Andrzej Wołosewicz
ABDYKACJA SUWERENA ?
Wiesław Sokołowski[1]/ od lat prowadzi pismo literackie „TRWANIE”[2], która to nazwa najlepiej oddaje to, co dla Sokoła charakterystyczne: działać mimo wszystko. A tych mimo wszystko miał Sokołowski niemało, od „Nowej Galerii Poezji i Malarstwa u Hoppera” w Warszawie (lata siedemdziesiąte) poprzez „Salon Poetycki ZA” na Srebrnej 12 w Warszawie (już w latach dziewięćdziesiątych) do stałej opoki, jaką jest „Zrzeszenie Artystyczne ZA” (w Rawce od zawsze do zawsze).
Dzięki tym doświadczeniom stał się nie tylko współtwórcą Szlaku Królewskiego w Warszawie, ale też jednym z nielicznych jego kronikarzy.
Krótka wzmianka jak trafiłem na Sokoła. Był rok bodaj 2002 gdy jurorował on w Piastowskiej Biesiadzie Poetyckiej (obok Pawła Kubiaka, Zdzisława Antolskiego, Bohdana Urbankowskiego). Jeden z owych wieczorów był poświęcony jego twórczości - zwróciłem wtedy uwagę na dwie rzeczy. Krótką, gęstą, jakby poszarpaną frazę poezji Sokołowskiego i jego… nieśmiałość, wstydliwość prawie!
…o ludziach, których nie było
Mam przed sobą książkę „Przecież milczę. Niepokorni Szlaku Królewskiego”[3]. Książka to niezwykła, serdeczny zapis pamięci o ludziach, z których wielu już odeszło do lepszego świata: Eugeniusz Wygocki „Benio” (1937-1973), Jerzy Zieliński „Jurry” (1943-1980), Jerzy Juliusz Emir (1940-1996), Marian Bogusz (1920-1980), Andrzej Partum (1938-2002), Wiktoria Iljin (1918-1995) by wymienić tylko niektórych bohaterów książki Sokołowskiego. Niezwykłość zadania, jakiego podjął się Sokół polega na tym, że po wielu ślad by zaginął wraz z ulotną pamięcią ludzką, inni – np. Stanisław Stanik, Marek Kwaszkiewicz czy Jerzy Wardęcki – zostawili i zostawiają trochę swoich śladów także i teraz, ale wspólnym mianownikiem ich malarskich, plastycznych i literackich dokonań pozostanie Trzeci Obieg, termin ukuty przez Sokołowskiego i bardzo trafnie oddający ich usytuowanie w miejscu, którego nie ma tzn. tak poza obiegiem oficjalnym, jaki poza zinstytucjonalizowanymi strukturami PRL-owskiej opozycji. Nazywam „Przecież Milczę” zapisem serdecznym, bo nie jest to stricte historia czy dokument – a przydałoby się rzeczywiście naukowe opracowanie historii „Szlaku Królewskiego” od Grochowiaka, poprzez Partuma i kolegów.

Wernisaż obrazów Jerzego Wardęckiego w galerii Jednego Obrazu ; otwarcie XI Festiwalu Sztuki Najnowszej ZA oraz kolejna odsłona Muzeum Szlaku 2008. Od prawej: Wiesław Sokołowski, Włodek Iwanek malarz, Jerzy Wardęcki malarz, Michał Leszczyński rzeźbiarz
Dzięki temu łapiemy Niepokornych w locie, czujemy ich oddech, możemy rozpoznać czy są przed czy już po wcale nie symbolicznej lampce wina. Autor, choć wszystkie jego wspomnienia i zapiski o Przyjaciołach nie tryskają optymizmem ze względu na „milczący los” bohaterów Szlaku, potrafi jednak natchnąć czytelnika dobrym przekazem, przekazem Dobrej Nowiny Artystycznej, dlatego właśnie, że dla większości nie tylko tzw. zwykłych odbiorców kultury, bo i owych znawców, którzy bohaterów Szlaku nie zauważyli w swoich antologiach, sama możliwość odkrycia choćby z „drugiej ręki” istnienia Partuma czy Emira winna być ucztą, winna być wezwaniem do samodzielnego już podążania ich śladami. Jerzy Emir pisał (w 1982 roku):
zaszczuty przez was drodzy towarzysze
drogi koniecznej lecz jakże niespójnej
uciekam w obłok istności podwójnej
i nic już dla was więcej nie napiszę
jeśli myślicie że tym wam coś ujmę
możecie we mnie zrewidować ciszę
ocenzurować poświst mych zadyszek
i zamknąć przewód oddechu na trumnę
bat który sprawnie dzierżycie nad stadem
równie mnie tyczy jak i psia obroża
bo ja nie batem a językiem władam
świetlistą ciszą na krawędzi noża
i nie zwykłem aby iść za śladem
lecz pozostawiam ślady na bezdrożach
Jeżeli chcesz, Czytelniku innych przekazów, innych doświadczeń dotrzyj np. do wspaniałej sceny hotelowej wieńczącej pobyt autora „Przecież Milczę” z Partumem na spotkaniu w galerii poznańskiego Teatru Nowego prowadzonej podówczas przez Włodzimierza Branieckiego. Nie wspominając o towarzyszącej Sokołowi żonie Agnieszce, będącej nie tylko jego Muzą, ale i dzielącą z nim artystyczne pasje i artystyczne losy czy o Marku Rymuszce, z którym łączy Sokoła wiara w głębię i autentyczność ludzkiego życia, jeśli tylko człowiek tak chce je prowadzić, jeśli nie idzie na lep łatwych rozwiązań okupionych koneksjami na rzecz półprawd, półmyśli - słowem kłamstwa.
„Przecież Milczę. Niepokorni Szlaku Królewskiego” ma jeszcze i taki walor, że zawiera mnóstwo zdjęć z prywatnego archiwum autora i Przyjaciół, dzięki czemu możemy w jakiejś mierze zobaczyć a przynajmniej podejrzeć Szlak i takie jego miejsca jak „U Hopfera”, historyczne już „Hybrydy” czy legendarny „Largaktil” na Rynku Starego Miasta w Warszawie.
… i słowach, które krwawią.
Ostatnia książka Sokołowskiego „Pieśń o Garocie. Panoptikon” jest jak monada Leibniza – stanowi cały świat, obok innych „całoświatowych” monad. Dokładnie tak, jak rozpoczynający książkę wiersz „Prolog”:
„jedną widzę
jasną drogę
z siebie do siebie
nic bowiem
nie może być mi
dane ani zadane
co we mnie nie istnieje”
będący wprowadzeniem do „Poematu o oddychaniu i Szlaku Królewskim”. Oddychanie i Szlak Królewski, zestawienie znaczące, bo oddychanie to czynność życiodajna. Zatem mówić można i trzeba o oddychaniu Szlakiem Królewskim! Ale nie lekki to oddech, raczej palący w płuca. Oto początek „Poematu o oddychaniu i Szlaku Królewskim:
nie płyń
z prądem
nie ufaj
przypadkowi
nie licz
na łut szczęścia
bo i tak
niewiele znaczysz
wobec
smoły nieba
Czujemy tu ciężar, wysiłek i to, że nic nie będzie łatwe; smoła to antypody wszelkiego pocieszenia, jakiego szukamy w niebiosach. Smoła to piekło. Szlak także bywał piekłem fundowanym Przyjaciołom Sokoła przez Wysłanników Belzebuba. Do dziś niektórzy tkwią poutykani w Związkach i redakcjach, o czym zaświadczają wyimki z korespondencji Sokołowskiego pomieszczonej na końcu książki. Ich lektura nie pokazuje drogi do literackiego Raju, jest raczej dokumentem mniej lub bardziej zawoalowanego pozbywania się „problemu Sokoła” skoro nie dało się udawać, że problemu nie ma, skoro Sokół był, tworzył, działał artystycznie, pisał i to pisał – jak pokazuje ta korespondencja – w sposób zbyt dobry, by do tego się przyznać. Oddychać smołą – nie proste to. Aby przy tym nie stracić jasności widzenia – ach, te smolne kłęby dymów! – najlepiej zbudować dystans a to zatrzymując się, a to zmieniając rolę uczestnika w rolę obserwatora i kronikarza. Zobaczmy następny wiersz:
|
od prawej; Jurry Zieliński, Ewelina Michalska, Jasiu Himilsbach, Gelo, w Galerii Rzeźby przy ul. Marchlewskiego w Warszawie pod koniec lat siedemdziesiątych.
|
nieraz trzeba
zboczyć
i powiedzieć
mam dość
upalnego popołudnia
mam dość
upojnej nocy
figur mam dość
karkołomnych
mam dość świtów
mam dość mgieł porannych
i tych na górze
i tych na dole
mam serdecznie dość
Sokołowski jest poetą, który używa słowa jak skalpela. Ale słowo w jego ręku, to skalpel bez rękojeści, on sam także trzyma za ostrze, którym tnie. Dlatego, twierdzę, nie mieści się także w tzw. II obiegu. Nawet dla jego uczestników był zbyt zasadniczy. W walce o lepsze nie wdawał się w wyścig po władzę, bo zna zagrożenia samej władzy, nawet tej naszej, swojej.
mam
dom jeszcze
a nawet brzozę
inni, ściany nazywają domem
kartkę papieru nazywają
domem
swoją bezdomność nazywają
domem
oprócz domu mam ławkę
dobrze, że mam ławkę
gdy usiądę na niej
czuję się bezpiecznie
inni nie mają ławki
nie mają domu
są w drodze…
po ordery
po wstęgi
po zapomogi
po jeszcze jeden
dzień
darowany
Jeżeli tak ważne jest zakorzenienie, dom, domowina (termin używany przez poważnych badaczy tej problematyki, m.in. prof. Ulricha Schradego i dr Jana Zubelewicza),jest to, przypomnijmy, przesłanie z „Prologu”, że wszystko jest z nas, więc i zakorzenienie. Zakorzenienie w domu, udomowienie jest decyzją a nie przypadkiem, zbiegiem okoliczności, losem. Decyzja to ważne słowo dla opisu Sokołowych poczynań, choć on sam go nie wypowiada, ale przecież „decyzja” nie w wypowiedzeniu słowa, lecz w podjęciu. Inni wszak decydują o nas na miliony sposobów, w większości sposobów nieprzyjaznych, bo w grze życiowych interesów najczęściej jesteśmy przeciwnikiem dla innych, depczemy sobie po odciskach. Sokół, zdając z tego sprawę, sojuszników szuka wyłącznie wśród Niezłomnych.
… credo Sokoła
Moje pierwsze, już wspominane wcześniej spotkanie z Sokołowskim miało taki posmak. Zobaczyłem człowieka, który czyta swoje wiersze, krótkie acz treściwe, które raczej umknęły publiczności, choć nie do końca, bo znalazły domorosłego krytyka z pretensjami, co mnie utwierdziło jedynie w ocenie nietuzinkowej wrażliwości tych wierszy, że trzeba umieć się do nich dostroić, dostosować, że są wymagające, choć przecież nie ma w nich piętrowych metafor, poetyckich zapętleń, zbędnego międlenia słów. Może więc dlatego? Tak, pomyślałem wtedy, właśnie dlatego. U Sokołowskiego ani autor ani czytelnik nie mogą schować się za słowa.
Widziałem Sokoła spłoszonego i wyraźnie zbitego z tropu tą krytyką i od razu przypomniałem Czechowicza odpowiadającego jednemu z czytelników: „Dotknęło mnie to słowo Pańskie „rutyna”, bo wydaje mi się, że właśnie wy, właśnie młodzi powinni rozumieć, że walczę, że tu idzie bój”. Zobaczyłem Poetę czytającego wiersze, które były dla mnie donośne jak spiżowy dzwon, gdy ich autor tymczasem wyglądał na takiego, który najchętniej pierzchłby po tych zarzutach bezrozumnego krytyka, że to takie urwane, że tak to może każdy i tak dalej. Tak? To pokażcie mi drugiego Sokoła. Krótka fraza? Rwany tekst? Skrót? Skrót to kondensacja, nasycenie. Emocje, tak jak prawda, nie tolerują rozwlekłości. Tak, tak – nie, nie. Przecież, gdy wdepniemy w gów… (komu to się nie zdarzyło?), nie mówimy: nienawidzę tego, trzeba czyścić buty i ten smród, tylko wołamy krótko: o kur..! Skrót to klucz do rzeczywistości, sposób otwierania nas na nią, zmywanie bielma z oczu. Skrót to sposób, aby dać się słowom wysłowić. Dlatego Sokołowski prowadzi wiersz krótkim wersem, zaledwie słowo, dwa, trzy, kilka słów. Im mniej słowa się tłoczą, tym lepiej brzmią. Sokół pozwala im wybrzmieć. Nie zachodzą na siebie, nie przeszkadzają sobie, nie zacierają swoich brzmień i znaczeń. To właśnie uważam za warsztatowe credo Sokoła: nie zagłuszać tonu słów, nie fałszować ich znaczenia. Nie trzeba karkołomnych konstrukcji, wystarczy słowom dać przestrzeń i czas, wystarczy – jak mówiłem – dać się im wysłowić. Dlatego ów krytyk-amator narzekający, że to takie krótkie, poszarpane, jakby wyjęte z większych całości (a gdzie te wyszukania, cały poetycki blichtr) w swym niezrozumieniu był nad wyraz trafny (choć chyba nie zdawał sobie z tego sprawy). Sokołowski przemawia sugestywnie i treściwie, dlatego, że docenia język i potrafi go eksploatować, wykorzystać. Posmakiem takiej postawy – a według mnie i dowodem – są odezwy. W niniejszym zbiorze mamy ich kilkanaście. Są świdrujące, głębokie, sceniczne. To ostatnie jest ważne, bo gdy je czytam, widzę scenę, z której powinny brzmieć (nawet nie pytałem Autora, czy źródłowo pisał odezwy „na scenę). Zapytajcie go czytając, a więc zapytajcie siebie! Bo sceną, na której Sokołowski „wystawia” swoją poezję jest kultura jako suweren, a dokładniej mówiąc, gdybym miał objąć jedną nazwą jego literacką twórczość, wystawia na tej scenie dramat „Abdykacja suwerena”.
… Odezwa do dzwonu
W hierarchii rozmowy autorów z czytelnikami wiersze Sokołowskiego sytuuję na poziomie, na który schodzą nieliczni. Sądzę, że ma to związek z tym, co wcześniej określiłem Niezłomnością, trzymania się kilku spraw ostatecznych. Jest to poziom, na którym autor nie polemizuje z innymi pozwalając każdemu na swój sposób oglądać rzeczywistość, aby zrozumienie pochodziło z dna jego istoty (kłania się Prolog). Przy takim sposobie podejścia do literatury, autorzy tacy nie mają nawet własnych uczniów, a w sensie literackim nikt nie idzie ich tropem. I nie wydaje się, aby im na tym zależało. Raczej skupiają się na tym, aby czytelnik, dążąc do „zrozumienia pochodzącego z dna własnej istoty” (prolog) dokonywał oczyszczenia, nie dał się zwodzić mirażom, ułudom, nie ulegał oszustom pieczołowicie gmatwającym ścieżki, zacierającym ślady własnych czynów, aby nie wierzył nowonarodzonym – mimo podobnego wieku – niewiniątek tak sprawnie prostujących swoje życiorysy. Sokół nie jawi się jako jedyny sprawiedliwy, on nawet nie odmawia im racji bytu:

Wędrowcy Szlaku Królewskiego w roku 2006
coda:
…świat
ani za duży
ani za mały
jest właściwy
pozwala istnieć
kroczyć
grodzić
wiązać
układać
wyrywać
zapętlać
iść z prądem
stojąc z boku
i liczyć
liczyć gwiazdy rzeczywiste
- bo liczbą otchłani
jest poezja
jest tylko przeciwko uzurpacjom opartym na kłamstwie, przemocy w rękawiczkach, usprawiedliwianiu indywidualnych czynów dominacją masy i systemu. Z tym, że ani masa ani system nie SĄ tworami samoregulującymi się, nie SĄ samoregulatorami za jaki uważamy choćby przyrodę podtrzymywaną ew. przez Boga czy boga-Słońce. Masa i system potrzebują władzy, kierownika, nadzorcy. W „Odezwie do ludojadów” otrzymujemy niemal socjologiczny opis efektów takiego mechanizmu, efekt naszego globalnego Panoptikonu. Diagnoza Sokołowskiego jest krytyczna, straszna, groźna. Tym straszniejsza, że wypowiadana nad wyraz spokojnie, nawet z literacko-poetycką nostalgią, co wytwarza dodatkowe napięcie. Odezwy poetyckie Sokoła to poetycki opis fundamentów, na których stoimy, na których opiera się nasz byt, fundamentów, które gniją mówi Sokołowski. A takiego sądu nie akceptują uzurpatorzy w wyścigu do władzy, uzurpatorzy wymieniani kolejno w „Odezwie do dzwonu”:
1. Państwo nie może być własnością ideologów i policmajstrów, gdyż wtedy Ojczyzna nasza zmieni się w poligon, w obóz, w armię ciągle maszerują.
2. Państwo nie może być własnością filozofów, poetów, nawet mędrców, gdyż wtedy Ojczyzna nasza stanie się nieskończoną dysputą, w której nikt nie ma pewności, że dożyje jutra.
3. Państwo nie może stać się świątynią, bo wtedy na stosie prawd jedynych zapłonie czas żywota naszego pożogą straszliwą…
4. Zawsze, piękne hasła torowały drogę okrutnikom, nikczemnikom, bezbożnikom. Zawsze, piękni ludzie – jeśli ucinali to przede wszystkim nie swoje piękne głowy…
5. Jedni mówią: nie można rządzić niewinnie, inni dodają: Bo świat jest smokiem, gdy jedyna głowa zniknie, zjawią się inne, jeszcze bardziej nieludzkie.
6. Państwo więc – to duchowe, to społeczne i to zarośnięte chwastami, gdzie ptaki odpoczywają po trudach lotu – nie może spełniać niczyjej myśli, nie może być niczyim znakiem, nie może słuchać niczyjego – nawet rozkołysanego i rozedrganego wiatrem – dzwonu.
7. Może tylko wznosić, trwać i milczeć potęgą moją, twoją, naszą – potęgą suwerenną.
Już wiesz, Czytelniku, dlaczego Sokoła nie ma? Dlaczego - z poziomu fundamentów – widać konkurujące onegdaj ze sobą w kulturze dwa jej obiegi, oficjalny i tzw. Drugi jako dwie strony tego samego? Bo uzurpacja, zawłaszczanie, niezależnie od znaku politycznego i moralnych intencji to śmierć dla kultury. A śmierć kultury to śmierć Narodu i jego emanacji – Państwa. Przeczytaj, czytelniku, jeszcze raz zakończenie „Odezwy do dzwonu”. Nie przypadkiem Sokół mówi o trzecim obiegu…
… najciemniej pod latarnią
„Pieśń o Garocie. Panoptikon” to pieśń , która przechodzi przez gardło, po czym jest – w reakcji na nią – wtłaczana w nie na powrót, bo drażni. Tak najkrócej opisałbym treść tego – krótkiego w końcu – poematu będącego poetycką peryfrazą naszej polskiej współczesności. Przypominam tym, co nie wiedzą, że GAROTA to obręcz zaciskana gwintem, narzędzie tortur i kary śmierci przez uduszenie a PANOPTIKON to model więzienia (autorstwa filozofa Jeremy Benthama) model więzienia, w którym jeden strażnik może obserwować setki, sam pozostając niewidzialnym. Przypominam tym, co czasami wpierw czytają wstępy czy posłowia lub tym, którzy czytali „Poemat o garocie” a mogli już zapomnieć, że Sokół umieścił tam ostatni list swego Przyjaciela Emira z dramatycznym wezwaniem „Pomścij mnie, jeśli będzie trzeba”. Trzeba.
Podsumowaniem tej próby prezentacji odbioru Cokołowej twórczości niech będzie poetycka przestrzeń rozciągająca się między wierszami Moc pochodzącym z lat 70-tych:
jesteś na miarę strachu
własnego
w każdej chwili możesz być
powołany do nowych o
krop
ności
tutaj
nawet cudowna moc tworzenia
nie jest gwarancją twego
bezpieczeństwa
Stan z roku 1988:
wiersz wtedy, jeśli zacznę
kończę – i o dziwo żyje on
istnieje sam
gdyż ktoś w nim
prowadzi moją rękę
daje znaki, kieruje ruchem
mojej myśli
wtedy
katorga pisania co dnia
staje się lotem, darem
radością pełni –
mimo że powietrze – biel wchodzi
we mnie, przygniata dosłownością tak
że głowa pęka, i z nogi na nogę, jak
pijany, przekładam ciężar swojej
świadomości
by nie upaść
i czego dotykasz… z roku 1993 (z tomu „Trwanie pomimo”):
czego dotykasz
rób to w sposób wspaniały
niezwykły
w każdy szczegół
wkładaj wszystko:
i chmury i liść
i kryształ deszczu
myśl
nawet błahą
doskonal w sobie
- lubisz więc wznosisz…
wtedy praca twoja
chwilami stanie się
sztuką
a chwil tych
nie sposób zapomnieć
ani zapisać formą
Specjalnie zostawiłem je na koniec, niech wybrzmią, abyś, Czytelniku, nie został z przekonaniem jakiejkolwiek nierównowagi między temperaturą moralna, polityczną, cywilizacyjną a poetycznością, świadomością poetycką i myślą, bo wiersze Sokołowskiego są wierszami intelektualnymi. Sprząc emocje i intelekt w poetyckim słowie i zaprząc je do zadań fundamentalnych dla naszego prze-TRWANIA udaje się nielicznym. Sokół do nich należy. Obok Norwida. Nie przesadzam. Biorę pełną intelektualną i krytyczno-literacką odpowiedzialność za to zestawienie.
[1] Wiesław Sokołowski - poeta, człowiek-instytucja. Organizator niezależnego, ogólnopolskiego środowiska poetów, malarzy, rzeźbiarzy "ZA" działający na Szlaku Królewskim w Warszawie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Autor książek poetyckich, redaktor, niestrudzony poeta-kronikarz, obrońca i promotor artystów zepchniętych na margines przez oficjalną politykę kulturalną minionego i obecnego totalitaryzmu. Jest prezesem Zrzeszenia Artystycznego "ZA" i dyrektorem Festiwalu Sztuki najnowszej "ZA". Od roku 1986 wydaje i redaguje pismo literackie Trwanie. Otrzymał Nagrodę Prezydenta Skierniewic (2005) oraz został nominowany do nagrody Grand Press (2007). Opublikował następujące książki:
Jeszcze za wcześnie (1976), Memoria Arae (1978), Trwanie pomimo (1993), Obumarli (1998),
Lubię (2002), Martwa Wolność (2002), Przecież Milczę NIEPOKORNI SZLAKU KRÓLEWSKIEGO (2008).
[2] "Trwanie" jest pismem literackim Zrzeszenia Artystycznego "ZA", założonym i prowadzonym przez Wiesława Sokołowskiego. Pierwszy numer "Trwania" wyszedł roku 1986 w kilku egzemplarzach; natomiast od roku 1981 wydawany był Informator "ZA" na jednej kartce papieru A4. Adres internetowy www.trwanie.republika.pl
[3] Przecież milczę. Niepokorni Szlaku Królewskiego Wydawnictwo Za, Skierniewice-Rawka 2008



Muzeum Szlaku









