Rafał Sulikowski (UJ)
O dwu wersach Tadeusza Różewicza
Koniec humanistyki - koegzystencja sprzeczności – podmiot ambiwalentny.
Wiersz Tadeusza Różewicza bez, z którego pochodzą dwa ciekawe, a przy tym nieco tajemniczo brzmiące wersy („życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe”), mimo kilku dogłębnych interpretacji nie wydaje się wciąż znaczeniowo wyczerpany, ponieważ funkcjonuje na zasadzie wielopoziomowego palimpsestu, odkrywającego wciąż nowe znaczenia, lub odnawiającego sensy już obecne w przestrzeni literaturoznawczej. Nie od rzeczy będzie zacytować interesujący nas utwór w całości, aby czytelnik miał możliwość śledzenia toku zaproponowanej niżej lektury. Przeczytajmy zatem raz jeszcze cały wiersz:
największym wydarzeniem
w życiu człowieka
są narodziny i śmierć
Boga
ojcze Ojcze nasz
czemu
jak zły ojciec
nocą
bez znaku bez śladu
bez słowa
czemuś mnie opuścił
czemu ja opuściłem
Ciebie
życie bez boga jest możliwe
życie bez boga jest niemożliwe
przecież jako dziecko karmiłem się
Tobą
jadłem ciało
piłem krew
może opuściłeś mnie
kiedy próbowałem otworzyć
ramiona
objąć życie
lekkomyślny
rozwarłem ramiona
i wypuściłem Ciebie
a może uciekłeś
nie mogąc słuchać
mojego śmiechu
Ty się nie śmiejesz
a może pokarałeś mnie
małego ciemnego za upór
za pychę
za to
że próbowałem stworzyć
nowego człowieka
nowy język
opuściłeś mnie bez szumu
skrzydeł bez błyskawic
jak polna myszka
jak woda co wsiąkła w piach
zajęty roztargniony
nie zauważyłem twojej ucieczki
twojej nieobecności
w moim życiu
życie bez boga jest możliwe
życie bez boga jest niemożliwe[1]
Tekst jest otwarty znaczeniowo[2], jak większość wierszy nowoczesnej poezji, jaką stanowi twórczość Tadeusza Różewicza. Daje się interpretować wielorako. Utwór opisuje moment utraty przez człowieka wiary, ale wbrew temu, co pisano, zanegowany jest raczej fałszywy[3] obraz Boga, a nie rzeczywisty, transcendentny Bóg religii monoteistycznych. Inna możliwość interpretacyjna, potwierdzająca skonstatowaną przez badaczkę semantyczną otwartość tekstu, to stwierdzenie prostego faktu, iż życie materialno-biologiczne bez odniesienia do Boga jest możliwe wyłącznie na poziomie egzystencji czy fizjologicznej wegetacji.[4]
Utwór bez posiada strukturę rozwijającego się traktatu medytacyjno-filozoficznego, o specyficznej melodyce i tonie emocjonalnym zastanawiania się, co sugerują słówka pytające, wprowadzające perspektywę otwartą (być może). Początkowa teza otwiera szereg hipotetycznych przyczyn „śmierci Boga” (jak powiedział Nietzsche) i zredukowania go do wymiarów ziemskich poprzez antropomorfizującą optykę tradycyjnego monoteizmu. Bóg jest stworzony na obraz człowieka - istoty wszak śmiertelnej, więc musi umrzeć, jak jego stwórca. Zatem możliwe życie bez boga rozumianego jak w ST (co dotyczyło ludzi, niewiele mniejszych od aniołów), równocześnie bywa stale narażone na śmierć.
Inną interpretacją może być podwójność semantyczna słowa „życie”: życie ziemskie – w pełnym dobrostanie - jest bez Boga możliwe, ale nie nadprzyrodzone życie duchowe, w pełni zdeterminowane poprzez prawo dialektyki łaski i odpowiedzi człowieka w aktach: czynu, słowa i wiary.
Interpretacja egzystencjalna prowadzi w nieco innym kierunku, wydobywając aspekt czasowy. W tej optyce to, co było niegdyś możliwe, staje się w procesie starzenia człowieka niemożliwym[5]. Najpierw protagonista doświadczył dziecięcego poczucia nieśmiertelności, wspieranego wiarą w pokarm eucharystyczny, potem słabości, braku woli, apatii i osłabienia rozumu. „Objąć życie” znaczy nauczyć się tekstu świata, Księgi natury, pisanej u Różewicza już z małej litery, bo pisanej z natury, nie z boskiego natchnienia. By nawiązać właściwy kontakt z widzialnym światem, trzeba zrezygnować z „rzeczy niewidzialnych”, ponieważ – jak w wierszu Szymborskiej – „tyle naraz świata, ze wszystkich stron świata”, że nie powiedzie się próba „objęcia Wszystkiego”. Losem człowieka jest zatem wyrzeczenie, tyle, że odwrotnie niż w tradycji chrześcijaństwa, kiedy nakazem ascezy było absolutne wyrzeczenie „tego świata”, uznawanego za domenę sił zła, by zdobyć intelektualnie „tamten świat”, istniejący potencjalnie. Wyrzeka się więc poeta religii, gdyż pragnie objąć świat rozumem, uwolnionym z dogmatów, nieprzystających do rzeczywistości i spełniających jedynie funkcję prewencyjno-represyjną.
Ukryta została w wierszu bez także projekcja odbioru, opartego na wyborze wolnym od przymusów. Obrazuje ten fakt rozwijaną przez poetę fenomenologię wyzwolonej świadomości oświeconego Europejczyka, wyraźnie autokreowanego w hipotekście całego utworu. W ramach poetyki, przypominającej urzędowe „niepotrzebne skreślić”, czytelnik sam decyduje, którą opcję interioryzuje jako własną, na zasadzie kapitalistycznej zasady oszczędnościowej „zrób to sam” czy też „wybór należy do Ciebie” z poetyki reklam.
W dwu interesujących nas teraz wersach Zofia Zarębianka dostrzega antynomie, istniejące w świadomości bohatera[6] lub nawet „ostro zarysowujący się dylemat przeciwstawnych sobie racji światopoglądowych”.[7] Idąc tym tropem można orzec, że w wierszu w rozszczepionym podmiocie o cechach osobowości schizotypowej słychać jakby kłócące się głosy. Bez to niewątpliwie zapis sprzecznych głosów, wyrażanych w sobie (wewnętrznie) lub raczej w obiektywnej rzeczywistości, w której nie istnieje już jeden nurt ideowy, lecz pełny pluralizm światopoglądowy. Podmiot rozszczepiony, posiadający atrybuty rozumu transwersalnego[8], wszelkie opozycje sprowadza do gry różnic, którą sygnuje w tekście przedrostek przeczący - partykuła „nie”. Partykuła ta pełni funkcję odróżniania dwu stanów czy modusów egzystencjalnych, dawniej odległych, a dziś bliskich. Dosłowna bliskość w tekście (dwa kolejne wersy składające się na dystych strofoidalny, czy quasi-refren, powtórzony dwukrotnie) pokazuje charakterystyczne dla obecnej kondycji umysłowej człowieka ponowoczesnego skurczenie pola manewru, zwężenia świadomości oraz znaczne ograniczenie wolności i swobody, także w manewrowaniu językiem poetyckim. Odległe dawniej opozycje - byt i niebyt, możliwość i niemożliwość jako konsekwencja Nieobecności - teraz sytuują się w bezpośrednim sąsiedztwie, co sprawia, że znika ich radykalne rozgraniczenie.
Widać wyraźnie także tradycję logicznej zasady „tertium non datur” i zasadę „wyłączonego środka”. Bohater nie wie, jaka jest ostateczna natura świata, więc na wszelki wypadek „obstawia” jednocześnie obie możliwości ontologiczne. Niemożność dokonania wyboru w sytuacji sprzecznych sądów i ambiwalentnej labilności emocjonalnej rzutuje na całą egzystencję autora. Protagonista wiersza bez zachowuje się jak Pascal, którego zakład ontologiczny polegał - jak wiadomo - na wyborze życia zgodnego z religią („tak jakby Bóg był”), bo to nic nie kosztuje. Różewicz polemizuje dyskretnie z taką opcją: życie wedle wiary kosztuje i to dużo, przy czym wcale nie chodzi o składkę na tacę. Kosztuje, bowiem - przynajmniej w religijności potocznej[9] - Bóg się nie śmieje, a religia stanowi rygorystyczny zbiór przepisów formalnych, decydujących w dużym stopniu o sposobie życia wyznawcy. Różewicz nie zgadza się z wymową wierszy ks. Jana Twardowskiego, którego Bóg nosi na obliczu zwykle dobry uśmiech. Nie wyznaje też autor Poematu autystycznego specyficznego uśmiechu „teologii humoru” ks. Józefa Tischnera. Z drugiej strony niezbyt nęcące jest chrześcijaństwo permisywne, pozbawione negatywnego członu opozycji, jakim jest „piekło”, którą to koncepcję jako „teologię nadziei” proponuje dzisiejszemu zdezorientowanemu światu ks. Wacław Hryniewicz. „Piekło”bowiem dla Różewicza ma od zawsze niezmienne rysy oświęcimskiego koszmaru, więc zbędne jest zaludnianie nim zaświatów. Tyle, że piekło – mimo, iż jedynie ziemskie – stanowi obiektywną rzeczywistość, której nie da się zaprzeczyć.
Zaraz po swej początkowej tezie, bohater zwraca się do Boga. Początkowo mówi o Bogu wyraźnie z zewnątrz (jakby spoza Kościoła, z perspektywy obserwatora, co pokazuje użyta mowa w 3 os.), potem stara się zwrócić do samego Boga, ale nie wie, jak mówić, jakich słów użyć, więc decyduje się na pisanie. O tym, że nie mówi, lecz pisze wiadomo, gdyż w mowie nie można usłyszeć dużych liter – a tu bohater jakby poprawia się: ”ojcze Ojcze nasz”, zmieniając wymowę zwrotu: ojciec ziemski nie może sprostać niebieskiemu, a Bóg powinien być nieskończenie doskonalszy od ojca biologicznego. Nie jest więc utwór Różewicza bez modlitwą, ale raczej niby-modlitwą, gdyż prawdziwa modlitwa zwykle zostaje wypowiedziana na głos. Bohater omawianego wiersza modli się pisząc, po cichu, w skupieniu. Wiersz przypomina medytację, rozumianą jako rozmyślanie, zgodnie z etymologicznym znaczeniem słowa. Bohater dokonuje zarazem swoistego rachunku sumienia, przypominającego katolicką spowiedź. Odbywa się ona bez pośrednictwa Kościoła, w ewangelicznej izdebce, gdzie „Ojciec widzi w ukryciu”.
Rozpoczęta modlitwa jednak rwie się, wiara umiera, a bohater nie pamięta modlitwy, którą zwykle pamięta się z dzieciństwa. Wiersz pośrednio opisuje zatem proces śmierci dziecięctwa, koniec dzieciństwa. Za Immanuelem Kantem głosi, że dojrzałość oznacza wyjście z „wieku niemowlęctwa” i wolne posługiwanie się rozumem. Inaczej niż w Ewangelii, gdzie nakazano „stać się jak dzieci”, dzieciństwo waloryzowane jest przez Różewicza ujemnie jako okres fałszywej świadomości, a także jako czas w dużej mierze stracony na wiarę, nie prowadzącą do Spotkania. Czułby się poeta zatem zdradzony przez tradycję i Boga? Jednak i rozum zawodzi – w tok rozważań racjonalnych wpadają wszak słowa modlitwy (będącej mową serca, nie rozumu), a obiektywny tekst rozprawy filozoficznej, beznamiętny i zupełnie nie emocjonalny, przechodzi chwilę potem w pełen emocji i żalu płacz poety nad sobą i okruchami rozbitego lustra wiary.
Zwróćmy uwagę, że najważniejszy w twórczości Różewicza wiersz z punktu widzenia poetyckiego światopoglądu pozbawiony jest odniesień chrystologicznych, obecnych wyraźnie w innych[10] wierszach poety. Jak zinterpretować ten fakt? Jest kilka możliwości, będących - można sądzić - równoprawnymi:
1)poeta odsyła czytelnika do wierszy „chrystologicznych”; nie chce powtarzać tez tam sformułowanych;
2)przenosi dyskusję na poziom wiary w Transcendencję, nie wdając się w detale: czy w Eucharystii mamy do czynienia z symbolizacją czy realną transsubstancjacją, itd.; powoduje to zuniwersalizowanie wyników poznania egzystencjalnego, dotyczącego problemu „zniknięcia” idei Boga z horyzontu myślowego protagonisty;
3)uznaje Chrystusa za Człowieka, niesłusznie awansowanego przez wyznawców do roli Syna Bożego.
Jednak na koniec medytacji zamiast czytelnej konkluzji, puenty czy wniosku mamy sprzeczność: rozprawa na temat narodzin i śmierci, początku i końca idei Boga, schyłku fałszywego obrazu Boga czy koegzystencji równoprawnych poglądów w postmodernistycznej globalnej wiosce pozostaje niedomknięta, niczym każde życie ludzkie. Nie tylko poezja, ale także cała humanistyka i filozofia (a może cała kultura) nie daje jasnych, pewnych i uniwersalnych odpowiedzi (czy kiedyś w ogóle dawała?). W każdym razie po wojnie już nie można przyjmować z całym dobrodziejstwem inwentarza twierdzeń humanistyki, ponieważ to właśnie filozofia (a konkretnie jeden z jej nurtów) pośrednio przyczyniła się do rozwoju obłąkańczych idei totalitarnych, owocujących wkrótce tragedią milionów.
Po Oświęcimiu zatem nie tylko poezja, ale i cała kultura nie dają dobrej odpowiedzi na najważniejsze w życiu człowieka pytanie: czy można żyć bez Transcendencji albo chociaż bez pytań o Nieuwarunkowane.
Wiersz bez skonstruowany został jako szkic, pełny miejsc niedookreślenia, gotowy na przyjęcie sugestii czytelniczych i propozycji analitycznych. Sytuacja liryczna jest pod względem czasu i przestrzeni bardzo szczególna. Czas stanowi jakąś współczesność Każdego, człowiek jest tu bowiem metonimią ludzkości, w której rozwoju mija właśnie czas nie tylko religii, ale i wiary, a także metafizyki. Rzeczywistość post-metafizyczna polega na zabiciu w ponowoczesnym świecie nawyku stawiania pytań ostatecznych. Bez poszukiwań sensu istnienia życie bywa nieznośne, zarazem jednak możliwe wydaje się znieczulenie metafizyczne poprzez zanurzenie w totalnej immanencji. Nie wiemy, kiedy dzieje się opisane przeżycie medytacyjne poety, a jeszcze więcej wątpliwości nasuwa się w związku z przestrzenią, którą stanowi niekonkretna, abstrakcyjna przestrzeń mentalna, gdzie koegzystują idee, nie mająca w ogóle odpowiednika w przestrzeni realnej. Presupozycje europejskości nasuwają myśl o zdecydowanie antysarmackiej wymowie, skierowanej przeciwko modelowi tradycyjnego Polaka-katolika i Matki-Polki. Rozgrywa się bowiem batalia o rzeczy ostateczne, dlatego sprzed oczu protagonisty znika przestrzeń codzienna, co sprawia nieodparte wrażenie, jakby bohater wiersza bez cierpiał na brak zakorzenienia. Nie przynosi zakorzenienia umarłe dzieciństwo (przypomina się spektakl Tadeusza Kantora Umarła klasa wystawiony w krakowskim Cricot 2 w roku 1980), ani tym bardziej teraźniejszość wykorzenienia metafizycznego, zaś przyszłość nie istnieje w ogóle w świadomości bohatera. Czas od momentu śmierci Boga, czyli największego wydarzenia w życiu człowieka (większego niż narodziny i śmierć człowieka!), przestaje płynąć, ponieważ brak celu istniejącego na horyzoncie ziemskiej pielgrzymki sprawia, iż człowiek przestaje pielgrzymować. Oznacza to, że upada koncepcja życia jako nieustannej pielgrzymki, peregrynacji do Celu (zjednoczenia z Absolutem), więc nastaje swoisty mikro-czas, liczony monotonnym powtarzaniem refrenu żałosnej pieśni. Bohater, stojąc nad grobem swego Boga, śpiewa Mu ponure requiem albo płaczliwą lacrimosę, jednak nie zmienia to w żadnym stopniu sytuacji człowieka. Bohater nie próbuje wcale wyjść z tej sytuacji, mającej cechy patowe: brak możliwości manewru. Poddaje się biernie wytworom własnej przeszłości, nie wnika głębiej w przyczyny opuszczenia go przez Boga.
Interesujące odczytanie może iść jeszcze w dwu kierunkach: semantyki liczby pojedynczej i chrystologicznego wymiaru poezji.
Odczytywany przez odbiorcę wiersz zmienia w sposób paradoksalny całą interpretację: liczba pojedyncza sprawia, że treść utworu zaczyna nabierać sensu dla czytelnika, który widzi swoje życie i porównuje własną sytuację egzystencjalną z sytuacją protagonisty. Liczba pojedyncza używana jest często w retoryce homiletycznej, w czasie kazań, co podnosi skuteczność performatywną wypowiedzi i nadaje jej żywy oddźwięk w umyśle słuchaczy. Czytelnik zaczyna rozumieć, że i w jego życiu zachodzą dwie sprzeczności: oczywisty fakt istnienia (dowodem którego jest fakt czytania wiersza) przy tradycyjnym przekonaniu o konieczności nieustannej kreacji wymiaru stwarzanego przez Byt najwyższy. Różewicz obnaża dowód istnienia Boga, wynikający z domysłu niemożliwości istnienia bytów przypadłościowych bez ciągłego „wsparcia” ze strony Boga, który głoszony był w augustiańskim nurcie teologii. Bóg bowiem raz stworzył człowieka, nie musi dalej stwarzać, tego, co stworzone, byłaby to bowiem sprzeczność. Różewicz idzie dalej: jego świadomość jest świadomością Po: po Darwinie, który przyczynił się do upadku teorii kreacjonizmu w historii naturalnej na korzyść ewolucjonizmu.
Słowa „czemuś mnie opuścił” stanowią dalekie echo słów, wypowiedzianych przez Chrystusa umierającego na krzyżu ”Eli, Eli, lamma sabaktani”, co oznacza „Boże, czemuś mnie opuścił”. Konający Chrystus opuszczony przez Ojca był wielkim tematem poezji modernistycznej.[11] U Różewicza Chrystus umiera na zawsze, nie ma przed sobą perspektywy zmartwychwstania, dzieli los każdego człowieka i wszystkiego, co musi umrzeć. Takie światoodczucie potwierdzają inne „metareligijne” wiersze poety.
Pytanie o nieobecność rozszerzone zostało o motywy znane z krytyki dekonstrukcyjnej. Wersy „bez znaku bez śladu / bez słowa” świadczą o obeznaniu Różewicza z ponowoczesną batalią przeciwko logocentrycznie zorientowanej klasycznej filozofii. Potwierdza się zatem istotnie teza niniejszego szkicu o antyhumanistycznej wymowie jednego z wielu sensów utworu Tadeusza Różewicza. Nie ma kogo tropić, bo nie istnieje już żaden ślad, a wszelkie tropy mylą, podobnie dzieje się w przypadku „znaku”, zbudowanego według tradycyjnego językoznawstwa z elementu znaczącego (signifiant) i znaczonego (signifie). Znak w krytyce dekonstrukcji (Paul de Man, Richard Rorty, Jacques Derrida, by wymienić najbardziej znanych filozofów, demontujących Tradycję) posiada już jedynie element znaczący, zredukowany do wewnątrztekstowej gry różnic i konwencji literackich. Słowo natomiast przestaje oznaczać Logos, ponieważ w piśmie dokonało się przesunięcie znaczonego poza bezpośrednio dostępny poznaniu nie-tekst (Jurij Łotman).
Na koniec warto rozważyć istnienie w wierszu bez Tadeusza Różewicza postmodernistycznego projektu nierozstrzygalności przeciwstawnych poglądów. Nierozstrzygalnik polega w filozofii ponowoczesnej dekonstrukcji na obnażeniu tendencji modernistycznej (i oczywiście przedmodernistycznej) do operowania systemem gotowej i pewnej Prawdy, w rozumieniu zarówno religijnym (Logos), jak i niereligijnym (prawda obiektywno-naukowa, prawda jedynej, uniwersalnej kultury, prawdy osobiste). Różewicz projektuje wyraźnie nierozstrzygalny status kwestii możliwości życia bez boga, bez idola, czyli ostatecznie – bez złudzeń, w obliczu brutalnej prawdy. Nawet bowiem stwierdzenie nieistnienia jednej prawdy, pretenduje do bycia prawdą ostateczną, co wikła wszelkie dyskusje epistemologiczne w skomplikowane problemy teoriopoznawcze i poważne aporie. Różewicz-agnostyk i sceptyk wątpiący w zasadność operowania powszechnikami, krytycznie podchodzi do mityczno-scjentycznej uzurpacji poznania prawdy definitywnej, mającej moc wyzwolenia człowieka. Skonstatowany przez Lyotarda kryzys metanarracji postępu i emancypacji rozumu przeradza się u Różewicza w tradycyjne „ignoramus et ignorabimus”. Wielkie opowieści zmalały do tego stopnia, że zanika nawet pamięć o nich, stąd rolą poezji będzie odtąd podtrzymywanie prawa do poszukiwania własnej, wewnętrznej prawdy i prawa do zamilknięcia wobec tajemnic bytu. Nierozstrzygalny status tez traktatu Różewicza musi obrócić się także przeciw niniejszej próbie re-lektury, dając miejsce następnym, w infinitywnym ciągu odczytań, zawsze niepełnych i szkicowych.
Tak przedstawia się w skrócie historia nowego odczytania wiersza, pochodzącego z przełomu historycznego roku polskiej aksamitnej rewolucji 1989. Utwór stanowi wstecz rzutowane podsumowanie dotychczasowej drogi w topografii wewnętrznej poety, piszącego od siebie, a zarazem pośrednio diagnozującego nastanie nowej epoki, w dużej mierze znaczonej postępem cywilizacyjnym, za czym zwykle idzie – jak pokazały dzieje Zachodu – praktyczny materializm. Pozbawiony bezpośredniego dydaktyzmu, utwór bez w tonie raczej nostalgicznym wskazuje na zagubioną zasadę scalającą i porządkującą niegdyś coraz bardziej chaotyczny świat współczesny poecie i nam, jego czytelnikom.
[1] T. Różewicz, bez. W: tegoż: Poezje wybrane / Selected poems, przeł. A. Czerniawski, Kraków 1994, s. 252 – 254.
[2] Por. Z. Zarębianka, Bóg, którego nie ma. W: tejże, Tropy sacrum w literaturze XX wieku. Bydgoszcz 2001, s. 327.
[5] Topos znany z Biblii: „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a Inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”. J 21, 18.
[6] Por. Z. Zarębianka, Bóg, ktorego nie ma. O jednym wierszu Tadeusza Rożewicza. W: taże, Tropy sacrum w literaturze XX wieku, Bydgoszcz 2001, s. 325.
[8] Jak pisze, analizując książkę Wolfganga Welscha Unsere Postmoderne Moderne, gdzie autor wprowadza pojęcie „rozumu transwersalnego”, A. Sobol „Jest to rozum jakby nie w pełni, niecałkowicie pewny siebie – rozum skromny, nieprzemądrzały. (...) raczej zadaje pytania niż stawia tezy.” A. Sobol, Podmiot transwersalny i ślady na śniegu. O poezji Grzegorza Jankowicza. „Ha!art”, 2000, nr 2-3, s. 85.













