Bohdan Urbankowski
Czas bez honoru
My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę.
Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna.
Tą rzeczą jest honor
Józef Beck
Podczas Procesu Szesnastu generał Leopold Okulicki przypomniał, że sowiecki generał słowem honoru gwarantował Polakom uczciwość i bezpieczeństwo pertraktacji. Sala na chwilę zamarła - poczym rozległ się rubaszny śmiech. Wypełniający salę aparatczycy, przedstawiciele jawnej i tajnej policji, sowieccy a nawet zachodni dziennikarze rżeli waląc się rękami po udach: ot, głupi Polaczyszka! Zaczynała się nowa epoka w historii Europy.
Sowieckie słowo honoru.
Wyrok sądowy jest jak słowo dane przez sąd - podsądnemu: zostałeś skazany na lat tyle a tyle – po tym czasie wyjdziesz na wolność. Wyroki w procesie przywódców Państwa Podziemnego nie były – co zachwycało zwłaszcza prasę angielską – wysokie. Generał Leopold Okulicki, ostatni dowódca AK, otrzymał 10 lat; Delegat Rządu na Kraj, wicepremier Jan Stanisław Jankowski – 8, Stanisław Jasiukowicz, zastępca Delegata Rządu i wiceprezes Stronnictwa Narodowego – 5, Kazimierz Pużak, przewodniczacy Rady Jedności Narodu, przywódca PPS – WRN – został zwolniony 1 listopada 1945 i powrócił do Polski.
Okulicki został zamordowany najprawdopodobniej już w Wigilię 1946 roku, Jankowski – w więzieniu we Władymirze w 1953, 2 tygodnie przed końcem wyroku. Również przed upływem wyroku zamordowany został na Butyrkach Stanisław Jasiukowicz. Pużak został uwięziony w PRL i wykończony w więzieniu w Rawiczu – 30 kwietnia 1950.
O postawie Kazimierza Pużaka pisała Maria Dąbrowska: Jestem rzymskim katolikiem narodowości polskiej. Więcej nic nie mam panom do powiedzenia. Takie słowa Kazimierz Pużak skierował 5 listopada 1948r., do „sędziów” Wojskowego Sądu Rejonowy w Warszawie. Gdy „sędziowie” nalegali by zaczął zeznawać dodał tylko: Dla człowieka stojącego nad grobem jak ja, byłoby śmiesznym i patologicznym zjawiskiem odwoływać cokolwiek ze swego życia.
Oto postawa godna Rzymianina – dodawała pisarka.
Porównanie do rzymskiego bohatera nie jest tu figurą retoryczną. Kazimierz Pużak jest godzien strony w „Polskim Plutarchu” - księgi o ludziach honoru. Taka księga jednak (i to też znak czasu) nie istnieje.
Pużak miał szansę ocalenia życia, pisał o niej jego współwięzień z Rawicza – mecenas Władysław Siła - Nowicki : [Pużak] został wezwany na przesłuchanie, na którym notable z MBP zaproponowali mu napisanie przyjaznego listu do prezydenta Bolesława Bieruta. W nagrodę obiecywali mu wolność. Gdy Kazimierz Pużak odmówił, zaproponowali mu w drodze kompromisu taką samą nagrodę za zwyczajne życzenia noworoczne pomyślności dla tegoż prezydenta Bieruta. Pużak ponownie odmówił i wrócił do celi.
Tą odmową wydał na siebie wyrok. Oficjalnie umarł w szpitalu na skutek zapalenia płuc, czy też pęknięcia aorty – podawane wersje były sprzeczne. Według świadectw współwięźniów został zrzucony z metalowych schodów przez strażnika, zwanego „Grubym Jankiem". Konał przez dwa tygodnie – bez pomocy lekarskiej. Gdy rodzina odbierała trumnę z jego zwłokami współwięźniom zabroniono podchodzenia do okien. Niepotrzebnie. Wszyscy stali pod ścianami na baczność.
Generał Okulicki nie był pierwszym, który usłyszał od Sowietów słowo honoru – i śmiech. Poddający Lwów generał Władysław Langner otrzymał słowo od komisarza politycznego frontu Ukraińskiego, Chruszczowa (patetyczne: Rosja zawsze dotrzymuje zobowiązania), że polscy oficerowie zachowają wolność osobistą i prawo wyjazdu do Rumunii. Zostali zagnani do Kozielska, następnie do Katynia. Słowo honoru otrzymał także pułkownik Aleksander Krzyżanowski (generał „Wilk”) i po zwycięskich walkach o Wilno.
Pojechał na zaproszenie generała Iwana Czerniachowskiego podpisywać umowę o dalszej wspólnej walce, ze wspólnym wrogiem. Podczas braterskich narad na salę wkroczyli sołdaci. Krzyżanowski i towarzyszący mu oficerowie zostali wyprowadzeni. Po pobycie na Butyrkach i w łagrze, po ucieczce i po ponownym aresztowaniu został przekazany do PRL. Honorowo występował pod prawdziwym nazwiskiem. Aresztowany przez UB został osadzony na Mokotowie. Zmarł w szpitalu więziennym w 1951 roku.
Słowo honoru otrzymało wielu, wielu innych AKowskich oddziałów. Ozbnaczało zawsze to samo: gwarancja bezpieczeństwa, braterska uczta, podstępne aresztowanie. A potem kula w łeb albo łagier. Sowieci- konsekwentni materialiści - nie uznawali wartości wyższych, stosowali ich imitacje – dla konkretnych, materialnych korzyści.
Dawanie słowa honoru było też ulubionym chwytem polskich ubeków. Ofiarą „słowa honoru” płk. Różańskiego padła też legendarna Emilia Malessa„(„Marcysia”). Organizatorka i szefowa „Zagrody” – komórki utrzymującej łączność AK z Londynem, bohaterka Powstania Warszawskiego (Virtuti Militari!). Po ucieczce z transportu do obozu, wróciła do pracy w podziemiu. Aresztowana została w 1945 roku wraz z całą I Komendą WiNu – i - po uzgodnieniu z „prezesem” płk. Janem Rzepeckim - zgodziła się ujawnić nazwiska swoich współpracowników. Rzepecki również poszedł na układ, ujawnił współpracowników, a nawet pieniądze podziemia. Oboje uwierzyli słowu Różańskiego: który przekonywał, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana, że chodzi o uniknięcie bratobójczej „mordowni”, że przecież zbliża się amnestia...
Bezpieka proponowała też układ bohaterowi Auschwitz i Powstania Warszawskiego, rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu – dając słowo honoru i stawiając za wzór Rzepeckiego. Pilecki miał odpowiedzieć: Rzepeckiemu, za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz. Za odmowę współpracy zapłacił śmiercią.
Różański słowa oczywiście nie dotrzymał, rozpoczęły się aresztowania i procesy. Z wybitniejszych dowódców WiN Marian Gołębiewski otrzymał karę śmierci (wyrok nie wykonany), Leski i Żuk – po 12, sam Rzepecki – 8. Zwolniony na mocy amnestii wkrótce potem został znowu uwięziony. Siedział do 1954 roku.
Malessa otrzymała dwa lata, następnie została ułaskawiona i ... nie chciała opuścić więzienia, dopóki nie zostaną zwolnieni ujawnieni WiNowcy. W końcu wyszła – by pisać protesty, by domagać się dotrzymania słowa od władz... Pisała nawet do ambasadorów państw zachodnich – nikt jednak nie zareagował. Rozpoczęła głodówkę – milicja znajdowała ją pod murem Rakowieckiej, czasem odprowadzała do domu, czasem – do aresztu. 5 czerwca 1949 „Marcysia” popełniła samobójstwo.
Sejm Polski „Ludowej” rzeczywiście – 22 lutego 1947 – uchwalił amnestię. Można powiedzieć, że było to także słowo honoru – dane Polakom i ich podziemnej armii. Wielu z tych, którzy się wówczas ujawnili zostało potem aresztowanych, nawet zabitych. 1 grudnia 1947 zamordowany został legendarny „Król Podbeskidzia“, kpt. NSZ Henryk Flamme-„Bartek”. Morderca, milicjant Rudolf Dadak po prostu zastrzelił go w restauracji. Nigdy nie został osądzony. To symboliczny przykład jak władze komunistyczne traktowały swoje przyrzeczenia, jak traktowały etykę.
Równie, jeśli nie bardziej dramatyczny był los Edwarda Wasilewskiego – „Wichury” – dowódcy, który nocą 20/21 maja 1945 rozbił obóz koncentracyjny założony przez NKWD w Rembertowie. Uwolnił – według różnych relacji 500 – 1200 AKowców szykowanych do wywózki do łagru, zabił w walce kilkudziesięciu sowieciarzy. Jego akcja przerwała na dłuższy czas transporty AKowców w głąb ZSRR. On też uwierzył amnestii, tej wcześniejszej, ogłoszonej w sierpniu 1945. 25 września ujawnił się wraz z całym zgrupowaniem AK „Kamień” - Mińsk Mazowiecki. Przy okazji składania broni odbyła się pierwsza i ostatnia defilada całego zgrupowania – wzięło w niej udział około 1700 partyzantów. „Zaszczycili” ją przedstawiciele MBP, m. in. osławiony Józef Czaplicki – „Akower”, który w imieniu władz dawał słowo, że ujawnionym włos z głowy nie spadnie, wszyscy przecież jesteśmy Polakami, oficerami etc. Mszę świętą odprawił ks. Kazimierz Fertak – kapelan Szarych Szeregów i AK. Wyprzedzając fakty powiedzmy, że ks. Fertak zostanie później aresztowany, poddany torturom, skazany na 15 lat więzienia. Do więzień trafi zresztą wielu ujawnionych, w tym „Wichura”.
Wasilewski został aresztowany już w marcu 1946. Wypuszczony na mocy amnestii 1947 był nadal prześladowany, wielokrotnie zatrzymywany i zwalniany, pozbawiono go możliwości pracy – po interwencji bezpieki wyrzucono go nawet ze składnicy złomu. Nie pozwolono mu także dokończyć rozpoczętych studiów dziennikarskich. Wpadł w depresję, w końcu - w zamian za dokończenie studiów - zgodził się na współpracę. Także otrzymał słowo honoru, że nie będzie wykorzystywany przeciw dawnym kolegom. Oczywiście bezpieka nie miała zamiaru dotrzymywać słowa, po paru miesiącach w miarę niewinnych zleceń i nieustannego prania mózgu „Wichura” został zmuszony do rozpracowywania dawnych towarzyszy broni. Chłopak, który mając 16 lat walczył z niemieckimi najeźdźcami, który w partyzantce antyniemieckiej i antysowieckiej doszedł do stopnia podporucznika a za osobiste bohaterstwo otrzymał Virtuti Militari i kilkakrotnie Krzyż Walecznych, chłopak który uciekł z transportu do ZSRR i wziął udział w Powstaniu Antysowieckim - pod wpływem wielomiesięcznego „prania mózgu” zaczął utożsamiać się z prześladowcami. Został materialistą, marksistą, a przede wszystkim – kapusiem. Za to umożliwiono mu pracę dziennikarską. Pisywał w piśmie kobiecym jako „Ewa”. 22 sierpnia 1968, protestując przeciwko najeździe na Czechosłowację popełnił samobójstwo skacząc z okna. Czy odzyskał w ten sposób honor?
Honor jako surogat cnoty.
Przyroda tworzy jeden wielki łańcuch pokarmowy. Zwierzęta zachowują się zawsze praktycznie – żadna religia, żaden etos rycerski czy sportowy, nie przeszkadza głodnemu zwierzakowi zjeść innego zwierzaka, stadu napaść na pojedynczego osobnika, zdrowemu dobić rannego. Biologia. Byty nie dzielą się na dobre i złe, piękne i brzydkie tylko na jadalne i niejadalne. Jeśli pojawiają się jakieś kombinacje – są na usługach biologii i dotyczą usprawnienia mordu: pułapka, nieoczekiwana napaść, barwy ochronne. Wyłom w tej pragmatyce czyni dopiero człowiek, który ogląda świat przez pryzmat wartości, celów, sensów, wzorców etc.
Arystotelesowska koncepcja prawdy jako zgodności sądu z rzeczywistością była raczej ambitnym postulatem, niż definicją.
Nie tu miejsce na wykład z dziejów etyki, ograniczyć musimy się do uwag o dwóch tylko wartościach. o cnocie i honorze.
Pierwsza z nich, cnota (gr.áρετή – arete), jest bardziej „wymagająca”: człowiek cnotliwy przekracza samego siebie, cnota to – jak mówiono obrazowo - męstwo herosa, szybkość galopującego rumaka, wzrok orła. Sokrates łączył ją z pierwiastkiem boskim, z daimonionem, który „mówi w nas” i ostrzega przed czynami niegodnymi. Platon - nie kwestionując boskiego pochodzenia cnoty, rozwinął naukę mistrza wyodrębniając trzy części duszy i przypisując im dość symboliczne siedziby: głowę, piersi i obszar poniżej pasa. Każdej z nich przypisał odpowiednią cnotę. Cnotą duszy rozumnej jest mądrość, popędliwej - męstwo, pożądliwej - wstrzemięźliwość. Wszystkie podporządkowane są sprawiedliwości – stąd mówimy o czterech cnotach kardynalnych. Ich uzewnętrznieniem są czyny słuszne (cnotliwe), które nadają duszy coraz większe piękno, przeciwieństwem – wady pchające do czynów podłych i upadlające samą duszę. Do tego wątku nawiążą stoicy, głosząc, że cnota sama w sobie jest nagrodą za czyn cnotliwy.
W parze z doskonałością duchową Grecy wymagali doskonałości fizycznej, jednym słowem: pełni. Człowiek w pełni cnotliwy jest zarazem mądry, dobry i piękny. Uczeń Platona, Arystoteles wymyśli nawet słowo „kalokagatia” (καλοκἀγαθία – od ) καλὸς κἀγαθός – „piękny i dobry"), w którym streszczał swój program wychowawczy. Grecy uważali, że piękno i dobro są ze sobą złączone, stoicy podkreślali, że dobro jest także piękne, zło – brzydkie. Dopiero czasy nowożytne rozerwały te dwa pojęcia. Chrześcijaństwo, które odwracało się od spraw cielesnych i od piękna uznało za cnotę przede wszystkim zdolność czynienia dobra. Za Platonem uznano boskie pochodzenie cnót – najwyżej w hierarchii stawiając cnoty „wlane”, (tzw. teologalne), których człowiek nie może otrzymać od natury, ani zdobyć własnym działaniem. Są nimi: wiara, nadzieja i miłość. One regulują ludzkie czyny, porządkują uczucia i kierują postępowaniem. Do chrześcijańskiego etosu włączono także cnoty „naturalne”, te , które Platon zwał kardynalnymi. roztropność, umiar, męstwo i sprawiedliwość.
Niewielu ludzi spełniało wymagania tak wysokie – niewielu też zwano cnotliwymi. Stawiano im pomniki. Galerią pomników rzeźbionych w słowach były „Żywoty równoległe” (Vitae parallelae) Plutarcha – 46 biogramów sławnych Greków i Rzymian np. Tezeusza i Romulusa, Arystydesa zwanego Sprawiedliwym i Katona, Aleksandra Wielkiego i Cezara, Demostenesa i Cycerona. Z ich zestawienia wynikało nie tylko podobieństwo wielkich jednostek. Wynikała z nich głębsza jedność obu kultur opartych na tych samych wartościach moralnych. Cnoty łączące bohaterów Plutarcha nadawały też jedność Europie; łączyły teraźniejszość z przeszłością – tworząc niejako ludzką wieczność.
Na „Żywotach” wychowywały się też pokolenia Polaków – były one lekturą Żółkiewskiego, Sobieskiego, Kościuszki. Uzupełnieniem ich będą „Śpiewy historyczne” Niemcewicza - stanowiące część wspaniałego, nie zrealizowanego do końca projektu „pieśnioksięgu narodowego” Woronicza obejmującego pieśni religijne, moralne i historyczne. Na dumach Niemcewicza o Zawiszy, Czarnieckim, Żółkiewskim, Poniatowskim i innych wspaniałych Polakach - wychowały się pokolenia 1830 i 1863 roku.
Podobną rolę odegrają powieści historyczne Kraszewskiego i „życiorysy” zatytułowane Z rodzinnej zagrody życiorysy Kazimierza Władysława Wójcickiego. Z opóźnieniem – lecz w końcu doczeka się druku najwspanialsza epopeja staropolska: Transakcja wojny chocimskiej Wacława Potockiego, po śmierci Kajetana Koźmiana ukaże się jego wspaniały „Stefan Czarniecki", którego szlifowaniu poswięcił ostatnie kilkanaście lat życia
Potem nadejdą mistrzowie łączący w swojej prozie najwyższe wartości etyczne z najwyższym kunsztem artystycznym: Sienkiewicz i Żeromski. Pierwszy pisał ku pokrzepieniu serc, drugi – żeby się rany polskie nie zabliźniły błoną podłości. Obydwaj uczyli Polaków godności i dumy narodowej – nawet, gdy ich chlastali krytyką.
Honor, którego kult rozkwitał w czasach feudalizmu we Francji również wywodzi się z kultury antycznej - związany był z kultem Marsa i cnót wojskowych. Uosobieniem, więcej: bogiem honoru był Honos. Na posągach i na rewersach monet widzimy go w zbroi, z włócznią w jednej i rogiem obfitości w drugiej ręce. Zanim jednak nagrodził kogoś ze swego rogu – poddawał go próbom. Żądał odwagi, poświęcenia, prawości. Nagrodą była sława. To właśnie zawarte jest w maksymie: Honos habet onus – zaszczyt ma ciężar.
W Średniowieczu honor nie był już bogiem, niemniej ludzie honoru stali się najwyższymi wzorcami człowieczeństwa. – za świętymi, których cnoty podziwiano, rzadziej jednak naśladowano. Uosobieniem honoru był tytułowy bohater Pieśni o Rolandzie, potem - jeden z wodzów I Krucjaty Godfrey of Bouillon, po nim - zwycięzca wielu turniejów William Marshal, ... O tym ostatnim mówiono, że raz tylko nie mógł odebrać nagrody po turnieju. Wygrał i ... zniknął. Znaleziono go u kowala z głową na kowadle – hełm miał tak powgniatany ciosami przeciwników, że nie mógł go zdjąć z głowy. Wzorcem dla młodych był bohater Wojny Stuletniej Bertrand du Guesclin. Gdy miał lat 18 – mimo zakazu ojca wziął udział w turnieju rycerskim. Pokonał 12 znanych rycerzy o znanych nazwiskach – sam walczył anonimowo, w pożyczonej zbroi. Później, podczas walk z Anglikami na czele 20 rycerzy walczył z 2 tysiącami wrogów... Czas Średniowiecza był czasem honoru, był niejako „napromieniowany” wartościami, które nadawały mu odcień wieczności.
Żelazne kwiaty
Podobnie działo się w Polsce, która po przyjęciu chrześcijaństwa weszła w krąg kultury rycerskiej. Tu także czczono bohaterów. Przypominały o nich kroniki i posągi, przypominały rodzinne opowieści o przodkach i o „herbowych” – spokrewnionych, czy spowinowaconych przez wartości.
Nie wiedziano, skąd wywodzi się herb Łodzia – wiedziano, iż Piotr herbu Łodzia, kasztelan i obrońca Głogowa w 1109 roku, rozkazał strzelać do zbliżających się Niemców. A przecież widział, że pędzą jako żywe tarcze zakładników – wśród nich jego syna.
Pieczętujący się Habdankiem wiedzieli, że herb ten zyskał Skarbimir, poseł Krzywoustego, którego Henryk V próbował zjednać swoimi bogactwami. Wtedy Skarbimir zdjął pierścień i wrzucił do otwartej skrzyn:i idź złoto do złota, my Polacy lubujem się w żelazie... Skonfudowany cesarz miał tylko wybąkać: hab Dank – dziękuję. Późniejsze wieki dopowiedziały historie nowych bohaterów: Zawiszy Czarnego, Kaspra Karlińskiego, Stanisława Żółkiewskiego. Życie toczyło się w podwójnej rzeczywistości: przestrzeń tworzona przez księgi i podania wydawała się nieraz bardziej realna od tej materialnej.
Pozostawmy na razie z boku sprawę, iż poza sferą tych rycerskich wartości żyli, raczej wegetowali ciemni chłopi, także osadnicy niemieccy, także żydowscy handlarze i karczmarze. Warstwą kulturotwórczą, a to znaczy narodotwórczą była szlachta, także ponadklasowe duchowieństwo, w mniejszym stopniu mieszczaństwo. Najlepsi z mieszczan także budowali kulturę, także zrywali się do powstań w jej obronie - i im również należy się miano ludzi honoru. Uwzględniała to instytucja nobilitacji.
˛ Honor był wewnętrzną busolą najlepszych Polaków. Piłsudski uzasadniając swoją wyprawę na Bezdany pisał w Liście do Perla słowa, które dziś zaskakują: Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku jakim jest nasze życie, żyć nie mogę to u b l i ż a - słyszysz – ubliża mi, jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą.
Licząc się z tym, ze może zginąć – dodawał:
Tylem ludzi na to posyłał, tylem przez to posłał na szubienicę, że w razie, jeśli zginę , to będzie naturalną dla nich, dla tych cichych bohaterów, satysfakcją moralną, że ich wódz nie gardził ich robotą, nie posyłał ich jedynie jako narzędzia ...
Dopiero na trzecim miejscu Piłsudski podawał konieczność zdobycia monety. Ale i tu argument był złożony: wolę ją brać tak, jak zdobycz w walce, niż zebrać o nią u zdziecinniałego z tchórzostwa społeczeństwa polskiego, bo przecie jej nie mam, a mieć muszę.
Pieniądze były potrzebne nie tylko na działalność PPS, także i na ...łapówki. Do ostatniej chwili próbowano ratować wspaniałego bojowca, Józefa Montwiłła – Mireckiego, który czekał w Cytadeli na śmierć. Mimo udanej akcji w Bezdanach – Montwiłła nie zdołano ocalić. Tuż przed egzekucją napisał: Śmierć moja, położy wreszcie kres oszczerczym plotkom, że naczelnicy umieją tylko innych wysyłać na śmierć, a sami w ogień nie idą. Po drugie, doda bodźca pozostałym bić się aż do zwycięstwa. Jest u nas w zwyczaju umierać z krzykiem. Krzyków w ogóle nie lubię, jeśli jednak wydać go padnie, to będzie nim jedynie: "Niech żyje Polska niepodległa”.
Zaskakuje podobieństwo listów pisanych w tym samym czasie, ale w różnych miejscach. Oni byli z tego samego metalu: Piłsudski i Montwiłł, także Pużak, także Sosnkowski, Wieniawa, Rowecki... Zadziwiali odwagą i niezwykłą wrażliwością sumienia. Ta wrażliwość kazała Sosnkowskiemu targnąć się na własne życie w 1926 roku – gdy prawo uważało bunt Piłsudskiego za przestępstwo, moralność nakazywała go poprzeć. Podobny dramat, tragiczniej jeszcze skończony, przeżył Wieniawa-Długoszowski. On, niedoszły prezydent Rzeczypospolitej, dążył do pojednania wszystkich Polaków. Zgodził się nawet na współpracę z Sikorskim, który w swych walkach z oficerami Piłsudskiego nie raz łamał zasady honoru. Sikorski ... mianował Wieniawę ambasadorem na Kubie. 1 lipca 1942 generał Wieniawa – Długoszowski odebrał sobie życie. Uznał, że tylko w ten sposób może odzyskać honor.
Juliusz Kaden Bandrowski nazwał pokolenie piłsudczyków „żelaznymi kwiatami”. Trudno o celniejsze porównanie łączące siłę charakteru z wrażliwością sumienia. Na wzorach „żelaznych kwiatów” wychowywało się pokolenie następne, pokolenie Kampanii Wrześniowej i „Burzy”, która z powstania antyniemieckiego przerodziła się w następne, jeszcze bardziej tragiczne – antysowieckie. To też było sprawą honoru.
Honor jako surogat cnoty
Dzieje Rzeczypospolitej to także dzieje honoru i upadku honoru. Pojęcie to ewoluowało, nabierało treści i oczywistości, stawało się cechą charakteru.
Socjologia dzieli czasem narody na społeczeństwa prawa i społeczeństwa honoru. Pierwsze, bardziej stabilne, mające oparcie w silnym państwie miały silny, zewnętrzny system przymusu i egzekucji prawa. Drugie musiały machinę państwową zastępować substytutem prawa – honorem. To narody wędrowne (Pasztunwali), społeczności pogranicza: kowboje, szlachta kresowa. Polacy okazali się zaprzeczeniem tego podziału. Z jednej strony podjęli prawne tradycje Rzymu, pogłębili refleksją – tworząc najwybitniejszą w Europie szkołę filozofii prawa (Stanisław ze Skalbimierza, Paweł włodkowic, Andrzej Frycz Modrzewski), z drugiej – stworzyli społeczeństwo indywidualistów kierujących się uwewnętrznionym kodeksem wartości – przede wszystkim wartości rycerskich. Najkrótszą jego prezentacją było hasło: Bóg, Honor i Ojczyzna. We wspomnianych już dywagacjach socjologów honor miał być pierwotnie tylko reakcją na wojennego. Internowanie ponad 10 tys. osób, militaryzacja zakładów pracy. Naiwni sądzili, że pod tym parasolem wprowadzone zostaną reformy – tymczasem zsowietyzowane wojsko nie zdało egzaminu. 22 lipca 1983 rozwiązano WRON. Ośrodek władzy przesunął się w ręce bezpieki i aparatu propagandy. Zaufany Jaruzelskiego, gen. Kiszczak objął sprawy wewnętrzne, propagandą rządził Urban – natura obdarzyła go urodą adekwatną do wprowadzanego ustroju. Uzupełnieniem ich władzy był terror „nieznanych sprawców” – pobicia i spektakularne morderstwa. W 1984 zamordowani zostali Piotr Bartoszcze i ks. Jerzy Popiełuszko, w 1985 pobity został ks. Isakowicz – Zaleski, w1986 zamordowano działacza nowosądeckiej „Solidarności” Zbigniewa Szkarłata, w 1989 – w styczniu zginęli ks. Stefan Niedzielak i ks. Sylwester Zych. To tylko niektóre nazwiska z listy liczącej ponad sto osób. To byli ludzie honoru, nie Kiszczak i Jaruzelski.
Równolegle odbywały się rozmowy z umiarkowanymi opozycjonistami, Kuroń dyskretnie sugerował esbekom, z kim nie powinni rozmawiać, Michnik jeździł do Moskwy. Po zbrataniu się pod stołem w Magdalence odbył się „show” ponad „Okrągłym Stołem” w Warszawie. Powstał „rząd” Mazowieckiego. Osobą numer 1 (w randze prezydenta) pozostawał generał Jaruzelski, Florian Siwicki był ministrem obrony, gen. Kiszczak – wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych. SB została przemalowana a zmiany były na miarę dołożenia korony do orła. Wojskowe służby pozostały nietknięte, ocalał też w większości aparat propagandy. Z punktu widzenia etyki zmieniło się więc niewiele: deklarowane wartości wyższe (podobnie jak obrzędy i święta) służyły jako listki figowe, życiem praktycznym rządziły „wartości” umieszczane przez Platona niżej – te materialne.
Akcji czyszczenia etosu wojskowego z wartości wyższych towarzyszyła rozpoczęta w PRL propagandowa walka z „bohaterszczyzną”. Ośmieszano tradycję zrywów powstańczych, wojnę 1920 przedstawiano jako marsz po latyfundia, Powstanie Warszawskie przedstawiano jako akt współpracy ...z Hitlerem, opluwano żołnierzy Andersa, partyzantów antysowieckiego powstania nazywano bandytami. Robili to zarówno literaci w rodzaju Brandysów czy Ważyka, jak historycy (np. TW „Docent” Garlicki), jak i niedouczeni radykałowie w rodzaju Kuronia. Trudno się oprzeć wrażeniu, że akcja ta trwa nadal. Ośmiesza się obrońców Westerplatte, „Wyborcza” zarzuciła powstańcom warszawskim mordowanie Żydów, kłamstwa na temat Jedwabnego wypychają z pamięci „Żegotę” i tysiące polskich ofiar. W wydawanych wciąż książkach Kuronia można przeczytać przejęte od ubeków epitety przezywające żołnierzy Powstania Antysowieckiego, ostatnich żołnierzy honoru – bandytami i antysemitami. To już ostatnie chwile, by wrócić do idei Polskiego Plutarcha – nieco ją modyfikując. Warto porównać nie tylko Piłsudskiego z Sobieskim, także Jaruzelskiego z Piłsudskim i Kuronia z Pużakiem. Urbana z Goebbelsem już porównano.
Co nowego w nadbudowie?
Na to pytanie można odpowiedzieć jak w czasach PRLu: nowe wraca. Z programów szkolnych usuwane są lektury, które mogłyby stanowić namiastkę Polskiego Plutarcha. W ich miejsce wstawia się imitacje literatury światowej – zapominając, że świat ma oryginały i gardzi imitacjami. Literatura polska nie wykorzystała szansy jaką przyniosła odzyskana suwerenność, nie powstały żadne wielkie dzieła o wybijaniu się na niepodległość, ani o „Solidarności”, nie dokonano rozrachunków z czasami bez honoru – przedłużając ich trwanie. Najlepszymi książkami o II wojnie pozostają Monte Cassino Wańkowicza i Przemarsz przez piekło Podlewskiego.
Tu znowu trzeba wrócić do honoru, który w literaturze przekładał się na wielkość Żeromskiego i gorzki patriotyzm Kadena. To właśnie brak honoru nie pozwolił literatom napisać dzieł nawet na ich własnym poziomie. Kapuściński nie został wielkim Kapuscińskim – bo został małym kapusiem. Nie mógł zostać wielkim polskim pisarzem Szczypiorski, bo jako TW został zadaniowany na autorytet moralny, ale - wicie rozumicie - bez przesady... Z tych samych względów nie mogli przypominać o honorze Grynberg ani Koźniewski, Odojewski ani Kuśniewicz. Próbował pisać o honorze Eustachy Rylski - autor najlepszej powieści ostatnich lat zatytułowanej Warunek. Jednak honor ponosi w niej klęskę – jak poniosła stanowiąca tło powieści wyprawa Napoleona. Aksjologię naszej kultury nieco tylko poprawiają filmy z pogranicza dokumentu: Inka Natalii Korynckiej – Gruz ze scenariuszem Wojciecha Tomczyka, autorski film Bugajskiego Generał Nil, twórczość Aliny Czerniakowskiej.
Na marginesie dodajmy, że Tomczyk jest autorem najlepszego dramatu rozliczeniowego „Norymberga” – w kameralną formę udało mu się zmieścić wiele przeklętych problemów naszej współczesności. Czy jednak jego bohater domagający się Norymbergii dla komunistów odzyskał honor? W rozliczeniowym filmie Jacka Raginisa i Macieja Pisuka Mord założycielski przypomniana została walka o władzę wśród służalców Kremla z PPR. Jednak człowieka honoru w tym dziele trudno się dopatrzeć – takich w owych kręgach nie było.
Dla spragnionych wartości pozostają też wiersze Herberta i piękny esej Łysiaka o Wieniawie. To mało. Zwłaszcza, że esej Łysiaka, podobnie jak większość wierszy Herberta powstawał jeszcze w czasach PRL – i przeciwko tym czasom.
Brak honoru dal też o sobie znać w Kościele, który ostatnio szybko traci autorytet. Nie chodzi mi o takie naruszenie honoru, jak w przypadku arcybiskupa Petza – problemy seksualne, jako produkt uboczny celibatu zdarzały się w Kościele już wcześniej i będą się zdarzać w przyszłości. I nie chodzi również o sam fakt wykrycia tajnych współpracowników wśród kapłanów. Lustracja wykazała, że w kościele było ich niewielu, wielekroć mniej, niż np. wśród dziennikarzy. Kościół miał jednak swoje non possumus – dlatego miał męczenników i ma błogosławionych. Dziennikarze mają tylko Maleszkę. Problemem Kościoła jest dzisiejszy stosunek do dawnych współpracowników służb, brak odwagi przyznania się do błędów – i w efekcie żenująca próba zamiecenia tych spraw pod dywan – a to właśnie sprawa honoru. A raczej jego braku.
Celebryta – surogat człowieka honoru.
Największy deficyt honoru cechuje – jak w czasach PRL – środowisko polityków. Ponieważ polityka zmienia się w „show” – politycy kreowani są na bohaterów medialnych – na miarę masowego odbiorcy. Nie mogą być ludźmi honoru, że o cnocie nie wspomnę. Czasy kiedy Piłsudski postponował głupich, pazernych i pozbawionych honoru posłów, kiedy potrafił walnąć pięścią w stół w czasie krętackiej mowy Voldemarasa i zapytać konkretnie czy chce wojny, czy pokoju - minęły chyba bezpowrotnie. W Sokołowie do dzisiaj wspominają, jak to premier Sławoj – Składkowski odmówił pójścia na obiad z miejscowymi notablami, i gdy oni pili w restauracji – ukradkiem wcinał odwiniętą z papieru kanapkę. Podobną opowieść słyszałem na temat Walerego Sławka. Nie słyszałem na temat Leppera, ani Kalisza. Wspomnienia o naszych mężach stanu będą zupełnie inne.
Pomińmy w tym miejscu polityków PRL. Sprawę honoru w polityce zagranicznej wyczerpuje wspomnienie Bermana, który skarżył się, iż na rozkaz Stalina musiał tańczyć z Mołotowem tango (z bolcem). Przypomnijmy parę zdarzeń późniejszych.
18 sierpnia 1991 w Moskwie wybucha pucz Janajewa. Jak reaguje Lech Wałęsa, pierwszy suwerenny prezydent RP? - Ano wykonuje usłużny telefon do gen. Jaruzelskiego i rozmawia jak kapral z generałem.
17 września 1999 , Charków, obchody 59 rocznicy zbrodni katyńskiej. Prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski zachowuje się w sposób najwyraźniej wskazujący na spożycie. Kancelaria Prezydenta tłumaczy jego zachowanie „bólem lewej goleni". Dopiero w grudniu 2005, pod koniec drugiej kadencji, Kwaśniewski przyznał się do picia alkoholu przed uroczystościami na cmentarzu. Tłumaczył to nadmierną gościnnością zapraszających.
Dowcipnie - ale chyba niezbyt honorowo[1]. Nie popisał się także Kwaśniewski przepraszając 10 lipca 2001 w Jedwabnem Żydów – za morderstwa popełnione przez Niemców. Brzmiało to tak wiarygodnie jak zapewnienia o posiadaniu tytułu magistra[2] i reklama przez prezydenta mebli „Forte" .
Marzec 2001, minister spraw zagranicznych RP, Władysław Bartoszewski zostaje zaproszony na sesję Knesetu. Wiceprzewodniczący Knesetu - Reuven Rivlin zaczyna opluwać Polskę: Jest wielu Polaków, którzy brali udział w mordowaniu Żydów. Sam fakt, że Polska była okupowana, nie zwalnia jej od odpowiedzialności za zbrodnie dokonane na jej terenie. Nowa, demokratyczna Polska powinna się skonfrontować ze swoją przeszłością i wyrównać krzywdę, która była dokonana w tym kraju. Jak wyrównać – dopowiada poseł Josef Paricki: finansowo.
Jak na te słowa zareagował Bartoszewski. Nijak. Zrobił jedynie minę, jakby usiłował wejść pod krzesło.
Maj 2005. Kwaśniewski wraz z Jaruzelskim biorą udział w uroczystościach 60 –tej rocznicy końca wojny. Putin przemawia:
Zawsze będziemy pamiętać o pomocy, której udzielili nam sojusznicy – USA, Wielka Brytania, Francja i inne państwa koalicji antyhitlerowskiej, a także niemieccy i włoscy antyfaszyści ... Polska demonstracyjnie została pominięta.
Który z naszych prezydentów uniósł się honorem i zaprotestował? Oczywiście żaden.
Maj 2005. Kwaśniewski wraz z Jaruzelskim biorą udział w uroczystościach 60. rocznicy zakończenia II wojny. Putin wygłasza z tej okazji przemówienie:
Zawsze będziemy pamiętać o pomocy, której udzielili nam sojusznicy – USA, Wielka Brytania, Francja i inne państwa koalicji antyhitlerowskiej, a także niemieccy i włoscy antyfaszyści ... Polska demonstracyjnie została pominięta.
Który z naszych prezydentów uniósł się honorem i zaprotestował? Oczywiście żaden.
W tym samym czasie prokremlowska agencja inf. „Strana.ru” zamieściła artykuł Natalii Jelisiejewej o „Niewdzięcznych polakach”. Przedstawiła „tak zwaną Armię Krajową” jako organizację właściwie faszystowską, sterowana przez rząd w Londynie. Zdaniem agencji II wojna skończyłaby się wcześniej, gdyby nie musiano oddelegować 85 tys. żołnierzy do walki z polskimi terrorystami z AK. Akowcy także inspirowali pogromy Żydów, dokonywali gwałtów i kradzieży – o wymordowaniu AK przez NKWD, o łagrach – ani słowa. Nie było także słowa o czekaniu na zagładę Warszawy – było o wyzwoleniu. Polscy politycy widać nadal uważali się za wyzwolonych, bo nie zareagowali ani słowem.
Rzymianie rzeźbiąc boga honoru nadawali mu czasem rysy bohaterów – np. Aleksandra Wielkiego. Jak wyglądaliby nasi? Kwaśniewski pochylony nad mogiłką w Charkowie, Kuroń z termosem w dłoni, Michnik w pozycji odp. się od Generała, Wałęsa z kieliszkiem w Magdalence, Bartoszewski pod krzesłem, Geremek - ech, lepiej nie mówić.
Zakończenie
Pojęcia wymyślone przez ludzi służą do poznawania i porządkowania świata. Są jak mikroskop, czy teleskop – bez nich pewne zjawiska uchodzą naszej uwadze. Do takich pojęć należą nie tylko nazwy przedmiotów, czy zdarzeń, także takie pojęcia jak honor. Gdy zostają wykreślone ze słownika – pewnych zjawisk nie potrafimy nazwać, nawet ich nie dostrzegamy.
Amputacja honoru zniszczyła charaktery Polaków, zniszczyła tym samym życie zbiorowości. Widać to we wszystkich dziedzinach, nie tylko tak przejrzystych jak propaganda, czy sport z którego zniknęła zasada fair play – zastąpiona sprzedawaniem wyników. Brakiem honoru była wyprzedaż narodowego majątku przez tych, którzy zostali powołani do kierowania polską gospodarką. Zamiast unowocześnić i uczynić konkurencyjnymi – sprzedano kopalnie, huty i cementownie, oddano banki, które stanowią krwioobieg gospodarki. Niedawno premier Tusk triumfalnie zapowiadał sprzedaż ostatnich stoczni nabywcom z Kataru. Ręczył słowem, że jeśli transakcja nie wyjdzie – wyleci z pracy minister. Transakcja nie wyszła – minister, ani premier nie poczuwają się do żadnych honorowych konsekwencji.
O sytuacji w dziedzinie obyczajowości rozwodzić się nie warto. Dla wybielenia Polańskiego eliciarze stosują różne chwyty, różne pojęcia – z wyjątkiem pojęcia honoru. A wręcz kpiąc z tego pojęcia bronią takich osobników jak Rywin, czy Piwowski. Dla pełnego zakłamania pojęć Michnik mianował ludźmi honoru Jaruzelskiego i Kiszczaka. Polacy wegetujący wśród wartości niskich, konsumpcyjnych otrzymują dla ozdoby imitacje wartości wyższych. A także imitacje bohaterów – jakby lalki z sex shopu.
Ofensywę ludzi bez honoru obserwujemy też w dziedzinie prawa. Najpierw był kampania antylustracyjna Geremka, który będąc posłem Polski w Europarlamencie nie zawahał się udzielać wywiadów szkalujących własny rząd i naród. Na histerii mającego to i owo do ukrycia historyka skorzystali mający jeszcze więcej do ukrycia tajni kapusie. Dokonano odwrócenia wartości - TW „Literat” – Żuliński przedstawiał na swym blogu kampanię tchórzy jako akt bohaterstwa. Ludzi domagających się prawdy i uczciwości – jako szkodliwych fanatyków. Szkodliwych? – oczywiście dla dawnej agentury, dla budowniczych sowieckiej Europy.
W chwili gdy piszę ten tekst trwa rozpętana przez SLD akcja obrony ubeckich emerytur, której chorążym jest poseł Widacki. Nie ważne, że ubeccy oprawcy dostają emerytury wyższe kilkakroć od ich ofiar (tych, którym udało się przeżyć) – zbliżają się wybory i liczy się każdy głos. A pytanie jak postąpiłby ubek, gdyby był człowiekiem honoru, jest pytaniem retorycznym. Gdyby był człowiekiem honoru nie zostałby ubekiem.
Z kultury polskiej znika honor. To, że tego nie dostrzegamy jest także tego dowodem.
Według niektórych historyków badających materiały IPN, Aleksander Kwaśniewski był w latach 1883 – 89 zarejestrowany jako TW Alek pod numerem ewidencyjnym 72204.
[2] Najpierw złożył takie oświadczenie Państwowej Komisji Wyborczej, potem potwierdził je w wywiadzie dla radiowej Trójki, Bądźmy jednak sprawiedliwi: 2 grudnia 1995, na łamach „Polityki” Kwaśniewski przyznał, że nie zrobił magisterium













