnia na dzień zostawiali oni puste miejsca na liście tzw. żywych klasyków.
Czy w to miejsce automatycznie weszli ich następcy generacyjni? Otóż niekoniecznie. Bowiem na ten proces zmiany warty nałożyło się zjawisko powrotów emigracyjnych. Czesław Miłosz, który przez 30 lat nie istniał ani w naszej świadomości, ani w podręcznikach, ani w bieżących lekturach, nagle powrócił tak jak powraca zdetronizowany ongiś władca. Było to wydarzenie, którego efekt z biegiem lat nie słabł, lecz wzmacniał się. Dziś poezja polska jest „miłoszocentryczna” – miał on wprawdzie za życia niewielu naśladowców, lecz dziś jest wyrocznią, autorytetem, stałym punktem odniesienia i literackim bohaterem narodowym. Oczywiście, nie mówię o środowisku literackim, bo ono Miłosza bądź akceptuje na tronie bądź nie cierpi – ale krytycy i wydawcy wiedzą, że jest to „towar”, który się świetnie sprzedaje, a więc taki, o który trzeba dbać. Notabene można jeszcze obok Miłosza postawić Wisławę Szymborską i uwielbianego księdza Jana Twardowskiego – i można by zakończyć wykład na temat współczesnej poezji polskiej.
Są to poeci, oczywiście, świetni, ale magia marketingu – w Polsce wynalazek dziesiątej dekady – sprawiła, że inny „towar” został niemal wyparty z rynku. Publiczność, od której przecież nie możemy domagać się rozległej i wtajemniczonej wiedzy poetyckiej, zaspokojona jest twórczością tej Wielkiej Trójki raz na zawsze. W referacie, jaki wygłosiłem podczas Warszawskiej Jesieni Poezji w 2000 roku mówiłem m.in.: Moim zdaniem, cezurę w „stanie posiadania” literatury współczesnej stanowiły dwa główne etapy transformacji polityczno-społecznej. Pierwszy – etap rewolucyjny – to początek lat 80., kiedy i ludzie, i kultura stanęli na barykadzie. Drugi etap – etap metamorfozy – to długie lata 90., kiedy kultura zaczęła przechodzić od „inżynierii dusz” do „ekonomii marketingu”, a więc kiedy okazało się, że jest towarem, którym trzeba handlować, a nie balsamem, którym trzeba namaszczać. Trzeba przyznać, że akurat ta trójka poetów łączyła jedno i drugie – walor komercyjności z walorem wartości, co jest pewnym ewenementem w naszej branży.
Wróćmy do emigracji. W wymiarze ogólnoliterackim, a więc nie dotyczącym li tylko poezji, przeżyliśmy wielki come back autorów i ich dzieł. Mniej lub bardziej znanych, mniej lub bardziej zakazanych – jest jednak oczywistym, że wieloletnia literatura polskich diaspor, a głównie trzech ośrodków – paryskiej „Kultury” oraz londyńskich „Wiadomości Literackich” i „Oficyny Malarzy i Poetów” – powróciła do kraju. Powróciła i poezja. Czesława Bednarczyka, Andrzeja Bobkowskiego, Mariana Czuchnowskiehgo, Wacława Iwaniuka, Aleksandra Janty-Połczyńskiego, Jerzego Pietrkiewicza, Tadeusza Sułkowskiego... Musieliśmy obraz powojennej literatury polskiej składać sobie na nowo, musieliśmy w ten obraz wpisać pomijane wcześniej nazwiska i zjawiska. Czy dzisiaj, z perspektywy kilku lat było to rewolucyjne przewartościowanie tego obrazu? Jeśli brać pod uwagę możliwość dokładnego poznania Czesława Miłosza i Witolda Gombrowicza, w drugiej kolejności Stanisława Vincenza i Aleksandra Wata, Jerzego Herlinga-Grudzińskiego i Konstantego Jeleńskiego, no i wszystkich członków londyńskiego „Kontynentu” – to tak. Jeśli spojrzeć z dystansu na całą emigrację, a zwłaszcza na jej poezję – to ta „peerelowskiego” miotu wcale nie ustępowała jej, a można nawet twierdzić, że poza Miłoszem wielkie nazwiska liryki pozostały tu, na miejscu. Emigracyjne rewindykacje przyniosły jednak pewien poboczny efekt: objawiły nam literaturę żydowską polskiego pochodzenia lub polskiego „skoligacenia”, o której nie mieliśmy pojęcia. Począwszy od okresu wojennego, mam tu na myśli chociażby wielkiego lirnika Icchaka Kacenelsona, a skończywszy na wciąż aktywnym Aleksandrze Ziemnym. Wyszło kilka poważnych antologii „polskiej” poezji żydowskiej, które przekonują w dużą i wartościową skalę tego zjawiska.
Problem emigracji skomplikował się jednak o tyle, że procesowi powrotów towarzyszył proces wyjazdów. Nowa emigracja. Brała ona początek, jak pamiętamy, w stanie wojennym, ale w jej wyniku mamy nowych poetów emigracyjnych. Na czele tej formacji stoi od lat Stanisław Barańczak, lecz nazwisk jest wielokrotnie więcej, ot np.: Tadeusz Chabrowski, Jerzy Gizella, Adam Lizakowski, Andrzej Słomianowski i wielu innych. Czy jest to jednak formacja? Oczywiście, nie! W ogóle pojęcie emigracji tak wiele straciło na swym dawnym znaczeniu, przesłankach, etosie, że chyba dziś już w ogóle nie mamy „pisarzy emigracyjnych”, tylko „pisarzy mieszkających za granicą”. Postępujący proces globalizacji i integracji państw ponad granicami już niebawem wyruguje zupełnie pojęcie „emigracyjności” z naszego słownika.
Wracajmy jednak do kraju. Jedni umierali, inni wracali z emigracji, jeszcze inni wyjeżdżali do Europy i USA – a tu? Tu gwałtownie zmieniała się scenografia, zaplecze życia literackiego. Zawaliła się peerelowska struktura ruchu wydawniczego i tytułów prasowych. Jeden za drugim upadały tygodniki i miesięczniki, które stanowiły krwiobieg literatury. W to miejsce nie mniej szybko powstawały nowe oficyny i nowe czasopisma, ale tu tkwiła przyczyna określonych zjawisk. Mianowicie środowiskowa opozycja drugiego obiegu, pozacenzuralnego, i oficjalnego oraz opozycja dysydenctwa literackiego i – nie wiem jak to nazwać – oportunizmu lub funkcjonowania w zgodzie z państwem – te opozycje, podstawowe do roku 1989, zmieniły się w opozycję zwycięskiego postsolidaryzmu i przegranego postkomunizmu. To właśnie wyrażało się w nowym układzie pism i wydawnictw. Wpływ na promocję literatury stracił jakikolwiek mecenat państwowy czy partyjny, a zastąpił go lobbing polityczny nowego typu, oparty na lustrowaniu przeszłości. Underground zamienił się w overground i – poniekąd – na odwrót. Niestety, odbyło się to kosztem gwałcenia wartości literackich. Za klasyczny przykład może uchodzić Jerzy Harasymowicz, poeta wybitny i niepowtarzalny, który nigdy nie przeszedł na stronę dysydencką i do dziś przez pisma oraz krytykę prawicową lub „postsolidarnościową” jest spektakularnie pomniejszany w swej wartości. A przecież przykład to nie jedyny.
W sumie nastąpił taki podział, że pryszczaci, którzy zbuntowali się po raz wtóry w latach 1968-1976 i później zajęli – jako poeci – rolę autorytetów. Ich rówieśnicy – uparci socjaliści – otrzymali podrzędny znak jakości i miejsce w tylnych szeregach literatury. A potem rozwinięto wyprany dywan – ogromną przestrzeń pustki, którą zapełniały li tylko nowe nazwiska z postsolidarnościowego narybku i zaciągu.
Tak właśnie przepadła niemal cała poezja lat 60., a zwłaszcza najważniejsze i najliczniejsze ugrupowanie tamtego okresu – Orientacja Poetycka „Hybrydy”. Stawiali ci poeci, jak wspomniałem, na uniwersalizm i estetyczny fenomenalizm liryki, chcieli w symbolu, metaforze, pięknej formule zanotować ulotną urodę świata, metafizyczne paradoksy życia, egzystencjalny sens istnienia. Krzysztof Gąsiorowski, Jerzy Górzański, Zbigniew Jerzyna, Bohdan Justynowicz, Wojciech Kawiński, Tadeusz Kijonka, Krystyna Miłobędzka, Wincenty Różański, Janusz Styczeń, Roman Śliwonik, Andrzej K. Waśkiewicz, Marek Wawrzkiewicz, w końcu niedawno zmarły Janusz Żernicki – to poeci w wielu przypadkach lepsi, po prostu lepsi od koryfeuszy Nowej Fali, lecz właśnie im wyłączono mikrofon. Jasne, że mogą drukować i drukują, nawet ostatnimi laty przeżywają swą twórczą „drugą młodość”, jednak modą sterują mechanizmy promocyjne uzależnione od „nowej poprawności politycznej”.
W takim „polustracyjnym” krajobrazie było w latach 90. miejsce dla młodych. I zostało ono znakomicie wykorzystane. Po pierwsze, pojawiło się wiele pism związanych z młodą literaturą. „Akant”, „bruLion”, „Czas Kultury”,„Fa-art”, „Fraza”, „Fronda”, „Nowa Okolica Poetów”, „Nowy Nurt”, „Przegląd Artystyczno-Literacki”, „Pracownia”, „Topos”, „Tygiel Kultury”... A między tym wszystkim tzw. art-ziny i fan-ziny – pisemka powielaczowe stanowiące model nowego undergroundu, już raczej nawiązujące do wolności typu hippiesowskiego, a nie antypeerelowskiego. Było ich tak wiele, że niektóre już nie istnieją.
Bunt młodych słabo korespondował z rzeczywistością, z realnymi problemami dorosłego społeczeństwa. Polityczne zagrożenia przeszłości znikły, życie kulturalne się spolaryzowało i spluralizowało. Czego więc dotyczy alternatywa? Oczywiście wciąż tego samego: mieszczańskich uzusów i społecznie sankcjonowanych reguł gry. Ale te uzusy i reguły przeżyły rewolucję w ostatnich latach, więc filozofia samizdatu i dziecinnego pokazywania języka, filozofia totalnej anarchii też chyba powinna przejść przynajmniej rewolucję? Żeby jednak burzyć całą ortografię społeczną – trzeba ją najpierw mieć. Rzecz w tym, że może istotnie młodzi jej nie mają, że jest to kod starszych pokoleń, a oni, szpetni dwudziestoletni, czują się bez miejsca na ziemi? Jakaś postkomuna kłóci się z jakąś postsolidarnością, wszyscy cały czas żonglują jakimiś argumentami w jakichś sprawach – a młodzi czują, że to nie ich świat. Dziś znowu są tylko pokoleniem bez historii, młodszymi braćmi kombatantów ze studenckich strajków i klubów. Ale kultura studencka – ta wielka, ta kreatywna – rozpadła się. Co w to miejsce? Nowe subkultury.
Dla nowych roczników wszystko zaczęło się w latach 80. od odkrycia amerykańskiego ganga-rap. Na scenach występowali niepokorni, co głównie objawiło się w amerykańskim sznycie i tym, że ktoś znowu pokazał władzy z estrady goły tyłek. Nadchodziła wysoka fala muzyki techno i hip-hopu, na osiedlowych alejkach kwitła kultura skaterów, blokersów i normalsów, dorastało Pokolenie X zwane za chwilę Pokoleniem Nic, a wielkomiejskimi arteriami przechodził nowy karnawał, tym razem noszący maskę Love-Parade. Tak, my mieliśmy pochody 1-Majowe, nasze dzieci mają Love Parade. Wszystko, co leży między tymi biegunami jest także cechą pokoleniowej amplitudy poetyckiej.
No cóż, za każdym razem, gdy kolejne pokolenie odbiorców sztuki włącza hamulce – kolejne pokolenie artystów rozpina pasy bezpieczeństwa i daje czadu. Tym razem zatriumfował styl kontestacji pełen nonszalanckiego luzu i szpanu bezpruderyjnej swobody. Wyzwolenie, obscena, wulgaryzmy stały się podstawowymi narzędziami tego stylu, jego specyficznym kodem. Ucieczka od „języka serio” oraz od „automatycznych tworzydeł” nastroju, patosu, świętości – tradycyjnego modelu emocjonalizmu i estetyzmu – stała się programem. Stąd przeciwna strona barykady muzycznej, czyli disco-polo była traktowana wręcz jako zdrada i kompromitacja zbiorowych ideałów.
Dlaczego w ogóle nawiązuję do muzyki młodzieżowej? Nigdy dotąd tak bardzo młoda literatura nie „kolegowała się” z kulturą masową (w poprzednich rocznikach jej matecznik tkwił w tzw. kulturze studenckiej, zazwyczaj wysokiego lotu). Nawet jeśli dorastała do „wyższej filozofii” to wyrastała z „masowego” języka. Szczególnie język muzyki stał się głównym wyrazicielem subkulturowych wartości nowych roczników. Od tego, co się działo w dyskotekach do tego, co się działo w grupach poetyckich było blisko. Nawet zdarzyły się incydenty, kiedy liderzy zespołów muzycznych usiłowali być także idolami poetyckimi.
Cała ta formacja, zwłaszcza debiutująca w art-zinach i fan-zinach poszła na kpinę, luz, prześmiewczość i odwrócenie się od tradycji oraz świata swoich ojców z jakimś bezlitosnym, dadaistycznym rechotem.
Z drugiej strony były środowiska „bruLionu” czy „Frondy” – ostro prawicowe – które stanowiły jakby pokoleniowe przedłużenie buntu solidarnościowego, wymierzonego we wszystko, co trąciło dawną lewicą i Peerelem (w ogóle lewicowość przestała być wśród młodzieży trendy). Zdawało się po 1989 roku, że ten mechanizm upadnie. Że artyści na łamach artystowskich pism będą się kłócić np. o sens koloru w malarstwie czy egzystencjalizmu w literaturze. A skądże! Artyści kłócą się wciąż na klepisku ubitym przez politykę. Tu jest postkomuna, a tam antykomuna, tu prawica, a tam lewica, tu obrońcy wartości chrześcijańskich, a tam przedstawiciele kultury śmierci.
W ten turniej dali się wciągnąć młodzi. Starzy już z niego nie wyjdą – to był cały ich świat, ich historia, ich walka o partię i przeciw partii, o „Trybunę Ludu” i „Tygodnik Powszechny”. Sami sobie zgotowali ten los. Cezura 1989 roku jest cezurą zamykającą świat „strasznych ojców”. Ale co w krajobrazie po bitwie robią młodzi? Skąd się tu wzięli i po co?
No cóż, dali się wciągnąć? Ale w co? Dwudziestoletni skini nienawidzą Żydów, ich rówieśnicy z Ligi Republikańskiej nie znoszą tygodnika „Nie”, studenci gardzą lewicowym ministrem edukacji; urodzeni po 1981 roku w rocznice wybuchu stanu wojennego protestują pod domem generała Jaruzelskiego; młody poseł jedzie złożyć wyrazy szacunku generałowi Pinochetowi... Czy to są naprawdę problemy tego pokolenia?
Czy autorzy o politycznym temperamencie nie mają racji? Ależ tak, w wielu szczegółach mają. Sęk w tym, że karmią i podsycają własny bunt wobec rzeczywistości obcej, rzeczywistości spoza własnego doświadczenia. To bardzo osobliwa odmiana buntu – zapożyczonego z towarzysko-salonowych układów. Lub z podręcznika historii. W środowisku literackim wciąż bunt wynika z tego, że „tak wypada”. Bo z góry wiadomo, jaki język obowiązuje po tej czy tamtej stronie linii demarkacyjnej, dzielącej polskie społeczeństwo.
Bunt ma sens, jeśli dotyczy świata aktualnego, rzeczywistości dziejącej się wokół. Wtedy jest walką, niesie ryzyko, wymaga odwagi. Pohukiwanie polegające na włączaniu się w historyczne spory – to imitacja buntu. W kwestiach przeszłości można zająć stanowisko, w sprawach teraźniejszości trzeba czegoś więcej.
Młodzi poeci zajęli swoje stanowiska po lewicy i po prawicy; prawidłowo, gdyby nie fakt, że ich bunt jest w większości przypadków kopaniem piłki do jednej bramki i to według gotowej ściągawki z salonowych rankingów. Karty są rozdane. Żadna niepokorna myśl się nie przedrze. Bunt jest rozpisany na role, głosy, argumenty. Spróbuj podskoczyć!
Jest to osobliwa szamotanina. Niemal cała „polityczność” młodej poezji odnosi się do przeszłości lub jest wzorowana na jej schematach i namiętnościach, zaś cała niezależność i wolność tejże poezji jest rodzimą odmianą nonszalanckiego „izirajderstwa” i hasła „cool” wyhaftowanego na sztandarach filozofii życiowej. Jestem w nastroju nieprzysiadalnym – napisał kiedyś Marcin Świetlicki i to niepozorne zdanie może być traktowane jako dewiza pokolenia. Ono nie chce się przysiąść do nikogo i do niczego.
Twierdzę, że młodzi – jak na razie – nie znaleźli w sobie siły, by wyartykułować tzw. trzeci głos. Głos ponad starymi dychotomiami, antynomiami i układami. Głos wynikający z samodzielnej oceny polskich powikłań, samodzielnej wizji polskich szans.
Jest jeszcze inna perspektywa. Może rzeczywiście generacja „zbuntowanych” debiutantów z lat 90. i ich następcy powinni otworzyć nowy rozdział kultury: ignorować to, co hasłowo nazywam „polską rzeczywistością”. Ignorować literaturę „obowiązku obywatelskiego”. Złożyć wreszcie broń wszelkiej walki i zająć się „rzeczywistością uniwersalną”. Sensem istnienia – bez polityki, etyką – bez historii, życiem – ale własnym. Może nowa literatura powinna stać się literaturą zwierzeń, a nie rozliczeń, miłości – a nie walki, słuchania – a nie krzyczenia, poznawania – a nie pouczania...? Może. Tylko wtedy wszelki bunt i butę należy odłożyć do lamusa jako rekwizyty z innego świata. Trzeba kontrkulturowość i anarchizowanie uznać za „ćwiczenia wieku młodzieńczego”, trzeba odnaleźć w życiu, w losie tę skalę dramatu, o jakiej umieli pisać Jarosław Iwaszkiewicz, Mieczysław Jastrun czy Zbigniew Herbert. Program „nowego hamletyzmu” byłby zapewne bardziej owocny niż demonstracja wyleniałego buntu.
Ale bunt nie przemija, bunt się ustatecznia – jak pisał Grochowiak. Klasyczni dawni luzacy jak Marcin Świetlicki czy Jacek Podsiadło zaczynają być coraz bardziej poważnymi i liczącymi się poetami. Dobrymi poetami. I poza owym nachalnym upolitycznieniem a naiwnym wygłupem młodej poezji wyrasta jednak las nazwisk nie dający się ująć w żadną deprymującą formułkę. Bo dziś nie ma już grup programowych, nie ma poezji manifestów, nie ma szkół ani nurtów koncepcyjnych czy formalnych. Postmodernizm zrobił swoje. Młodzi mogą tworzyć wspólnotę wokół pisma, które ich promuje, mogą nawet w tej wspólnocie poczuwać się do powinowactwa światopoglądowego, ale chcą pisać na własny rachunek. Tradycja została dorżnięta jak stara, wysłużona kobyła. O Peiperze mało kto wie, o Przybosiu się nie pamięta, Grochowiaka niemal w ogóle się nie publikuje, o Brzękowskim czy Zagórskim słyszeli tylko poloniści, Skamandryci żyli trzysta lat temu, Białoszewskiego zakasowali późniejsi lingwiści, wiersz „postróżewiczowski” czy „postherbertowski” nie jest już żadnym modelem, który można świadomie wybrać i kultywować... Tu może jest gdzieś ścieżka stanowiąca początek owej trzeciej drogi. Nie potrafię jej nazwać. Ale wiem, że poeci Świetlicki i Podsiadło, Bożena Ptak i Marcin Baran, Eugeniusz Tkaczyszyn i Jarosław Mikołajewski, Andrzej Sosnowski i Ewa Sonnenberg, Janusz Drzewucki i Marzenna Kielar, Lilla Latus i Agnieszka Herman... W końcu najmłodsi, np. Agnieszka Lisak, Agnieszka Wesołowska, Przemek Szubartowicz, Jerzy Franczak... to oni, to ci z wielu, do których nie odnoszą się kąśliwe uwagi powyższego tekstu.
I jest opolanin Tomasz Różycki – może od niego zacznie się „nowe pokolenie”, na jakie czekam?
Jedno jest pewne. W latach 90. wraz z kulturą i formacją PRLu minął pewien porządek literacki. Niezbędny był remanent i orzeźwiająca kąpiel. Trochę wylano dzieci z tą kąpielą, trochę manka dopisali nadgorliwi rewizorzy, a resztę dokonała biologia, która wypuściła na ring miot młodych chartów i owych tratujących ziemię bizonków... Za odchodzącymi klasykami patrzymy – niezależnie od ich orientacji światopoglądowej i politycznej – stęsknionym wzrokiem, ich młodszych braci postrzegamy jako stracone pokolenie, a tych najmłodszych nie rozumiemy. Jak zwykle. Ale i im trudno się określić w tym koszmarnym rozchwianiu aksjologicznym, pośród erozji etosów, rozpadu modeli i wzorców, na przełomie tysiącleci. Może to jest jakaś odmiana dekadentyzmu sprzed stu lat?
Wydaje mi się, że poezja debiutująca po 1989 roku powoli uczy się istnieć poza afrodyzjakiem „stanu wyjątkowego”. To w Polsce trudna sztuka, jeśli weźmiemy pod uwagę nawyki ciągnące się od Romantyzmu. Więc tak nagle wyskoczyć z kawaleryjskich siodeł i z syndromu „oblężonego miasta”? Porzucić dylematy rozdartych sosen, przestać przeciągać linę pomiędzy „ja” a „my” oraz „my” i „oni”, zaniechać wartościowania ludzi na Rejtanów i oportunistów, otrzepać z bryczesów drobinki styropianu, wyrzucić z głowy Westerplatte, Katyń, Jałtę, Poznań, Gdańsk, Ursus, Radom i inne stacje męki narodowej, układać krzyże z wierszy, wygrażać pięścią słowa...
Karabelę zostawić na strychu? Jakże to?













