Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

 

Dariusz Tomasz Lebioda

WODNY WĄŻ

 

Historia i zło

w poezji Czesława Miłosza

1. Historia

 

Jan Cybis       Dopiero co skończył się wiek dwudziesty, stulecie wojen i cierpień, centuria apokalipsy dokonanej; przestrzeń czasu pochlapana niewinnie przelewaną krwią, rumowisko budowli z kamienia i słowa, śmietnik historii, ideologii, filozofii. Jakże objąć myślą skrajności gorzkich stu lat, jakże pogodzić ze sobą nieustające narodziny niewiniątek i ciosy atomowych mocarstw, jak zrozumieć ból umierającego plemienia i pychę władcy pojawiającego się podczas koronacji? Retrospekcja w takich razach może być tylko jak snop światła, oświetlający wąskie rewiry, ledwie odkrywający wycinek, strzęp historii. Miłosz zawsze pokazywał wielkie przestrzenie dziejów na zasadzie odsłaniania, wyodrębniania, wskazywania miejsc i ludzi centralnych dla dziejowego doświadczenia. W takim ujęciu poeta mógłby za Fernandem Braudelem powiedzieć, że historia, to dzieje ludzi w ich ścisłych związkach z ziemią, która ich nosi i żywi; jest to dialog, który nie przestaje się powtarzać, który się powtarza, aby trwać, który może się zmieniać i zmienia się na powierzchni, ale ciągnie się dalej uparcie, jakby był poza zasięgiem czasu, nieczuły na jego ciosy.[1] Miłosza pociąga taka przestrzeń wyraźnie wyodrębniona i to pośród niej rozstawia, niczym drogowskazy, niczym graniczne kamienie, swoich wielkich i świętych – pokazuje krainy, które czasem nazywa ziemią Ulro, a czasem magiczną przestrzenią inicjacyjną (Dolina Issy). W takiej chybotliwości, w takim zamęcie historii tylko monumenty stanowią wyznaczniki, tylko jednostki ponadprzeciętne stają się punktem odniesienia i stale wspierają konstrukcję świata.

 

Przykładem takiego wskazania, a zarazem utwierdzenia historii w ludzkich dziejach i w konkretnym miejscu są wiersze nawiązujące do postaci i posługi Jana Pawła II. Poeta nigdy nie ukrywał, że historia i religia są dla niego pasmem klęsk i odnowień, drogą pełną wątpliwości i nagłych olśnień. Nigdy jednakże nie przestawał fascynować się postacią polskiego papieża. Notował 27 sierpnia 1987 roku: Papiestwo jako skała, na której mogą schronić się czyści. A zewsząd napiera ludzkość grzeszna, moralnie podejrzana, szalona, kręcąca biodrami w takt beatu, wystawiona na brednię, zbrodnię i telewizję. Z punktu widzenia Kościoła są ich całe armie, tych obojętnych powszechnym rozpasaniem; homoseksualiści, lesbije; te, które raz czy kilka razy spędzały płód; ci, którzy tak czy inaczej są odpowiedzialni za spędzanie płodu; te czy ci, których źródłem zarobku są genitalia; wszyscy sypiający ze sobą poza kościelnym ważnym związkiem małżeńskim; rozwodnicy i rozwódki – czy mało? A jeszcze niepoliczone miliony mężczyzn i kobiet nie stosujących się do zakazu używania środków antykoncepcyjnych. Ze skałą porównuję papiestwo, nie Kościół. Bo gdzież, po której stronie jesteśmy my, bądź co bądź ochrzczeni w obrządku rzymskim? Czyż nie rozpoznajemy siebie w jednej z wyliczonych kategorii? I czyż na nauki Watykanu nie patrzymy z szacunkiem i pokorną zazdrością, jako na coś, co jest dla nas, zwykłych śmiertelników, za wysokie?[2] Tutaj znakomicie widać jak powierzchowne są czasem sądy o Miłoszu, imputujące mu jakąś własną religię, bliską panteizmowi czy może nawet ateizmowi. Twórczość Miłosza jest rozważaniem i roztrząsaniem prawd i sytuacji, jest nieustającym przesiewaniem objawiającej się rzeczywistości przez sito świadomości. Trzeba jednakże rozróżniać różnorodność pytań i deklaracji autora Ziemi Ulro, jego rozstrzygnięć i ledwie napomknień. Dopiero wtedy ukażą się jego główne ciągi myślowe, dopiero wtedy system myśli teologicznej Miłosza, wraz z innymi systemami, zacznie nabierać cech szerokiego wykładu. Papież interesuje Miłosza z jeszcze jednego powodu, z racji jego nieustającego odwoływania się do romantyzmu, szukania w nim utwierdzających paradygmatów, ale też odrzucania zakrzepłych dziewiętnastowiecznych stereotypów. W takim kontekście pokrewieństwo papieża i polskiego romantyka jawi mu się z całą wyrazistością i każe mu podejść do tego zagadnienia z analityczną pieczołowitością historyka dziejów i badacza literatury:

 

Kiedy zasiada na papieskim tronie

Polski romantyk, na dowód, że moce

Poezji bardzo szczególne bywają,

Zadania proste przestają być proste,

Ja też poczułem się odpowiedzialny.[3]

 

Jan Paweł II jest spadkobiercą tradycji romantycznej, ale też znakiem dziwnej siły poezji, która ma moc wpływania na ludzi i dzieje. Razem – zdumiewającej energii, jaka płynie z głębi słowa i przenika każdy czas i każdą myśl. Poetę obezwładnia czystość i nieskazitelność tego człowieka, bo sam zaznał wiele razy upadku. Próbując zrozumieć kapłana, przenosi na Niego czystość i nieskazitelność poezji romantycznej, a potem nawiązuje do żarliwego manifestu niewinności, jakim jest Testament mój Słowackiego: Jana Pawła II próbuję od dawna przeniknąć. Ściślej, nie Jana Pawła II, ale jego polskość. Amerykański jezuita polskiego pochodzenia napisał do mnie z Perugii po pobycie w Polsce: spotkał tam tylu prawdziwych diabłów i aniołów, że Dante znalazłby w nich dla siebie wzory. Papież reprezentuje Polskę czystą, ofiarnych młodzianków, co są jak kamienie rzucone na szaniec, Polskę najszlachetniejszą.[4] Jak na Polaka, rzeczywiście ma Jan Paweł II wiele cech, które odróżniają go od innych. Rozmodlony jak góralka[5], a przy tym filozofujący i znający zawiłości wielu doktryn z głębin dziejów, wpatrujący się łagodnie w figury Chrystusa i Matki Boskiej, ale umiejący grozić palcem Ernestowi Cardenalowi, przytulający z ojcowską czułością spowiadające się przedstawicielki najstarszego zawodu świata i twardo stojący na gruncie tradycyjnych wartości katolickich. Prosty i skomplikowany do granic możliwości, otwarty dla wszystkich i na wszystko, i konserwatywny. Miłosz znajduje dla tych wielu opozycji niezwykłą formułę – przeciwstawia papieża określonej tradycji romantycznej. Choć przywołuje Słowackiego, choć widzi w nim ducha Mickiewicza, przesuwa go ku innemu poziomowi romantycznego buntu i romantycznej egzystencji. On, przy całym jego zakorzenieniu w dwudziestym wieku, jest wszakże dla niego człowiekiem nowego czasu i nowych dziejów ludzkości. Tak samo jak wyszydzany w romantyzmie Cyprian Norwid. Tutaj tworzy poeta wspaniałą analogię i dopowiada istotne, odkrywcze treści dla zrozumienia słowiańskiego następcy Piotra: Papież wychował się na Mickiewiczu i Słowackim, ale, moim zdaniem, przede wszystkim na Norwidzie. Tamci byli jeszcze poetami dawnej Rzeczypospolitej – Mickiewicz, bo Litwa, Słowacki, bo Ukraina. Mimo litewskiego pochodzenia nazwiska, Norwid już reprezentuje cofnięcie się etnicznych granic. Choć z doświadczeń dziejowych Rzeczypospolitej, pewnie bardziej niż z jakichkolwiek filozoficznych lektur, pochodzi jego wrażliwość na historię jako pewien ład do odczytania, pochód ludzkości cierpiącej, ale już odkupionej. [...] Klęska kraju i klęska osobista Norwida – a tu raptem wciela się on w przywódcę światowego chrześcijaństwa występującego do walki z siłami ciemności. Jest nad czym się zastanowić i zadrżeć – to jakiś wielki temat, godzien genialnego pióra. Wątpliwe czy cudzoziemcy coś z tego rozumieją. Bo każdy papież musi mieć wizję historii prawdziwej, Civitas Dei, przeglądającej spoza złud historii świeckiej. Ale teraz zasiada na tronie Piotrowym ktoś przez Norwida przygotowany do interpretowania wielowiekowego marszu Rosji na Zachód jako procesu uczłowieczenia, poprzez niesione przez nią, Polakom przede wszystkim, męczeństwo. Mesjanizm Norwida istnieje, chociaż jest różny od mesjanizmu bluźnierczego, który Polskę nazywał Chrystusem narodów. Żadne ciało zbiorowe nie może być Mesjaszem. Ale szczególne cechy niektórych krajów, dające znać o sobie w ich dziejach, mogą stanowić otoczkę dla działania większej niż gdzie indziej liczby duchów bezinteresownie ofiarnych.[6] Norwid jest dla Miłosza wyrazicielem dążeń ludzkości pogodzonej z Bogiem, ale nie pogodzonej z tyranią świata, tyranią potęg ziemskich i ludzi, ale też jest rodzajem mądrości – nauczycielem z głębi dziejów, który tak przygotował polskiego papieża, że w określonym momencie historii odegrał on taką rolę o jakiej marzyli wielcy romantycy. Stał się Konradem i świętym Pawłem naszych dziejów, który tak jak ów z wiersza Norwida Dwa męczeństwa śmiało wyszedł naprzeciw najtrudniejszym wyzwaniom, stawił czoła tłumowi i wyznawcom innych religii, scementował kościół w określonym momencie dziejowym i oddał życie za wiarę.[7] Papież wiedział jakie niebezpieczeństwa związane są z jego misją i z wchodzeniem w tłum bez zabezpieczeń, ale rozkładał szeroko ramiona i chciał w nie wziąć całą ludzkość. O tym to mówi wspaniała Oda na osiemdziesiąte urodziny Jana Pawła II i za to jest podziękowaniem:

 

Przychodzimy do ciebie, ludzie słabej wiary,

Abyś nas umocnił przykładem swego życia

I oswobodził od niepokoju

O dzień i rok następny. Twój to wiek dwudziesty

Zasłynął nazwiskami potężnych tyranów

I obróceniem w nicość ich drapieżnych państw.

Że tak będzie, wiedziałeś. Uczyłeś nadziei:

Bo tylko Chrystus jest panem historii.

 

Cudzoziemcy nie zgadli, skąd ukryta siła

U kleryka z Wadowic. Modlitwa, proroctwo

Poetów nie uznanych przez postęp i pieniądz,

Choć królom byli równi, czekały na Ciebie,

Abyś za nich oznajmił urbi et orbi,

Że dzieje nie są zamęt, ale ład szeroki.

 

Pasterzu nam dany, kiedy odchodzą bogowie!

I we mgle nad miastami błyszczy Złoty Cielec.

Bezbronne tłumy biegną, składają ofiarę

Z własnych dzieci skrwawionym ekranom Molocha.

I lęk w powietrzu, niewymówiony lament:

Bo nie dosyć chcieć wierzyć, żeby móc uwierzyć.

 

I nagle jakby czysty dźwięk dzwonu na jutrznię,

Twój znak sprzeciwu podobny do cudu,

Żeby zapytywano: jakże to możliwe,

że wielbią Ciebie młodzi z niewierzących krajów,

Gromadzą się na placach głowa przy głowie,

Czekając na nowinę sprzed lat dwóch tysięcy,

I przypadają do stóp Namiestnika,

Który miłością objął ludzkie plemię.

 

Jesteś z nami, i odtąd zawsze będziesz z nami.

Kiedy odezwą się moce chaosu,

A posiadacze prawdy zamkną się w kościołach,

I jedynie wątpiący pozostaną wierni,

Twój portret w naszym domu co dzień nam przypomni,

Co może jeden człowiek, i jak działa świętość.

 

Ten portret też przypominać będzie o nieustającej komunii żywych i tych, którzy odeszli w wiekach poprzednich, przed laty dziesięciu, albo ledwie wczoraj. Papież będzie – tak jak i Miłosz – znakiem dwudziestego wieku, w którym przełamały się mit i historia i w którym spotkały się mit i historia. Nie sposób to wytłumaczyć bez wiedzy o polskim romantyzmie, bez wiedzy o tęsknocie Norwida, o walce Mickiewicza, a także o marzeniu Słowackiego i jego Królu–Duchu, o Mieczysławie z Piastowskiego rodu, o poecie przemierzającym spirytualne szlaki. Nie ma w tym przesady, gdy Miłosz mówi: Na dnie swojej nędzy Polska dostała króla, i to takiego, o jakim śniła, z Piastowego szczepu, sędziego pod jabłoniami, nie uwikłanego w skrzeczącą rzeczywistość polityki. Jego stolica najpierw w Krakowie z tamtym środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, następnie w Rzymie. Król, nosiciel wiary mesjanicznej, głęboko przekonany, że istnieje państwo duchów, gdzie odbywają się zapasy, zmagania, triumfy, tuż obok tej drugiej historii, żywych, ale w ścisłym z nią związku. Zapewne, każdy inny papież musiałby też wierzyć w świętych obcowanie, ale niekoniecznie widziałby współpracę tamtego świata z tym jako tkaninę historii. Teraz, kiedy to piszę, uświadamiam sobie, do jakiego stopnia Polska została ukształtowana przez co dzień odczuwaną wspólnotę żywych i umarłych. Może sięga to dalej wstecz niż chrześcijaństwo, jak w obrzędzie „dziadów”, ale również ten aspekt chrześcijaństwa najsilniej wydobywali poeci romantyczni. Wszystko z ducha i dla ducha. Norwida: „Wielki–Pan... Duch!”[8] Idąc tropem myśli Miłosza warto przypomnieć zdumiewający wiersz Słowackiego Pośród niesnasek Pan Bóg uderza... bo wtedy powstaje coś na kształt polskiej dialektyki dziejów – przechodzącej transcendentnie od wizji romantycznej do wizji ukrzyżowanego Chrystusa, i dalej, ku umysłom rozświetlanym przez te wizje, a potem przenoszącym to światło ku teraźniejszości i zapadaniu w przepaście dziejów. Może właśnie to ma na myśli Miłosz, gdy pyta i zarazem przyznaje się do rozminięcia się doświadczeń własnych i Jana Pawła II: Kędy przebiega linia między katolicyzmem i polskością? Czy jest możliwa do przeprowadzenia? Jeżeli mam być szczery, w każdym niemal Polaku wietrzę niewinność wysokiej retoryki ducha, tak że mam wspólny język tylko z Polakiem zdemonizowanym, takim, który przeszedł przez marksizm, ateizm czy może jakieś tam dewiacje, na przykład narodowościowe w rodzinie albo seksualne. I jak mam unieść Jana Pawła II, kiedy jego filozoficznym pismom, niby pismom Norwida, brak tej skazy, która mnie jest potrzebna?[9] Papież jako byt czysty, Polak bez skazy, omijający w swoim życiu tradycyjne narodowe przywary, stroniący od zapadni historii i dewiacji, jest dla Miłosza kimś nie mieszczącym się w penetrowanym przez niego obszarze doświadczeń ludzkich. Dlatego fascynuje go i onieśmiela, odsyła wyobraźnię ku romantycznym świętościom i monarszym porównaniom. Zaiste bliskość Karola Wojtyły, niegdyś biskupa katedry wawelskiej, i władców z poprzednich wieków jest zdumiewająca, jakby wniknął w niego duch dziejów, jakby podjął wyzwanie, na miarę tych z czasów cementowania się i restytucji królestwa.[10] Miłosz nie byłby jednak sobą, gdyby w opozycji do apoteozy „słowiańskiego papiestwa” i postaci Jana Pawła II, nie opublikował u końca wieku, w sąsiedztwie swoich papaliów, wiersza o świętości, pisanego z punktu widzenia badacza mitu i sacrum szeroko rozlewającego się po wszechświecie. Sam tytuł – Przeciwieństwo jest już tutaj symptomatyczny. Ileż zawirowania może wprowadzić ów wiersz do myśli tych, którzy szukają u Miłosza jednoznacznych rozstrzygnięć, którzy z jego pism chcieliby stworzyć katechizm nowej polskości czy wykładnię słowianofilstwa. Wszak wiersz ten bliższy jest herezji manichejskiej, niż katechizmowi Kościoła, bliższy sonetom Nad głębiami Asnyka, niż wierszom Norwida, a przestrzeń tu wykreowana ma w sobie jakiś element teatralności, usztywnienia myśli w obliczu ogromów, dojścia na skraj przepaści i niemego wpatrywania się w kosmos. Miłosz pragnie by czytelnik odbierał jego poezję jako n i e u s t a j ą c ą   s o n d ę,   rzucaną ku historii, ku obszarom świata, ku głębiom w obliczu których egzystuje. Jakakolwiek jednoznaczność znoszona jest u niego przez tego rodzaju dookreślenia i przeciwieństwa ––wtedy świat rani, niczym kamień palec u stopy, wtedy bogowie stają się równie lękliwi i niezdecydowani jak ludzie i dopominają się wsparcia, nieustającej wymiany myśli i energii. Mieszkają w osobnej krainie – wysoko nad światem... Może jest to ziemia Ulro, a może kraina dzikiego łabędzia...[11]

 

 

2. Zło

 

 

Zło i dobro tkwią immanentnie w człowieku, stanowią element jego świadomości, współokreślają psychikę. Są jak dwie boje do których może podążyć ludzka łódź. Tylko od indywidualnych wyborów człowieka, od jego losu i od obranego przez niego kierunku rozwoju zależy azymut jednostki. Zło nie jest jednorodne, ma swoje przestrzenie, skale oddziaływania, pojawia się nagle i znika równie szybko, potrafi pozostawać w losach ludzkich od początku do końca. Bardzo szybko człowiek staje z nim oko w oko – już w czasie dzieciństwa może zadawać zło i czasem znajduje w takim zadawaniu przyjemność. Zabijanie zwierząt (Por. opowieść Miłosza w Dolinie Issy o zabiciu wodnego węża), wyrządzanie krzywdy rówieśnikom, a nawet próba narzucania swojej woli osobom dorosłym – wszystko to staje się wstępem do przyszłych zachowań i wyborów. Choć przecież, jeszcze wtedy zło jest potencjalne, starczy przecież jedno zdarzenie, jedno spotkanie, przypadek, akcydens, a już losy biegną w inną stronę. Inna sprawa, że to co wydawać się może prostowaniem drogi, co bywa manifestacyjnym wyborem dobra, może otwierać przed człowiekiem nowe, inne zakresy zła. Najgorsze jest zło dla samego zła, świadome odrzucenie dobra i wychodzenie naprzeciw zabójczym popędom, najgroźniejszym sytuacjom, najokrutniejszym wyborom. Taka jednostka – najczęściej owładnięta manią jakiegoś zdarzenia, jakąś ideą, jakimś przekonaniem – mnoży zło w postępie geometrycznym.

      

Spójrzmy na inny fundament historii, równie jak Jan Paweł II naznaczony piętnem dotykającego go zła i, równie odważnie, wychodzący mu naprzeciw. Oto pierwsza część jednego z najbardziej znanych wierszy Miłosza:

 

W Rzymie na Campo di Fiori

Kosze oliwek i cytryn,

Bruk opryskany winem

I odłamkami kwiatów.

Różowe owoce morza

Sypią na stoły przekupnie,

Naręcza ciemnych winogron

Padają na puch brzoskwini.

 

Tu na tym właśnie placu

Spalono Giordana Bruna,

Kat płomień stosu zażegnął

W kole ciekawej gawiedzi.

A ledwo płomień przygasnął,

Znów pełne były tawerny,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli przekupnie na głowach. 12  

 

Historia tak malarsko tutaj przedstawiona ma swój początek 20 stycznia 1600 roku. Wtedy to papież Klemens VIII zatwierdził wyrok śmierci dla Bruna. Nieszczęśnika spalono żywcem na stosie 17 lutego tego samego roku. 13 Ów dominikanin, który miał odwagę wystąpić z zakonu i głosić swoje nauki, był jednym z najświatlejszych umysłów epoki. Nie bez powodu Miłosz wybrał go by wypowiedzieć kilka prawd ogólnych o ludzkości, umieraniu i o złu – wszak Bruno, tak jak Miłosz, wierzył, że wszechświat jest nieskończony, jednorodny, obdarzony życiem. Do tego jeszcze skłaniał się ku panteizmowi i metempsychozie, a religię traktował jako uproszczoną wersję filozofii dla ludu. Był jednym z najbardziej niezależnych ludzi w historii świata i za tę swoją niezależność zapłacił ginąc na stosie. Niespotykaną plastyczność opisu uzyskał Miłosz dzięki wyrazistemu skontrastowaniu dokonującej się tragedii, rozgwaru targu i ciszy samotnej śmierci, kolorów owoców (oliwek, cytryn, ciemnych winogron, brzoskwiń, kwiatów) i różowych darów morza. Ale też dzięki kontrastowi tego co doraźne, mające sens w określonym czasie i określonej ludzkiej przestrzeni z tym co uniwersalne i wieczne jak ogień. Niczym w pierwszej części IX symfonii Beethovena po barwnym wprowadzeniu i szybkich uwznioślających akordach, zapada tu cisza, a potem znów siła dźwięków rośnie, wiruje, tężeje – allegro ma non troppo. Tutaj daje się też zastosować formuła Kazimierza Wyki: Klasycyzm tej liryki, nadając posągowy wyraz rozpaczy i eschatologii, poprzez opanowaną bezbłędność artyzmu sugeruje równą bezbłędność stanowiska uczuciowego.14 Poeta przeżywa razem ze skazańcem jego tragedię i równie jak on dramatycznie odczuwa beznamiętny chłód tłumu. Bruno jest w wierszu Miłosza przedstawicielem ludzkości, która swoimi myślami i czynami wykracza daleko poza własny czas i konkretną przestrzeń. Jest kimś, kto poprzez śmierć wkracza w kolejne stulecia i tysiąclecia, a skupiając na sobie zło, stając się kozłem ofiarnym i buntując się do końca – chcąc nie chcąc – idzie drogą pierwszych chrześcijan.15 Pesymizm sięga tutaj zenitu, a ludzki byt znaczy tyle samo, co barwne rozgwiazdy na targowym stole, co owoce rozłożone na straganie. Rację ma Maciej Szmyd, gdy mówi: Można powiedzieć, że cała myśl Miłosza polaryzuje się wokół dwóch biegunów – pesymistycznego, jak lubi mówić poeta „manichejskiego” i optymistycznego, afirmatywnego wobec Istnienia, wiernego swojej metafizycznej nadziei. Pierwszy z nich, zrodzony we wczesnej młodości z głębokiego przeżycia okrucieństwa i bezwzględności natury (wpływ lektur popularyzatorów darwinistycznej biologii), swą dojrzałą postać uzyskał w refleksjach poety dotyczących historii, kultury, współczesnej cywilizacji. W tym „pesymistycznym” nurcie możemy umieścić takie elementy myśli Miłosza, jak jego analizy kryzysu nowożytnej cywilizacji, negatywną ocenę XX–wiecznej sztuki, w tym literatury czy „pascalowskie” rozważania o nędzy i sprzeczności ludzkiej egzystencji. Ten swoisty „ciemny” ton myśli wielkiego poety stale równoważony jest przez obecność w niej także przeciwstawnego aspektu, wyrażającego się w charakterystycznych dla jego poezji rozlicznych zapisach olśnień nieskończoną różnorodnością przejawów bytu, w literackich kontemplacjach piękna i złożoności rzeczywistości. Można zaryzykować twierdzenie, że tak silnie obecny w twórczości Miłosza ekstatyczny zachwyt nad urodą świata jest nie tyle zapisem subiektywnych impresji, co wyrazem fundamentalnego dla całej struktury myśli polskiego noblisty przekonania o istnieniu jego głębszego, transcendentalnego sensu, będącego podstawą dla swoistej metafizyczno–religijnej nadziei przenikającej jego eseistykę i poezję.16 Czym innym jest jednak przeżywana w umyśle ekstaza, a czym innym realne, biologiczne cierpienie. Poeta tak dozuje napięcie i tak głęboko nasącza strofy uczuciami, że wiersz staje się jakby spektralnym obrazem innej (ale też – każdej) rzeczywistości.17 Tak Miłosz pokazuje znikomość bytu, pokazuje ulotny charakter każdej egzystencji, mówi – posłużmy się jeszcze raz konstatacjami Wyki – sławy nie zaznasz, szczęścia nie przeżyjesz, siebie nie przechowasz. Zamierający romantyzm pragnień i wielkości, od którego oderwać się nie sposób, choć wiadomo, że wszystko mu zaprzecza. Głębokie umiłowanie świata bez względu na to, co on niesie, współistniejące z świadomością okrutnej znikomości rzeczy ziemskich.18 Miłosz zawsze był wrażliwy na zło i okrucieństwo świata. Przyglądał się mu w różnym czasie i różnych przestrzeniach. A czynił to tak, jakby dokładnie studiował zasadę działania izby tortur, jakby wpatrywał się w ciemność historii, z której dochodziły odgłosy cierpień. Jego życie nie szczędziło mu bólu wszelkiego rodzaju i choć czasem przekornie mówił, że świat obszedł się z nim nadspodziewanie łagodnie – cierpiał tak jak inni. W rozmowie z Aleksandrem Fiutem wyznał: Świat wydawał mi się bardzo okrutny. Przeżywałem bardzo silnie okrucieństwo świata już jako nieduży chłopiec.19 A przecież świadomość dziecka jest jak gąbka i chłonie wrażenia, przeżycia, zatrzymuje emocjonalne stany i lęki, a nade wszystko stara się dokładnie odwzorować świat. Często te próby są poronione, często nie mogą sprostać wyzwaniom bólu, cierpienia, nie mogą ulokować na tej samej płaszczyźnie tego co elementarne, biologiczne i wieczne. Dopiero dorosły człowiek, w chwili retrospekcji, dopiero poeta w momencie refleksji potrafi ścisnąć tę gąbkę. Leje się z niej wtedy krew i łzy, nasienie i sok winogron, woda mistycznych jezior, rzek, mórz i ciecz kosmiczna, skroplona wiedza, skroplony czas. Tam jest wszystko i rację ma Wyka, gdy mówi, że wieloznaczność i trudność zdefiniowania poezji Miłosza zawiera się w tym, że ta poezja jest w pewnym sensie najbardziej okolicznościowa, najbardziej czuła na zmienne, nastrojowo–myślowe wyglądy chwili, a równocześnie najmocniej i stale sublimuje je w zagadnienia losu, treści zjawisk, sensu historii.20 Zaiste poezja Miłosza jest sublimacją sensu historii, ale też jest transformacją tego co szczegółowe w to co ogólne, tego co ulotne, w to co wieczne, nieprzemijające. Jest próbą ogarnięcia chaosu,, odważnym spojrzeniem w materię i w ducha, a przy tym jest jedynie chwilowym zapatrzeniem.

Wróćmy jednak na plac kwietny w Rzymie, by stamtąd wraz z poetą przenieść się do okupowanej Warszawy:

 

Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli,

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki,

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo.

 

Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali płatki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Ten wiatr od domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

 

[w. 17 – 32]

 

Czy to jest ten sam ogień? To samo zło? Czy to jest ten sam gwar? Te same śmiechy, te same gesty? – pyta ironicznie Miłosz i odpowiada twierdząco. Koło dziejów obróciło się kilka razy, ale cierpienie pozostało to samo i ta sama pozostała, określana przez ogień i pozostałe żywioły, perspektywa eternalna. Człowiek niczego się nie nauczył, nie odkrył prawd Giordana Bruna, nie wyciągnął wniosku z jego historii. Nadal morduje, bawi się, cieszy i dorzuca kolejne bierwiona do ognia Heraklita. Nie przywiązuje wagi do cierpienia innych. W tego rodzaju uogólnieniach istnieje ryzyko spłycenia i Miłosz w dalszej części wiersza wprowadzi istotne zastrzeżenie, a tym samym jakby ukierunkuje odbiór. Pamiętać też należy, że Poezja Miłosza waha się pomiędzy pamfletem, klasycystyczną notatą według doraźnej rzeczywistości czynioną a profetyczną wizją, górnym i patetycznym rachunkiem znaczeń.21 Taki rachunek – który jest zarazem rachunkiem sumienia – przeprowadza poeta i tutaj. Patrzy na lud rzymski i widzi lud warszawski – patrzy na lud warszawski i widzi Rzymian. Możemy przypuszczać, że poeta siedział na krzesełku tej karuzeli, albo przynajmniej był tam duchowo. W jego liryce autotematyzm kreuje kształt i odbiór wiersza, a nade wszystko staje się pretekstem do komentowania własnego procesu pisarskiego22 Taki rozbudowany komentarz pojawi się w dalszej części Campo di Fiori:

 

Morał ktoś może wyczyta,

Że lud warszawski czy rzymski

Handluje, bawi się, kocha

Mijając męczeńskie stosy.

Inny ktoś morał wyczyta

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.

 

Ja jednak wtedy myślałem

O samotności ginących.

O tym, że kiedy Giordano

Wstępował na rusztowanie,

Nie znalazł w ludzkim języku

Ani jednego wyrazu,

Aby nim ludzkość pożegnać,

Tę ludzkość, która zostaje.

 

[w. 33 – 48]

 

Owo wyliczenie możliwych interpretacji naszkicowanych obrazów i przypisanych im treści jest pierwszym wskazaniem kierunku. Bo przecież mówi też Miłosz o braku współczucia dla tych, którzy umierają, mówi o wiecznym przemijaniu rzeczy tego świata, mówi o zapomnieniu, które przychodzi nieomal w chwili śmierci. Ale też i o ciągłych metamorfozach i nieustannym ścieraniu się przeciwieństw, o nieustannie płonącym ogniu Heraklita.23 Ma on moc ukazywania zła i prawdziwej natury człowieka. Ludzkość Miłosza, ludzkość Giordana przegląda się w ogniu niczym w magicznym lustrze, wpatruje się weń i widzi krew, cierpienie, ciągłe skręcanie się materii w bólu, ciągłe męczarnie ducha. Ale też tylko w takim kosmogonicznym tyglu żywiołów duch ludzkości staje się bytem prostym, pięknym i uniwersalnym. Jak pisze Bruno: Istnieje prawie prosty duch powszechny, który jest powietrzem wypełniającym powszechną próżnię; (...) stąd też nazywany jest duszą, od której odpadają dusze jednostkowe i w którą się wlewają, bądź rozpływają. (...) Drugim bytem prostym jest ujmowany zmysłami jako powszechne światło i ogień, pierwszy żywioł, wszystko oświetlający, obdarzający barwami, kształtujący i ogrzewający.24 W następnych wersach poeta „rozwiązuje” akcję liryczną, a jednocześnie błyskotliwie pointuje. Dowiadujemy się zatem, że tylko słowo poetyckie jest w stanie przeciwstawić się złowieszczej mechanice dziejów, tylko cierpienie może uratować prawdę:

 

Już biegli wychylać wino,

Sprzedawać białe rozgwiazdy,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli w wesołym gwarze.

I był już od nich odległy,

Jakby minęły wieki,

A oni chwilę czekali

Na jego odlot w pożarze.

 

I ci ginący, samotni,

Już zapomniani od świata,

Język ich stał się nam obcy

Jak język dawnej planety.

Aż wszystko będzie legendą

I wtedy po wielu latach

Na nowym Campo di Fiori

Bunt wznieci słowo poety.

 

[w. 49 – 64]

 

Campo di Fiori jest zatem wierszem o wzajemnych relacjach genialnej jednostki i całej ludzkości, o historii i o złu, które pojawia się po drodze. Ale jest też ironicznym traktatem o nieustającym konflikcie tego, co nowe, wykraczające poza czas, z tym co martwe, złe, zachowawcze. Tłem dla tych rozważań jest konflikt między wiecznym ogniem Heraklita a chwilowym żarem duszy – jak mówi Miłosz: Konflikt między uniwersalnym i poszczególnym. Ale to jest chyba konflikt jakoś zasadniczy dla wszystkiego, co pisałem. To jest zupełnie nierozwiązalny, okropny problem. Jak się zacznie myśleć o tym, to wszystko tam jest. Cała zagadka ludzkiego losu.25 Miłosz pragnie rozwikłać tę zagadkę, tak jak pragnęli tego starożytni filozofowie, późniejsi poeci, myśliciele tacy jak Giordano Bruno i wszyscy ci, którzy myśleli o tym o czym rozważał Baltazar z Doliny Issy: o chwili na granicy nie ma i jest, sekunda przedtem nie było, sekunda potem jest, na zawsze, aż do skończenia świata.

           

 

 

 

 

 



[1] F. Braudel, Odnowa historii [w:] Historia i trwanie, Warszawa 1971, s. 31.

[2] Cz. Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 2001, s. 38.

[3] Cz. Miłosz, Wybierając wiersze Jarosława Iwaszkiewicza na wieczór jego poezji, w. 1–5.

[4] Rok myśliwego, s.42.

[5] Tak o nim mówił podczas pamiętnego konklawe z 16 października Prymas Tysiąclecia, por. w mojej książce pt. Tajemnica papieża, Bydgoszcz 1999, s. 81.

[6] Rok myśliwego, s. 42–43.

[7] O wierszu tym por. mój artykuł pt. Cypriana Norwida sięganie w głąb dziejów, „Metafora” 2000–2001, nr 44–46 (50–52).

[8] Rok myśliwego, s.44.

[9] Ibidem, s. 44–45.

[10] Por. też: Wśród mężów stanu, monarchów, wodzów dwudziestego wieku ani jednej postaci, która by odpowiadała naszemu obrazowi królewskiego majestatu, z wyjątkiem Karola Wojtyły. Tylko on mógłby naprawdę grać królów Szekspira. Ibidem, s. 64.

[11] Miłosz we wstępie do Roku Myśliwego mówi: Młodociane marzenia o wyprawach „na tropie przyrody” nie spełniły się, a jednak zostałem myśliwym, choć innego rodzaju: moją zwierzyną był cały świat widzialny i życie poświęciłem próbom uchwycenia go słowami. Dalej poeta cytuje przetłumaczony przez niego wiersz Robinsona Jeffersa pt. Kochaj dzikiego łabędzia i mówi, że mógłby go obrać za motto dla całej jego twórczości. Por. op. cit., s. 8–9.

12 Cz. Miłosz, Campo di Fiori, w. 1–16.

13 Por. A. Nowicki, Giordano Bruno, Warszawa 1979, s. 21.

14 K. Wyka, Płomień i marmur [w:] Rzecz wyobraźni, Warszawa 1977, s. 262.

15 Znamienne są tutaj słowa Miłosza: Herezja zaczyna się od drobnego przechylenia w tę stronę albo w inną. Ale ostatecznie całe chrześcijaństwo uczy przecież upadku. Raj–upadek, ludzka natura–upadek. [w:] A. Fiut, Rozmowy z Czesławem Miłoszem, Kraków 1981, s. 75.

16 M. Szmyd, Czesława Miłosza spotkania z filozofią, „Koniec Wieku” 2001/2002, nr 17/18.

17 Por. trafne zdanie Wyki: Konsekwencja pesymizmu Miłosza, jego eschatologiczny wyraz są środkami, które poprzez zupełność zwątpienia, zacierając ślady doraźnego pochodzenia tego pesymizmu, nadają mu godność powszechnej wizji rzeczywistości, ważnej niezależnie od jej źródeł. op. cit., s. 261.

18 Ibidem, s. 263.

19 A. Fiut, op. cit., s. 77.

20 K. Wyka, Ogrody lunatyczne i ogrody pasterskie [w:] Rzecz wyobraźni, Warszawa 1977, s. 265.

21 Ibidem, s. 266.

22 Por. J. Dudek, Europejskie korzenie poezji Czesława Miłosza, Kraków 1995, s. 42.

23 Miłosz wielokrotnie podkreślał wagę dla jego doświadczeń lektury Heraklita. Por. np. te oto słowa: Heraklita czytałem. Tylko ile można czytać Heraklita, tzn. co się dochowało. Trochę, te fragmenty, które się dochowały. [w:] A. Fiut, op. cit., s. 69.

24 G. Bruno, O tych, które są prawie proste (niezłożone), przeł. A. Nowicki [w:] A. Nowicki, op. cit., s. 288.

25 A. Fiut, op. cit., s. 70.

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli