Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Janusz Termer
Literatura polska według Piotra Kuncewicza

 

 

Ta wielka księga - mówiąc ściśle, te pięć obszernych tomów to prawdziwy ewenement wydawniczy. Wydarzenie edytorskie i literackie wielkiej miary bez wątpienia, jak na nasze obecne w tej materii stosunki. Zwłaszcza na tle obserwowanej obecnie mizerii w zakresie opracowań krytycznoliterackich, monograficznych czy eseistycznych, dotyczących twórczości poszczególnych pisarzy, szczegółowych interpretacji ich dzieł, zagadnień teoretycznych czy problemów metodologicznych. Prace tego rodzaju z trudem przebijają się obecnie przez gęste sita niemożności wydawniczych i finansowe możliwości sponsorów. Najbardziej jednak brakuje ciągle u nas  ujęć całościowych; syntetycznych opisów dwudziestowiecznej, współczesnej sztuki, w tym literatury polskiej. Przeglądu i podsumowania dorobku prozy, poezji i dramatopisarstwa - naszego kończącego się wkrótce stulecia. I oto, w przeciągu niespełna dwu lat otrzymujemy pięciotomową historię literatury polskiej XX w.: Piotr Kuncewicz Agonia i nadzieja; t. 1 Literatura polska od 1918, s. 342. t. 2 Literatura polska od 1939, s. 484, t. 3 Poezja polska od 1956, s. 572, t. 4 Proza polska od 1956, s. 408, t. 5 Proza polska od 1956, s. 344, Polska Oficyna Wydawnicza "BGW", Graf-Punkt, Warszawa 1993-1994. Była napisana wprawdzie parę lat wcześniej i znana już częściowo z publikacji w "Przeglądzie Tygodniowym" i "Życiu Literackim", bo długo nie mogła znaleźć nie bojącego się finansowego ryzyka wydawcy.


Druga niespodzianka to fakt, że dzieło to powstało nie w efekcie pracy ogromnego zespołu akademickich specjalistów i uczonych badaczy literatury, a dzięki wysiłkowi i kompetencji jednej tylko osoby, czyli towarzyszącego literaturze polskiej od ładnych paru dziesiątek lat krytyka literackiego Piotra Kuncewicza. Nawiasem mówiąc, już widzę te miny owych uczonych, kręcących nosem i wybrzydzających na "metodologiczną" stronę Agonii i nadziei, na jej uchybienia względem rozmaitych polonistycznych "manier", na jej braki i niedostatki rzeczowe tej pracy (a zapewne, są i takie).

Nie dość jednak będzie słów pochwały i podziwu dla autora, który podjął się odważnie tego wymagającego ogromnego wysiłku i pracy (karkołomnego niewątpliwie) zadania. Nie dość też - co jeszcze o niebo ważniejsze - słów uznania, za coś, co sam Piotr Kuncewicz mocno wyakcentował, a co nazwać można intelektualną niepodległością wobec koniunktur i fluktuacji politycznych, brakiem uległości wobec obowiązujących tutaj schematów i podziałów, fobii i środowiskowych pretensji. Rzecz to w Polsce, nie od dzisiaj, rzadko spotykana, by krytyk i historyk literatury najnowszej pozostawiał swoją legitymację polityczną "w szatni", gdy wkracza na pokoje literatury, i potrafił zdobyć się na obiektywizm w swym dialogu z reprezentantami poszczególnych, często odmiennych od jego własnych racji czy opcji światopoglądowych i politycznych. By zajmowały go nie same życiorysy i aktualne postawy, a dzieła i teksty; by sam człowiek i tzw, społeczna osoba pisarza (jego wybory "słuszne" lub "niesłuszne") nie przytłaczały w jego myśleniu o literaturze tego, co tu najważniejsze, czyli dzieła, a czasem nawet - jak wiemy to dobrze - przekreślały go całkowicie w imię jakichś tam racji pozaliterackich!. By nie liczyła się przynależność organizacyjno-stowarzyszeniowa, taka czy inna, a przede wszystkim dorobek. Bo nie ważne, z tego punktu widzenia, w imię czego krytyk przybiera postawę katońską: w imię samego Pana Boga (jakby go rzeczywiście o to prosił), w imię abstrakcyjnie pojmowanego pojęcia Narodu, w imię określonego wyboru politycznego (o co tak, krótkowzroczni politycy potrafią czasem "prosić", wiemy coś w Polsce na ten temat, wiemy) - rezultat jego działania krytycznego będzie (choć czasem głośny) zdecydowanie miałki i wręcz po latach żałosny.

Być może dlatego przez pół wieku nie doczekaliśmy się podręcznikowej, z prawdziwego zdarzenia, sine irae et studio pisanej syntezy dziejów literatury współczesnej. Dlatego, że upolityczniona w XX stuleciu do monstrualnych rozmiarów polska rzeczywistość literacka nie dopuszczała - i nie dopuszcza właściwie nadal, mimo wszystkie zmiany ostatniego „transformacyjnego” czasu - do istnienia i funkcjonowania pewnego typu postaw: obiektywizujących, dążących od stawiania na pierwszym planie wartości artystycznych i poznawczych literatury... Jakże często krytyk miał, i ma nadal, związane ręce. Jakże często zależny był (i bywa nadal) od jakiegoś obozu czy koterii politycznej: nie mógł być ani naprawdę obiektywny ani krytyczny nadmiernie wobec "swoich", których dorobek niespecjalnie cenił, bo jakoś tak nie bardzo wypadało łamać lojalności grupowej, ani też i, o dziwo, wobec tzw. "obcych", bo to czasem, w okresie jeszcze "realsocjalizmu" mogło wyglądać wręcz na zwykły krytyczny "donos", a to mogło też mieć praktyczne skutki, jak choćby zakaz druku czy wznowień (dziś zdaje się nikt tymi problemami nie przejmować, bo nad wszystkim i tak ciąży widmo mniej lub bardziej ukrytego protekcjonizmu lub zwyczajnej komercji!). Ale też, trzeba to powiedzieć jasno i bez ogródek, że tak jak istniała (i nadal istnieje, choć w innych barwach występuje) kategoria partyjnych pisarzy - grafomanów (czy też oscylujących w jej pobliżu), tak też istniała (i nadal istnieje) kategoria opozycyjnych pisarzy - grafomanów, równie krytycznie "nietykalnych", jak ta grupa pierwsza, a często z racji swej opozycyjności uchodzących za pisarzy wybitnych (przykładów nie podam, ani jednych ani drugich, sam wiesz, kotku najlepiej, jakby powiedział Kisiel, o kim mowa).

Agonia i nadzieja Piotra Kuncewicza, rzecz praktycznie wolna od tego typu idiosynkrazji, założonych świadomych uprzedzeń politycznych czy innych „układów”, należy do chwalebnych wyjątków. Wartość tego pięcioksięgu i na tym m. in. polega, że jego autor uwydatnia i pokazuje, że współczesna literatura polska (zwłaszcza ta z powojennego czterdziestoparolecia), mimo wszystkie realnie istniejące różnice dzielące pisarzy, jak światopoglądy i polityczne wybory, bariery pokoleniowe i artystyczna wartość ich dorobku, po pierwsze w ogóle istnieje (co nie dla wszystkich zacietrzewionych „znawców” przedmiotu i teoretyków „czarnych dziur” jest to takie oczywiste), i na dodatek może się poszczycić niebagatelnym dorobkiem (nie tylko w okresie międzywojennym ale i po wojnie). A po drugie, że należą do niej utwory wszystkich pisarzy niezależnie od tego, gdzie zdarzyło się im "przynależeć" organizacyjnie, mieszkać (w Kołobrzegu, Lublinie, Warszawie czy w Londynie albo i w samym Nowym Jorku), robić coś poza pisaniem książek, mówić czy działać (co było i jest dla wielu jeszcze mniej oczywiste). Należą do literatury polskiej zarówno na przykład książki Jana Lechonia, jak i Jarosława Iwaszkiewicza, Czesława Miłosza i Jerzego Putramenta, Władysława Broniewskiego i Zbigniewa Herberta, Stefana Kisielewskiego i Romana Bratnego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Wojciecha Żukrowskiego, Witolda Gombrowicza i Leopolda Buczkowskiego, Zofii Romanowiczowej i Haliny Auderskiej, Antoniego Gołubiewa i Teodora Parnickiego, Andrzeja Brauna i Andrzeja Wydrzyńskiego, Józefa Mackiewicza i Andrzeja Kuśniewicza, Mirona Białoszewskiego i Bohdana Drozdowskiego, Ireneusza Iredyńskiego i Helmuta Kajzara, Stanisława Grochowiaka i Ernesta Brylla, Marka Hłaski i Andrzeja Brychta, Marka Nowakowskiego i Romana Samsela, Henryka Grynberga i Jerzego Grzymkowskiego,  Julii Hartwig i Andrzeja K. Waśkiewicza, Wiesława Myśliwskiego i Edwarda Redlińskiego, Stanisława Barańczaka i Zbigniewa Jerzyny, Ryszarda Krynickiego i Krzysztofa Gąsiorowskiego Janusza Andermana i Jana Drzeżdżona, Józefa Łozińskiego i Stanisława Srokowskiego, Marka Słyka i Andrzeja Łuczeńczyka....

Listę tę, ułożoną tu tak ad hoc i na chybił trafił, można by naturalnie ciągnąć długo, tak długo... jak ciągnie się ona przez pięć tomów dzieła Kuncewicza (kto ciekaw niech przejrzy chociaż spis treści). Stanowisko to - jako wstępne założenie o równoprawności różnych poglądów na świat, przekonań i zachowań politycznych autorów oraz form ich literackiej wypowiedzi, fundujące grunt rzeczowy przedmiotu krytycznego zainteresowania autora - rzecz jasna nie prowadzi Kuncewicza wcale, jak można by sądzić, do beznamiętnego opisu i rezygnacji z wszelkich prób wartościowania i ocen. Przeciwnie, Piotr Kuncewicz, mimo iż z natury swej i krytycznego temperamentu jest na ogół człowiekiem na ogół łagodnym i szalenie "spolegliwym" mediatorem, to przecież bezbłędnie na ogół odróżnia literackie ziarna od plew grafomanii. Można by nawet powiedzieć, że jest w tym względzie przeciwieństwem znanego ze swej ostrości poglądów krytycznych Artura Sandauera, który jak wiadomo - i jak dobrze to pamiętamy - miał na ogół, zgodnie z tytułem jednego ze swoich zbiorów krytycznych, dla każdego coś przykrego.

Autor Agonii i nadziei – przeciwnie. Stara się w każdym dziele odnaleźć „coś pozytywnego”, mimo iż nazbyt pobłażliwy bywa rzadko. Owszem, zdarza się Piotrowi Kuncewiczowi pochylać z nadmierną, jak na mój gust, troską i uwagą nad zjawiskami czasem drugo- i trzeciorzędnymi (kto ciekaw: patrz jak wyżej). Ale w kontekście całości jego obszernego dzieła jest to margines całkowicie dopuszczalny i często zahaczający o rzeczywiście kwestię gustu, a po wtóre - w kontekście szkicowanych wyżej postaw inkwizytorsko-katońskich oraz tendencji do niesłychanego upolitycznienia naszej krytyki literackiej, jest to zjawisko tyleż pozytywnie symptomatyczne dla autora Agonii i nadziei, co i wielce sympatyczne dla czytelnika (jak i dla samych zainteresowanych autorów tym bardziej!). A poza tym, nie pisze on tutaj wyłącznie swojej prywatnej historii literatury polskiej, jednej z wielu tzw. „osobistych” ksiąg tego rodzaju (popularnych w wielu krajach, a których u nas przecież nie ma na lekarstwo), lecz próbuje - i za to należy mu się wielkie uznanie - objąć zasięgiem swoich zainteresowań, jeśli nie całość, to przynajmniej możliwie szeroką część dorobku piśmiennictwa literackiego w Polsce od 1918 roku do końca lat 80.!

Jaka jest więc zatem literatura polska według Piotra Kuncewicza? Jest - z czym się najzupełniej zgadzam - literaturą wielką, bogatą w talenty i dokonania, niedocenianą i mało znaną, tak we własnym kraju jak i w świecie. Najpierw dwa cytaty. Pierwszy z fragmentu autorskiego podsumowania dotyczącego znaczenia dorobku literatury okresu międzywojennego dwudziestolecia: „Wiemy już, że wyrasta w większej mierze z polskiej tradycji literackiej, przede wszystkim z wyklinanego modernizmu. Miał stanowczo za mało elementów metafizycznych i uniwersalnych w porównaniu z innymi literaturami światowymi z radziecką włącznie. Ale jest ta nieszczęsna polska zdawkowość i powierzchowność ciężko i fatalnie ciążąca nad naszą kulturą. Lecz nawet wtedy miała ta literatura swego Rostworowskiego, Szaniawskiego, Witkiewicza, Micińskiego, Irzykowskiego, Lieberta, Leśmiana, Czechowicza, Wittlina czy Gombrowicza. Miała reformatorów i wirtuozów języka takich jak Tuwim, Przyboś, Peiper, Pawlikowska, Jasieński i Miłosz czy w najzupełnym przeciwieństwie Choynowski i Kaden-Bandrowski. Byli znakomici znawcy psychologii jak Nałkowska, Kuncewiczowa, Breza, malarze stosunków społecznych na miarę Dąbrowskiej, Gojawiczyńskiej, Kruczkowskiego, Struga i kapitalni kpiarze jak Słonimski i Nowaczyński. A przecież to cząstka, bo naprawić dobrych autorów było przecież grubo, grubo więcej. Najlepszym dowodem nośności tej literatury było to, że gdy sztucznie odsunięto ją w cień, to co miało rozkwitnąć blaskiem niebywałej piękności, w ogóle nie chciało rosnąć ani kiełkować. Tak się, co prawda, mści wszelkie sztuczne przerywanie tradycji, ale tym razem efekty były wyjątkowo drastyczne. I po latach przerwy trzeba było mozolnie supłać poprzerywane nici. Nie wszystko już udało się uratować. Szczególnie też, że nie udało się nawiązać do epok wcześniejszych, dokładniej mówiąc do pozytywizmu, który owszem, mógł być brany pod uwagę, ale tylko przez pryzmat całości dziejów literatury polskiej. I trudno byłoby wskazać w literaturze powojennej zjawiska, które by całkiem nie miały precedensów w dwudziestoleciu”.

I cytat drugi, dotyczący problemów periodyzacji poezji po 1956 roku: „Spore trudności sprawia problem klasyfikacji. Wyraźny jest nurt klasycyzujący, da się też wyodrębnić szkoła lingwistyczna. Lecz na tle całości są to tylko epizody. Podobnie jest z turpizmem, nadrealizmem, awangardą, kontestacją - wszystko to miesza się ze sobą, łączy, wchodzi w związki wielorakie. Istnieją próby klasyfikacji, choćby Balcerzanowa, ale przyznam, że w praktyce okazują się mało przydatne. Może więc nie bez przyczyny motyw pokoleniowy powraca niestrudzenie, mimo że różnice jakościowe bywają wątpliwe - jak między "Współczesnością" a "Hybrydami". Za dużo tych pokoleń, za często się rodzą i być może cala ta siekanina okaże się z dalszej perspektywy nieprawdziwa. Wedle opinii samych zainteresowanych, trzeba wymienić "Współczesność" w 1956, "Hybrydy" w 1960, "Nową Falę" w 1968, "Nową Prywatność" w 1975. Wszystkie te daty skądinąd bardzo względne. Na dodatek podział komplikuje istnienie twórców emigracyjnych... Niezależnie od mizernego społecznego rezonansu, okres rozpoczęty w 1956 należy do najpłodniejszych epok rozwojowych liryki polskiej. Na ogół nie orientujemy się nawet w jego bogactwie. Tom trzeci Agonii i nadzieiPoezja polska od 1956 jest pierwszą i daleką od kompletności próbą szerokiego przeglądu. Mimo że od kilkudziesięciu lat interesuję się poezją, nie spodziewałem się, że jest to dziedzina tak ogromnie bogata”.

Za kluczowe w tym krytycznym stanowisku autorskim Kuncewicza wobec problemów, jakie wyganiają się przed nim w tym obszernym pięcioksięgu, nazywanym przezeń skromnie próbą „przeglądu”, uznać należy deklaracje o potrzebie uwzględnienia ciągłości polskiej tradycji literackiej, konieczności dostrzeżenia i spenetrowania wszystkich zjawisk i dokonań pisarskich oraz ulokowania ich w jakiejś jednej pojemnej i spójnej dla poszczególnych zjawisk indywidualnych formule  p o r z ą d k u j ą c e j (klasyfikującej), ale i znaczeniowo nośnej. I tu, w tej ostatniej sprawie, można by wejść w długi, nie kończący się spór z autorem. Oczywiście trudno nie przyklasnąć idei ogarnięcia całości dorobku pisarskiego, poszczególnych jego nurtów, kierunków poszukiwań, dorobku literackiego poszczególnych pisarzy: poetów, prozaików, dramaturgów (częściowo także i krytyków literackich). Lecz już same problemy klasyfikacji, jakie tu zostały przyjęte - według krzyżujących się czasem niespodziewanie, według dość tradycyjno-tematycznych, gatunkowych czy pokoleniowych kryteriów - i zastosowane dość kapryśnie czasami i nie zawsze konsekwentnie, budzić mogą największe opory. Szczególnie w dwu ostatnich tomach Agonii i nadziei, tych dotyczących czasów nam najbliższych, gdzie te podziały mają już rzeczywiście znaczenie tylko i wyłącznie porządkujące zebrany materiał, a tworzone bywają, jak się zdaje z bardzo prozaicznej przyczyny, po to, aby umieścić gdzieś sylwetki pisarzy nie mieszczących się we wcześniejszych podziałach, przyporządkowaniach i "klasyfikacjach". Na przykład w tomie czwartym można ostatecznie zgodzić się na takie rozwiązania, jakie niosą już same np. nazwy rozdziałów, jak np. Seniorzy w kraju i na emigracji, Pogranicza literatury czy Pryszczaci Kolumbowie, to jednak już rozdział zatytułowany Morze i przymorze (gdzie omawiany jest dorobek tak różnych autorów jak Jerzy Bohdan Rychliński, Stanisław Maria Saliński, Jan Papuga, Stanisław Fleszarowa-Muskat, Ewa Szumańska, Leszek Prorok, Piotr Bednarski, Leonid Teliga, Jerzy Pertek, Wacław Korabiewicz czy Zbigniew Flisowski) wydaje się, mówiąc delikatnie, nie do końca adekwatny wobec swej zawartości. W tomie piątym miałbym zastrzeżenia do np. nazwy rozdziału Prozaicy poza nurtami; krytycy i dziennikarze, bo nie ma tu żadnej koniunkcji, a wręcz przeciwnie (a poza tym na liście krytyków zabrakło wielu nazwisk, jak np. Jan Pieszczachowicz czy Leszek Bugajski, a i wielu spośród tych, co są na niej też pewnie nie będzie zachwyconych sposobem ich bardzo „oszczędnej” prezentacji). W tymże tomie jest też pięknie nazywający się, obszerny rozdział - Długi zmierzch dekady, tylko gdzie trudno na dobrą sprawę pojąć, dlaczego znaleźli się obok siebie tacy pisarze, jak np. Janina Wieczerska, Zyta Oryszyn, Janusz Głowacki, Zbigniew Żakiewicz, Tadeusz Zawierucha, Ryszard Frelek, Jacek Kolbuszewski, Marek Harny, Janusz Domagalik, Krystyna Boglar, Lech Borski, Małgorzata Musierowicz czy Adam Janusz Bień!. Najwięcej dyskusji wywoła zapewne wśród samych zainteresowanych i krytyków rozdział pt. Żbereźnicy, który wbrew swemu tytułowi, nawiązującemu z życzliwą i dobrotliwą ironią do nazwiska promotora nowej młodej prozy - Henryka Berezy, redaktora "Twórczości", rzecznika tzw. rewolucji artystycznej w prozie polskiej (z wielkimi notabene oporami wchodzącej w świadomość nie tylko czytelników, ale też i wielu krytyków z różnych generacji), stał się w praktyce przeglądem dokonań prozatorskich młodego pokolenia debiutującego po 1975 roku, pisarzy bardzo różnej rangi, tak, jeśli chodzi o tematykę, jak i czysto literacki poziom ich książek. I bardzo dobrze, bo im więcej przywołanych nazwisk i książek tym lepiej dla całości obrazu, ale trzeba by było to jakoś rozdzielić albo inaczej nazwać. Bowiem jest tu wielu autorów, których rzeczywiście wylansował i wypromował "guru" Henryk Bereza (np. Jan Drzeżdżon, Józef Łoziński, Ryszard Schubert, Donat Kirsch, Marek Słyk, Krystyna Sakowicz, Janusz Węgiełek, Andrzej Łuczeńczyk czy Andrzej Tuziak) ale też jest i bardzo wielu, którzy z Berezą i lansowaną przez niego literaturą nie mają wiele lub nic zgoła wspólnego, jak Maria Nurowska, Krystyna Kofta, Anna Bojarska, Matylda Wełna, Michał Jagiełło, Anatol Ulman, Ryszard Sadaj, Jacek Natanson, Henryk Lothamer, Helmut Kajzar, Andrzej Lenartowski, Eustachy Rylski, Paweł Huelle i wielu innych często już dobrze znanych śledzącym twórczość przedstawicieli młodszych (dziś już raczej średnich) generacji pisarskich.

Ale wszystko to nie zmienia mojej generalnie pozytywnej opinii o tym pięcioksięgu Kuncewicza, bo tak w gruncie rzeczy to przecież nie ma tutaj właściwie żadnych autorskich przesłanek ani sugestii, by traktować całą Agonię i nadzieję jako opracowanie podręcznikowe, jako akademicki wykład dziejów XX-wiecznej literatury polskiej. Wkłada natomiast autor wiele wysiłku w to, by była to księga nie tyle do studiowania, co przede wszystkim do czytania! I to mu się rzeczywiście udaje. Posługuje się tu, bowiem nie suchym i szkolarskim językiem polonistycznego wykładowcy, lecz jędrnym i soczystym, obrazowym językiem eseisty i gawędziarza, wytrawnego znawcy przedmiotu poruszającego się z równą swobodą pośród tekstów olimpijczyków i literackich tuzów, jak i tych mniej powszechnie znanych (choćby tych z owego nieszczęsnego kręgu "morza i przymorza"). Językiem kogoś, kto potrafi dokonać zgrabnej i błyskotliwej analizy wiersza Leśmiana czy Pawlikowskiej, ale i potrafi też posłużyć się zręczną anegdotą, nasuwającym się osobistym wspomnieniem, aluzją czy smacznym cytatem - i nie po to by się wykpić, lecz by dodać barw i życia swej mającej przecież tysiące różnej klasy bohaterów opowieści o przygodach i "awanturach" związanych z losami literatury polskiej w tym wyjątkowo burzliwym dla niej stuleciu.

I niech mi wolno będzie na koniec zadać retoryczne pytanie, postawić następującą tezę: kto wie czy Piotr Kuncewicz nie jest dziś tym w polskiej krytyce literackiej, kim pisarstwie reportażowym był nieodżałowany autor Karafki La Fontaine'a - Melchior Wańkowicz?

1995

Polacy i Żydzi – oczami Piotra Kuncewicza

„Na początku wszyscy byliśmy Ży­dami. Ojciec naszych ojców Adam - co znaczy CZŁOWIEK - rozma­wiał z Panem po hebrajsku, a język ten był wcześniejszy niż sam człowiek... A później człowiek czynił sobie ziemię poddaną i na wschód i na zachód od Edenu, alef, i bet, i gimel, i waw, aż po taw, jak święte księgi SEFER JECIRAH i ZOHAR świadczą, MISZNA zaś dodaje, że Adam był jednym z tych ośmiu, którzy narodzili się już obrzezani, ale był z nim także ostatni wspólny praojciec Noe, więc nasz początek jest wspólny i jednaki... Tak mówi mówi religia.... A nauka powia­da inaczej. Przyznaje, że dziedzictwo jest j wspólne, ale nie jest ono wcale żydowskie czy jakiekolwiek inne dające się nazwać". Tak Piotr Kuncewicz zaczyna swo­je obszerne dzieło Goj patrzy na Żyda (Wydawnictwo Kopia, Warszawa 2000, s. 350), noszące podtytuł Dzieje bra­terstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność.

Goj patrzy na Żyda to przykład erudycyjnej i czytelniczo atrakcyjnej eseistyki, pisarstwa w wielkim literackim sty­lu, księgi zbudowanej na historycznych przykładach, a i nie stroniącej od osobistych doświadczeń i pamięci autora. Opartej na materiałach czerpanych z antyku i teraźniejszości, oraz na właściwych temu pisarskiemu gatunkowi wielkich intelektualnych konstrukcjach: kontrastach, paradoksach, zderzeniach spraw odległych i tych na wyciągnięcie ręki. Jest to widoczne już w samym tytule tej książki, będącym aluzją i nawiązaniem do zawartości znanego wiersza Czesława Miłosza Campo di Fiori., gdzie poeta ten stawia w ostrym „holocaustowym” zestawieniu i oświetleniu sprawę stosunku dwu narodów, polskiego i żydowskiego, żyjących i sąsiadujących ze sobą od wieków, a tak niewiele o sobie wiedzących, ba, jakże często wzajem obojętnych, a na­wet czasami wrogich. Piotr Kuncewicz, piszący i poruszający się po tak rozległym czasowo i geograficznie terytorium od staro biblijnej tradycji po europejskie i nadzwyczaj zło­żone polskie definicje problemów nowożytnej i całkiem współczesnej żydowskiej diaspory, jej wyróżniającej ją zawsze i wszędzie religijnej czy obyczajowej odrębności oraz wynikających stąd napięć (z zagadnieniem antysemityzmu na czele) nie chce nikomu niczego narzucać ani wmawiać. Stara się być tylko obiektywnym obser­watorem i badaczem - sine irae et studio, choć trudno byłoby określić go np. mianem bez­namiętnego entomologa patrzącego z góry na przedmiot swego zainteresowania. Przeciwnie, własne doświadczenia w tym zakresie stara się zawsze eksponować, jako co prawda bardzo młody, bo urodzony parę lat przed wybuchem II wojny światowej, zawsze eksponować jako swego rodzaju punkt wyjścia do ogólniejszych spostrzeżeń i świadectw zwłaszcza świadectw literackich, czerpanych z dzieł literatury pięknej, publicystycznej i filozoficznej, zarówno polskiej, jak i żydowskiej oraz światowej.

Myślę, że bardzo ważny (i ciekawy ogromnie), a wręcz decydujący o obiek­tywnej sile wymowy całości, jest w tej książce szeroko ujęty kontekst historycz­ny, który pozwala autorowi widzieć główny jej temat, czyli splot zawiłych dzie­jów i stan obecny stosunków polsko-żydowskich, w świetle wyzwolonym od ja­kiejkolwiek doraźności czy wyrazistej, mniej lub bardziej świadomej - zdaniem wielu immanentnie nieuchronnej - stronniczości. Rzecz charakterystyczna dla stylu książki i sposobu autorskiego myślenia to także to, że tzw. główny jej te­mat zajmuje pozornie najmniej miejsca, a widać go zewsząd! I wówczas, gdy Piotr Kuncewicz odwołuje się do dziejów Abrahama - „ojca ojców", narodzin Ziemi Obiecanej, idei „narodu wybranego", jego dziejów z okresu grecko-rzymskiego, czasu „wielkiego wypędzenia” czy współcześnie europejskiego i amerykańskiego okresu, jak i wówczas, gdy wskazuje na obecność tematyki żydowskiej (w jej związkach z polskością) w literaturze polskiej lub gdy w podobnym duchu pisze rozdział Na Zachodzie bez zmian (prawie), Żydokomuna, Szoah czy Żydzi u siebie.

Czy ta książka Piotra Kuncewicza – pisana w najlepszej wierze porozumienia i nastawieniem na maksymalny obiektywizm relacji - spotka się z właściwym przyjęciem obu stron i czy przy­czyni się do lepszego zrozumienia i tym samym poprawy wzajemnych stosunków? O pierwsze nigdy nie jest jak, wiadomo, łatwo, a drugie jest warunkiem pierwszego. Jestem jednak – podobnie jak Piotr Kuncewicz – raczej tylko umiarkowanym optymistą. Ważne jest tutaj bowiem to, że nie napisał on nudnej pseudonaukowej piły na czyjekolwiek zamówienie poza własną pasją i wewnętrzną presją. Powstał wielki - nie tylko rozmiarami – bardzo erudycyjny esej historyczno-literacki. Goi patrzy na Żyda rzecz poczęta z osobistej i głębokiej po­trzeby próby „rozgryzienia”, dotarcia do sedna tej jednej z najtrudniejszych spraw dziejów powszechnych, bo nie tylko przecież tyczących się Polski, czyli dziejów zawsze i wszędzie złożonego problemu kulturowego i codziennego funkcjonowania narodu żydowskiego w zetknięciu i współżyciu z innymi narodami i kulturami (religiami), gdzie nadal panuje tak wiele – po obu stronach – mających nieprawdopodobnie długi i twardy żywot stereotypów oraz uproszczeń.

Wnioski z tych analiz i rozmyślań wyciąga autor rozliczne; nie dają się one sprowadzić do wspólnego mianownika. A jeśli już to właśnie do tego umiarkowanego optymizmu, co do przyszłości, która jakiekolwiek jest nieprzewidywalna zawsze, to przecież są pewne przesłanki do tego skłaniające. Przesłanki natury cywilizacyjnej, ekonomicznej i kulturowej prowadzące do narastania tendencji unifikacyjnych w wymiarze globalnym. Piotr Kuncewicz ujmuje to tak we właściwym mu, charakterystycznym także stylistycznie - łączącym elementy historiozoficzne z czysto publicystycznymi - toku rozumowania: „Jestem najdalszy od dopatrywania się w dziejach jakichś cudownych historii. Rzeczywistość jest zgrzebna, składa się z krwi i potu, z nieustannie ponawianych usiłowań, które niemal w całości idą na marne, z nieuchronnych błędów, głupich ocen, złudzeń i kłamstw. Historia wreszcie to  tylko szkielet czy zarys dziejów wypełniony nieustanną rywalizacją poszczególnych ludzi, czymś pośrednim między bólami zęba albo głowy, głodem, bólem, pożądaniem, pychą, śmiesznością i niewiedzą. Ale to głupia i zła istota, jaką jest człowiek, niekiedy dokonuje rzeczy wielkich, chociaż ich wielkość świat dostrzega dopiero z pewnej perspektywy czasowej”. (...) „Nie wiem co się stanie z Żydami. Podobno w Izraelu są dwie formacje duchowe, religijna i świecka.  A między nimi konflikty. Podobna sytuacja jest w Polsce i w ogóle na całym świecie i też nikt nie potrafi powiedzieć, jak to się wszystko potoczy” I już na sam już koniec swej księgi dodaje: „Wielki i straszny Demon Czasów przed przystąpieniem do najbardziej ważkich przemian niedbałym machnięciem ręki załatwił parę drobniejszych spraw, o które ludzie go prosili: Erec Israel, upadek komunizmu, okcydentalizację Polski i innych krajów, można się teraz spodziewać jeszcze innych podobnych wydarzeń. Jakby się zmiatało ze stołu okruchy, jakby się karmiło ptaki”.

2000

PS.

9 kwietnia 2007 roku Piotr Kuncewicz (urodzony 19 marca 1936 w Warszawie) odszedł na zawsze z tego „najlepszego ze światów”.

Znana to prawda, że pamięć o ludziach trwa tak długo, jak długo trwa pamięć o ich dziele. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że pamięć o Piotrze Kuncewiczu pozostanie tak długo, póki literatura i jej problemy będą nadal czymś żywym i ważnym dla ludzi „nie samym chlebem (i kolorową tv czy internetową papką) żyjących”. Piotr Kuncewicz gospodarował na wielu nader rozmaitych poletkach literackich, odciskając swój wyrazisty ślad, niezatarte piętno nietuzinkowej osobowości, erudycji i bogatego życiowego doświadczenia.

Najbardziej znany jest jego dorobek krytycznoliteracki. Debiutował jako recenzent równo 55 lat temu (jako nastolatek!) na łamach „Tygodnika Powszechnego”, do którego było mu wówczas najbliżej, jako przyszłemu absolwentowi polonistyki na KUL. Drukował potem swoje opinie o książkach, szkice i artykuły w takich pismach, jak „Współczesność”, współtworząc legendę pokoleniową polskich „młodych gniewnych” pisarzy tamtego czasu (m .in. Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Marek Hłasko, Władysław Lech Terlecki, Eugeniusz Kabatc), a następnie, po latach, w „Przeglądzie Tygodniowym”, gdzie drukował w odcinkach fragmenty swojego opus magnum, czyli sylwetki pisarzy polskich, wydane potem w pięciu obszernych tomach pod wspólnym tytułem. Agonia i nadzieja. Literatura polska 1918-1986 (1991-1994) oraz popularną jego wersję Leksykon polskich pisarzy współczesnych (t.1-2, 1995). Byłoby to już wystarczającym powodem sławy i chwały, lecz, nie tylko dla porządku, dodać trzeba, że opublikował także kilka innych zbiorów szkiców krytycznych o poezji i prozie polskiej, jak Cień ręki (1977), W poszukiwaniu niecodzienności (1979), Nowa era dinozaurów, New Age (1994). A wszystko to – nie sposób o tym nie wspomnieć – na szerokim tle porównawczym, czego dobitnym świadectwem są m.  in. szkice: Samotni wobec historii z 1967 (rzecz o współczesnych przejawach katastrofizmu w literaturze europejskiej) i Antyk zmęczonej Europy z 1982 (o doświadczeniach płynących z dziedzictwa kulturowych tradycji grecko-rzymskich).

Do podobnych tematów i motywów: odległych w czasie i zarazem jak najbardziej teraźniejszych, sięgał Piotr także w swojej w prozie. W powieści Dęby kapitolińskie (1971, wyd. II 1983) tłem przeżyć bohaterów uczynił konfrontację świata pogańskiego i chrześcijańskiego w Galii z przełomu V i VI wieku. Nie stronił jednakże od gorących problemów teraźniejszości, jak w powieści Szumy, gdzie brał się za bary z problematyką psychologiczno-obyczajową na przykładzie losów postaci ze środowisk twórczych z lat 60. minionego stulecia! Do prozy wrócił w ostatnich latach życia, pozostawiając – w rękopisie – na poły autobiograficzne i eseistyczne - niedokończone dzieło pt. Faust.

W ostatnich latach życia Piotr poświęcił się niemal bez reszty eseistyce i publicystyce literackiej, kiedy to powstały największe Jego – sumujące cały dorobek intelektualny – obszerne księgi: Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność (2000) oraz nie mniej aktualna Legenda Europy (2006). Dzieła myślowo niezmiernie istotne w kontekście tak dziś rozedrganej politycznie rzeczywistości, a przy tym literacko i poznawczo wybitne, choć stanowczo za mało znane i spopularyzowane.

Ale kto znał, choć trochę, Piotra Kuncewicza ten wiedział, iż działalność twórcza nie wyczerpywała całej Jego energii i aktywności, wielkich pokładów życzliwości i „spolegliwości” w kontaktach z innymi. Tak jak w pisarstwie, tak i w życiu „grywał” na wielu instrumentach. Był między innymi, od 1990 przez kilka kadencji, prezesem Związku Literatów Polskich (ostatnio honorowym, gdy zmagał się już z nielitościwym choróbskiem), działał też w różnych innych organizacjach i stowarzyszeniach (jak polski oddział Stowarzyszenia Kultury Europejskiej – SEC, z ramienia którego odbyliśmy w 2000 roku wspólną podróż na kongres do Wenecji). Zajmował się nie tylko meandrami historii myśli ludzkiej, antropologii czy metafizyki, ale i sprawami tak „przyziemnymi” (nie dla niego), jak np. kulinaria, których był znawcą wybitnym, i jak przystało na prawdziwego humanistę. Żył pełnią życia – stanowczo za krótko. Piotrze, bardzo nam Ciebie brakuje!

--

Tekst pochodzi z najnowszej książki autora  pt. Z przełomu wieków, czyli literatury dzień powszedni (1990-2008), Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2009 (sprzedaż wysyłkowa: tel/fax056 648 50 70, e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ),

2007

 

Zapraszamy do komentowania artykułu

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli