Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

 

Z. Marek Piechocki    


Charles Bukowski (1920 -1994)

 

   Awanturnik, skandalista, kobieciarz, hazardzista, alkoholik, człowiek przez duże C, wieczny outsider, nieufny wobec wszystkich, apolityczny z zasady, wielki miłośnik muzyki klasycznej, znakomity (teraz na Zachodzie kultowy) poeta i pisarz. Pozostawił po sobie kilkaset wierszy, kilkanaście książek, a przecież przez tak wiele lat odrzucano to, co pisał: „Dziękujemy za przesłane wiersze, które przeczytaliśmy z uwagą i zainteresowaniem. Nie widzimy, niestety możliwości opublikowania ich w naszym piśmie”. Jego pierwsze opublikowane opowiadanie ukazało się w nowojorskim piśmie Story, tak więc Bukowski miał wtedy dwadzieścia cztery lata i pierwsze honorarium – 25 dolarów. Potem przez wiele lat nic. Dopiero właściwie rok 1957 – to osiem wierszy w piśmie „Harlequin” i 1960, kiedy to ukazała się jego pierwsza „prawdziwa książka” – tom wierszy pt. „Kwiat, pięść i dziki lament”. Po niej to już jedna, po drugiej kolejne pozycje. Tomiki wierszy, zbiory opowiadań, a w 1971 roku powieść „Listonosz”, będąca zapisem jego pracy dla, jak mówił, „Wuja Sama” na poczcie amerykańskiej. A więc sława, też pieniądze, które skwapliwie wydawał na alkohol, kobiety i grę na wyścigach konnych. Dzięki niestrudzonemu, a zachwyconemu pisarstwem Bukowskiego tłumaczowi na język niemiecki Carlowi Waissnerowi stał się sławny w Europie. Zwłaszcza w Niemczech, z których przecież pochodził poeta, ale także we Francji i Anglii. U nas, w Polsce od paru lat za sprawą wydawnictwa Noir Sur Blanc, które wydaje jego książki i nie tylko. I chwała mu za to.

 

   Urodził się Charls Bukowski w Niemczech 15 sierpnia 1920 roku, tak więc tuż po pierwszej wojnie światowej, w niewielkiej miejscowości nad Renem – Andernach. Po pięćdziesięciu czterech latach odwiedził kraj swojego urodzenia, ale o tym może później. Jego ojciec, żołnierz amerykański uczestniczący w tamtej wojnie, ożenił się z Niemką. Poznali się w domu, w którym stacjonował Henry Bukowski. Na parterze tego do dzisiaj stojącego budynku kwaterowali żołnierze, na piętrze lokatorzy – Niemcy… Kiedy mały Charls miał trzy lata wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, konkretnie do Los Angeles, gdzie przez następnych pięćdziesiąt lat mieszkał, tworzył.

 

   Dzieciństwo pisarza upłynęło w bardzo złej atmosferze domowej. Zastraszona matka, preferujący kapralskie wychowanie syna ojciec. Tresura, bicie, zmuszanie do ciężkich, ponad siły małego chłopca prac domowych. Dość agresywna odmiana trądziku leczonego bez efektów przez kilka lat, eliminowała młodego, wrażliwego młodzieńca z towarzystwa rówieśników. Zresztą ślady tamtej choroby na twarzy miał Bukowski całe życie – kiedy go pytano, jak się dorobił tego zeszpecenia, żartował, że miał miłe spotkanie z niedźwiedziem. Tak więc już w tamtych latach przyszły poeta uciekał w samotność, wyobcowywał się, leżał godzinami w swoim pokoju na piętrze, liczył przelatujące samoloty, słuchał muzyki klasycznej z małego radyjka albo włóczył się po przedmieściach Los Angeles. Kiedy mu wchodzono w drogę, tłukł się. Wracał, już wtedy, pijany do domu. Domu, którego de facto nie miał. O swoim ojcu napisze po latach: wredny sukinsyn o śmierdzącym oddechu. Taaa, sporo o nim napisałem przez te wszystkie lata, bo sądzę, że od tego wszystkiego się zaczęło – od kiedy z obrzydzeniem uświadomiłem sobie, że potrzeba czegoś niezwykłego, jak picie, pisanie czy muzyka klasyczna, żeby stanąć ponad takimi ludźmi. Spuszczał mi straszliwe manta, które skończyły się dopiero w dniu, kiedy oddałem. W wieku szesnastu lat rozłożyłem go jednym ciosem. Nigdy więcej mnie nie dotknął. Lecz obrzydzenie, jakie zostawił mi na całe życie, nigdy mnie nie opuściło. Ale obrzydzenie jest lepsze od złości.

 

   Swoje dzieciństwo opisał Bukowski w opowiadaniach zawartych w książce pt. „Z szynką raz”. Polecam.

 

   Wspomniałem o fascynacji Charlesa muzyką klasyczną. Był naprawdę jej wielkim miłośnikiem. W Jego kolejnych mieszkaniach (w pewnym okresie życia zmieniał je bardzo często, niekiedy zwiewając by nie zapłacić komornego) ciągle można było słyszeć utwory Brahmsa, Chopina, Beethovena, Mahlera, Brucknera, Mozarta. Nierzadko w wierszach można napotkać te nazwiska, muzyka jest tłem lub pretekstem. Niekiedy leczy:


słucham w radiu Brucknera

dziwię się, że mi trochę nie odbiło

po ostatnim rozstaniu ze swoją

ostatnią dziewczyną...

 

...słuchanie w radiu Brucknera

wydaje się szczytem spokoju”...

to fragmenty wiersza „Klęska”, i z innego:

...słucham Brahmsa i pogryzam

ser pleśniowy z meksykańskimi papryczkami” ...

i jeszcze taki:

Słodka muzyka

 

To więcej niż miłość bo nie

rani; rano

włącza radio, Brahms lub Ives

lub Strawiński lub Mozart, gotuje

jajka licząc na głos sekundy: 56,

57,58... obiera jajka, przynosi

mi je do łóżka, po śniadaniu siada

na tym samym krześle, znowu słuchanie muzy-

ki klasycznej, jej pierwsza szklaneczka

szkockiej i trzeci papieros. Mówię

że muszę iść na wyścigi. jest tu

jakieś dwie noce i dwa dni. „kiedy

się znów zobaczymy?” – pytam. daje

do zrozumienia że to zależy ode mnie. Kiwam

głową a Mozart gra.

 

   I tak przy okazji tego wiersza: kobiety i wyścigi. Rzeczywiście, kiedy Bukowski stał się znanym w Stanach, kobiety, które dotąd jakby nie zauważały jego istnienia – zaznajamiał się jedynie z prostytutkami i bywalczyniami barów, alkoholiczkami – jak on – teraz zasypywały Go listami, telefonami, ofertami małżeństwa itd…. Jego numer można było z łatwością znaleźć w książce telefonicznej – 462-06-14.

 

Jak to możliwe, że jest pan w książce ?

 

kiedy dzwonią kobiety, mówię:

tak, p i s z ę, jestem pisarzem

tylko ostatnio nad niczym nie pracuję.

 

trochę mi głupio do pana dzwonić –

mówią – byłam zaskoczona

że jest pan w książce telefonicznej.

 

mam po temu powody – mówię –

ale właśnie, może by pani wpadła

na piwo?

 

nie będzie panu przeszkadzać?

i przychodzą

piękne kobiety

rozkosz dla umysłu, ciała, oczu.

 

na ogół do niczego nie dochodzi

ale jestem do tego przyzwyczajony

miło jest zresztą

bardzo miło jest na nie patrzeć –

a poza tym

z rzadka jednak zdarzają się chwile

niespodziewanego fartu.

 

pięćdziesięciopięciolatek, który nie użył sobie

przed 23. rokiem życia

a potem aż do pięćdziesiątki niezbyt często

powinien chyba zostać

w książce Pacific Telephone

póki nie pochędoży tyle

co przeciętny mężczyzna

 

oczywiście będę musiał nadal

pisać nieśmiertelne wiersze

ale inspiracji nie brakuje.

 

   Jego zamiłowanie do hazardu objawiło się między innymi grą na wyścigach konnych. Tor był miejscem, gdzie wypoczywał, spotykał znajomych nooo... i oczywiście grał! Trzeba przyznać, że nieźle mu szło i czasem wygrane były jedynym źródłem utrzymania. Sporo wierszy, opowiadań poświęcił wyścigom. Wszak to część jego życia:


...obserwowałem tablice świetlną, za konia numer 6 płacili 9 do 1

rano dawali 12 do 1, a przez chwilę nawet

18 ... dwie minuty do wystrzału, gruby facet

wlazł mi na plecy, zdecydowałem się,

postawiłem na dwudziestkę i zszedłem z pomostu...

 

I jakże piękny ten w całości, pt. „numer 6” przecież nie tylko o koniach, wyścigach:

 

wybiorę konia numer 6

mam kawałek do przejścia

z papierowym kubkiem kawy

w ręce

w deszczowe popołudnie,

wiatr przegania

małe strzyżyki z

dachu nad wyższymi rzędami ławek,

dżokeje wychodzą

na drugą z trzech gonitw

cisza

tylko spokojny deszcz

w jednej chwili

upodabnia wszystko

do siebie.

konie utrzymują między sobą

pokój

tuż przed pijaną wojną

i ja pod dachem

wymacuję

paczkę papierosów

sięgam po kawę

właśnie przechodzą konie

zabierając ze sobą swoich

małych ludzi –

jest tak pogrzebowo i wdzięcznie

tak radośnie

jak gdyby otwierały się

kwiaty.

 

   Ukończył szkołę średnią, potem, w latach 1940-1941, trochę studiował w City Collage dziennikarstwo, język angielski, teatr, historię. Jednak lata młodzieńcze to przede wszystkim przedmieścia i robotnicze dzielnice wielkich miast. Poszukiwanie pracy, głodowanie, pomieszkiwanie w najbardziej obskurnych hotelikach albo w pokoikach do wynajęcia, wędrówki po Stanach, pijatyki, bijatyki, alkohol ... Zacząłem ten tekst od słowa „awanturnik” – taką to naturę miał Bukowski, awanturnik o gołębim sercu. Dochodził często swego pięściami, ale jak nikt potrafił zobaczyć biedę człowieka takiego jak on sam – wyrzutka, outsidera, alkoholika – i rozczulić się nad nim. Większą czułość miał dla zabitego albo zamarzniętego wróbla na schodach niż dla niektórych ludzi, zwłaszcza tych z tzw.” świecznika”. Ośmieszał ich, niekiedy specjalnie, z premedytacją szokował swoim zachowaniem. Na z założenia nobliwych „wieczorach autorskich” czytał swoje najbardziej obsceniczne wiersze, upijał się

i nie kończąc, wychodził. Najczęściej do najbliższego baru.

Pił przez całe dorosłe życie. I pisał o tym swoim piciu, głodzie, awanturach, kacu, straconych przez alkohol kobietach:

 

na wpół pijany

zmyłem się z jej mieszkania

porzuciłem jej ciepłe koce

miałem strasznego kaca

i nie wiedziałem nawet, w jakim mieście

jestem.

szedłem i szedłem i

nie mogłem znaleźć swojego samochodu.

ale wiedziałem, że musi gdzieś być.

wtedy się

zgubiłem...

 

I z „Kiepskiego wieczora”:

 

wyszedłeś z domu, powiedziała,

i zacząłeś kopać samochód tego faceta

potem rzuciłeś się w żywopłot

i połamałeś

cały

nie wiem jakie męki

przechodzisz...

 

kiedy poszła, podniosłem krzesło

wyrzuciłem je przez okno. wokoło

było dużo szkła.

złamałem też żaluzję...

 

   Żeby skończyć już temat (spróbuję już do niego nie wracać), zacytuję samego Bukowskiego: Alkohol jest prawdopodobnie jedną z najlepszych rzeczy, jakie pojawiły się na ziemi – oprócz mnie, taaak... to dwa z największych objawień na powierzchni ziemi. Więc... pasujemy do siebie. Na większość ludzi działa skrajnie niszcząco. Ja jestem tu wyjątkiem. Większość mojej twórczości powstaje pod wpływem. Tak samo z kobietami, no wiesz, kochając się zawsze byłem małomówny, więc alkohol pozwolił mi w seksie na więcej swobody. Rozluźnia mnie, bo w gruncie rzeczy jestem nieśmiałą, zamkniętą w sobie osobą ... więc go lubię… taaak.

 

   Trudno jednak, pisząc o Bukowskim nie wspominać o alkoholu, piciu. Bo jak opowiedzieć o filmie „Ćma barowa”, filmie o Nim samym, do którego napisał scenariusz, jeśli można Go tam zobaczyć (znakomita rola Mickey’a Rourke’a) albo pijanego, albo skacowanego, albo idącego do baru. W międzyczasie pisze wiersze, rozrzuca kartki z nimi po pokoju... Tytułowa „ćma” – to nikt inny jak polski menel wracający do baru mimo kolejnego wyrzucenia za drzwi. Tak też było w podróży do Francji i Niemiec. No dobrze, już nic o alkoholu. Jest rok 1977. Bukowski, sławny już, zwłaszcza w swoich ojczystych Niemczech za sprawą swojego tłumacza Carla Weissnera i wydawców francuskich Rodina i Jardina, ląduje najpierw w Paryżu. Towarzyszy mu przyjaciółka, późniejsza żona, Linda Le. W 1979 roku ukazała się autobiograficzna książka opisująca tę wyprawę. Jej tytuł: „Szekspir nigdy tego nie robił”, z wieloma zdjęciami znanego fotografika Michaela Montforta – przyjaciela i mentora podróżującej pary. No cóż. Występ w publicznej telewizji paryskiej, w programie literackim skończył się wyrzuceniem na bruk pijanego poety. Ale, jak pisały gazety: „wreszcie coś w tym zakostnieniu się ruszyło”; Barbet Schroeder – reżyser i współtwórca „Ćmy” – „Francuska telewizja nigdy jeszcze czegoś takiego nie pokazała”. Tak więc nie za bardzo sobie Bukowski zaszkodził. Jak zawsze. Z Francji do Niemiec – kraju urodzenia, pierwszych lat życia Charlesa. Nostalgiczna wizyta w Andernach. Odwiedziny u jeszcze żyjącego, mającego 90 lat wujka Heinricha, zwiedzenie kilku miast, kilku zamków. Nieustanne picie niemieckich win – samemu i w towarzystwie. No i główny punkt programu: wieczór autorski w Hamburgu. Markthalle – 18 maja 1977 godz. 20.30 – wstęp 10 DM. To był czwartek. Hala wypełniona po brzegi – 1200 osób na 800 miejsc.Widownia pod unoszącymi się stróżkami dymu z papierosów: pijana, naćpana, trzeźwa i szalona, oczekująca. Poeta- dla kurażu wypija drinka i przebija się przez tłum do stolika. Czasem ktoś mnie rozpoznawał i wyciągał do mnie rękę z butelką. Piłem z każdej podsuwanej butelki, w miarę jak posuwaliśmy się do przodu. Kilka kamer, mikrofony. W wiaderku dobre niemieckie, białe wino. Bukowski czyta wiersze. Tłum hamburski był dziwny. Kiedy przeczytałem im wiersz rozśmieszacz, śmiali się, ale gdy przeczytałem wiersz poważny, zareagowali gromkim aplauzem. W rzeczy samej to inna kultura. Być może dlatego, że przegrali z rzędu dwie ważne wojny, być może dlatego, że ich miasta zostały zbombardowane do szczętu, miasta ich rodziców. Nie wiem. Moje wiersze nie są intelektualne, ale niektóre są poważne i szalone. Naprawdę pierwszy raz mi się zdarzyło, że tłum je rozumiał.

Potem było podpisywanie książek – i znowu tłum niemiecki okazał się inny - ...oni mieli moje książki!

   Napisał Bukowski w Niemczech kilkanaście wierszy. To jeden z nich, opowiadający niewielką historyjkę z podróży po Renie. Jakże pouczającą:

 

wycieczka po Renie

 

Ren jest brudny

w Renie nie ma ryb

kelner przynosi nam białe wino

a potem słyszymy –

amerykańskiego chłopaka

pijącego piwo

i opowiadającego, jak

dymał 3 zagubione niemieckie dziewczyny

i opowiadał to głośno

się śmiejąc

ten skurwysyn jest Amerykaninem

mówi po angielsku

i ma te 3 niemieckie dziewczyny

ze sobą.

nie rozumieją go.

patrzymy przez okno

szukając wzrokiem zamków

widzimy jedynie fabryki

a ten skurwysyn jest Amerykaninem

i śmieje się śmiechem który jest bardzo

fałszywy.

szczęściem nie jesteśmy na 9-dniowym rejsie

z nim –

tylko 2 godziny

do Moguncji.

pijemy wino i czekamy

aż to się

skończy.

 

   Sporą część swoich wierszy, opowiadań poświęca Bukowski kobietom. Kontaktom z nimi, przyjaźniom, miłości – tej duchowej, często tej cielesnej. Używa wulgaryzmów, opisuje sytuacje, od których zazwyczaj nawet kamera się odsuwa. Przyznam, że pierwszy wiersz jaki przeczytałem z przypadkowo znalezionej w warszawskim empiku książki, był właśnie taki. Nawet pomyślałem, a cóż to za nowy Henry Miller o polskim nazwisku? Miller wypowiadał się o wierszach Bukowskiego (1963) entuzjastycznie, nie miał jednak ochoty spotkać się z poetą, przerażony dochodzącymi informacjami o pijackich ekscesach Bukowskiego. Książka, którą wtedy wziąłem do ręki to zbiór wierszy pt. „Miłość to piekielny pies”. Myślę, że do wierszy „seksualnych” każdy powinien dotrzeć sam. Mnie zafrapowały inne. Mianowicie te, w których opowiada Bukowski o człowieku, jego doli, przeżyciach, losie, przedziwnych jego kolejach, upodleniu, które gotują mu bliźni albo ŚWIAT. Zauważa poeta drobnostki, obok których inni przechodzą obojętnie – najczęściej nawet nie chcą ich zobaczyć, pomijają, omijają jak coś niepotrzebnego, zawadzającego, niewartego uwagi. Jest mi bliskie i Jego umiłowanie chwili, i świadomość jej przemijania:

 

Liście palmy

 

dokładnie o północy

z 1973 na 1974

w Los Angeles

zaczął padać deszcz

na liście palmy za moim oknem.

wystrzeliły petardy i zatrąbiły klaksony

niebo zagrzmiało.

 

poszedłem spać o 9 wieczorem

wyłączyłem światło

nakryłem się pościelą –

ich radość, ich szczęście

ich okrzyki, ich papierowe kapelusze,

ich limuzyny, ich kobiety,

ich amatorskie pijaństwo...

 

witanie Nowego Roku zawsze mnie przeraża

 

życie nie ma pojęcia o latach.

 

teraz klaksony umilkły

umilkły petardy i burza...

wszystko skończyło się w pięć minut...

słyszę jedynie deszcz spadający

na liście palmy

i myślę że

nigdy nie rozumiem ludzi,

ale udało mi się przeżyć.

 

Wierszy, które chciałbym tutaj zacytować, które mnie szczególnie fascynują jest tak wiele, a to przecież tylko felieton. Tak więc może jeszcze tylko dwa króciutkie:

 

do stróżów miłosierdzia                                     spotkałem geniusza

                

ma sens                                                              dzisiaj w pociągu spotkałem

każde umieranie ma sens                                   geniusza

każde zabijanie każda śmierć każde                 miał ze 6 lat

przemijanie,                                                        siedział obok mnie

nic nie jest daremne                                           pociąg

nawet szyja                                                       zaczął jechać wzdłuż wybrzeża

muchy,                                                              kiedy dotarliśmy do oceanu

                                                                           chłopak odwrócił się do mnie

kwiatek                                                             i powiedział:

mija całe armie                                                  tu jest brzydko.

i jak mały chłopiec

który chce się pochwalić                                   wtedy pierwszy raz zdałem

zadziera do góry swój                                       sobie z tego sprawę

kolor.

 

   Z rzadka tylko wypowiadał się Bukowski o współcześnie żyjących poetach, pisarzach, w każdym bądź razie niezbyt pochlebnie. Nawet o takich jak Ginsberg, który przecież przeszedł do historii literatury amerykańskiej. Cenił sobie poezję Walta Whitmana, prozę Andersona, Hemingwaya, Celine’a –kiedy pierwszy raz czytałem Celine’a, poszedłem do łóżka z wielką paczką krakersów Ritz. Zacząłem czytać i jeść te krakersy, śmiać się i jeść krakersy. Przeczytałem powieść od dechy do dechy bez przystanków. A pudełko Ritzów było puste. Trzeba było mnie widzieć. Nie mogłem się ruszać. Oto co zrobi z tobą dobry pisarz. Niemal cię, kurde, zabije... zły zresztą też.

I jeszcze może kilka Jego zdań na temat poezji: ...poezja na przestrzeni wieków to prawie totalna bzdura. Kant. Fałszywka. Było kilku dobrych poetów, nie zrozumcie mnie źle. Jest taki chiński poeta zwany Li Po. Potrafił włożyć więcej uczucia, realizmu i pasji w cztery, pięć prostych linijek niż większość poetów w dwanaście czy czternaście stron swojego gówna. I pił wino. Cesarze go kochali, bo byli w stanie zrozumieć o czym mówił. Zwykł palić swoje wiersze i żeglować w dół rzeki

pijąc wino. No ale, oczywiście, palił tylko złe wiersze! Co próbowałem zrobić, jeśli wybaczycie to pokazać tę stronę życia, którą widzi fabryczny robotnik... wrzeszczącą żonę, gdy wraca z pracy do domu. Podstawowe fakty egzystencji zwykłego człowieka... coś, o czym rzadko wspominało się w poezji przez stulecia.

Z tomu „krucyfiks w ręku śmierci” (1963-1965) fragment wiersza „robotnicy”:

 

byłem wśród nich

przez wiele lat;

na początku ich praca

wydawała mi się

monotonna, nawet

głupia

ale teraz widzę

że wszystko ma sens,

że pracujący

bez twarzy

nie są wcale tacy

brzydcy, że głowy

bez oczu –

teraz wiem że te oczy

też widzą

że potrafią

robić to co robią.

pracujące kobiety

są często najlepsze,

przystosowują się do tego naturalnie,

z niektórymi z nich

kochałem się w czasie przerw;

z początku kojarzyły mi się

z małpami w kobiecym ciele

ale potem kiedy

zrozumiałem więcej

zdałem sobie sprawę

że są tak samo żywe

i prawdziwe jak ja.

 

parę nocy temu

stary pracownik

siwy i ślepy

a więc już bezużyteczny

odszedł na rentę

odszedł Tam

 

przemowy! chcemy przemowy!

krzyczeliśmy

 

to było prawdziwe

piekło, powiedział...

 

I aby zakończyć temat pracy, robotników, to wiersz z tomu „płonąc w wodzie tonąc w ogniu” z lat 1972-1973 o tych panach, którzy i nas niekiedy za wcześnie budzą:


śmieciarze

 

już tu są

ci goście

szara ciężarówka

głośno włączone radio

 

spieszą się

 

to musi ich podniecać

rozpięte koszule

wystające brzuchy

 

wyciągają kubły ze śmieciami

toczą do podnośnika

potem ciężarówka miele to wszystko

robiąc za dużo hałasu

 

pewnie musieli wypełniać odpowiednie formularze

aby dostać tę robotę

opłacają domy i

jeżdżą najnowszymi modelami samochodów

 

i w sobotnie noce upijają się

 

teraz kiedy w Los Angeles dogrzewa słońce

biegają w tę i z powrotem z kubłami śmieci

 

wszystkie te śmieci gdzieś znikają

 

a oni krzyczą do siebie

już siedzą w samochodzie

jadą na zachód w kierunku morza

 

i żaden z nich nie wie

że istnieję

 

SPÓŁKA OCZYSZCZANIA REX

 

I już na zakończenie o wierszach, wiersz „ubóstwo” -   bez jakiegokolwiek komentarza czy próby oceny, a rzecz o szukaniu człowieka. Owszem, był Bukowski w pewnym sensie człowiekiem samotnym, myślę, że tą samotnością, która odróżniała go od innych, odgradzała – samotnością innego sposobu patrzenia na świat, ludzi – jego, ich rozumienie, komentowanie w sobie - artykułowane pisaniem. To ta samotność pośród ludzi, która nie pozwala na komunikowanie się z nimi, kiedy widzimy „ponadnormalnie”. A co o niej poeta ? - ...bez ludzi, przeważnie mogę się obejść... nigdy nie czułem, że inna osoba mogłaby wejść i wyleczyć to, co mnie gryzie... tam na zewnątrz nic nie ma. To głupota. Głupole spotykają się z głupolami. Niech się ogłupiają sami ... żal mi milionów, ale nigdy nie czułem się samotny. Lubię siebie. Jestem najlepszą rozrywką jaką mam!

- ale też:

 

nie mogą uwierzyć

że często teraz

skręcam się w swoim pokoju

chwytam się za brzuch

i powtarzam:

„Jezu, Jezu, Jezu, już

nie!”

nie mogą uwierzyć

że niekochani ludzie

ulice

samotność

ściany

są także moim udziałem.

i kiedy odkładam słuchawkę

myślą, że zachowałem swój sekret

dla siebie.

 

nie piszę dlatego, że coś

wiem.

kiedy zadzwoni telefon

także chciałbym usłyszeć słowa

które przyniosłyby

ulgę...

 

No tak, czy klown może rozśmieszyć siebie? Może dlatego pisze:

 

przy życiu trzyma cię człowiek

którego nigdy nie widziałeś,

ten który może przyjść do ciebie

któregoś dnia

 

nie ma go na ulicy ani

w żadnym budynku, nie ma na

stadionie,

a jeśli tam jest

pewnie go nie zauważyłem.

 

nie jest jednym z naszych prezydentów.

nie jest politykiem ani aktorem.

 

ciekawe czy w ogóle gdzieś jest.

 

idę ulicą

mijam apteki i szpitale

teatry i kawiarnie

i zastanawiam się czy gdzieś tam go nie ma

 

wypatruję już tak z pół wieku

i ani razu go nie widziałem.

 

prawdziwego człowieka, naprawdę żywego,

powiedzmy że siedzi i zapala papierosa

opuszcza ręce na stół

 

widzisz jego oczy

jak oczy tygrysa które patrzą w dal

nie zważając na wiatr

 

ale kiedy tylko opuści ręce na stół

widzę zawsze

inne oczy

patrzące na mnie,

nigdy nie te.

 

niedługo będzie na to za późno

i przeżyję życie

patrząc na apteki, koty, pościel, ślinę,

gazety, kobiety, drzwi i inne towary,

ale nigdzie nie ujrzę

żywego człowieka.

 

   John Bryan, przyjaciel Bukowskiego, pracował w „Herald Examiner” skąd wywalili go po tym, jak się postawił, kiedy to redaktor naczelny chciał wyretuszować na okładce pisma (numer bożonarodzeniowy) narządy płciowe małemu Jezuskowi leżącemu w żłóbku. Założył Bryan swoje własne pismo. Nazywało się „Open City”.

...Open City” zadziera z grubymi rybami, z największymi szychami w mieście, a tych jest całkiem sporo, zwłaszcza TERAZ, maszerujących po ulicach miasta jak rewolwerowcy w kiepskich westernach, a wśród tych szych są – wierzcie mi – naprawdę wredne skurwiele. Tak że praca dla Open City – prawdopodobnie najbardziej żywotnej gazety tego rodzaju w całych Stanach – sprawia większą frajdę i niesie ze sobą o wiele większe ryzyko. Z jednym tylko zastrzeżeniem – z samej frajdy i poczucia zagrożenia ledwie starcza na margarynę do tosta i na żarcie dla kota; po pewnym czasie kończy się na tym, że toster wyrzuca się na złom, a potem samemu zjada kota.

Kilkanaście miesięcy, tydzień w tydzień, ukazywały się w tej gazecie materiały Bukowskiego. Autor ostro komentował wydarzenia polityczne, z dużą wrażliwością reagujeącna kwestie społeczne, w mocnych, niekiedy drastycznych i jak zawsze

niepozbawionych refleksji zdaniach opisywał własne życie, twórczość, spotkanych „w drodze” ludzi. Nie wymagało to ode mnie żadnego wytężania się czy przemyślanej dłubaniny... jakby nie istniał żaden przymus – siedziałem po prostu przed maszyną, piłem piwo i pozwalałem, by samo to szło. Dzisiaj możemy te pisane przez czternaście miesięcy „cotygodniówki” przeczytać w książce pt. „Zapiski starego świntucha” – polecam !

Może pokuszę się kiedyś o opisanie tej książki. Mnie zachwyciła. To są te „bebechy”, o których można powiedzieć – chcę je zobaczyć ! Tu – przeczytać !

 

   Ostatnie lata życia Bukowskiego upłynęły w jako takiej stabilizacji. W 1985 roku ożenił się ze swoją wieloletnią przyjaciółką Lindą, kupili dom w San Pedro w Kalifornii. Sam o starzeniu się, tym czasie, o sobie mówił: …pisanie to nie taka zła sprawa dla starego człowieka, jak sądzę... w środku czuję się taki sam – tylko silniejszy, kiedy w miarę upływu lat piszę coraz lepiej... każdego dnia budzę się około południa, jemy z Lindą jakieś śniadanie, później jadę na tor i obstawiam konie, unikając ludzi mówiących „Hej, Bukowski prawdziwa ćma barowa!” Potem wracam i pływam trochę i jemy kolację i idę na górę i siadam przy komputerze i otwieram flaszkę i słucham Mahlera albo Sibeliusa i piszę, z tym rytmem, jak zawsze.

Zmarł 10 marca 1994 roku.

   Leszek Engelking, tłumacz książek Charlesa Bukowskiego – o nim : ...to facet, którego za każdym razem czyta się inaczej. I myślę, że mówiłby do rzeczy nawet po trzynastym piwie. A nie ma takich zbyt wielu. A kiedy Poeta zmarł : Rak. To dziwne, ale wydawał mi się młodszy, znacznie młodszy. I jakiś taki, cholera, odporny. Może nawet niezniszczalny. Chciałem Go odwiedzić w podróży do Stanów. Wiedziałem nawet, co dla Niego zabiorę, karton naszego piwa i parę paczek popularnych, żeby było przy czym pogadać.

   Sam zmarł niewiele później podczas podróży do Indii w nie do końca znanych okolicznościach. Wiemy, że w wypadku doznał rozległych poparzeń i umierał przez długich pięć dni w prowincjonalnym hinduskim szpitalu.

Żal obu śmierci, i... jak każdej.

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli