Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Leszek Żuliński

Adam Zieliński – próba syntezy

Droga Adama Zielińskiego do literatury była długa. W latach 50. był dziennikarzem, i to radiowym, a więc takim, dla którego pióro nie jest podstawowym narzędziem pracy. Wiemy, że dziennikarstwo radiowe to dziedzina odrębna, o bardzo specyficznym warsztacie. W 1957 roku Zieliński dość gwałtownie przerwał swoją, nawiasem mówiąc nieźle rozwijającą się karierę życiową, i opuścił Polskę. Przez ponad 30 lat jego związki z dziennikarstwem, a tym bardziej z literaturą były żadne.

Zabrnął w rewiry, z których na ogół do ogrodów sztuki już się nie wraca. Są one dość hermetyczne i niechętnie przyjmują spóźnionych maruderów, którym nagle zamarzy się artystyczna sława. Gdybym poznał profesora Zielińskiego na początku lat 90., kiedy siadał on do pisania „Garbatego świata”, zapewne nie wróżyłbym mu udanego wejścia na zatłoczony starymi zawodowcami rynek literacki. Dziś wiem, że byłoby to złe proroctwo. Autor ten między 1993 a 2005 rokiem – nie licząc wznowień, przekładów i wywiadów – wydał 12 książek i doczekał się wręcz ogromnej, jak na ten czas, bibliografii przedmiotowej (kilkaset omówień w prasie i cztery monografie książkowe poświęcone jego twórczości), co świadczy o żywej recepcji krytyki literackiej, jej reakcji na nowe zjawisko, zjawisko opatrzone nazwiskiem Adama Zielińskiego.

 

Myślę, że tajemnica tego fenomenu jest taka: profesor Zieliński nigdy nie odchodził od literatury lub – jeśli spojrzeć na to inaczej – długo do niej dochodził. Mniej lub bardziej świadomie kroczył w tym właśnie kierunku, trwał w jakichś nie ustających „układach” z literaturą, choć wszystko wskazywało na wybór innej drogi. Żył przecież intensywnie i szybko, był prawdziwym obieżyświatem, poznawał setki ludzi i dziesiątki kultur, rejestrował w pamięci różnorakie zdarzenia losowe i przeżycia, paradoksy i reguły życia, jego makromechanizmy i miniepizody. Nigdy jednak tak naprawdę nie odwrócił swoich zainteresowań od sztuki. Wiecznie mu towarzyszyła. Kolekcjonował ją, studiował, smakował. Stał się koneserem muzyki, malarstwa, sztuki azjatyckiej. Wiedział, co dzieje się w literaturze światowej i polskiej... Dlaczego to podkreślam? Bo uważam, że debiut Adama Zielińskiego był momentem eksplozji niepowtarzalnej masy krytycznej: ogromnego doświadczenia życiowego i doświadczenia estetycznego, które nagle objawiły swoją dojrzewającą latami symbiozę. Tyle że nastąpiła zrozumiała zmiana proporcji: doświadczenie estetyczne zaktywizowało się w chwili, gdy działalność zawodowa profesora zaczęła schodzić na drugi plan. Stała się ona jednak czymś bardzo cennym – kapitałem wiedzy o życiu i świecie. Wiedzy raczej niespotykanej w doświadczeniach literatury polskiej, dlatego chyba książki naszego Autora są tak nietypowe w dorobku tejże literatury.

Zazwyczaj dzieje się na odwrót. Pisarze poznają życie poprzez literaturę, dojrzewają do życiowych mądrości wraz ze swymi książkami, wraz z losami swoich bohaterów. Uczą się życia jako pisarze, a nie pisarstwa jako owocu życia. Odnoszę wrażenie, że Zieliński niósł bagaż pełen skomplikowanej wiedzy o świecie i kiedy zasiadł do pisania swojej pierwszej książki, miał gotowe tematy, które do teraz realizuje i które oby nie dawały mu twórczego spokoju przez następne długie lata.

Szeroki wachlarz tematów to pierwsza kwestia, która zaskakuje w tej – przecież młodej stażem – twórczości. Można powiedzieć o Adamie Zielińskim, że był autorem politycznym, historycznym, psychologicznym i obyczajowym. Jego proza odpowiada wymogom realizmu dokumentalnego, ale i kryteriom moralizmu artystycznego. Był także pisarzem tzw. nurtu galicyjskiego, tego samego, który dzięki twórczości Josepha Rotha, Brunona Schulza, Stanisława Vincenza, Andrzeja Kuśniewicza, Włodzimierza Odojewskiego i innych stał się dziś nurtem sławnym w polskiej literaturze. Był Zieliński literackim znawcą totalitaryzmu – to jakby historyczna i ideowa specjalność jego prozy. Był też w końcu kronikarzem Holocaustu i zaginionej Atlantydy świata żydowskiego. A gdyby i to wszystko pominąć – co raczej niemożliwe – to i tak mamy jeszcze Zielińskiego jako obserwatora zwykłych, choć może nie zawsze „zwyczajnych” ludzkich zachowań, namiętności, pasji, narowów. Altruizmu i bezduszności. To pisarz, który ze szczególną wrażliwością wnikał w zawiłości naszych motywacji moralnych, więzi rodzinnych, paradoksów społecznych... Pisarz współczesnego gościńca! Fabuły te dzieją się w Galicji, Polsce, Austrii, Chinach, Indiach, dzieją się wszędzie, w wielu sceneriach historycznych, geograficznych i kulturowych. Więc proszę sobie wyobrazić, jakim warsztatem literackim musi dysponować pisarz, który chce opisać taki świat. Już w zasadzie nie fragment świata, ale właśnie wielki, złożony świat.

Dlatego naczelną zasadą warsztatu pisarskiego Adama Zielińskiego była polifoniczność metod i chwytów, które z coraz większą wprawą stosujował, łącząc je w narracyjne, kompozycyjne i stylistyczne partytury.

Powiedzmy o kwestiach najistotniejszych.

Po pierwsze i fundamentalne – realizm! Zieliński już jako redaktor krakowskiego radia musiał nauczyć się reporterskiego patrzenia na rzeczywistość. Ta szkoła jest naczelnym rysem jego prozy. „Niedaleko Wiednia” i „Cichy Dunaj” były triumfem metody realistycznej w tej twórczości, choć i większość opowiadań z tomu „Kanalia” potwierdza taką opinię. Tradycja Johna Reeda i Egona Erwina Kischa zapuściły tu swoje widoczne korzenie.

„Niedaleko Wiednia” i „Cichy Dunaj” należy więc uznać za reanimację żywiołu reporterskiego, z którego Zieliński-autor w ogóle się narodził. W każdym razie poniekąd poprzez warsztat dziennikarski Zieliński powrócił po latach do sztuki słowa, tym razem pisanego. „Niedaleko Wiednia” to była jedna z prekursorskich książek o wojnie jugosłowiańskiej, o dramacie koegzystencji i rozpadu tamtej złożonej społeczności. Autor aż za dobrze znał Jugosławię, by podejmować ten temat „teoretycznie”. Chciałoby się powiedzieć, że zrobił to z dziennikarskiej autopsji i pasji. Natomiast „Cichy Dunaj” to wstrząsająca opowieść o austriackim obozie dla uchodźców, stawiająca głośno pytanie: jak to możliwe, by w centrum cywilizowanego, rozwiniętego kraju, w środku Europy zdarzały się takie miejsca i takie standardy traktowania ludzi. Ale żeby oddać głos przede wszystkim prawdzie, Zieliński wszedł w sam środek tego piekła, zastosował – nie unikając fabularyzacji – metodę „reportażu uczestniczącego”. Wspominam o tym, by uświadomić specyfikę tej twórczej wrażliwości i kryterium weryzmu niesłychanie istotne w tworzeniu literackiego obrazu świata.

„Garbaty świat” jest jednym z najlepszym obrazów epoki stalinizmu, jaki stworzyła nasza literatura. Akcja powieści (pełna reminiscencji z lat przedwojennych, wojennych i 40.) zaczyna się w latach 50. Koleżeńska paczka studentów z Uniwersytetu Jagiellońskiego przeżywa perturbacje osobiste i polityczne. Leon, Leski, Moldauer, Arend... Wszyscy oni naznaczeni są piętnem wojny, stalinizmu i pozostałych koszmarów XX-wiecznej historii, z których nigdy już nie potrafią się wyzwolić. Moldauer mieszka od 1968 roku w Izraelu, szuka we Wiedniu śladów swego ojca, ale nie może pozbyć się natrętnej myśli, że to poszukiwanie jest właściwie obłędem, czystą schizofrenią. Bo też jakich śladów szuka i co spodziewa się znaleźć? Wiedeńczyk Leski uratował się w 1943 ze zbiorowej egzekucji i został przygarnięty przez partyzancki oddział; po latach musiał opuścić Polskę – chciano go wrobić w klasyczną ubecką prowokację. Arend został nowojorskim lekarzem, lecz prześladuje go ten obraz, gdy został na ulicy zatrzymany wraz z ojcem przez hitlerowców, wyparł się starego Żyda i uciekł, a w uszach przez lata dźwięczy mu huk wystrzału i krzyk: „Uciekaj z Polski, synu! Uciekaj do Ameryki!”. I prześladuje go jeszcze jedno: wiersze Gałczyńskiego. Tyko Leon został w kraju, ale gdy po latach spotyka się z Leskim, gnębi go jedna jedyna myśl: Musi jeszcze przyjacielowi opowiedzieć o wszystkich oszustwach, w których w jakimś stopniu brał udział, opisać bezsens reżimowych truizmów. – Jeśli – myśli – uda mi się pozbyć balastu, który zagnieździł się w moim mózgu i paraliżuje cały mój organizm, zacznę życie od nowa.

Wszyscy bohaterowie tej książki nie mogą zrzucić balastu historii. Są jej ofiarami, ale też są jej oportunistycznymi „wspólnikami”. Mają żal do „demiurga dziejów”, ale też mają kłopoty z otwartym spojrzeniem w lustro. Nawet ksiądz Kamiński nosi w sercu głęboką ranę: gdy miał z ambony potępić pogrom kielecki, przeląkł się i w ostatniej chwili zmienił temat kazania. Kwintesencją zła jest tutaj towarzyszka Jasińska – typowa „ciotka rewolucji”. Gdziekolwiek się pojawi, tam wraz z nią pojawia się świństwo. Postać ta ma wręcz rangę alegorii, jednak poprzez swoją cielesność niesie i konkretne przesłanie: to zło jest w ludziach, jest wyraźnie spersonifikowane. Jasińska kończy nędznie, jako handlara na nowojorskiej ulicy – także ona stała się w ostatecznym rozrachunku zgniłym ogryzkiem historii.

W „Garbatym świecie” to właśnie jest najbardziej przerażające: historia nie daje nam szansy. Nasze dobre uczynki nigdy nie są jedyną prawdą o nas. Nasze życie zawsze ma brudne plamy. Nasze pochodzenie może być garbem, nasza rasa może być wyrokiem, nasza ojczyzna zawsze może stać się rajem utraconym, podobnie jak dzieciństwo. Nasza młodość jest raną, a starość – rozpaczą. Nie ma ratunku! Ten katastrofizm posiada jednak u Zielińskiego nie tyle egzystencjalne korzenie, lecz głównie historiozoficzne. Nawet moralność: jako uczucie – jest „prywatnym” odruchem, jako postawa – wypadkową zbiorowej indoktrynacji i ideologii. Człowiek – według Zielińskiego – jeśli nawet nie jest tworem historii (autor ten jest bardzo czuły na rodzinne klimaty dzieciństwa i koloryt „małej ojczyzny”), to zostaje przez nią zachłannie zaanektowany. Staje się jej zakładnikiem.

„Powrót” to powieść idąca w tego typu wnioskach jeszcze dalej i dzięki swemu rozmachowi fabularnemu „globalizująca” doświadczenia człowieka XX wieku. Opowiada ona o losach rodziny Bałtyckich ze Stryja, którą wojna rozrzuciła po świecie. Protoplasta rodu umiera w Stryju od hitlerowskiej kuli, jeden z jego synów zginął w radzieckiej partyzantce, drugi został wywieziony na Sybir i dzięki ryzykownej ucieczce wydostał się z niewoli, po czym wylądował w Hongkongu, gdzie zaczął robić karierę biznesmena, natomiast córka wywieziona na roboty do Austrii poznała tam przyszłego męża, który po wojnie stał się jedną z pierwszoplanowych postaci życia politycznego... Matka, Wera Bałtycka, emigruje z trzecim synem, Bolesławem, do Kielc, gdzie ten został po wojnie funkcjonariuszem UB, lecz na fali czystek sam trafił niebawem do więzienia i dopiero od 1956 roku zaczął „żyć normalnie”.

Przedwojenny Stryj, Rosja w latach „wojny ojczyźnianej”, „gułagowa” Syberia, stalinowskie powojenne Kielce, postfaszystowski Wiedeń, maoistowskie Chiny, kosmopolityczny Hongkong... Cóż to za wspaniała mapa do opisania XX-wiecznych totalitaryzmów! Zieliński pokazuje środowisko stryjskich lewicujących kolejarzy, zmagających się z restrykcjami sanacji, pokazuje stalinizm w jego wydaniu wojennym, łagrowym i ubeckim, pokazuje hitleryzm z wszystkimi okrucieństwami wojny, rasizmu, ludobójstwa oraz powojennymi resentymentami austriackich weteranów tej epoki i ideologii, pokazuje sceny chińskiej rewolucji kulturalnej i praktyki maoistowskiego totalitaryzmu, w końcu opisuje drapieżnie powojenne pozostałości narodowych nienawiści, ksenofobii i uprzedzeń oraz ironicznie obnaża degrengoladę współczesnych zachodnich elit politycznych. To wszystko jest wplecione we wzruszające wątki uczuciowo-rodzinne, w naprawdę dramatyczne losy prywatne bohaterów. Jak na jedną powieść to dużo. Można stanąć w „centrum” tej powieści, powieść wzrokiem dokoła i zobaczyć – epizod po epizodzie – co XX wiek wyprawiał z ludźmi. Dobry scenarzysta nie wpadłby na to, co potrafiła wymyślić historia: te kolejne wojny, metody walki o władzę, powody nienawiści, sposoby panowania nad ludźmi, techniki zbrodni, paradoksy umierania i przetrwania... Zieliński znakomicie potrafi spleść prywatny, jednostkowy sens ludzkiego życia z makromechanizmami historii, ale oczywiście nie trzeba tu odsłaniać żadnych kart, by określić „stosunek sił” tych obu wymiarów. Mimo to człowieczeństwo – jak łatwo się domyślić – nie stoi na straconych pozycjach. Godność, miłość uczciwość, poświęcenie, dobroczynność... – to wszystko są wartości w tej prozie bronione, ba, najcenniejsze. Czasami tylko – np. w „Galicyjskim prowincjuszu” – historia przewala się jakby ponad ludzkimi głowami, godła państwowe zmieniają się na ścianach domów i urzędów szybciej niż mogą to pojąć ludzie. Ale w „Garbatym świecie” i „Powrocie” historia ma swoich konkretnych autorów, zło i dobro noszą nazwiska konkretnych ludzi.

Problem tkwi raczej w braku azylu i alternatywy. Jednostkowe dobro jest zbyt słabe, wątłe, by móc się w nie skryć przed dziejowym złem. Historia dopadnie każdego. Nie przyniesie nagrody, nie wymierzy kary – raczej swym ślepym mieczem utoruje drogę... No właśnie – ku czemu? Na to nikt nie ma odpowiedzi.

Czasami nie wiadomo, do jakiego stopnia fikcja literacka miesza się w prozie Adama Zielińskiego ze wspomnieniem. Notabene oddają to świetnie okładki książek profesora Zielińskiego, znakomicie projektowane przez panią Urszulę Radel-Leszczyńską. Figurujące na nich portrety autora uświadamiają nam, że gdzieś obok fikcji leży pozaliteracka prawda. Na okładce „Kanalii” jest np. zdjęcie, które gra główną rolę w tytułowym opowiadaniu, jakby pisarz dawał nam do zrozumienia: uważajcie, ja tego nie wymyśliłem, ten scenariusz napisało samo życie! Ten właśnie utwór daje wyśmienitą okazję do zastanowienia się nad istotnym zjawiskiem tej prozy: przemieszania fikcji literackiej z ewidentnym autobiografizmem. A wraz z tym problemem wyłania się kwestia weryzmu – jednej z bardzo podstawowych kategorii pisarstwa Adama Zielińskiego.

Ścisłej konwencji realistycznej odpowiada fabuła „Powrotu”. „Powrót” to klasyczna literatura historyczno-polityczna, wyrosła z tradycji epopei. Krwistość tego realizmu polega jednak na tym, że Zieliński znakomicie opanował metodę pars pro toto. Żadnej abstrakcji, żadnych uogólnień – tu są żmudnie i drobiazgowo budowane losy konkretnych postaci, jest szczegół biograficzny, obyczajowy i każdy inny; jest fotograficzna wręcz wiarygodność opisów.

Najlepiej zresztą widać to w drobnych opowiadaniach – Zieliński zwykłą codzienną podłość czy zwykłą codzienną poczciwość wtłacza w ramy moralitetu, lecz to są także i po prostu tzw. scenki z życia wzięte. Bohater opowiadania „Siecher ist siecher” wiecznie płaci mandaty za swoją ofermowatość, sędzina Brygitta C. z noweli „Córka” ma pełną obciążeń moralnych przeszłość, pisarz z „Jubileuszu w mrówkowcu” okazuje się zagorzałym rasistą, społeczność „Naszego chleba powszedniego” otacza ostracyzmem ziomka, który chce budować w alpejskiej osadzie nową szkołę, młodzieniec z „Bluźniercy” nie może odwzajemnić wielkiej miłości rodziców, ta miłość staje się jego obciążeniem... Ot, samo życie! Wzloty, ale częściej upadki. Zdumiewająca jest ta ogromna amplituda problemowa świata przedstawianego. Od kwestii globalnych, od tematów makro (np. totalitaryzm, wojna, rasizm) po rzeczy małe, z których jednak składa się życie. Sęk w tym, że Zieliński gładko i pomysłowo łączy te poziomy. W „Powrocie” właśnie mamy do czynienia z najpoważniejszą historiozofią, ale i z opowieścią o ludzkiej miłości, nieszczęściu, tkliwości... Proszę zwrócić uwagę na postać występującej tam małej, chorej dziewczynki, która uosabia najbardziej elementarne i prywatne ludzkie uczucia. Na naszych uczuciach umiał przede wszystkim po mistrzowsku zagrać autor, i piszę to – rzecz jasna – nie z przyganą, lecz z podziwem.

W tematach Adama Zielińskiego można wyłapać pewne szczególne wątki i motywy, na punkcie których autor ma słabość. To właśnie los chorych dzieci (np. opowiadanie „Waria”), dramat rozmijania się pokoleń, niezrozumienia dzieci i rodziców (np. „Nihilista”, „Bluźnierca”, „Znienawidzony”), a także problem równości wszystkich ludzi wobec choroby, przemijania i śmierci, najczęściej problem wręcz obsesyjnie obrazowany na przykładzie bohaterów z establishmentu, bogaczy, ludzi szczęścia i sukcesu, których mimo to nic nie chroni w obliczu cierpienia i ostatniej sekundy (np. „Szczypta metafizyki”, „Bardzo problematyczna rozmowa z Panem Bogiem”). Jeśli więc mówimy o tzw. prawdach życiowych w prozie Adama Zielińskiego, to są one bardzo konkretne, wyjęte z przebogatego arsenału realistycznych zdarzeń i dylematów, które jeśli nas, czytelników, jeszcze nie trapią, to trapić, niestety, będą.

Zdawałoby się, że tego typu proza przede wszystkim operować musi techniką opowieści, relacji. Tak! Operuje. Ale tu też mamy do czynienia z rozmaitą gamą drobiazgowych rozwiązań. Od stylu sprawozdawczego po dominację dialogu. Od gawędy po reporterskość. To, co jednak rzuca się w oczy, to skłonność Zielińskiego do poszerzania klasycznej narracji o inne modele i tonacje języka. Na przykład o humor. Humor występuje tu często, bywa wyśmienity, oscylujący między ironizmem a sarkazmem i ciepłą kpiną. Tak np. dzieje się w „Bardzo problematycznej rozmowie z Panem Bogiem”. Zieliński jest też mistrzem szmoncesu – tę tradycję lubi i umie wykorzystać. Ale uwaga: jako rasowy realista potrafi wznieść się piętro wyżej – ku surrealizmowi. W tomie „Kanalia” zdumiewa opowiadanie pt. „Prawie Apokalipsa” – żartobliwy opis despoty, który na własny wzór sklonował całą armię. Ten wymowny i bardzo aktualny dowcip to science fiction przeniesiona aż za blisko życia, to pełna fantazji gra w literaturę, będąca jednak swoistego rodzaju publicystyką.

Zresztą, skoro już padło to słowo... Może alter ego pisarza Adama Zielińskiego to drzemiący w nim publicysta? Autor bardzo lubi przeplatać swoje fabuły dygresjami eseistycznymi. Jakby czasami nie dowierzał samej fabule, jakby w pewnych zasadniczych momentach musiał językiem dyskursu wyrazić sprawy mające w jego prozie definicyjne znaczenie. Łatwo to np. zauważyć w „Powrocie”, gdzie przy okazji opisu losów rodu Bałtyckich mamy całe partie wykładów na temat historii Ukrainy, dziejów Stryja, współczesnej polityki europejskiej, moralności i mentalności elit rządzących etc.

Wybitnym przykładem jest szczególny, bo aż intymnie autobiograficzny utwór pt.„Galicyjski prowincjusz” – szkic o dramatycznej historii zachodniej Ukrainy i zarazem czuły obraz z czasów własnego dzieciństwa. To jest esej i to jest nowela. Tekst publicystyczny i literacki zarazem. I, co ciekawe, zwieńczony scenami rodem z realizmu magicznego. Senną halucynacją, w której zawarta została deklaracja miłości i dobra. Nostalgiczno-somnambuliczną rapsodią o zaginionym świecie Galicji. I nigdy nie odnalezionym świecie szczęścia absolutnego. Oto oktawy i diapazony tego polifonicznego warsztatu.

Warto podczas lektury tekstów Adama Zielińskiego zwrócić uwagę na ich przewrotność, wyrafinowanie charakterystyczne dla każdej bardzo dojrzałej literatury. Niektóre pomysły są oparte na grze sprzeczności, na żonglowaniu paradoksami, na intelektualnej przekorze, którą tyleż autor sam się bawi, co umie wykorzystać ją dla budowania znakomitych morałów. Posłużę się przykładem opowiadania „Ty Tarzan, ja kobieta”. Karol, główny bohater tego utworu, jest młodym zdolnym matematykiem. Charakteryzuje go twórcze, sceptyczne myślenie. Marzy, by udowodnić światu, że trzy plus trzy niekoniecznie musi dawać sześć. Ale, jak wiemy, tacy osobnicy nie mają łatwego życia, często spotykają się z ostracyzmem ze strony swojego otoczenia. Karola bojkotują koleżanki z fakultetu, stosują wobec niego bezlitosny mobbing. Młody matematyk przenosi się więc na wydział filozoficzny. Wszystko byłoby dobrze, gdyby z kobietami układało mu się tak świetnie jak z nauką. Irena jest bezwartościową nimfetką, usiłującą tylko wyłudzić od Karola pieniądze. Katarzyna zaś to klasyczna, wściekła feministka. Wypowiada Karolowi wojnę o dominację. W rezultacie i ten związek kończy się fiaskiem. Młody sceptyk doznaje pierwszego poważnego objawienia życiowej mądrości: w nauce zmienić porządek „trzy plus trzy” to wielki, genialny cel. Lecz w życiu genialne może okazać się tylko zachowanie, a nie burzenie tego porządku. Myśl karmi się buntem, natura – pokorą. Między kobietą a mężczyzną każde zachwianie tradycyjnego bilansu interpersonalnych stosunków kończy się klęską. Na tym właśnie polega przewrotność „matematycznych” zabaw i przekomarzań, jakie Zieliński wkomponował w fabułę tego opowiadania. I w wielu innych tekstach znajdziemy podobne przesłania, oparte na czysto intelektualnej grze sensów, ale grze mocno wrośniętej w realia życiowe.

Wspomniałem tu wcześniej w kilku słowach o humoryźmie, surrealiźmie, realiźmie magicznym i somnambuliźmie, którymi to metodami Zieliński poszerza ofertę swego realistycznego warsztatu. Jeszcze kilka słów na ten temat. To niesłychanie istotne, bo obrazuje złożoność tej prozy. Chciałbym zatrzymać się na tzw. czarnym humorze. Występuje on m.in. w noweli „Nihilista”, gdzie młodzian porażony świadomością umierania popada w życiową apatię i bezsens. Jest w tym tekście i jakaś wyższa refleksja i pewien filozoficzny żart. Dowcip nie ulatuje ani na moment z „Bardzo problematycznej rozmowy z Panem Bogiem” – a przecież chodzi w końcu o sprawy ostateczne. Znajdziemy takich przykładów sporo. Ale ich uwieńczeniem jest scenka z wywiadu-rzeki, jaki Zieliński udzielił Tadeuszowi Kraśce. W tomie drugim tej rozmowy znajdziemy opowieść o tym, jak autor rozchorował się we Włoszech i omal nie został ukatrupiony przez lokalnego konowała. Oto fragment tej dramatyczno-zabawnej relacji: Wiozą mnie do separatki na noszach osadzonych w specjalnym wózku. Obok mnie drepcze moja zmaltretowana żona, która już widzi się wdową. Mijamy tysiące zakrętów, pokonujemy setki rozmaitych poziomów, bo szpital składa się z nieskończonej liczby starych budynków, połączonych jakimś cudem w jedną całość. Nareszcie mijamy plac, przy którym stoi szpitalna kaplica. Właśnie opuszcza ją kondukt pogrzebowy, co mnie jako chorego powinno zmobilizować. Na placu setki kotów wygrzewających się w słońcu. Księdzu prowadzącemu kondukt też gorąco, więc dwoma rękoma uniósł sutannę aż do kolan. Widać jego białe skarpetki podtrzymywane na grubych łydkach czerwonymi podwiązkami. Za trumną krewni zmarłego. Kilku z nich dyskutuje nerwowo, ciągle bijąc ręką w gazetę z winietą Sport. Kilkuletni chłopiec kopie przed sobą kolorową piłkę, a inne dziecko puszcza nad głowami żałobników mały samolocik. Skądś przyczołgał się leniwie jakiś pies, co spowodowało istną rewoltę wśród wygrzewających się kotów. Jak na komendę wszystkie zaczęły prychać...

Gdyby tę scenę przeczytał wcześniej Fellini, mógłby odkupić ją od Zielińskiego do scenariusza filmu „Rzym”. Mamy tu wszystko: żart, absurd, groteskę, sarkazm, efekt estetyczno-sytuacyjnego poplątania i jazgotu. Bajzel literackich znaków, bo też chodziło o homogenizację sensów. I wszystko to dzieje się w majestacie wiszącej nad bohaterem śmierci. Zmierzam do tego, by powiedzieć, że Zieliński – pisarz realistyczny – bardzo lubi ocierać się o swoistą metafizykę, na ogół jednak wysławianą z przymrużeniem oka, a nie z nadętym ponuractwem. Tak dzieje się w utworze „Szczypta metafizyki” lub w opowiadaniu pt. „Dług”. Nie może być inaczej skoro autor wyraża wątpliwość: Naprawdę nie umiem powiedzieć, czy rację mają mędrcy ze swoimi logicznymi wywodami, czy też ci, którzy wszędzie i zawsze dopatrują się metafizyki jako jedynego klucza do zrozumienia rzeczywistości, o ile jakikolwiek klucz w ogóle pasuje do drzwi prowadzących do tajemnicy istnienia. Może zresztą za tymi drzwiami jest po prostu najczystsza pustka i lepiej ich w ogóle nie otwierać?

Ba, otworzą się same, ale wyrafinowanie literackie Zielińskiego polega nie tylko na inteligentnym serwowaniu niedomówień, może jeszcze bardziej na nieprzesądzaniu racji swego świata ani w sferze logos, ani w sferze mythos, na tworzeniu – jakby powiedział Umberto Eco – dzieła otwartego, w którym fabuła należy do autora, lecz wybór morałów do czytelnika. Zieliński ma ogromną potrzebę i świadomość takiej wolności, choć nie znaczy to, iż nie chce być pisarzem dydaktycznym. Wszędzie gdzie trzeba – chłoszcze, szydzi i gani. Chce wierzyć w świat dobry i sprawiedliwy, zawsze bierze stronę biednych i cierpiących, słabych i przegranych, ale w tym nie ma postawy prokuratorskiej czy represyjnej. Aktywistka Jasińska z „Garbatego świata” mogłaby się stać najczarniejszym typem prozy Zielińskiego i sam autor mógłby dać upust uniesionej ku karaniu ręce, a jednak aktywistka Jasińska zyskuje tu ostatecznie wizerunek starej, zeszmaconej, biednej kobiety, nad którą już tylko możemy się ulitować. Gdyby Adam Zieliński był pisarzem religijnym, musiałbym w tym miejscu wygłosić jakiś komentarz na temat miłosierdzia, ale tu chodzi właśnie po prostu o obraz „świata otwartego”, w którym ewoluują wartości, zmieniają się odniesienia, w miejscach zbrodni powstają miejsca męki, a w miejscach hańby – miejsca wstydu. Świat przedstawiany Adama Zielińskiego nie jest definicją, tylko jest ciągłym doznawaniem. Jest doświadczeniem, ale nie jest regułą. Jest bólem, ale nie jest nienawiścią.

Towarzyszyłem autorowi w 1998 roku w spotkaniu ze studentami krakowskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Po przeczytaniu „Hołobutowa” (Hołobutów to wioska oddalona kilka kilometrów od Stryja, gdzie Niemcy w 1941 roku rozstrzelali kilkanaście tysięcy Żydów, w tym mecenasa Jana Karola Zielińskiego, ojca Adama); któraś ze słuchaczek zapytała, dlaczego tyle tu nieszczęścia, grozy, śmierci. Ale dyskusja potoczyła się innymi torami. „Hołobutów” – okazało się – może być także odczytany jako opowiadanie o przyjaźni, poświęceniu, woli dobra i sprawiedliwości. A więc z mroku wyłoniło się światło. Być może ta właściwość obecna w wielu utworach lub fragmentach tej twórczości świadczy najlepiej o jej złożoności refleksyjnej i warsztatowej, o grze sensów, której nie skąpi nam życie, a którą literatura powinna swym fenomenem oddawać.

Napisałem w jakimś wcześniejszym tekście o Adamie Zielińskim, że jego kariera pisarska zaczyna się w tym miejscu, w którym kończy się bajka o Kopciuszku. Kiedy Zieliński poczuł, że ma już na nodze złoty pantofelek (mam, rzecz jasna, na myśli jego sukces życiowy), wtedy naprawdę zaczął działać w obronie dobra, prawdy, godności. Przeciw upokorzeniom, nędzy ludzkiej, podłości. Wypowiedział wojnę wiatrakom – to jego analiza historii. Zakłócił ciszę i wygodę swoich „pałaców”, by powiedzieć światu, że jest ohydny. Pomijam osobisty wymiar takiej postawy, ale cały czas dręczy mnie pytanie, jak wielkie musi być przyciąganie czasu i miejsca, z jakich wyrośliśmy? Ucieczka ze świata, jaki przedstawia Zieliński, jest luksusem. Było go na ten luksus stać. A jednak nie skorzystał z tego. W zasadzie odrzucam naiwne, dobroduszne argumenty typu „jaki poczciwy z niego facet”. Sądzę, że raczej mamy do czynienia z niezwykle pouczającym przypadkiem: Adam Zieliński, jak całe jego pokolenie, przywiązany jest ciężkim łańcuchem do swojej epoki. Zerwanie tych więzów jest niemożliwe. Można – tak jak autor „Powrotu” – uciec daleko. Zawędrować w inną część Europy, odpłynąć do Hongkongu. Ale historia jest grawitacją. I wielką femme fatale naszego życia – przykuwa do skały nawet Prometeuszy, którzy popełniają dobre uczynki. Każdy ma swoje miejsce na tej skale. To pewne. Reszta jest literaturą.

W 2004 roku Zieliński wydał swą piątą powieść i dwunastą już książkę z kolei – „Wiedeńczyków”. Zgłaszała ona jeden ważny sygnał: ten autor radykalizuje rozrachunki z własną epoką; bilansując obserwacje i doświadczenia życia raczej wygraża światu pięścią, w każdym razie nie wpada w konsyliacyjne nastroje.

Zapowiadało się na to, że „temat wiedeński”, podobnie jak „temat galicyjski”, „temat polski”, „temat chiński” musi kiedyś wybuchnąć w tej twórczości osobną książką. Można się było nawet domyślać, jaki będzie huk tej eksplozji. Pierwsze pomruki dały się słyszeć w „Powrocie”. Tamta powieść miała swój „rozdział austriacki”, w którym Zieliński bezpardonowo opisał postfaszystowskie relikty i sentymenty społeczne. Przedstawił też współczesne życie polityczne pełne hipokryzji, który to obraz w zasadzie był kompromitujący dla „demokratycznego standardu”, z jakim zwykło się traktować normy obowiązujące w tej części Europy. Ta „nasza” cudowna, sterylna i alpejskim mlekiem płynąca Austria była pokazana jak śpiący na padlinie, wciąż niebezpieczny tygrys, do którego w europejskim ZOO lepiej przez kraty nie wyciągać dobrodusznej ręki. A potem posypały się opowiadania, między którymi tu i ówdzie odżywały upiory austriackiego nazizmu (np. „Jan, dawniej Josele”, „Wiedeń – ulica Ottakringerstrasse”) lub współczesna ksenofobia i pogarda dla innych ras i kultur („Jubileusz w mrówkowcu”, „Kirchelberg koło Zurychu”). Widać było wyraźnie, że Adam Zieliński, obywatel świata i banita historii, nie znalazł sobie cichego azylu nad Dunajem, a jego ogromny sukces i wysoka pozycja w austriackiej hierarchii społecznej nie opancerzyły go przeciw wadom tamtego modelu państwa i neomieszczańskiego społeczeństwa.

Dwa wymowne incydenty poprzedziły ponadto wydanie „Wiedeńczyków”, o których za chwilę będzie mowa. Otóż dnia 27 października 2001 roku na łamach „Spectrum” – dodatku literackiego do „Die Presse” – Adam Zieliński opublikował artykuł pt. „Karl Moik zamiast Roberta Menasse”, w którym m.in. znalazły się takie oto wywody: Co właściwie uważam za aktualny, największy problem austriacki? Ani na chwilę nie zawahałbym się z odpowiedzią: jest to rozdwojenie naszej świadomości, naszej narodowej identyczności. Powołuję się tu na znane mi fakty historyczne: żyję na tyle długo nad Dunajem, aby przyswoić sobie tysiące obrazów i dokumentów okresu przed i po Anschlussie i dziś jeszcze bardziej niż dawniej wątpię, czy Austriacy w 1938 roku naprawdę chcieli zachować swoją narodową niezawisłość. Jeżeli tak, to dlaczego nawet obecnie – a przecież od tamtych czasów przeszło ponad sześćdziesiąt lat – wciąż jeszcze powołują się, kiedy mówią o swoim udziale w wojnie po stronie Hitlera, na zasadę „spełniania obowiązku” i sławią się „żelaznymi krzyżami” nadanymi im przez – jak to dziś określają – niemieckiego „okupanta”. Jeżeli oni wszyscy powołują się przy tym na żołnierską powinność, to wolno chyba zapytać, czy rzekomo „wymuszona” przysięga do wiernej służby wojskowej i wojnie przeciw prawie całej Europie, zgodnie z rozkazami i wolą Hitlera, rzeczywiście musiała obowiązywać? Jeżeli Austriacy byli wtedy faktycznie patriotami, jak to dziś najczęściej próbują dowodzić, to dlaczego stawiali okupantowi tylko nieznaczny i chyba, niestety, tylko minimalny, bez jakiegokolwiek strategicznego znaczenia, opór? Polacy, Jugosłowianie, Grecy, Francuzi i wielu innych byli, jak to powszechnie wiadomo, bardziej odważni. Jeżeli Austriacy uważają siebie, zgodnie z forsowaną linią rządową, za pierwszą ofiarę „narodowego socjalizmu”, to dlaczego zaraz po zakończeniu wojny, kiedy już bez jakichkolwiek trudności można było udowodnić swoje demokratyczne nastawienie, nie utworzyli jakiegoś wszech-europejskiego frontu solidarności wszystkich ras, religii i narodów?

Austriacka, rzekoma pogarda wobec przestępstw przeciw ludzkości forsowanych przez nazistów, nie będzie tak długo wiarygodna, jak długo udekorowani wówczas przez system hitlerowski żołnierze i oficerowie nie oddadzą demonstracyjnie odznaczeń nadanych im przez Rzeszę za służenie jej pełne poświęcenia. Może w przypadku, gdybyśmy tak właśnie uczynili, teza o tym, że jesteśmy „pierwszą ofiarą” hitleryzmu stałaby się bardziej wiarygodna. Czy spełnianie tzw. „obowiązku” wynikające z przysięgi złożonej okupantowi stało się ważniejsze niż miłość do wolnej, demokratycznej i niepodległej, austriackiej ojczyzny? Czas najwyższy, aby zdobyć się na odwagę i odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jesteśmy tylko obywatelami Austrii umiejętnie tworzącymi mit o „pierwszej ofierze”, (który to mit stanowi dla Austrii i Austriaków niezwykle wygodne, historyczne alibi), czy też jesteśmy narodem cierpiącym na rozdwojenie świadomości narodowej? To „rozdwojenie” charakteryzuje nas zdecydowanie za często. Kiedy przebywamy za granicą, cechuje nas skromność i tylko bardzo rzadko zblazowanie czy też egzaltacja, co powoduje, że nas tam się powszechnie poważa i popiera. W stosunku do otoczenia jesteśmy tolerancyjni, kolor skóry nie uważamy za ważny. Żydów oceniamy jako doskonałych sąsiadów, zazwyczaj świetnie poinformowanych o aktualnych wystawach, które warto odwiedzić i o tym, jaki pianista gra pojutrze w Carnegie Hall. Zapytani o antysemityzm w naszej ojczyźnie z zasady wyrażamy zaskoczenie: - „A co to takiego? Nigdy nie słyszeliśmy...

Po tym artykule zatrzęsło się. Posypały się żarliwe polemiki, Zieliński został też obrzucony niejednym wyzwiskiem.

Drugi „incydent” miał miejsce 12 września 2002 roku w warszawskim Ośrodku Kultury Austriackiej, gdzie zorganizowano wieczór z okazji wydania numeru pisma „Midrasz” poświęconego „żydowskiemu Wiedniowi”. Spośród czworga zaproszonych gości, mówiących arcyciekawe rzeczy o „wielokulturowości” Wiednia, jedynie Zieliński roztoczył obraz Wiednia nienawistnego dla obcych, pogrążonego w upiorach przeszłości, zaplątanego w swe ksenofobiczne urazy. Zabrzmiało to pośród miłej atmosfery – nie ukrywajmy – lekkim zgrzytem.

Innymi słowy: wszystko wiodło do powieści „Wiedeńczycy”. Jej pomysł fabularny jest tyleż prosty, co nośny. Oto Zarząd Miasta zamawia w Instytucie Demoskopii analizę na temat interpersonalnych stosunków mieszkańców stolicy, by w oparciu o takie badania określić plany przyszłościowej polityki socjalnej. Pracownicy Instytutu długo szukają reprezentatywnej grupy, aż w końcu taką „fokusową” społeczność znajdują w dzielnicy Salmannsdorf, przy Mitterwurzergasse, gdzie mieszczą się liczne heurigery, typowe (jak monachijskie piwiarnie czy dublińskie puby) dla lokalnego „folkloru”. Mitterwurzergasse to po prostu matecznik „rasowych wiedeńczyków”, na tyle oddalonych od kosmopolitycznego centrum, by zachować wszystkie fundamenty swej tradycji.

No i dalej poznajemy z raportu Instytutu Demoskopii, barwne życiorysy, losy i sprawy kilku rodzin – Beneschów, Kollerów, Havlicków, Schmiedów, Matuschków... Są wśród nich lekarze, pielęgniarki, naukowcy, kupcy, dziennikarze, adwokaci, inżynierowie, robotnicy... – ale wszyscy mający właśnie swój azyl w hermetycznej lokalnej społeczności, z której się wywodzą i do której wracają po pracy, by być „u siebie”. I tu się zaczynają opowieści straszne!

Zieliński w drapieżny sposób maluje wielki portret zbiorowej hipokryzji, kołtuństwa, konserwatyzmu i rozdwojenia jaźni pomiędzy traumą historii a wybielaniem postfaszystowskiej spuścizny, poczuciem własnej wyższości a ksenofobicznym stosunkiem do obcych, własną niemoralnością a inklinacją do poniżania innych.

Wisi nad sprawami tych ludzi duch neomieszczańskiego filisterstwa, dekadentyzmu i ponurego fatum (coś jest w tym wszystkim z atmosfery „Zmierzchu Bogów” Luchino Viscontiego). Z jednej strony brudne sprawki osobiste, dewiacje erotyczne, krętactwa rodzinne, mniejsze i większe podłości (wszyscy bohaterowie „Wiedeńczyków” to moralne kreatury), z drugiej – poczucie siły, wiara w moc własnej historii, kasty i rasy, duma z faktu bycia wiedeńczykiem i Austriakiem, pełne poczucie wielkości swojej kultury. Wlecze się za tymi ludźmi nazizm, wypełnia ich indywidualny i zbiorowy egocentryzm, uskrzydla poczucie „lepszości”, śpiewają z zapałem i uduchowieniem Wien, Wien, nür du allein, a sami są jak liszaje na fasadach secesji.

Zieliński stwierdza: Na temat wiedeńczyków powiedziano ogromnie dużo dobrego, ale chyba jeszcze więcej złego. Próby przedstawiania ludzi ze stolicy Austrii, jako gatunku osobników melancholijnych, opierały się na ich szczególnym stosunku do śmierci w połączeniu ze skłonnością do picia szlachetnych trunków. Nie ma jednak żadnego naukowego dowodu na to, że obie te skłonności stają się źródłem melancholii. Opis charakteru wiedeńczyka sprowadzający się do stwierdzenia: „Raz w niebie radości, raz na smutku znów dnie” jest niczym więcej niż nadużyciem, i praktycznie nic nie mówiącym schematem myślowym. Ludzka mowa zawiera pojęcia, które niczego nie wyjaśniają, za to z całą pewnością wiele zaciemniają. Niestety, liczne próby przeniknięcia sensu niektórych pojęć, jak wiadomo, zawiodły. Trafnej i wyczerpującej charakterystyki wiedeńczyka i jego natury nie dokonał ani wielki Johann Nestroy, ani Karl Kraus czy Alfred Polgar, ani też Fritz von Herzmanovsky-Orlando ze swoją utopijną „Tarockanią”, ani Joseph Roth i Heimito von Doderer, ani Ödön von Horvath czy Robert Musil, nie dokonał tego również Siegmund Freud, Alfred Kubin, Hugo von Hofmannsthal, Georg Trakl czy Ludwig Wittgenstein.

Pobrzmiewa w tego typu rozterkach od dawna powtarzane pytanie: w jaki sposób tak wielka kultura mogła wydać tak wielkie zbrodnie historii? Zielińskiego intryguje i denerwuje jednak raczej sytuacja z obecnych czasów, z przełomu XIX i XX wieku: w jaki sposób po tylu latach i po tylu zbiorowych doświadczeniach możliwa jest narodowa i rasowa megalomania i wiara w wyższość już nie tyle „białego”, co „naddunajskiego” człowieka?

Są to obserwacje drastyczne i pytania bezwzględne.

Zieliński jest zakochany w pięknym „kulturalnym” Wiedniu i rozczarowany jego mentalnością. Ta powieść to mieszanka szczególnych obserwacji i szczególnych frustracji.

Frustracji? Tak, nie mam wątpliwości co do weryzmu „Wiedeńczyków”, ale jednak zadaję sobie pytanie, na ile Zieliński jest tam „u siebie”? Jest – nie za bardzo. Wędrowiec. Emigrant. Gringo. Przybysz z Galicji – niby austrowęgierskiej, ale już nie austriackiej – który zawsze tu będzie za plecami kimś gorszym, intruzem, Słowianinem lub Żydem. Zastanawiam się, na ile te przykre prawdy o wiedeńczykach są równocześnie przykrymi prawdami o paryżanach, berlińczykach, warszawiakach? Czy we współczesnej Francji nie robiono żydowskich pogromów? Czy we współczesnych Niemczech nie palono żywcem w domach tureckich gastarbeiterów? Czy w hotelach i restauracjach całej Europy drugorzędne prace nie wykonują Hindusi i inni „kolorowi” lub Słowianie?!

Jeden z bohaterów tej książki, Herbert Matuschek, pisze następującą rezolucję: Jako obywatel zaangażowany we wszystkie żywotne problemy mojego kraju, Austrii, występuję zdecydowanie i kategorycznie za uszczelnieniem naszych granic i nie otwieraniem ich w żadnym razie dla motłochu ze Wschodu. Z moich obserwacji wynika, że jest to najważniejsze zadanie dla naszej republiki. Nadszedł czas, aby wreszcie stanowczo przeciwstawić się demoralizującym wpływom przynoszonym do nas ze Wschodu. Przypomnijmy to, co kiedyś w Austrii robili Żydzi, gwoli ścisłości wówczas jeszcze monarchii: czy nie hańbili austriackich dziewcząt, nie zdobywali pieniędzy mafijnymi metodami, nie zwalczali dzięki swojej masonerii naszego świętego Kościoła katolickiego, i to w nikczemny sposób? Obecnie tego rodzaju praktyki podjęli w Austrii Słowianie ze Wschodu. Dlatego też, kierując się dobrem naszego kraju, występuję za surowym dwudziestoletnim zakazem pracy dla wszystkich napływowych nierobów. Tego rodzaju przepis prawny powinien natychmiast ujrzeć światło dzienne, jako wentyl bezpieczeństwa, na wypadek, gdyby zachodni politycy rzeczywiście okazali się nierozsądni i zaakceptowali wejście państw byłego bloku socjalistycznego do Unii Europejskiej ze statutem unijnych członków.

Niech żyją ci spośród austriackich strategów, którzy konsekwentnie przeciwstawiają się złym decyzjom europejskiego parlamentu i walczą z anarchią unijną każdego dnia. Z moim punktem widzenia identyfikują się rzesze Austriaków, czyli wszyscy ci, którzy walkę o interes narodu austriackiego uważają za wartość najważniejszą.

Nie twierdzę że taka prawda pisarka o wiedeńczykach jest krzywdząca. Twierdzę jednak, że Europa – od Lizbony po Wilno – ma swoją gorszą, ponurą, wstydliwą stronę medalu. Że totalitaryzm czy nazizm ewoluują, mogą przerodzić się w przeróżne dewiacje zbiorowe, że szczery, autentyczny demokratyzm i pluralizm są wciąż słabo zakorzenione w postawach społeczeństw uczących się dopiero wychodzenia ze swego prowincjonalizmu, gdzie poczucie wspólnoty grupowej i kulturowej jest mocniejsze od poczucia altruizmu i powszechnej równości.

Zieliński pisał książkę o wiedeńczykach, ponieważ jego ogromna miłość do Wiednia została głęboko zraniona rozczarowaniem wobec ludzi, którzy mieszkają w oficynach tego miasta. Zraniona została dysonansem między Wielką Kulturą i wielką małością tego miasta. Ale tak naprawdę napisał książkę o Europejczykach wciąż niedorosłych do swojej „unijnej” misji. Książkę-przestrogę. Książkę o koszmarnych cieniach historii, o hipokryzji, o praniu brudów we własnych heurigerach i wychodzeniu na główne arterie miast z nie zasłużonym poczuciem wyższości i pańskości.

To przykre, że taką książkę może dziś napisać Polak o wiedeńczykach, Rumun o warszawiakach, Turek o hamburczykach. Może jednak te książki czym prędzej powinny być napisane – by uświadomić nam wszystkim naszą drugą twarz, twarz Doriana Graya odbitą w zwierciadle prawdy. „Wiedeńczycy” Adama Zielińskiego to książka bardzo bolesna i bardzo potrzebna jednoczącej się – może wreszcie? – Europie.

Uważam też, że im bardziej żywą polemikę chcemy podejmować z pisarzem, tym żywsza staje się jego proza, tym dotkliwiej zaczyna ona dotyczyć dnia współczesnego. Ciekaw byłbym zbadania reakcji Polaków na powieść Adama Zielińskiego pt. „Nad Wisłą”. To obraz Polski postsolidarnościowej, Polski „uczącej się” nowego ustroju, nowego języka politycznego, nowej aksjologii zbiorowej. W zasadzie „Nad Wisłą” to ciąg dalszy „Garbatego świata”; to „Garbaty świat” w trzydzieści lat później. Niestety – nadal garbaty! Pełen strasznych ludzi, tanich karier, trywialnych nadużyć i ludzkiego piekła.

Nie wchodzę głębiej w świat tej najnowszej książki. Ten świat wyłania się ze wszystkich dotychczasowych żywiołów tej prozy. Im bardziej jednak – powtarzam – Zieliński wkłada kij w mrowisko społeczne, tym bardziej jest nam potrzebny. Zwłaszcza, że jest wspaniałym publicystą.

W jednym ze swych artykułów napisał: Myślę, że jedną z najważniejszych cech sztuki jest jej wybieganie w przyszłość, konfliktowanie się z teraźniejszością, nakreślanie perspektyw, które tę, często jeszcze złą rzeczywistość, mogłyby przeobrazić w bardziej służącą jej odbiorcy.

W ostatnim okresie Adam Zieliński z narastającą pasją pisał i drukował artykuły o rozmaitych, zawsze ważnych, problemach. Kiedy przeprowadzałem z nim przed laty pierwszy wywiad, mówił o sześciu głównych apokalipsach współczesności. Wymienił jako główne zagrożenia: energię atomową, nadmierny przyrost naturalny, destrukcję ekologiczną, robotyzację i automatyzację pracy, ożywienie nacjonalizmów i separatyzmów, wreszcie rozpad rodziny. To w zasadzie program konserwatywny, ale trzeba znać Zielińskiego, żeby wiedzieć, że konserwatystą nie jest. Jeszcze jeden paradoks!

W polskim okresie przedunijnym bardzo wiele pisał o niebezpieczeństwach globalizacji. Prezentował się jako idealista, który nowoczesny rozwój nauki, techniki i gospodarki chciałby widzieć w symbiozie z tradycyjną moralnością, ładem (choć ateistycznym) ludzkiego serca, kultywacją wartości kulturowych i rodzinnych. Jest chyba „umiarkowanym rewolucjonistą”.

W 2002 roku ukazała się jego mała książeczka publicystyczna pt. „Moje sześć groszy”. Rzecz o literaturze w nowych czasach, o terroryzmie, o dawnych i współczesnych nacjonalizmach i, oczywiście, o wspomnianej globalizacji. W tej ostatniej kwestii – lista wahań, zastrzeżeń, pretensji, ale i takie zdanie: Prowincjonalizm jest plagą narodową, przez którą niejedno imperium się zawaliło. Prowincjonalizm, jeśli będzie nadal przez nas uprawiany, może nas odizolować i zepchnąć na socjalną i kulturalną pozycję europejskiej peryferii.

To cały Zieliński. Reformator o proweniencji sceptyka, tradycjonalista znający Kraków tak samo jak Hongkong, kosmopolita z polskimi stygmatami.

Kiedy go poznałem, był już emerytem, człowiekiem sukcesu, autorem drukowanym w wielu językach. Prezydenci Austrii i Polski zaszczycają go gratulacyjnymi adresami z okazji kolejnych honorów i jubileuszy. A jednak na pytanie „kim był Adam Zieliński?” niełatwo odpowiedzieć. Chłopcem ze Stryja, który idzie przez ocalone życie, czy obywatelem Europy, który zawędrował także do Azji i Ameryki? Biednym Żydem, który wymknął się egzekucjom w Hołobutowie, czy wstrętnym Żydem, o którego kłócili się znajomi pisarza z Krakowa? Społecznikiem czy artystą? Konserwatystą czy lewicowcem? Romantykiem czy pozytywistą? Ideologiem czy wolnomyślicielem?

Nie, nie zamierzam szukać odpowiedzi. Trzeba było znać Adama Zielińskiego, żeby wiedzieć, że on się nie mieści w alternatywach. On mieści się w syntezach.

*

Adam Zieliński, urodzony 22 czerwca 1929 roku w Stryju, zmarł 26 czerwca 2010 roku w Wiedniu.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli