| Spis treści |
|---|
| Dariusz Tomasz Lebioda - MIŁOSZ I WIECZNY OGIEŃ |
| Część druga |
| Część trzecia |
| Część czwarta |
| Wszystkie strony |
Dariusz Tomasz Lebioda
MIŁOSZ I WIECZNY OGIEŃ
1.
Miłosz i ogień. Opis tej zdumiewającej unii i tego wyobraźniowego buntu może zacząć się od przypomnienia niezwykłego wiersza pt. Komin, napisanego w 1937 roku w Wilnie:
Ludzie, bracia Erebu, ciemni miłośnicy,
wlekli długie bierwiona środkiem wiejskiej ulicy
aż zgasła ostatnia zorza.
I siadłem przed palącym się ogniem w kominie
rozpamiętywać to, co we mnie teraz ginie,
jak płomień, młodości przyjaciel.
Ani roztkliwienie nad samotnością,
ani żalu nad zmarnowanymi latami
nie zdołałbym w sobie obudzić.
I byłem tylko człowiekiem, co siedzi przed płomieniem,
i klęka, i poprawia popiół paleniska.
Ani więcej, ani mniej. Na ścianie złotym cieniem,
co klęka i poprawia popiół paleniska.
Można też zacząć od przywołania owego pamiętnego fragmentu Doliny Issy: Z drugiej izby Baltazar przyniósł wielką butlę oplecioną wikliną i postawił ją na podłodze. Potem ją kopnął. Oparty o ścianę patrzył na płyn, który bulgotał i rozszerzał się w wielka plamę, sięgając rozwalonego stołu i opływając naokoło chleb. I znajdował wiele do patrzenia, bo ze wszystkiego naokoło nagle to nabrało mocy, wyraźności. Nabrzmiała na brzegach materia siąkła leniwie, wpuszczając zacieki pod ławy, zostawiając wyspy, które zaraz zatapiała. W niej jakby zawierało już co konieczne i o niej tylko myśląc, Baltazar wyjął z kieszeni zapałki. Wtedy zaznał tej chwili na granicy nie ma i jest, sekunda przedtem nie było, sekunda potem jest, na zawsze, aż do skończenia świata. Palce jego ściskały pudełko, palce drugiej ręki zbliżały drewienko z czarnym końcem. Może zawsze chciał być tylko aktem czystym, samym spięciem tworzenia, tak żeby skutek nigdy go nie obciążał, bo dogoniłby go wtedy, kiedy on już koncentrowałby się na nowym akcie, niedostępny dla przeszłości. Potarł zapałkę o pudełko i buchnął płomyk, wpatrywał się teraz w niego, jakby pierwszy raz to widział, aż ogień go sparzył, palce się rozwarły i zapałka zgasła, spadając. Wyjął nową, potarł z rozpędu i rzucił przed siebie. Zgasła. Zapalił trzecią, pochylił się i wolno przytknął do rozlanej nafty. Na pełzające płomienie przewrócił ławę i wyszedł.1 Opis ów mógłby też zacząć się kilkoma cytatami z Kabały, bo według Miłosza - często ją wspominającego - wszechświat powstał w momencie ognistym i promienistym.2
Niechaj jednak prezentacja ta zacznie się od przywołania pierwszej części jednego z najbardziej znanych wierszy Miłosza:
W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.
Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.3
Historia tak malarsko tutaj przedstawiona ma swój początek 20 stycznia 1600 roku. Wtedy to papież Klemens VIII zatwierdził wyrok śmierci dla Bruna. Nieszczęśnika spalono żywcem na stosie 17 lutego tego samego roku.4 Ów dominikanin, który miał odwagę wystąpić z zakonu i głosić swoje nauki, był jednym z najświatlejszych umysłów epoki. Nie bez powodu Miłosz wybrał go by wypowiedzieć kilka prawd ogólnych o ludzkości, umieraniu i naturze – wszak Bruno wierzył, że wszechświat jest nieskończony, jednorodny, obdarzony życiem. Do tego jeszcze skłaniał się ku panteizmowi i metempsychozie, a religię traktował jako uproszczoną wersję filozofii dla ludu. Był jednym z najbardziej niezależnych ludzi w historii świata i za tę swoją niezależność zapłacił ginąc na stosie.













