Andrzej Wołosewicz
Oto jest ciało Ratonia – przez wiersz do zbawienia?
I – Napięcia jako struktura
Wiersze[1] Kazimierza Ratonia zaczyna tekst:
„Gdzie są świadkowie mojego istnienia
Gdzie są sędziowie i kaci
Gdzie jest Bóg
Gdzie są ci którzy oglądają absurdalny taniec mego życia
Taniec zbłąkanego który stracił wiarę
Taniec mordercy spragnionego czystości
Taniec zadręczonego winą i litością
Taniec buntownika”
(s. 11)
Jeśli nie czujesz napięcia, na którym zbudowany jest ten wiersz, to nie czytaj dalej. Musisz się cofnąć do siebie, musisz wrócić do pytań: „gdzie są świadkowie mojego istnienia, gdzie są sędziowie i kaci, gdzie jest Bóg”. Musisz wrócić do pytań, których nikt inny Ci nie zada, także Ratoń, który bezgrzesznie nawet nie opatruje ich znakiem zapytania. Żadnych komentarzy, jedno tylko skojarzenie, którego całą jasność ujrzałem: Ratoń-Camus. Ratoń - człowiek zbuntowany poezji, zbuntowany w sobie.
Ukułem kiedyś powiedzenie, że motorem, ale i dramatem! rozwoju, mego rozwoju, jest to, że innym wystarczam, ale sobie nie wystarczam. W sobie łatwiej to odnaleźć, w innych trudniej, bo oni właśnie nam.... wystarczają takimi jakimi są , jakimi ich chcemy, kochamy czy nienawidzimy. Więc jeśli oni sobie nie wystarczają, to wcale nie łatwo to dostrzec. Teraz odnajduję Ratoniowe sobie niewystarczanie w jego dramatycznie pozbawionym znaku zapytania „gdzie są świadkowie mojego istnienia”. Bo przecież przyzwyczajeni jesteśmy, a przynajmniej nie brzmi to dla nas obco, do dawania świadectwa, wiemy, co to znaczy, choć takie świadczenie sobą nie bywa łatwe. Ale jest różnica między - nawet trudnym - dawaniem świadectwa a byciem świadkiem cudzego istnienia. Zdawałoby się, że to naturalne, jesteśmy wśród ludzi, jesteśmy w takim czy innym środowisku, w którym żyjemy, kochany, nienawidzimy, modlimy się czy wymiotujemy, więc de facto jesteśmy świadkami tego wszystkiego, co się wokół nas i z nami dzieje. I owszem, ale wedle mnie to właśnie, taki właśnie typ bycia wśród, Ratoniowi nie wystarcza. Dlatego pyta: gdzie są świadkowie, bo odczuwa, boleśnie odczuwa przepaść między byciem i byciem obok a doświadczaniem cudzego istnienia. Bo pytanie o to, gdzie są świadkowie mojego istnienia jest pytaniem podmiotowym: na ile ja, Ratoń, istotnie odbieram, odczuwam, doznaję, widzę i konstatuję: tak, inni są moim lustrem, nasz związek jest na tyle mocny, że mogę się w nich dojrzeć, więc mają mnie w sobie w taki sposób, że mogę w nich wejść – wejrzeć – wniknąć w pogoni za samym sobą. Nie są zaś lustrem w takim prostym sensie, że każde moje dojście do siebie w tym lustrze skończy się rozbiciem jego powierzchni, kruchej tafli pozorów i konwenansów, grzeczności, ogłady i ułudy. Nic innego jak taki rodzaj więzi opisuje Ratoń w wierszu „Jestem waszą nadzieją..” (s.12):
„jesteśmy sobie potrzebni
o każdej porze w każdym miejscu
dla nienawiści i miłości
dla pogardy i litości
jesteśmy razem
choć jesteśmy osobno
jesteśmy w sobie
choć jesteśmy obok siebie
połączeni siłą wielką i niepojętą
której nikt nie pozna i nikt nie przerwie”
Właściwie to – jak widać wyżej – chodzi nawet o coś głębszego: związek, jaki rysuje Ratoń jest bowiem taki, że z jednej strony nikt go nie przerwie, a z drugiej nikt nie pozna. Zatem na piętrze ontologii człowieczej jesteśmy jednym, jednością, wspólnotą. (Skądinąd słusznie oddaje to język wyrażający nasze o sobie myślenie kiedy postrzegamy siebie w kategoriach istoty: człowiek jako taki, człowiek w ogóle, istota człowieczeństwa itd.) Ale też na piętrze egzystencji – które ma swoją konkretność: jest Tobą, mną, nim – wielka i niepojęta siła, która nas łączy opiera się poznaniu. Ontologicznie, z natury rzeczy więc, jesteśmy razem, ale to jest piętro, które poddaje się, i to nie zawsze skutecznie, penetracji filozoficznej czy artystycznej. Jest więc domeną i udziałem nielicznych. Egzystencjalnie zaś, na piętrze, które bardziej widać dominuje petryfikacja, podzielenie i oddzielenie, indywidualizm wreszcie. Jesteśmy obok siebie, jesteśmy sobie obcy. Dlatego pytanie gdzie są świadkowie mojego istnienia jest pytaniem-wołaniem o odpowiedź, która wyjaśniłaby, opisała i obłaskawiła dramat rozziewu między ludzką ontologią i egzystencją. Dlatego pytanie to jest pytaniem-próbą aby siłę wielką a niepojętą, siłę nieprzerywalną i niepoznawalną zarazem uczynić bliską tzn. poznać i pojąć. Dlatego tyle u Ratonia wysiłku, czarów i zaklinania międzyludzkiej rzeczywistości podszytej tym, o czym wyżej pisałem, wysiłku wcale nie poetyckiego choć wyrażanego w żywiole poetyckiego języka:
Niech wszyscy przygotują się do śpiewu
Niech wszyscy przygotują się do modlitw nade mną
(...)
Ja przemocą wepchnięty w brutalną nicość
Czekam z ufnością że jeszcze śmierć ukaże mi myśl zgody
Cudowne i czyste rzeczy odkryje
Które pojednają mnie ze światem
Które pojednają mnie z wami wszystkimi
Kiedy usłyszę wasz śpiew w chwili agonii
Braterską modlitwę.”
(s. 13)
O tym wzajem-przenikaniu przeczytajmy sobie choćby wiersz ze s. 93, cały, bo nie jest długi:
Nikt kto mnie spotka nie pozna prawdziwie
Aby mnie poznać trzeba żyć w mych trzewiach.”
Szukam dobrych słów, których być może nie ma, na określenie Ratoniowej próby, Ratoniowego pisania, które pisaniem jest jakby po drodze, jakby pomimo, jakby wtórnie. Czytając Ratonia mam głębokie przekonanie takiej olśniewającej wtórności. Chcę to bliżej wyjaśnić. Zawsze pisanie, język są nierozdzielnie dwudzielne, bo są środkiem, sposobem przywołania jakiejś rzeczywistości a jednocześnie treścią, uobecnieniem przywoływanego. Nie są więc - w kategoriach komunikacyjnych, czyli tych najważniejszych dla kultury, za pomocą których ktoś coś komuś przekazuje, mówi, komunikuje, bo chce, musi bądź ma taką potrzebę - środkiem transportu doskonale oddzielalnym od tego, co transportuje. Stąd wielowątkowe uwikłania języka będące przedmiotem dociekań krytyczno-literackich, filozoficznych, logicznych czy semiotycznych. Jednym z problemów tak przy używaniu języka jak i przy jego odbiorze jest wyważenie proporcji między mową a tym, co ona niesie. Wyważenie pozostające zawsze kwestią niesłychanie delikatną, tym delikatniejszą im dysponujemy większą świadomością językową i językową wrażliwością. Nie dotyczy więc ona większości tych, którzy dali się uwieść językowi i tkwią w pozorach jego błogiej prostoty i wyrazistości. Ale dla tych, którzy patrząc na język widzą go jako pewne „brutto” pozostaje kłopotem nie lada przenikanie się „netto” i „tary”, niemożność ich łatwego, a właściwie jakiegokolwiek!, oddzielenia. Wtedy, jeśli wiemy, o co nam chodzi, staramy się zależnie od naszego celu balansować pomiędzy tymi wartościami, a zbliżamy się do celu lub możemy uznać go za osiągnięty, gdy nasz interlokutor, czytelnik, rozmówca w ten sam co my sposób wyważy proporcje. W poezji pozostaje to szczególnie trudne. Jeśli jednak się uda... mamy wtedy Ratonia.
Możemy, w oparciu o powyższe, mówić o określonych strategiach pisania i ich czytelniczej percepcji. Wyróżniam je w oparciu o relację „brutto”, „netto” i „tary” w ich podwójnym uwikłaniu i odniesieniu tj. do autora i do odbiorcy.[2] Trzy sposoby, strategie, możliwości wydają się być dość bezsporne a interesujące. Dla ich łatwiejszego zobrazowania wiersz z jego szatą graficzną, środkami artystycznego wyrazu, czyli tym wszystkim, co pierwsze dla czytelnika będę nazywał skrótowo tym-co-poetyckie, a to, ku czemu wiersz nas prowadzi, co ma przed nami odkryć, co ma przywołać, uobecnić nazywał będę tym-co-rzeczywiste. Interesuje mnie tu więc stosunek między poetyckim i rzeczywistym widziany z jednej z dwóch możliwych kierunkowo stron, ze strony czytającego. (W używanej równolegle nomenklaturze to-co-poetyckie byłoby „tarą”, a to-co-rzeczywiste owym „netto”. Ich zawsze – wbrew Różewiczowi - w końcu całość, to „brutto”. W tym sensie „brutto” jest pełnią naszego czytelniczego odbioru, jego finałem, w którym poetyckie i rzeczywiste nie ma przed nami tajemnic i pojęliśmy ich związek). Nasze rozważania dotyczą sytuacji, w której czytelnik drogę ku całości już przebył, jego czytelniczy wysiłek osiągnął kres, więcej uzysków na tej drodze nie będzie.
Pierwszy sposób czy wygląd tych relacji byłby taki, że całość kołacze, zgrzyta, jest rozregulowana dając poczucie niejasności, trudności, niedopasowania. Poetyckie na tyle jest percepcyjnie nieprzystępne, że potykamy się o nie, rozbijamy i nie możemy przebić się do rzeczywistego. Walor uobecniania rzeczywistego przez poetyckie nie staje się naszym udziałem. Jednym słowem jest to strategia klęski.[3] Najczęstszy stan statystycznego czytelnika.
Strategia druga to strategia remisu. (można ją też nazwać strategią rozumienia.). Jest to takie objęcie całości, w którym doznajemy (z)rozumienia jej składowych i akceptujemy ich związek. Jesteśmy skłonni, gotowi i władni wyjaśniać, opowiadać i argumentować za tym objęciem całości. Potrafimy przekuć swoje odbiorcze odczuwane racje w słowa. Mieścimy się w spektrum – posiłkując się Ingardenem – dopuszczalnych przez przedmiot artystyczny konstytucji estetycznych (przedmiotów estetycznych). Jesteśmy w stanie przedstawić pełne spektrum możliwości tego-co-poetyckie i zadziwiającą różnorodność tego-co-rzeczywiste, którą to-co-poetyckie uobecnia. To stan najczęstszy wyedukowanych szkolną rutyną uczniów, także krytyków wyedukowanych, tyle, że w sposób nieco bardziej wyrafinowany. Ale zasadniczo jest to sytuacja średnia, przy remisie jesteśmy w pół drogi, co prawda nie przegraliśmy, ale i nie wygraliśmy. Uczniom to najczęściej wystarcza (na dobre stopnie też), u krytyków zaś wypada nieprzekonująco, robi wrażenie sprawnej gry intelektualnej, w której klocki mogłyby być równie dobrze ułożone zupełnie inaczej lub nieco inaczej i też nic wielkiego by się nie stało.
Jeśli porażka i remis, to trzecim wyglądem całości będzie zwycięstwo. Czytam i całość staje się pełnią, w której poetyckie uwodzi mnie ku rzeczywistemu. Smakuję poetyckie a w rzeczywistym znajduję satysfakcję. Nie mam problemów z „netto” i „tarą”, bo „tara” ze swoją koniecznością jest wtórna, ale jest to owa olśniewająca wtórność, stawiająca mnie dusza w duszę z Ratoniem. Poetyckie będąc – znika, staje się przeźroczyste choć obecne.
Innymi słowy różnego rodzaju relacje tego-co-poetyckie do tego-co-rzeczywiste powodują – inne w każdej ze strategii – napięcie, które jest (s)twórczą strukturą budującą wiersz, jego istotę, jego czytelniczy sukces bądź porażkę.
II - Niezbadane są ścieżki zbadanego
Teraz zajmę się już tym, co mnie najbardziej urzeka i co skłoniło mnie do pisania niniejszego tekstu: zajmę się Ratoniowym nade mną zwycięstwem. Chcę bowiem podzielić się olśnieniem. Czekałem na okazję 20 lat bez mała. Kazimierz Ratoń wziętym poetą nie był i nie jest. I pewnie już nie będzie, Nie jest poetą przeklętym, popularnością nie dorównuje Stachurze, Wojaczkowi, czy nawet Milczewskiemu-Bruno. Ratoń jest przede wszystkim poetą nieznanym. Ja zetknąłem się z dzięki poświęconemu mu numerowi „Poezji” 1/1984 (stąd te 20 lat) kiedy wszyscy zachwycali się jeszcze Stachurą. Wcześniejszy tomik „Gdziekolwiek pójdę...”(1974) i arkusz „Pieśni północne” (1972), a tym bardziej wiersze rozproszone nie były mi znane. Dopiero właśnie rzeczony numer „Poezji”, który na dodatek po kilku latach mi zginął... I tyle. Nawet, mimo czujności, przegapiłem tomik „Pieśni ocalonych” (1992). Tak więc po 1984 cisza do dziś (z przerwą na ów 1992 rok), do Ratoniowych „Poezji” anno domini 2002 wydanych przez Oficynę 21 w opracowaniu Jana Z. Brudnickiego. Kiedy mówię o Ratoniu jako o poecie nieznanym, nie roszczę sobie prawa do tego, aby moje nieznanie było jakowąś miarą, bynajmniej, chodzi mi raczej o to, że ludzi interesujących się literaturą, poezją często można Ratoniem zaskoczyć.
To-co-poetyckie jest u Ratonia przeźroczyste, doskonale przeźroczyste. Jeśli szukać środków literackich, chwytów poetyckich, akcesoriów obrazowania, to ich właściwie nie ma. Lektura ponad trzystu stron i ponad tyluż wierszy nie pozwala na stworzenie choćby ubożuchnego arsenału Ratoniowych zindywidualizowanych środków, po których moglibyśmy go rozpoznać, o których można by powiedzieć, że są dlań specyficzne. No dobrze, powiedzmy dla dokładności, że dla tych, których stać jedynie na strategię remisu takim środkiem jest ciało w całości, ciało w ogóle i ciało ze swoimi szczegółami (i już mogą hasać), ale ciało (u) Ratonia nie należy do tego-co-poetyckie lecz do tego-co-rzeczywiste. Jeśli tego nie widzimy, nie słyszymy i nie czujemy, to zaiste remis pozostanie szczytem naszych możliwości. Tak więc upieram się, że poetyckie jest u Ratonia przeźroczyste, a prawdę mówiąc tylko przeźroczyste potrafi łapać światło, mienić się jego odblaskami, olśnić:
„Kto wskaże mi cel jeśli nie ma celu
Kto wie coś o nim i podąża ku niemu
Niech stanie przy mnie i wzniesie dłonie
Niech ześle nad moją głowę aureolę słońca
Ten kto to uczyni zostanie świętym
Bóg jest moim krewnym”
(s. 31)
Ta Ratoniowa przeźroczystość, jego poezja bez środków wyrazu, poezja bezpośredniego dialogu i fascynuje mnie i urzeka, i niepokoi. Fascynuje i urzeka, bo jest zjawiskiem niezwykłym, nie znajduję dlań antenatów, protoplastów czy też epigonów. Niepokoi przez swoją bezpośredniość. Czuję się jakbym rozmawiał z kimś, kto siedzi naprzeciwko w fotelu a nie mówi przez swoje wiersze z otchłani lat. Otchłań raczej dotyczy tu czegoś zgoła innego. Jeśli dla Heideggera jesteśmy bytem ku śmierci, to brzmi to u niego raczej filozoficznie gorzko, niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli zachować spokój i stoickie opanowanie. A u Ratonia:
„Nie bój się śmierci skoro umrzeć musisz
raczej radości szukaj bez wytchnienia.”
(s. 86)
Spójrzmy, jak przy końcu życia: coraz większa skrótowość i sentencyjność, z czterowersów do dwuwersów. Tak jakby kołaczące się w nas żywioły:
„Sam sobie jestem pociechą i światłem
choć tylko ciemności znam imię i berło.”
(s. 89)
raczej – i prawdziwiej! – zasygnalizować, nazwać i przez to wskazać można jedynie a nie opisać, rozebrać czy zanalizować dogłębnie bośmy pomni słów:
„Jeżeli słowo jest kłamstwem milczenia
to czemu ból swój słowem wyrażamy.”
(s. 82)
Kiedy Ratoń sobą nazywa świat czyli tak naprawdę przestrzeń międzyludzką, jedyny i wyłączny świat jego zainteresowań, cierpień i poetyckiego dyskursu, przestrzeń międzyludzkiego nawoływania się, bo przestrzeń zupełnie prywatna to zatracenie:
„Zacząłem kochać tylko siebie
Tylko siebie nienawidzić
Żyłem już tylko sobą. I tak zacząłem umierać.”
(s. 15)
to środki są wręcz ascetyczne tak w planie literackim jak i w planie rzeczywistym. Dopiero kiedy siebie nazywa („Siebie nazywam”, s.105) potrzebuje więcej środków i odniesień. Pojawiają się więc „Rzeczy” (s. 106), które mają swój zapach, jaki? ano proszę:
Tej nocy mogłem zrobić wszystko
nie zrobiłem niczego
świat przestał znaczyć
nie było już nic
tylko śmierć jeszcze istniała
czułem jej zapach w rzeczach”
(s. 113)
Rzeczy więc pachną śmiercią, a jeśli tak, to budzić mogą jedynie trwogę. I tylko tego sensownym jest od nich oczekiwać
„Jestem ślepy i osaczony
leżę w ciemnej studni
czekając na płacz
na trwogę wszystkich rzeczy”
(s. 115)
No to nałóżmy na tą relację rzeczy do nas, na takie opisywanie nas przez rzeczy dominujący dziś stosunek. – Nie da się, nienakładalne to jest, bo rzeczy dzisiaj są chciejstwem i pożądaniem, a jeśli zapach mają, to jest to zapach przepychu i posiadania aż do przesytu. Potrafimy się w nich zatracić, ale uznajemy to za zwycięstwo i sukces. A tu zupełnie inny kierunek przypominający, że nic ze sobą nie zabierzemy, bo już nawet rytuał wyposażania odchodzących zmarłych w niezbędności na dalszą drogę upadł. Ale nam na tą drogę nic nie zdaje się być potrzebne, tyle, że nie z powodu zmiany rytuału, lecz z bardziej zasadniczego: my faktycznie wbrew wszelkim oczywistościom nie patrzymy w przód w kierunku śmierci, a jeśli uznać, że poniekąd patrzymy w przód troszcząc się o więcej i więcej, i coraz więcej rzeczy na jutro, to śmierci nie widzimy, oślepliśmy na nią. Ona, wyznaczająca naturalny bieg rzeczy a my odwróceni do niej plecami... De facto poruszamy się do przodu tyłem. Że tak jest łatwo sprawdzić (i ja sprawdzałem!) dając ludziom Ratonia do przeczytania: jawi się on większości jako niestrawny i kłamca, bo mówi o śmierci nie jako fakcie i akcie, lecz jako o procesie:
„Wyrastasz cały z korzeni które gniją
Twoja śmierć zaczyna się w twym poczęciu
(...)
O twoja piękna długotrwała agonio”
(s. 111)
Nie wierzymy mu, bo mówi o życiu jako umieraniu, a to wybitnie nie dla nas. My tym możemy się jedynie bawić, jak choćby tytułem filmu Zanussiego „Życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” i dokładnie traktować jak film, coś, co jakby głęboko nas nie dotyczyło, to nie jest przecież ani nami ani naszą rzeczywistością. To tylko film... Ale, że to nie tylko film właśnie polecam lekturę wiersza „Sanatorium Józefa Gielniaka” (s. 121-122).
Wiersze Ratonia dzieją się konsekwentnie nigdzie – ich topos jest toposem ciała. Nie chcę być obrazoburczy, ale pisanie Ratonia jest konfesyjne i modlitewne, jest komunią ciała a poprzez nie komunią dusz. Oto ciało Ratonia. Poezja swoją Ratoń mówi: oto jest ciało moje. Ale takie postawienie sprawy nie czyni z Ratonia obrazoburcy, heretyka czy kogoś takiego. Wręcz odwrotnie. Z całości emanuje właśnie konfesyjność, modlitewność. Jeśli trzeba by jakkolwiek owo Ratoniowe to-co-poetyckie określić to właśnie tak. Nawet wiersze takie jak poniższy rozpoczynający cykl „Pieśni północnych”:
Boga znienawidź a zaznasz świętości
Która ci spokój przyniesie i chwałę
We wszystkich walkach jakie toczyć będziesz
Nim śmierć spragniona przejmie życia trwogę
Boga znienawidź a Bogiem się staniesz
U boku miłość i świętość usiądą
Trójcą się staniesz w swoim bladym ciele
I świat pojednasz nim zejdziesz do grobu.”
(s, 45)
są ledwie wstępnym wadzeniem się z Bogiem, wadzeniem się, u kresu którego ukojenie i wsparcie budzące radość:
Mój Bóg nie umarł i wciąż żyje we mnie
Widzę go we śnie i w trwodze porannej
(...)
Mój Bóg nie umarł jeszcze i wciąż mrok rozjaśnia
Rozpędza chmury i głodne zwierzęta
Przynosi leki w chorujące ciało
Zapala ognie gdy padam zlękniony.”
(s. 50)
Ciało swoje znamy, jesteśmy z nim na dobre i na złe. Ciała swego doświadczamy najpełniej i nieustannie a jednak czytając Ratonia przekonujemy się, że niezbadane są ścieżki zbadanego....
III – Wewnątrz wiersza
Ratoń należy do starej dobrej szkoły mistrzów, którzy panują nad wierszem, bo panują nad wersem od wewnątrz. U niego nie jest tak, iżby było widać wyraźny wysiłek opanowywania żywiołu języka, który nad nami góruje, a widać to zawsze najlepiej właśnie na poziomie wersu wtedy, gdy daje się odczuć swoiste wymykanie się wersu; po formie wersowej widać, czy wiersz nas ciągnie za sobą a my próbujemy temu jakoś zaradzić i go udobruchać, czy też wyraźnie wers, a tym samym i wiersz zna swego pana. Jeśli nie mieścimy się, w poetyckim sensie, w wersie, jeśli nie jest on całością – choćby jako cząstka, element większej całości, czy to strofy , czy całego wiersza a nawet języka – ale jednak całością, to mamy kłopot. I te kłopoty dobry czytelnik, który nie daje się zbyt łatwo oszukać, dostrzeże. No to stwierdzam jeszcze raz dobitnie: Ratoń takich problemów nie ma. Nawet więcej, on jest wśród mistrzów wersu. Oto doskonały przykład:
„Opuśćmy czoła przed ołtarzem mięsa
opuśćmy cicho przed ślepnącym cieniem
gdzie nie ma miejsca kwitnąca zieleń
gdzie wśród wilgoci zakwita gorączka
Zejdźmy w korzenie udręczonych kości
zejdźmy z powagą tak jak w grób kobiety
kolce niech będą w słuchającym sercu
żyły niech będą zaplecione w oczy
Ognie niech będą wszyte w skórę brzucha
aż do syczących wygłodniałych jelit
Opuśćmy czoła przed ołtarzem mięsa
zejdźmy w korzenie udręczonych kości”
(s. 125)
Na marginesie: gdyby nie to, gdyby Ratoń nie panował nad wersem, niemożliwa byłaby sytuacja, o której już pisałem, sytuacja jego wierszy-minimalnych, wierszy-minimum, wierszy dwuwersowych.
Jeśli mamy do czynienia z mistrzem wersu, to wtedy wers nas nie rani, jest miejscem sensotwórczym wśród innych większych sensów, wtedy przyjemność sprawia jego samoistne niejako nakierowanie na te inne sensy. Wtedy to się czyta! Wtedy właśnie myślę o opisywanej na początku relacji poetyckiego i realnego jako zwycięskiej relacji. Bo kiedy tylko dostrzegamy strategię remisu, kiedy Ratoń na chwilę tylko zacznie inaczej:
„Ci co mnie słyszą to słyszą podwójnie
Choć głos mój jeden lubi nie być jednym
Rozpacz i radość są w tej samej mowie
Jak drzewo bywa jednym choć posiada wiele
Gałęzi i korzeni, by również owoce
Zrodzić tak różne jak różny jest los.”
(s. 134)
czy też:
„(...)
Gdy patrzę na was z dali a szczęście wciąż marzy
O pogodzeniu żywiołów natury
Wody i ognia czy wie o tym który
Z Was których serca i umysły
Tknięte zostały chorobą
Gorszą i dłuższą niż nieszczęście”
(s. 142)
żmudniej; uruchamiamy wysiłek na sensotwórcze poskładanie wersów, wysiłek, który pochłania uwagę percepcyjną nie pozwalając do końca i w pełni skupić się na właściwym odbiorze.
Wewnątrz wiersza i to wyraźnie wewnątrz odnajdujemy kwintesencję Ratoniowych doświadczeń, my je stamtąd dostajemy a nie jako opis odnoszący się do czegoś zewnętrznego. Znowu doskonale to-co-rzeczywiste współbrzmi, współgra z tym-co–poetyckie. Przeczytajmy spokojnie, na tyle, na ile w ogóle spokojnie da się czytać Ratonia:
„Jestem opuszczony już nawet przez śmierć
śmierć nie przychodzi do mnie
może jestem jej nie znany a może mnie nienawidzi
bo dlaczego jej tu jeszcze nie ma
powinna być skoro jest najpewniejsza
skoro jest jedyną prawdą
czymś cudowniejszym od kobiety i Boga
czymś przerażającym i wielkim
absolutną ciszą i przebaczeniem
jej dotyk jest rozkoszą i torturą
pragnę agonii bo pragnę życia
żyć to tylko umierać nieustannie
nie tracę więc nadziei
nie tracę nadziei jeszcze że śmierć okaże
mi swoją litość swoją dobroć
i przyjdzie do mnie któregoś dnia mądrego
Wierzę w nią
wierzę w śmierć która mnie opuściła”
(s. 153)
Ratoń swoje doświadczenia przekuwa w wiersz, który jest dla niego być może terapią (?), tego nie wiem, ale na pewno jest ciągłym wołaniem o świadków swojego istnienia, ciągłym przedkładaniem siebie tym usilnie poszukiwanym świadkom. Ale jest też wiersz, w który przekuwa Ratoń swoje doświadczenia stygmatem. Ta stygmatyzacja jest wyraźnie obecna, choć nie przeintensyfikowana. Mam co do niej dość dziwne wrażenie jakby pomieszania – w najlepszym z możliwych tego słowa znaczeniu – ról Ratonia-cierpiącego, Ratonia-ciała, Ratonia-pacjenta z Ratoniem-lekarzem, Ratoniem-życiem, Ratoniem-mistykiem życia i śmierci, Ratoniem-intelektualnym chłodem wreszcie. Wrażenie jest dość dziwne ze względu na jego złożoność, której wyliczanka ról z poprzedniego zdania wydaje się być jedynie sygnałem. Za tą złożoność odpowiada kompresyjność[4] Ratoniowych doświadczeń: są tak ściśnięte, sprasowane, że czytanie ich jest dla mnie zawsze nie tylko przygodą literacką ale i swego rodzaju zupełnie nie literacką zabawą z granatem, którego mistyczno-intelektualny potencjał może w każdej chwili eksplodować, dosłownie...:
”Staję się pomiędzy tymi korytami
które nie wiadomo kiedy i kto postawił
(...)
w których nie ma nic poza bólem
a chcę wiedzieć wszystko nie wiedząc nic
poza bólem
ale może to właśnie znaczy wszystko
jest jedyną możliwą wiedzą
jeśli tak to wiem bardzo dużo
dużo więcej od innych
wiem wszystko
choć stoję pomiędzy cuchnącymi korytami
stoję w ciemności pomiędzy ciemnościami
i nie chcę już nawet przyjąć nadziei”
(s. 152)
IV – „Oto jest człowiek...”
Ponieważ w „Poezjach” mamy całego Ratonia nie sposób pominąć tego, o czym po części już wspominałem, mam na myśli Ratoniowe odniesienie do świata ludzkiego. Ratoń nie maluje tego świata, nie jest jego kronikarzem ani dokumentalistą. Ratonia nie interesuje człowiek taki lub siaki, człowiek tu lub gdzie indziej, człowiek interesuje Ratonia wyłącznie eschatologicznie, w żaden inny sposób. Sytuacje bywają różne, ale każda niezbywalnie jest ostateczna, bo każda zbliża nas ku naszemu przeznaczeniu – ku końcowi:
„Jeśli gdzieś są ogrody które nie gniją
Jeśli gdzieś są takie ogrody
Jeśli gdzieś są trawy zorzy niegasnącej
Jeśli gdzieś są takie trawy
Jeśli gdzieś są kwiaty w których nie ma śmierci
Jeśli gdzieś są takie kwiaty
To zaprowadźcie mnie do nich
Zaprowadźcie do miejsc płonących.”
(„Ogrody”, s.33)
Jeśli więc Ratoń rozmawia z innym człowiekiem, a rozmawia ciągle („Zaprowadźcie mnie..”), to chce wiedzieć o nim wszystko:
„Kto ku mnie idzie niech powie kim jest
jeśli może ktoś jeszcze podążać ku mnie
(...)
Czekam na niego czekam nie wiedząc o tym
czekam wierząc i wątpiąc w ciemności i słońcu
więc jeśli on może gdzieś być i jeśli jest
to niech usłyszę najpierw jego słowa i głos
ten kto ku mnie idzie niech powie kim jest.”
(„Kto ku mnie idzie”, s.25)
Wędrówką życie jest człowieka („Musisz iść...”, s.225).. Ratoń wie, czego my nie zawsze chcemy do siebie dopuścić, a nie chcemy dopuścić tego do siebie, bo brzmi to zniechęcająco i destrukcyjnie – oto ta wiedza:
„Widzę twoją twarz
jest coraz bardziej czarna
jest coraz bardziej zaropiała
widzę ją nieprzerwanie
widzę jak gnije
widzę jak umiera
nie mogę na nią patrzeć
nie mogę a musze patrzeć
bo to ja jestem
to jest taka moja twarz
to jest twarz wszystkich”
(s. 234)
Czyż trzeba nam lepszego świadectwa wspólnoty? Czyż trzeba nam lepszego świadectwa wspólnej naszej eschatologii? Czyż nie jest to najlepsza z odpowiedzi na wołanie: gdzie są świadkowie mojego istnienia?
Jakże spokojniej, a przez mniej drapieżne słowa łatwiej do przyjęcia brzmi to samo powiedziane mniej cieleśnie i mniej konkretnie, a co znamy już - przynajmniej końcówkę – z lekcji kultury: „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą. Każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną, śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością, przeto nie pytaj, komu bije dzwon; on bije tobie.”[5]
Więc jeśli taki jest człowiek („Skoro jęczy człowiek”, s.108; „”Ciało pękające”, s.109; „Oto jest człowiek szczęśliwy o tępym wykrzywionym pysku...”, s.189), to taki jestem ja i taki jesteś Ty, Czytelniku. Jesteśmy tacy jak w wierszach „Wielkość słabą być musi..” (s.138) czy „Tam dokąd idę...” (s.139): porzucający ciało by zachować duszę, pełni nadziei póki w drodze. Z jednej strony pełni nadziei a z drugiej gorzkiego przekonania o innej prawdzie naszych międzyludzkich relacji:
„Co wy mi powiecie
kiedy przyjdę do was pewnego dnia
bez rąk i bez nóg
bez oczu i bez języka
co wtedy mi powiecie
Powiedzcie mi to już teraz
wszystko mi powiedzcie
chcę wiedzieć
potem może będziecie kłamać”
(s. 262)
i:
„Powiedzcie mi jeszcze
powiedzcie nim odejdę
powiedzcie mi dokąd idziecie
i czy idziecie sami
czy macie przewodnika
czy idziecie sami
i dokąd tak idziecie
Powiedzcie mi wreszcie
powiedzcie nim odejdę
wolę kłamstwo od milczenia
nie zniosę tej ciszy
Powiedzcie dokąd idziecie”
(s. 275)
Czy aby nie tam?:
„Trzeba zamknąć pysk
wrzeszczą i poganiają
Trzeba zamknąć pysk
życie jest ciężkie i zabij siebie cicho
mówią ze spróchniałych ambon
życie jest ciężkie
człowieka obowiązuje posłuszeństwo
dyscyplina i kultura
ględzą dalej i coraz głośniej
aby żyć trzeba zamknąć pysk
z pokorą klęknąć przed korytem pomyj
potem już wszystko odbywa się logicznie”
(s. 196)
Czy nasza eschatologia aby nie w takim świecie zaczyna się spełniać?
V – Zamiast zakończenia
Zamiast zakończenia niech mi będzie wolno narazić Czytelnika na jeszcze jeden, ostatni już cytat z Ratonia, tekst „Zamiast creda”, którym Brudnicki zaczyna przygotowaną przez siebie całość spuścizny Kazimierza Ratonia:
„Czasie mego życia i czasie mej śmierci. Słońce, słońce, ubóstwiam cię bardziej niż ciemności, choć znam twe iluzje i twą nędzę. O pustynie, na które uciekałem, by zginąć lub skonać. I nie umrzeć przy tym. Oto ucieczka w wolność straszliwą i złowieszczą. Potem nieubłagane powroty, ciężar czasu i nowych podróży. Życie, życie, które jesteś nieustającą, potworną agonią i płomiennymi urodzinami. Ten wielki, długi szok, wstręt i zachwyt, który stawał się moim grobem, krzyżem, nadzieją... Czyż wszelkie nadzieje bywają tylko złudzeniami i są daremne?... Nie! Nie! Trwam dzięki nim i miłościom. O serce moje, które zmienne jesteś; tak różne jak moich kilka twarzy. Mam dla was czułość i nienawiść palącą jak ogień. O istoty ludzkie, mogę was znieść, lecz trudno mi czasami znieść wasze życie. O poezjo i sztuko, które ocalacie byt i nadajecie mu sens. Święta naiwności... Osiągałem pustkę, aby stawać się później po stokroć pełniejszym. O poezjo i sztuka, mój drogi okręcie, mój orle szalony. I ty mój losie trwożliwy, przeklinany tylekroć, nieubłagany. Floro, fauno, wszystkie zwierzęta – wzywam was oto – otoczcie moje wiary, zwątpienia i wszelkie cmentarze boskim natchnieniem. Lecz może Stwórca... Dość!... Dość! Nie sięgam dziś nieba, by je obalać lub utrwalać. Stałem się zbyt smutnym, o jakże okropnym dla siebie nawet. Więc dość!... Spokój i cisza opanowują ziemię. By potem!... Lecz dość! Zbyt wiele potu, rozpaczy, łez i krwi.”
[1] Kazimierz Ratoń, „Poezje”, w opracowaniu Jana Z. Brudnickiego, Oficyna 21 Warszawa 2002, s. 341
[2] Pomijam tu metodologicznie i filozoficznie zapewne kluczową kwestię: kim strukturalnie jest ten, kto na to tak patrzy (w tym wypadku ja) i z jakiego miejsca to robi?, ale kwestię, bez rozstrzygnięcia której da się jednak o poezji Ratonia co nieco powiedzieć. Nie jest po prostu tak, że bez ostatecznych rozstrzygnięć filozoficznych, metodologicznych czy krytycznych pozostajemy bezradni i niemi. To raczej oczekiwanie tych rozstrzygnięć, oczekiwanie na odkrycie Leibnizjańskiego wprzódy ustalonego porządku wydaje mi się ułudą, uzurpacją, niemożliwością.
[3] Oczywiście może być ona komplementarnie i genetycznie (!) strategią klęski twórczej, ale ten kierunek tu pomijamy. Może go zbadać sam autor, o ile umie przeczytać swoje wiersze sobie samemu w sposób obcy tj. jakby czytał nie swoje, o ile umie – nawet nie koniecznie głośno – powiedzieć sobie: niektóre wiersze są słabe, wiem o tym, bo je pisałem, ale nie powiem które, nie muszę.
[4] Kompresja – łac. compressio = ściśnięcie.
[5] John Donne (1573 – 1631), angielski poeta i kaznodzieja.













