Stefan Jurkowski
Poezja i metafizyka
Elementy metafizyczne w polskiej poezji zawsze były bardzo silne, znajdowały się w kręgu zainteresowania przeważającej części poetów. Tymczasem poezję podnoszącą tego rodzaju problematykę myli się często z poezją religijną.
Kiedy mówi się o poezji religijnej, trzeba wskazać na dwa jej nurty: konfesyjny i katolicko ortodoksyjny. Pierwszy rzadko wnosi do literatury coś nowego. Są to raczej mniej lub bardziej zgrabne robótki poetyckie, wykorzystujące pewną symbolikę, sztafaż religijny; obracające się jednak w pojęciowo-artystycznej konwencji.
Mamy tu najrozmaitsze modlitewki oraz całe tony wierszy poświęcone papieżowi. Drugi natomiast jest bogatszy. Tu dla przykładu można przywołać twórczość choćby takich nieżyjących już poetów jak Wojciech Bąk i Roman Brandstaetter. W pewnym sensie mieści się tutaj bardzo ostatnio modna poezja Jana Twardowskiego. O ile wiersze konfesyjne można określić mianem malowanek poetyckich, o tyle w twórczości tego nurtu, który reprezentują Bąk i Brandstaetter mamy już do czynienia z pewnym dramatem dochodzenia do wiary, próbami penetrowania transcendencji, nawet wadzenia się z Bogiem – ale to wszystko dzieje się jednak w granicach ortodoksji, dogmatu, nauki Kościoła. Jest jednak w tym wszystkim swoista głębia. Ta literatura dąży do własnych, bardziej ekspresyjnych środków wyrazu, tworzy jakiś odrębny język. Jednakże obracanie się w jakichkolwiek granicach, a granice dogmatów są bardzo szczelne i nieprzekraczalne, siłą rzeczy ogranicza samą twórczość, która nie śmie owych granic naruszać, przesuwać, łamać, przekraczać. Ona wprawdzie opisuje pewne światy, pewne stany, a z drugiej była zobowiązana do całkowitej wierności wobec urzędowo zatwierdzonych prawd, i do apologii oraz dydaktyzmu.
Mówię o tym wszystkim, ponieważ zwykle owe elementy metafizyczne, zwłaszcza w ostatnich latach, błędnie wkłada się do jednego worka z nurtem religijnym. Tymczasem przedmiotem moich rozważań będzie poezja, wprawdzie żywo podejmująca podobne tematy, ale wolna od jakichkolwiek ideologicznych, konfesyjnych czy wyznaniowych zobowiązań. Przecież niemal u wszystkich autorów mamy do czynienia z próbą przekraczania wspomnianych tu granic, widzeniem życia i losu człowieka w szerszej perspektywie. Miłość i śmierć, szczęście i cierpienie, życie i jego enigmatyczny cel – podobne antynomie , to pole rozważań, buntu; wreszcie indywidualna próba oswojenia tych obszarów, które wydają się nam wielce tajemnicze, nierozpoznawalne, a przecież jakoś intuicyjnie przeczuwane i wciąż fascynujące. Poeci dochodzą tutaj na swój sposób także i do osobowego Absolutu, wyjaśniają sens istnienia, zastanawiają się nad absurdem owego istnienia. Szukają, wątpią, zastanawiają się nad możliwościami poznawczymi człowieka. Stąd – jak łatwo zauważymy – poezja lat ostatnich ma coraz ściślejsze związki z filozofią.
Nie sposób tutaj objąć w całej złożoności i skomplikowaniu owego tematu, pokazać wszystkie zjawiska w najdrobniejszych niuansach. Siłą rzeczy muszę się ograniczyć tylko do zasygnalizowania problemu i posłużyć się rażąco zbyt małą liczbą, ale za to bardzo reprezentatywnych przykładów.
Oto „Kim jestem, i w co wierzę” – to najważniejsze i charakterystyczne dla naszych rozważań pytania stawiane przez poetów. Stawia je również Zbigniew Jankowski w „Posłańcach żywiołu”. A wreszcie: kim jest Bóg, czym jest wiara, skoro tak często pozostaje ona nie tylko w sprzeczności, ale nawet w otwartej walce z intelektem? Te problemy są niemal stałym nurtem podskórnym polskiej poezji. A Zbigniew Jankowski, jak zresztą wielu – jak zobaczymy – poetów, dochodzi w swych egzystencjalno-filozoficznych rozważaniach do wniosku, iż wszelkie ortodoksje, zamiast przybliżać – oddalają od Niepoznawalnego. Świat materialny oraz nadprzyrodzony, to dwie zupełnie różne i nieprzystawalne do siebie rzeczywistości, które się jednak w tajemniczy sposób przenikają. Ludzka wyobraźnia, słowo, nawet poetyckie olśnienie są bezsilne wobec wieloznaczności Absolutu. Tylko olśnienie, które nie wymaga dosłownego wyartykułowania, może w niewytłumaczalny sposób przybliżyć to, co na żaden język ludzki przełożyć się nie da. Poezja jednak posługuje się językiem. Tworzy więc taką metaforykę, która będzie bardziej nośna. Mówi o własnych ograniczeniach. O niczym nie orzeka. Stawia pytania. Milczy.
A więc wszelkie dogmaty, systemy religijne, formuły oraz teologiczne interpretacje, jak się okazuje, mogą być nawet szkodliwe – ponieważ spłaszczają obraz Absolutu, odzierają go z tajemnicy, pragną sprowadzić do czysto ludzkiego, często utylitarnego, wymiaru. Tymczasem Bóg nie może być ubezwłasnowolniony przez żadne władze kościelne i systemy religijne. Nie jest bowiem niczyją własnością. W pewnym miejscu Jankowski powiada:
„Teologie to są cementowe ścieżyny, rowki drążone dla Pana Boga. Tędy masz płynąć, Boska Rzeczko, bo inaczej nie mogę Ciebie pojąć – zdaje się mówić stereotypowy teolog. (...) Tak to, dla ludzkiego dobra, Bóg musi wyrywać się naszym wydumanym ścieżkom – doktrynom, całej tej uczonej ciasnocie. (...) Tak, tylko tak: tajemnica wiary niesiona przez wszystkie wierzenia religijne: Rahma – Kriszna – Hermes – Mojżesz – Orfeusz – Pitagoras – Platon – Chrystus. A nie dogmaciki zasupłane w babcinej pończosze. (...) Prawdziwy ekumenizm to upaść na kolana przed Bogiem-Kamieniem. Wtedy otworzą się drzwi kamienia. I może wypadnie nam z rąk bratobójczy nóż. Ukochać Wszystko.”
Twórczość Zbigniewa Jankowskiego, jest bardzo reprezentatywna dla tego nurtu poetyckiej refleksji stanowiącej zapis osobistego, niezwykle autentycznego i dramatycznego doświadczenia religijnego. Wiara jest tutaj cierpieniem, wynikającym z niepewności, z poczucia nietrwałości i utraty, z niemożności zrozumienia. Wreszcie z osamotnienia, z wątpliwości, z osobistego Ogrójca, w którym prawda bywa co chwila przekreślana przez dojmujące poczucie iluzoryczności, kosmicznego wprost osamotnienia. Do tego dochodzi problem śmierci. A jeśli śmierć, to w czym odnaleźć najgłębszy sens życia? – wydaje się pytać autor.
Wszelka przestrzeń (u Jankowskiego symbolizowana przez ocean), zyskała prawdziwie metafizyczny wymiar, a więc nieokreślony, umykający kodom religijnym. To wyraz ustawicznego niepokoju uzewnętrzniającego się w bezpośrednim dialogu z Absolutem. W dialogu, często pełnym pretensji, buntu i zarazem jakże dramatycznego poczucia zwykłej ludzkiej bezsilności wobec tego, co ponadzmysłowe, wieczne. Jedyną busolą pozostaje instynktowne przeczucie metafizycznej przestrzeni; wypatrywanie znaków mówiących o tajemniczym świecie, na który jesteśmy skazani, ale którego nie możemy tutaj do końca rozpoznać.
Żywa jest w tej poezji kwestia wiary. Ale cóż to jest wiara? Czy zespół prawd podany człowiekowi do skonsumowania, niczym gotowy pakiet na drogę? Czy może sam głód Boga, nękający człowieka błądzącego po bezdrożach swojego – coraz bardziej skracającego się – życia?
Nie ma więc wewnętrznego spokoju, nie ma sztuki, kiedy idzie się drogami bezpiecznymi i stale ogląda się na autorytet innych. Ale tym bardziej nie ma, kiedy wchodzi się w zupełnie nowe obszary, bo nie istnieje żadna gwarancja, że postępujemy właściwą drogą.
Chociaż... jest jakiś sprawdzian. Oto – jak pisze poeta w Jedenastym przykazaniu –
A gdy już stanie twój kościół,
niepodważalny,
twardy jak trismus,
obronnie zaciśnięty
na własnej przestrzeni,
gdy posiądzie swoją świętą rację –
uderz kamieniem.
Jeśli kamień
nie powróci chlebem,
przetnij wiązania, niech kolumny
jak zwapniałe tętnice
osypują się do stóp.
(...)
Czy dotyczy to jakiejś naszej prawdy, którą uważamy za niezmienną; naszego fundamentalizmu wyłącznie osobistego? Czy również Kościoła instytucjonalnego, który nie dopuszcza dyskusji poza twardymi granicami dogmatów?
Jesteśmy bowiem świadkami pewnego przełomu intelektualnego i obyczajowego, także w Kościele, czego wyrazem mogą być wiersze niektórych poetów kapłanów. Wacław Oszajca z zakonu jezuitów, to poeta bardzo ceniony i ciekawy. Podobnie Eligiusz Dymowski, także zakonnik ze zgromadzenia franciszkanów-reformatów.
To, co wychodzi spod pióra tego pierwszego katolickiego duchownego, przeczy ogólnemu wrażeniu, jakie wywiera polski katolicyzm. Oto granice wyznaniowe, narodowościowe stają się tutaj nieważne. Dogmaty, to jedynie upostaciowanie tego, co jest i nie jest „na wszystkie możliwe sposoby”. Najważniejszy jest człowiek z jego pragnieniami, oczekiwaniami, intuicją. Ale i dramatem istnienia, ograniczeniami, dojmującym pragnieniem Absolutu, bez względu na definicje i formułki teologiczne. A już na pewno bez względu na całą prawno-polityczną obudowę służącą każdej religii do manipulacji masami. Takie podejście do tych zagadnień musi budzić sprzeciw, a nawet uzasadniony lęk tych, którzy chcą sprawować nieustający rząd dusz dla chwały swojego królestwa jakże z tego świata.
Wacław Oszajca reprezentuje poezję ponad uwarunkowaniami – ponad polityką, stereotypami, nawet – ośmielę się zauważyć – ponad kapłaństwem. To wielka, jak na nasze warunki, odwaga. A może nie tylko odwaga, lecz także autentyczna potrzeba prawdy, szacunku dla Tajemnicy, a przede wszystkim dla człowieka i jego ziemskiego, i wiecznego losu.
Nowoczesny kapłan (albo poeta), jakiego sylwetka wyziera ze strof Oszajcy, to nie „autorytet moralny”, nie nauczyciel, nie przewodnik, ale partner. Partner w niewiedzy, zagubieniach, ograniczeniach, poszukiwaniach, zwątpieniach. Z pewnością to ten, kto do owych poszukiwań zagrzewa, ale przecież ciągle pozostający towarzyszem wspólnego losu, nie monopolistą prawdy i nieomylnym przywódcą.
Prawdziwe doświadczenie religijne, to nie przyjmowanie w całości gotowego bloku twierdzeń, poglądów i rozliczanie się z tej wiedzy; to nie system nagród i kar mających dyscyplinować człowieka i sprowadzać go na „właściwą” drogę. Poprzez głód prawdy, cierpienie, doznawanie miłości i szczęścia, człowiek uczestniczy w wielkim misterium życia. Przy czym ani świat widzialny, ani Bóg, nie są przeciwko niemu. Nie ma więc tutaj metafizycznego człowieczego strachu. Stwórca i stworzenie tworzą osobliwą jedność, jakiś zespół tajemniczych zależności i powiązań. Jakich? Właśnie. To jest przedmiotem ludzkiego niepokoju i poszukiwań. Człowiek, jako istota ograniczona i skończona nie jest w stanie pojąć całego skomplikowania nieskończoności i niewyrażalności, za którą paradoksalnie tęskni. W dodatku czuje, że każda próba nazwania jej – choćby to był nawet najbardziej wyrafinowany język poetycki, system teologiczny, moralny, etyczny – jest niepełna. A dramat zaczyna się wtedy, gdy taką niepełną prawdę przedstawia się jako ostateczną i każe się w nią bezapelacyjnie i bez żadnych pytań, a co dopiero jakiegokolwiek odstępstwa, wierzyć pod karą wiekuistej utraty zbawienia.
Kapłan Oszajcy o tym dramacie dobrze wie. Nie przeciwstawia mu żadnego, skądinąd nieadekwatnego, systemu. Nie poucza. Cierpi z cierpiącymi, bo i nim targają podobne dylematy. Nie waha się wykrzyczeć samemu Bogu:
„to ja ciebie zapytam
dlaczego my tutaj musieliśmy całe życie
jeść czyjeś ciało
pić czyjąś krew
bo tak wygląda u nas miłość
dlatego że nie jesteś nam nic winien
powiedz
dlaczego ostatnie słowa
ostatnie zdanie dobrej nowiny
w najstarszej Ewangelii
to
Boże mój
Boże mój
czemuś mnie opuścił”
Tego rodzaju poezja może gorszyć rozmaitych obłudników, monopolistów prawdy, którzy boją się jak ognia wysiłku intelektualnego. A zwłaszcza tych, których wolna myśl może pozbawić owego lukratywnego skądinąd monopolu. Tak, z tego punktu widzenia, nie jest to poezja (i postawa) „katolicka”, ponieważ daleka od ortodoksyjnej konfesyjności, posłusznej poprawności politycznej i ideowej. Ale przecież, jak wyznaje poeta:
„kawałkiem marmuru
Grek mnie przestrzega
wierz wyłącznie
niepoznawalnemu Bogu”
Poezja Eligiusza Dymowskiego wtóruje Oszajcy. Ten autor twierdzi, iż paradoksalnie: im głośniej mówi poezja o sprawach jak najbardziej ludzkich, o miłości, lęku, złu, zdradzie, poznawczych ograniczeniach, śmierci, pragnieniu szczęścia – tym bardziej chyli się ona w kierunku Rzeczywistości, która staje się uzasadnieniem losu ludzkiego; poprzez którą dopiero można uchwycić pewne sensy naszej egzystencji. To, co z pozoru wydaje się paradoksalne, pełne absurdów czy wręcz niesprawiedliwości, staje się tutaj zrozumiałe. Wszystko – wydaje się mówić Dymowski – ma swój cel, składa się na ludzkie życie, wywołuje określone skutki, refleksje, prowadzi ku zrozumieniu świata, jest potrzebnym doświadczeniem budującym ludzką świadomość.
Jesteśmy zawieszeni pomiędzy wiarą a wiedzą. Powinniśmy znać swoje poznawcze ograniczenia. Czy można więc o czymkolwiek, nawet o naszych największych pragnieniach i poglądach, orzekać w sposób ostateczny? Poeta wyznaje:
„Nie wiem
ile godzin wypłakać trzeba
w codziennej wędrówce
(...)
nie wiem
dlaczego miłość i śmierć
takie nierozłączne”
Ta wiedza nie jest potrzebna. Natomiast nieodzowna jest pokora, która pozwala nam dostrzec naszą niewiedzę. Ale samo dostrzeganie, to jeszcze zbyt mało. Najważniejsze jest stawianie pytań, choćby to nawet były pytania ostre, buntownicze; choćby nawet miały pozostać bez odpowiedzi. Taka bowiem jest natura ludzka – nienasycona, wciąż pragnąca. Ale czyż pragnienie nie bywa gwarantem rozwoju? Poeta to wie i dlatego powiada:
„ja – Tomasz niewierny
dziwię się choć czuję
Twoją wyciągniętą dłoń do ślepca”
Jest to pozycja, którą zajmuje wielu poetów. Bo te ograniczenia są udziałem wszystkich. Także twórców.
Jeśli cokolwiek jest ważne, jeśli czemukolwiek należy poświęcać drogocenne chwile uwagi, to choćby kosowi:
to on
wyzwolony spod siły ciążenia
kos
budzi cię o świcie
harmonię dnia ustala
jasność sławi
krtań pełna śpiewu
to on
na gałęzi obsypanej kwiatem
w Absolut przemienia
umykającą
chwilę
Zauważmy, że kos jest tutaj „wyzwolony spod siły ciążenia”. A zatem tkwi bliżej Tajemnicy, niż człowiek. On przecież jest jej niezbywalną i namacalną częścią. To jemu właśnie jest dane przemienianie chwili w Absolut. A więc to on stanowi żywy, namacalny znak. W wierszach Danuty Kostewicz (poetki mieszkającej w Ameryce, autorki cytowanego wyżej fragmentu) ptak, zwierzę, owad, roślina, opadający liść – to swoiste punkty odniesienia, osobliwe drogowskazy wszechobecnego Sensu, który organizuje całe bytowanie i wyznacza mu określony cel i kierunek. Jest to – jak powiada poetka w wierszu tytułowym –
p u n k t
nie mający wymiarów
cudowne prawdopodobieństwo
powrotów
życie
Tutaj dochodzimy do indywidualnego rozumienia religijności poezji. Religijności, oczywiście znowu nie w sensie konfesyjnym, ortodoksyjnym. Zamknięcie bowiem doświadczenia religijnego w ciasne ramy jakichkolwiek systemów wyznaniowych jest mordem na jego duchowym wymiarze. Można powiedzieć, że tzw. „prawdy wiary”, określone przepisy, tradycja, stereotypy, liturgia, dogmaty – to jakby tylko „ciało” każdej religii: zmienne, kulturowo uwarunkowane, wreszcie ulegające swoistej erozji. Natomiast duch religii, to doświadczenie Absolutu, to wreszcie owo nie tyle bezradne, co twórcze „nie wiem”, ale zarazem i nie kończąca się nadzieja, że istnieje jakiś niezmienny sens sensów. Przytoczmy tutaj raz jeszcze w całości jakże poruszający utwór „Kimkolwiek jesteś”:
rozmawiam z tobą
każdego dnia
nie odliczam słów
koralikami na sznurze
niczego nie wyłudzam
nie zwalam na twoje ramiona
żadnej winy
ale też i nie zabiję dla ciebie
kozy
moja dusza nie pucuje się
na twoje niedziele
a mimo to
odkąd zamieszkałeś
w moim pobliżu
jak śnieg
wirujący na wietrze
pragnie trwać
kimkolwiek jesteś
dziękuje ci
że i we mnie ukryłeś
swoje cele
że powoli odsłaniasz
systemy przybliżeń
co będzie
to będzie
może już nie narodzi się
żaden wąż
może przebaczysz
winowajcom
Czyż nie jest to przejmujące poetyckie wyznanie wiary? Zauważmy, że ta nadprzyrodzoną, a w ludzkim języku nie dająca się nazwać niepoznawalna przestrzeń została potraktowana w sposób jak najbardziej naturalny. Ot tak, jak przyjmujemy fakt, że np. mieszkamy wewnątrz powietrza. Oto obraz bezinteresowności Boga i człowieka! Czyli tak jakoś – rzec by – bez konsekwencji... Nie musimy na nic specjalnie zasługiwać, ani też bać się wyimaginowanej kary. Bo to przecież metafizyczna, niosąca wiele możliwości, przestrzeń, a nie jakiś dosłowny religijny horror. Poetka więc rozmawia bezpośrednio z Nieokreślonym, ale o nic go nie prosi, nie obarcza żadną odpowiedzialnością, nie składa też żadnej ofiary (przypomina się Kochanowski: „złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszystko Twoje”). A przecież ta nieokreślona, metafizyczna obecność niesie swoje egzystencjalne niebagatelne konsekwencje: uzasadnia ową tajemniczą nieokreśloność oraz – w sensie moralnym – wprowadza przyrodzony ład, porządek i harmonię.
Owa harmonia może być jednak zakłócona przez nasz niedoskonały aparat poznawczy. Nie znaczy to, że jest ona niedoskonała, tylko my ją pojmujemy w sposób niedoskonały. Po prostu człowiek pojmuje świat tak, jak go widzi. A może go widzieć tylko w sposób zniekształcony. Jak u Ernesta Brylla:
„Każda rzecz znaczy zupełnie inaczej
Każde spojrzenie inne ma promienie
Inne świeci słońce. Inne chłodzą cienie
Inne wiary konieczne w inne życie wieczne.”
A Zbigniew Jerzyna dopowiada:
„A ludzie
oczekują sprawiedliwej
równowagi podobieństw”
A co według Jerzyny gwarantuje znalezienie owej równowagi, więc zarazem przetrwanie?
„Przywarcie
do każdej minuty
I wiara
w realność dnia.”
Nam dane jest widzenie empiryczne, i ono to – w sposób mniej lub bardziej złudny – warunkuje nasze widzenie świata oraz język, jakim go wyrażamy. Dlatego często wszystko to, co przynależy do świata mistyki może być wyjaśniane na sposób fizyczny. Oto fizyka także mówi o całym skomplikowaniu świata, a coraz to nowe odkrycia uwiarygodniają i uzasadniają kosmiczny wymiar świata. Przywołajmy tutaj niektóre utwory Krzysztofa Gąsiorowskiego:
„Archetypy, idee i ciała platońskie,
mandale i wszystkie inne matryce, wzory,
formy skrytej natury wszechświata –
zdają się być równie realne
jak byt i niebyt, które je czasem
wypełnią”
Reszta jest niewymierna:
„Ciało i dusza: nie wiem,
czy to w ogóle się dzieli. Nie jestem
orfikiem, nie wierze w żywa śmierć.
Urodziny to nasze pierwsze i ostatnie
zmartwychwstanie.(...)
Ciało i dusza. Co najwyżej
są to dwa końce kija, którym nas
okładają.
Ów sceptycyzm, który reprezentuje m.in. Gąsiorowski, to nie postawa negacji, ale motor twórczości, nawet jeśli nie ma wiary naiwnej, że cokolwiek znajdzie albo odmieni świat Aż się prosi, by raz jeszcze zacytować Gąsiorowskiego:
„Odpowiedź na pytanie, czy
ten świat ma aby Sens, na pewno
nie mieści się
w granicach logiki – zapewniał nas niejaki
Berlioz w „Mistrzu i Małgorzacie” niejakiego
M.Bułhakowa, powołując się na
niespożytego staruszka. niejakiego E. Kanta...
Pieprzę logikę, w końcu czemu ja od tylu tysięcy lat
piję, to nie likwiduje problemu.”
Dalej poeta powie, że sens może, ale nie musi być zasadą Wszechświata. A więc mamy do czynienia z jakimś ogromnym zjawiskiem o wymiarze duchowo materialnym, którego zasadę można poznać jedynie poprzez intuicję mistyczną albo rozważania filozoficzno fizyczne. Obie te drogi schodzą się znowu w jednym z możliwych punktów: albo w Sensie, albo w Nicości. I to jest ta fascynująca, niepewność, inspirująca poetycko tajemnica świata i życia w ogóle.
O ile rozważania poetyckie Gąsiorowskiego odwołują się do praw a nawet języka fizyki, to twórczość Marka Wawrzkiewicza wydaje się być bardziej zakorzeniona w biologii. Poeta mówi:
Komórki, tkanki, skóra,
Mięśnie, kości, naczynia krwionośne.
Dopiero suma tego
I jeszcze coś, co różnie nazywają,
Tworzą człowieka. Podobno rozumnego.
Tkanki są bezrozumne. To dlaczego umieją tęsknić?
Człowiek według Marka Wawrzkiewicza jest psychofizyczną jednością. Ale poeta z drugiej strony stale dziwi się osobliwemu mariażowi materii i ducha. Dlaczego umie tęsknić? Dlaczego kocha? Dlaczego tak przeżywa dramat przemijania – tym większy, im większa jest miłość? I poeta odpowiada sam sobie:
„Daremna próba opisu tego,
Czego opisać nie sposób.”
Antynomie, paradoksy, wreszcie przypadkowość życia – to pole refleksji poetyckiej nie tylko Marka Wawrzkiewicza, która nie sprowadza wizji świata do jednego wymiaru. Ta poezja wykracza poza świat empirycznie poznawalny, wchodzi w tajemniczy obszar metafizycznych sensów usprawiedliwiających nawet to, co w potocznym rozumieniu uznajemy za przypadkowe. Oto poetyckie zadziwienie Wawrzkiewicza:
„Jedna z siedemnastu milionów
Jedna z trzech miliardów.
I ją właśnie, jedyną,
postawiłeś na mojej drodze.”
Jest więc coś, co organizuje ten cały chaos? Czy jest to ów biblijny duch, który unosił się nad wodami? Jakiś osobowy demiurg? A może tylko siła tajemniczej grawitacji?
Poezja nie powinna uzurpować sobie prawa do dawania takich odpowiedzi, jeśli nie chce popaść w utylitarną ideologię. Oto zapis wątpliwości, wadzenia się przede wszystkim z własnym widzeniem świata. Powie Wawrzkiewicz:
Zszedłem do tego życia na moment,
A zostałem dłużej niż wypada.
W tej poezji występuje także osobliwe pojęcie czasu:
Jak odkupić tamtą, zaprzeszłą część życia?
Jak zdobyć pewność, że ona nie wróci?
Nie ma takiej pewności! A skoro nie ma pewności, to istnieje możliwość. I tu dochodzimy do poczucia względności wszystkiego, a naszego poznania szczególnie. Choć poeci piszą o praktycznej niepoznawalności świata, to jednak starają się go określić, jakoś usystematyzować, uchwycić najważniejsze sensy. Tym, co ów chaos organizuje – jest miłość. Miłość będąca w opozycji do przemijania, niejako nawet przemijaniu zaprzeczająca. Ta miłość – wydawałoby się – przypadkowa, przychodząca znikąd, a kiedy już jest, to stwarzająca nowe światy, nową jakość. Żyje się na orbicie miłości:
Z której widać zawsze i tylko
Wschód słońca.
Wtedy do śmierci daleko.
Miłość i śmierć to odwieczne tematy poezji. U Marka Wawrzkiewicza nie ma jednak intelektualnych uproszczeń. Nie ma też negacji, ani afirmacji. Jest natomiast dojmujące doświadczenie metafizyczno egzystencjalne przełożone na język wiersza. Świat odbijając się w wierszu w swoisty sposób się uwiarygodnia, poddając się opisowi. Poeta zdaje sobie sprawę z tego, że jest to siłą rzeczy opis fragmentaryczny. Miłość i przemijanie, te dwie wiodące siły w są przedstawione nie tylko w sposób emocjonalny. To nieodłączne elementy istnienia, potwierdzające metafizyczną tajemnicę komórek, tkanek, skóry i naczyń krwionośnych, które pomimo wszystko umieją tęsknić.
Poeci – jak widzimy – zgodnie twierdzą, że nasza rzeczywistość jest nie tylko wielopłaszczyznowa, ale zupełnie różna od naszych wyobrażeń a nawet doświadczenia, a życie ludzkie wydaje się być nie tylko własnością samego człowieka. Coś więc w tym jest znamiennego. Jakieś charakterystyczne widzenie tego problemu, które – kto wie – czy nie jest znakiem czasu. To życie, tak bardzo niejednoznaczne, dzieje się ( a właściwie może się dziać) na wielu płaszczyznach, a czas, w którym się rozgrywa, być może jest tylko kolejnym złudzeniem. Powie Gąsiorowski:
„Mam po raz drugi trzydzieści trzy lata,
dwa miesiące, i chyba pięć dni...
Jest sierpień, zmierzch zapada tu szybciej
niż przywykłam. Weszła matka, zapaliła
lampion, usiadła przy moim łóżku.”
Podobnie u Andrzeja Gnarowskiego:
„W tej drugiej wersji Będziesz
mnie kochała Znów lato wróci
odbite w sadzawce i sen Byrona
(różą zapomnienia) –
(...)
W tej drugiej wersji Wezmę cię za rękę
posadzę na jabłoni Pośród białych kwiatów
Lecz jabłoń ściąłem (jeszcze w pierwszej wersji)
Co za różnica Niech będzie brzoskwinia
W kolorze kwiatów Jak niebo Van Gogha
W tej drugiej wersji Będziesz mnie kochała
I lato wróci W niegdysiejszych śniegach”
Tu następuje charakterystyczne zachwianie czasowego porządku, co tylko potwierdza jego względność. Oto dwie przenikające się „wersje” tej samej miłości. W zasadzie nie ma tu wyraźnego następstwa: wszystko dzieje się jakby w wielkim teraz. W wieczności? No, właśnie! Poezja nader często wprowadza nas w metafizyczny wymiar w taki sposób, jakby negowała czas i wszelkie materialne przeszkody. Miłość jest tutaj czymś wiecznym, czymś, co emanuje z taką samą siłą, niezależnie od owych „wersji”. I to właśnie stanowi osobliwy bunt wobec potocznych interpretacji świata. Przecież Gnarowski wyraźnie mówi, że żyjemy w iluzji, w złudzeniach, posługujemy się szablonami kulturowymi. W gruncie rzeczy nic tak na prawdę nie wiemy o naturze świata, człowieka i jego uczuć, ponieważ... jest nam tak wygodniej. Jednak aby żyć w pełni należy przełamywać stereotypy. Także emocjonalne. A to jest bolesne.
Taka bowiem jest, jak powiada Roman Śliwonik, natura poezji:
„Wiersz
musi być tajemnicą
dla piszącego jest to wchodzenie w ciemność
w której On dopiero zapali słońce
księżyc i gwiazdy
zasieje trawy będą na początku
ze światła”
Twórczość Romana Śliwonika potwierdza również istnienie w poezji żywych zainteresowań metafizyką. Jest to droga:
„do czegoś
co cię pochłania
cicho Bezwzględnie
i tak strasznie
że staje się to czymś wielkim
co stworzyć mógł tylko Bóg”
Inną cechą poezji jest swoiste oswajanie śmierci:
„Śmierć nie jest tak duszna jak pogoda.
Dzisiaj woda, niewidocznie stojąc w powietrzu,
iskrzy słońce, drze oczy igłami lodu.”
To wiersz Piotra Muldnera-Nieckowskiego. A Zbigniew Jerzyna krzyknie wprost:
„Śmierć
jest ohydna
i
nieapetyczna
- - - - - -
Szukałem
Opatrzności
I zobaczyłem ból
zamknięty w sobie
Cierpienie
niepotrzebne.
Drwinę i absurd.
Śmiejący się
Los”
Ten los, a właściwie lęk, miewa różne barwy. Często – szaro-czarny kolor dymu unoszącego się – jak u Teresy Ferenc – nad jej rodzinną wsią Sochy leżącą niegdyś na zamojszczyźnie, brutalnie spacyfikowaną i spaloną przez hitlerowców. To jakże traumatyczne przeżycie z dzieciństwa już nigdy w pełni nie oddzieli się od poezji Ferenc. Raz jako świadomy opis, raz jako reminiscencja, nierzadko jako podskórny nurt, jako dalekie tło – powraca niemal we wszystkich utworach autorki „Piety”. Te doświadczenia „przynagliły”, by sparafrazować słowa samej poetki, jej artystyczną wyobraźnię. Skierowały ją na specyficzne tory. Uwrażliwiły na krzywdę, na cierpienie, ukonstytuowały silne poczucie sprawiedliwości. Nie tylko ludzkiej, ale – by rzec – ontologicznej. Trudno, by było inaczej. Ferenc jako mała dziewczynka była świadkiem zagłady swoich bliskich, sama cudem unikając śmierci.
Oto Tadeusz Różewicz zadawał sobie pytanie, czy po doświadczeniach wojny, obozów koncentracyjnych, poezja czy jakakolwiek sztuka będzie jeszcze możliwa. Twórczość Różewicza zaowocowała utworami ascetycznymi, mówiącymi często o złu, które pochodzi od człowieka; wierszami prostymi, a jakże gorzkimi i ekspresyjnymi. Nie wiem, czy Teresa Ferenc zadawała sobie podobne pytania. Należy do innego pokolenia, z innym też bagażem doświadczeń wyszła z wojennego piekła, więc może inaczej postrzegała dookolny świat i jego możliwości.
Czy tak straszne rzeczy, które działy się na Ziemi, mają jakiś ukryty, jakiś absolutny sens? Tego nie wyjaśni żadna religia. A poezja? W wierszu „Babel” poetka zwraca się wprost do Stwórcy:
„Pomieszałeś nam serca
Pomieszałeś wyjścia i wejścia
każdemu dając
odmiennego Boga”
Ta wieża Babel, droga do Absolutu jest – jak powiada poetka – „burzona/ i od nowa budowana”. Tajemnica, której poszukujemy, to jest właśnie owa niemądra czułość mimozy, mowa liści i drewnianych słoi, labirynt splątanych korzeni. Pomimo trudności, pomimo cierpienia i całej ohydy świata trzeba dostrzec – wydaje się mówić poetka – mądrość pozornie irracjonalnych zdarzeń a nawet nieszczęść, trzeba więc mieć odwagę życia na przekór światu, samemu sobie, własnym lękom, załamaniom, osamotnieniu. I uwierzyć w utajoną logikę następstw.
Im uważniej będziemy wczytywać się we współczesną polską poezję, zauważymy, że ów świat metafizyczny coraz ostrzej wykracza poza wszelkie konwencje, systemy religijne, nie mówiąc już o ramach instytucjonalnych, w których nie mieści się zupełnie. Poezja polska pragnie się wyzwolić, dąży do autonomii, do koniecznego poszerzania obszarów tematycznych, wyobraźniowych i językowych. Pokazuje świat wprawdzie jakoś określony, ale zarazem umykający wszelkim definicjom, bliski i daleki, o nieskończonej ilości imion, każdemu objawiający się inaczej. Jest wyrazem i buntu, i zwątpienia. Prowadzi do czysto ludzkiego osamotnienia. Ale też w każdym buncie i osamotnieniu, zwłaszcza poetyckim, zakodowana jest twórcza nadzieja.
Stefan Jurkowski













