Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Andrzej K. Waśkiewicz


Od realsocu do realkapu

 

Magdalena Abakanowicz   "Literackie obrachunki z socjalizmem" - tak organizatorzy pewnej konferencji określili temat mojego wystąpienia. Niby proste, bo tak oficjalnie nazywał się ustrój państwa. I zdaje się - chodziło im o to, bym zajął się bojami, które pisarze toczyli z owym państwem. Na przemian - afirmując i potępiając. Niekoniecznie różni pisarze, państwo się zmieniało, więc i autorskie światopoglądy też ewoluowały. Ja wszakże zajmę się wycinkiem tylko, tym mianowicie nurtem, który tak czy inaczej wiązał się ze tosunkami produkcji i generowanymi przez nie stosunkami społecznymi. Takimi więc dziełami, które za tło miały zakład pracy, za bohaterów zaś pracujących w nich ludzi. Wpierw cierpiący i eksploatowany proletariat, potem zaś przodującą klasę, hegemona i podmiot dziejów.

     Nie da się tego zrobić rozpoczynając od 1945. Trzeba cofnąć się do międzywojennego dwudziestolecia, a i wcześniej - do końca wieku XIX.

     Ustrój   panujący po II wojnie nosił nazwę demokracjiludowej, potem przyjęło się raczej mówić o realnym socjalizmie, w skrócie - realsocu. Krok za przodującym w bloku państwem, którego ustrój - od czasów Leonida Breżniewa - nazywał się rozwiniętym socjalizmem.

     Ale - i to trzeba pamiętać - jedna z najsilniejszych partii w Polsce międzywojennej zwała się Polską Partią Socjalistyczną, z niej wywodził się Józef Piłsudski. Równie silny był ruch ludowy, też przecież w swej istocie antykapitalistyczny, a przynajmniej zwrócony przeciw wielkiej własności, po równi - ziemskiej i przemysłowej. Nie inne było nastawienie partii sytuujących się po prawej stronie sceny politycznej, zwłaszcza

narodowo-demokratycznych,   chadeckich i narodowo-radykalnych. Może   i   to   warto pamiętać, że - jeśli nie liczyć lat dwudziestych,   także   Polska   międzywojenna   była   państwem autorytarnym. Tyle od strony politycznej. Jeszcze bardziej zawikłane są sprawy ściśle literackie.

     Literatura   polska   nie   miała   właściwie   powieści mieszczańskiej. Tak jak istniała ona w literaturze niemieckiej, angielskiej, czy francuskiej. Rodowód inteligencji polskiej był szlachecki. To owi "wysadzeni z siodła", z których po równi wywodzili się Piłsudski, Waryński i Dzierżyński. Nie inna była genealogia pisarzy. Według ankiety z r. 1929 32, 9 proc. pisarzy wywodziło się ze środowisk ziemiańskich (które stanowiły 0,6 proc, ogółu mieszkańców), ze środowisk chłopskich (52,8 proc. mieszkańców) - 1,9 proc. Najliczniejsza grupa (56, 3 proc.) wywodziła się ze środowisk inteligenckich ("pracownicy umysłowi i wolne zawody") - wśród ogółu mieszkańców stanowili oni 5,1 proc. Tradycyjne mieszczaństwo ("kupcy, przemysłowcy, bankierzy itp", 6 proc. mieszkańców) dało 5,1 pisarzy. Dodajmy, iż ze środowisk   robotniczych   i   rzemieślniczych   (35,   5 proc. mieszkańców) wywodziło się 3,8 proc. pisarzy. Przy czym grupa "inteligencji" to coś zupełnie innego niż rosyjscy raznoczyńcy, to albo synowie zdeklasowanych ziemian, albo zasymilowanych Żydów,   albo   wreszcie   inteligencji urzędniczej. Powiedzmy wreszcie i to, iż przemysł polski w dwudziestoleciu to albo kapitał obcy, albo własność żydowska. Pracownicy wszakże byli Polakami. Stąd antykapitalistyczna tendencja znakomicie dawała się   łączyć   z   tendencjami   narodowymi,   antyżydowskimi, antyniemieckimi. Obrona polskiej własności - ziemskiej zwłaszcza - to obfity nurt literatury późnych dziesięcioleci XIX i pierwszych w. XX. Od Prusa, Weyssenhoffa do Rodziewiczówną.

     Szczególna sytuacja kraju pod zaborami trzech państw, prowadzących - z różnym natężeniem - politykę wynaradawiania i eksploatacji sprawiała, iż naturalne wówczas tendencje tworzenia się średniej i wielkiej własności przemysłowej i kapitałowej były ograniczone. I nie interesy tej grupy posiadały zdolności wartościotwórcze.   Stąd literatura polska nie zna wielkiej powieści mieszczańskiej, dziejów wzrostu i upadku rodzin i fortun, wedle wzoru Mannowskich Buddenbrooków. Zna natomiast - to wzór Lalki Prusa - powieść o romantycznej miłości, w której kapitał jest środkiem, nie celem. Kapitał zresztą zdobyty w Cesarstwie, jakkolwiek zainwestowany w Królestwie. Niby sukces, a przecież klęska. Och, jest w literaturze polskiej dzieło przedstawiające sukces dorobkiewicza. To Rodzina Połanieckich Sienkiewicza   (prwdr.   1893-1894),   tyle,   że jej bohater, wzbogaciwszy się na handlu zbożem, wraca tam skąd wyszedł - do warstwy ziemiańskiej. Ale przecież wzorcem, który miał potem powracać w różnych ujęciach była Powracająca fala Bolesława Prusa (prwdr. 1880), przedstawiająca, wedle encyklopedycznej definicji,   "konflikt obcego kapitału [...] z polską siłą najemną". W późniejszych mutacjach kapitał mógł być polski, mógł być   nawet   państwowy   ("socjalistyczna   własność   środków produkcji"), niemniej jednak pisarze z reguły przyjmowali optykę siły najemnej, nie tych, w czyim posiadaniu jest ów kapitał. Przeciw kapitalizmowi, także wtedy, gdy jest to "kapitalizm państwowy" zarządzany - wedle terminologii Milovana Dżilasa - przez "czerwoną burżuazję" i w jej interesie.

     "Kapitaliści   nie   mieli   z polskich pisarzy wielkiej pociechy" stwierdza ironicznie Piotr Kuncewicz, przywołując - spośród   pisarzy   końca   XIX   i początku XX w. Reymonta, Kadena-Bandrowskiego, Andrzeja Struga, Gustawa Daniłowskiego. Już raczej komuniści. Toż komunista Duś jest jednym z niewielu pozytywnych bohaterów Czarnych skrzydeł Kadena (skądinąd wręcz sztandarowego pisarza sanacji), mrocznej powieści o Dąbrowie Górniczej. W dramacie Tadeusza Peipera Skoro go nie ma o "rewolucji krakowskiej" z 1923 r. pojawi się zdanie o tych, których "jest mało a kroczą mężnie".

     Dwa były wszakże epizody, gdy konflikt kapitału i pracy najemnej zdawał się być zniesiony. W obu wypadkach pomiędzy kapitał a pracownika wkracza państwo. Pierwszy epizod to lata trzydzieste,   okres   budowy   Gdyni   i   Centralnego   Okręgu Przemysłowego. Jako wręcz symboliczną należy potraktować sprawę żyrardowską (jej dokumentacją jest Mój Żyrardów. Z dziejów polskiego miasta i z życia pisarza Pawła Hulki-Laskowskiego, jest też nowsza wersja - Ostatni odruch Romualda Karasia z 1986 r). O tyle ciekawą, że będącą odwrotnością norm kształtujących się po 1989 r. Tamtejsze zakłady włókiennicze zostały przejęte przez spółkę francuską, a potem nastąpiło to, co zwykle - redukcje, ograniczanie praw pracowniczych, i - by zacytować Kuncewicza - "niesłychane zdzierstwa i nieprawości". A potem jeszcze zredukowany urzędnik Błachowski zastrzelił jednego z francuskich dyrektorów i wybuchł skandal. W efekcie rząd odkupił zakład. Sprawa miała i ciąg dalszy. Firma prosperowała nieźle przez   cały   okres   PRL,   by ostatecznie upaść w okresie transformacji. Dziś bezrobocie w Żyrardowie jest nieporównanie większe niż za czasów rządów francuskiej spółki.

     Pochwała industrii i rosnącego w potęgę państwa. To się wzajem sprzęgało. Usuwając w cień rodzące się na tym gruncie konflikty Jak we wczesnym wierszu Juliana Przybosia:

 

     "Naftolej" polskich majtków do pracy zaprzęgnie,

     powiezie ich przez fale w dal - ocean pełny

                             "Żegluga", "Polbal"

 

Bo, i o tym nie należy zapominać, punktem odniesienia była zarówno pogrążona w zastoju wieś, jak i "niesłychane zdzierstwa i nieprawości" Żyrardowa, Dąbrowy Górniczej, Łodzi z Ziemi obiecanej Reymonta, a i wierszy Juliana Tuwima.     Epizod   drugi   to proza późnych lat czterdziestych i wczesnych pięćdziesiątych. Polski socrealizm. Jest swoistym paradoksem, że najlepsza powieść, jaka w jego obrębie powstała, tyczy rzeczywistości już wtedy historycznej (lata trzydzieste) i jest   świadectwem   niezgody. To Pamiątka z Celulozy Igora Newerlego. Opisująca proces rodzenia się świadomości klasowej i, tak powiedzmy, dorastania do roli świadomego proletariusza. Reszta bowiem, realizująca schemat powieści produkcyjnej, jest jedynie dokumentem epoki. Różne rzeczy te powieści opisywały. A to fabrykę cukierków (Numer 16 produkuje Jana Wilczka), a to wydobycie   węgla   (Węgiel  Aleksandra   Ścibora-Rylskiego), zakładanie spółdzielni produkcyjnej (Dziadowska miłość Marii Jarochowskiej), albo odbudowę fabryki wagonów we Wrocławiu

(Fundamenty Jerzego Pytlakowskiego)... We wszystkich wszakże w różnym   stopniu nasilenia realizowała się formuła typowego bohatera w typowych sytuacjach. Te zaś najlepiej streszcza fragment późnego wiersza Broniewskiego Byt określa świadomość, o górniku,   który   po przepracowanej szychcie wraca do domu "niezmęczony i taki radosny", wykonał bowiem "325 ponad normę",

pracował zaś "dla swego, / dla socjalizmu, dla wiosny".

     Epizod   socrealistyczny   był   krótkotrwały,   następstwa poważne.

     Problem bowiem był rzeczywisty. Polska z kraju rolniczego zmieniała się   kraj przemysłowo-rolniczy. Robotnicy, także ze względów   doktrynalnych,   stawali   się   najważniejszą grupą społeczną. Jeśli w dodatku ich awans sprzęgał się z postulatem radykalnej przebudowy i struktur społecznych, i samego człowieka (przed 1939 rokiem, co prawda na różny sposób, wieściła to skrajna lewica i skrajna prawica) niesposób samej problematyki uznać za wymysł polityków. Problem w tym, jak się to literacko realizowało. Na poziomie hipostaz, czy obserwacji faktów? Na poziomie hipostaz wyglądało to tak jak w cytowanym fragmencie wiersza Broniewskiego, na poziomie faktów - tak mniej więcej jak w Poemacie dla dorosłych Adama Ważyka (prwdr. 21 VIII 1955).

Proces   "wytapiania   się   robotniczej   klasy"   w warunkach socjalistycznych nieszczególnie odbiegał od tego, jaki opisywał Engels w Położeniu klasy robotniczej w Anglii.     Odkryciem epizodu socrealistycznego było uchwycenie samego procesu   industrializacji i tworzenia się klasy robotników wielkoprzemysłowych   (o   rodowodzie   przecież chłopskim), i inteligencji o rodowodzie plebejskim. Proces był realny, ujęcie nie.   Nie idzie to nawet o to, czy tak on rzeczywiście przebiegał, jak opisywano w poszczególnych powieściach, ale na tym, iż wzór (także ludzki, osobowościowy) - który przecież miał się zrealizować dopiero w bliżej nieokreślonej przyszłości, traktowano   jako już - co prawda nie zawsze doskonale - spełniony. Realność w ten sposób stawała się nie tym, co obserwowano naocznie, ale tym, czym była w projekcie, który miała spełnić. Ów zaś projekt wymagał by na rzeczy i zjawiska patrzeć z punktu widzenia nie tego, czym są rzeczywiście, ale co ucieleśniają.

     Skądinąd nie był to wynalazek socrealistów. Był obecny w awangardowych wierszach z lat dwudziestych. "Moje cuda pachną jak cement" pisał Stanisław Brucz. To, że obiektywnie jego zapach nie przypomina raczej perfum, nie jest ważne. Jest to bowiem zapach nowości, nowej cywilizacji, w której zrealizuje się nowy człowiek. "Piękność ideologiczna", tak to nazywam. To dlatego w wierszach Jastruna żarówka świecąca pod blaszanym kloszem   w wiejskiej świetlicy odznacza się nadzwyczajnymi walorami estetycznymi, to dlatego, skądinąd subtelny esteta Jerzy Andrzejewski, w czasie pobytu w ZSRR we wczesnych latach pięćdziesiątych   zachwycił się szarymi i raczej zgrzebnymi strojami kobiet, być może na pozór nie były one najpiękniejsze, piękne było wszakże to, co ucieleśniały (w przeciwieństwie do bardziej może wykwintnych strojów kobiet amerykańskich, te bowiem ucieleśniały ohydę i wyzysk).     Wszelako sam problem żarówki prosty nie jest. Po roku 1956 ci, którzy widzieli w niej piękność nadzwyczajną, zobaczyli jeśli nie symbol zniewolenia, to socrealistyczne brzydactwo. W dyskusjach literackich (politycznych także) pojawiała się przez dziesięciolecia. Aż wreszcie Edward Redliński w jednej z takich polemik wyznał czym była ona w jego dzieciństwie na zapadłej białostockiej wsi. Ma się zresztą za widomy przykład awansu.

     Ale nie jest prosty i inny problem. Ten mianowicie, który symbolizuje tu powieść Igora Newerlego, a który można nazwać procesem zdobywania samoświadomości. Ta zaś z natury rzeczy musi wiązać się z systemem aksjologicznym. W tym sensie późnymi wnukami Szczęsnego Bidy są bohaterowie dwu głośnych filmów Wajdy (według scenariuszy Ścibora-Rylskiego) Człowiek z marmuru i Człowiek z żelaza. Wedle tego wzoru kształtowana jest też ewolucja bohatera Rzeźni Maksa Heroda Bolesława Faca, wyraźnie zresztą nawiązująca do biografii Lecha Wałęsy. Niesposób nie pamiętać, iż w pierwszym ze wspomnianych filmów Wajdy (bardziej wyraziście zarysowane jest to w scenariuszu) miarą ostatecznego upadku żony bohatera, niegdyś robotnicy i spostsmenki, jest to, iż stała się właścicielką pensjonatu, zdradziła swą klasę, zastała "prywatną inicjatywą", wedle terminologii z czasów, które opisuje Pamiątka - "burżujką". Otóż nie będzie przesadą, gdy powiemy, iż w kręgu tej aksjologii, w której praca jest ważniejsza   niż kapitał, racje zaś pracujących są racjami naczelnymi   mieści   się   niemal   cała powojenna literatura traktująca o problemach społecznych.

     Jeśli   wszakże   powiedzieliśmy,   iż   Pamiątka...   jest świadectwem niezgody, to tylko z dużymi zastrzeżeniami możemy to samo stwierdzenie odnieść do realizacji póżniejszych. Nie tylko tych z okresu socrealizmu, bo tam z definicji przemiany były korzystne, co najwyżej bruździły stare nawyki i wróg zewnętrzny tudzież wewnętrzny. Te późniejsze też za aksjomat przyjmowały i idee, i stosunki własnościowe, i ogólne normy, co najwyżej spierały się o ich realizację. O to mianowicie czy to, co się dokonuje dokonuje się rzeczywiście w interesie pracujących i czy klasa robotnicza jest faktycznym suwerenem. Miało to różne wersje   - od popaździernikowej prozy rozrachunkowej, przez późniejszy "mały realizm", "powieść dyrektorską", po coś co nazywano "prozą gorącą". Ale miało i wcielenia jako żywo przypomnające te z lat czterdziestych i pięćdziesiątych - jak choćby głośna w latach sześćdziesiątych sztuka Marka Domańskiego Ktoś nowy, opisująca erturbacje związane z wprowadzeniem NTU czyli norm technicznie zasadnionych. To co w powieściach Jerzego Jesionowskiego (Niewygodny człowiek, 1965), Andrzeja Twerdochliba   (Jazda   okrężna,   1985) czy Jerzego Wawrzaka (Rekomendacja, 1966, Wejście przez sekretariat, 1978) jawiło się z perspektywy kadry zarządzającej, menedżerów przemysłu - w powieściach Kazimierza Orłosia (Cudowna melina, 1973, Trzecie kłamstwo,   1980) widziane jest z perspektywy bezpośrednich wykonawców. W epoce rozdzielano obie te grupy ujęć, dziś powiedzielibyśmy, że pokazują to samo - postępującą niewydolność systemu. Tyle, że recepty, na uzdrowienie nijak nie miały się do realiów. Konflikty, nazwijmy je produkcyjnymi, niekoniecznie musiały rozgrywać się na styku władz partyjnych, menedżerów i wykonawców,   za   tło   mieć   zaś wielkie budowy i zakłady produkcyjne. Mogły - jak w powieści Janiny Wieczerskiej Nie ma sprawy (1977) dziać się na przykład w biurze konstrukcyjnym.     U schyłku epoki w - jak ją wtedy nazywano - "prozie gorącej" stare konflikty nakładały się na nowe. Bo już były i strajki, i nowe związki zawodowe, i projekty przekształceń. Wielkich dzieł ten nurt nie wydał. Choć przecież trzeba pamiętać o Scenach myśliwskich z Dolnego Śląska Józefa Łozińskiego, opisującej konflikt między PZPR a "Solidarnością" w zakładach naprawczych   taboru   kolejowego gdzieś w małym miasteczku.

Nijakiego w tym heroizmu, pijaństwo, gaduły i glątwa. Gdy pamięta   się późniejszy rozwój wydarzeń - dzieło poniekąd prorocze.

     I tak jak okres lat pięćdziesiątych zamknął się Szkicami z piekła uczciwych Leona Kruczkowskiego (wydanymi już pośmiertnie w 1963 roku), tak w latach osiemdziesiątych podobne wątki podejmuje późna proza Andrzeja Twerdochliba (zwłaszcza Wywiad z nikim, 1986). Idzie o to samo: samorozrachunek i, jednak, poczucie zmarnowanych wysiłków. Tyle, że u Kruczkowskiego ma to wymiar tragiczny...

     Tak, literatura polska z realnym socjalizmem rozliczała się nieustannie. Pozostając wszelako i wewnątrz aksjologii, na której się budował, i rozliczeń tych dokonując wewnątrz jego siatki pojęciowej. Deklarowanej, choć niekoniecznie przecież realizowanej.    

Jak to mocno tkwiło w świadomości - świadectwem Zdobycie władzy Czesława Miłosza, powieść pisana już na emigracji i w intencji rozliczenia się z nieprawościami PRL. Jej bohater, stary profesor sekowany przez reżim i spodziewający się, że pewnie wysiedlą go z miasta, obawia się po równi utraty możliwości korzystania z uniwersyteckiej biblioteki, jak i tego,

że bez "miasta z jego fabrykami [...] izolacja zostałaby pozbawiona tła, jakim było życie ludzkiej masy". Na "zapadłej wsi o błotnistych drogach" byłby wprawdzie wśród ludzi. Ale tylko wśród ludzi, osobników gatunku, nie nosicieli etosu.

 

Tak czy inaczej - rozmyśla - właśnie w tej masie, która nauczyła się tylko milczeć; nie tylko milczeć, wypowiadać przepisowe slogany, trwała wiedza o tym, co sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Oni, kiedyś, w odległej przyszłości prawdziwi gospodarze hut, kopalń i fabryk, osłonią rękami niepewne światło - już bez uroszczeń posiadania absolutnej prawdy dziejów. Chociaż nie był jednym z nich, był przecież tutaj z nimi.

 

Gdy w latach osiemdziesiątych przygotowano wydanie wpierw szwedzkie, potem amerykańskie zdania te w przedmowie przytoczył Stanisław Barańczak dodając, iż "Jedyne, co nie sprawdziło się w tym dalekowzrocznym wyznaniu

nadziei, to fakt, że «odległa przyszłość» okazała się - nie taka odległa". Zdaje się wszakże, że i Miłoszowi, i komentującemu jego prognozę Barańczakowi po równi szło o "niepewne światło" prawdy i wartości, jak i o to, iż ci, którzy je niosą staną się "prawdziwymi gospodarzami hut, fabryk i kopalń", nie jeno najemną siłą roboczą. Co, jeśli pamięta się postulaty Nowej Fali,   której Barańczak był i programotwórcą i jednym ze znaczniejszych poetów, jest przypuszczeniem ze wszech miar prawomocnym. Na Nowej Fali kończą się bowiem dzieje formacji poetyckich inspirowanych myślą marksistowską. Przenosząc to na grunt literacki - kontynuujących przewartościowania i sposób myślenia tużpowojennej "Kuźnicy.

    Jeśli jednak ten, doniosły przecież, nurt miał uzyskać swe spełnienie, to jest nią proza Tadeusza Siejaka. I nieprzypadkowo pozytywny bohater Pustyni (1987) naraża się i władzom, i swym pracownikom, którzy w sierpniu 1980 roku wywożą go na taczkach. Inaczej niż w konwencji tragigroteski nie dało się to ująć. Groteskowa była bowiem rzeczywistość.

     Och, została mu jeszcze wiara w robotniczy etos. W to więc, na czym cały ten nurt się fundował. Żeby tylko jemu. Na tym etosie budowały się nadzieje r. 1980. To wtedy pisał Ryszard Kapuściński:

 

Nie wiem czy wszyscy mamy świadomość, że cokowiek się jeszcze stanie, od lata 1980 żyjemy w innej Polsce. Myślę, że ta inność polega na tym, że robotnicy przemówili - w sprawach najbardziej zasadniczych - swoim głosem. I że są zdecydowani

nadal zabierać głos. Wyłoniła się młoda twarz nowego pokolenia robotników - myślących, inteligentnych, świadomych swego miejsca w społeczeństwie.

    

Tak spełniło się to, co w późnych latach czterdziestych programowała   "Kuźnica",   co   chciała   ukazać   literatura socrealistyczna, a co powracało nieustannie aż do końca lat osiemdziesiątych.   Najważniejsi w społeczeństwie są ci, co pracują, nie zaś ci, co mają. Tyle, że - uzyskawszy tę świadomość - sami się, jako podmiot dziejów, zlikwidowali. Ale też świat był inny i bogactwo niekoniecznie rodziło się z przekształcania materii. Praca zaś stawała się towarem, którego podaż dalece przewyższa popyt.

     W ten sposób też dobiegła kresu polska historia realnego socjalizmu.

     Zaczęła się historia realnego kapitalizmu. U progu nowej epoki miał on - formułowany przez publicystów - model liryczny. Stare   konflikty znikną, nowe nie będą dotkliwe. Wolność, suwerenność i inne pryncypia. No i demokracja. Andrzej Wajda, który zawsze miał znakomite (to nie przygana) wyczucie chwili zrealizował spektakl telewizyjny według starej, z 1933 r. powieści Kadena-Bandrowskiego Mateusz Bigda. Nieprzypadkowo też sukcesy oglądalności święci serial według powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1932 r. Kariera Nikodema Dyzmy. To, co wydawało   się   zamierzchłe i przebrzmiałe, nagle odzyskało aktualność.   I   lewe   biznesy,   przekręty,   gry   i gierki parlamentarne, i ciemne interesy tam się realizujące. Groteska,

ale i co nieco krwi.

     U progu tamtej epoki dyskutowano jak pisarze mają sprostać nowym czasom. W tej też pojawiają się takie głosy. Młody pisarz Michał   Olszewski napisał mianowicie w "Gazecie Wyborczej" dlaczego rzeczywistość polska raczej mu się nie podoba i całkiem poważnie zastanowia się czy nie przenieść się gdzie indziej. Wywiązała się trwająca prawie kwartał dyskusja. Zabrała w niej głos młoda krytyczka Magdalena Miecznicka (GW 2004, nr 68) pytając czemuż to młodzi pisarze nie chcą pokochać "kapitalizmu i nowoczesności", czemu nie przymierzają się do napisania nowych Buddenbrooków albo przynajmniej Ziemi obiecanej? Czemu nie opiewają tych, którym się powiodło? Dlaczego się nie zachwycają, choćby potem mieli się rozczarować? Ów postulowany przez nią bohater   miałby   być   reprezentantem   "rodzącej   się klasy społecznej", mniemać można - wyśnionej przez polityków klasy średniej.   Ma   nawet jego wizję: "doskonałe wykształcenie, znajomość trzech języków obcych, ambitna praca, rodzina, hobby, szerokie zainteresowania". No i koniecznie sukces. O tym, czy ma to   być   dobrze   opłacany   pracownik   najemny, czy raczej przedsiębiorca - już nie pisze. Choć to przecież nie to samo. Ów postulowany   osobowy wzorzec wciela Stanisław Połaniecki z powieści Sienkiewicza, w polskiej tradycji waloryzowany raczej średnio, jeśli nie wręcz negatywnie. Choć, dodajmy, powieść o tym, jak wieśniak przedzierzga się w przedsiębiorcę (co prawda raczej małego) już powstała. Nazywa się Tartak i napisał ją

Daniel Odija. Nie jest to rzecz optymistyczna i budująca. Ale przecież książką młodej pisarki, która odniosła autentyczny sukces jest Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, drwiąca i prześmiewcza. Jedną piękniejszych rzeczy, które wymyśliła jest "inteligencja polska SA", co da się rozumieć także jako firmę do specjalnych usług. Ci, co się zachwycili w r. 1948 raczej potem swych zachwytów żałowali. Dziwić się, że młodsi nie chcą?

     Zapewne jest tak, że podobnie jak w 1945 większość polskich pisarzy bez szczególnych wstrętów powitała nową rzeczywistość, mniemając, iż spełni ona choć część ich dawnych marzeń, tak podobnie jest i dziś. Tyle, że - jak wtedy, tak i teraz - dość szybko ujawniła się ciemna strona oczekiwanego "nowego". Fakt więc, iż realia nijak się mają do słonecznych utopii pierwszej "Solidarności" niespecjalnie powinien dziwić. Jest jak jest, i w tej rzeczywistości jakoś się należy urządzić. A przynajmniej rozpoznać w faktycznym nie hipostazowanym kształcie.

     Tyle że - zdaje się - dość trudno do niej przymierzać i system wartości, i nadzieje, które przez przynajmniej stulecie stymulowały ewolucje polskiej literatury. Z etosem robotniczym na czele. Niewykluczone, że niedługo już konflikty opisywane przez autorów "powieści dyrektorskiej" po równi z tymi, które opisywał Orłoś będą równie egzotyczne jak walka o serwituty w powieści pozytywistycznej albo konflikt dworu i czworaków z powieści Wandy Wasilewskiej.

     Osobliwością polskiej literatury jest to, iż raczej bywała ona przekonująca, gdy zastanemu mówiła nie, niż wtedy gdy usiłowała sprostać nowemu, chwaląc i afirmując. Skoro - na różne zresztą sposoby - usiłowała rozprawić się z realsocem, to dlaczego realkap miałaby traktować jako wcielenie królestwa bożego na Ziemi?

     Coś się skończyło, coś się zaczyna. Ale zaczyna się - i o tym też trzeba pamiętać - w społeczeństwie radykalnie różnym od tego z 1945 roku. kształtowanym w realsocu i adaptującym się do realkapu. Doświadczenie historyczne jedyne w swoim rodzaju. Jak mu literatura sprosta, trudno orzekać. Mniemam wszakże, że nie wedle recept, które podsuwa młoda pani krytyczka, znakomite

wcielenie "inteligencji polskiej SA".

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli