Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Dariusz Tomasz Lebioda

ROVIGO CZYLI NICOŚĆ

O poetyckiej eschatologii Zbigniewa Herberta

 

Filip WrocławskiPoezja Zbigniewa Herberta uczy pokory wobec życia i wobec śmierci. Drąży stale tematy eschatologiczne i nie przestaje odsłaniać ich ukrytych wymiarów. Wraz z poetą wpatrujemy się w ciemność, dotykamy twarzą gwiazd i z oddali wracamy ku ziemskim świątyniom przeszłości. Ból splata się tu z czystą myślą o istnieniu, a kartezjańska refleksja z ostatnim westchnieniem odchodzącej epoki.

Poeta stale, wręcz obsesyjnie, wraca do pytania o przeznaczenie i ostateczny sens świata, nie przestają go też interesować losy pośmiertne człowieka. Jedni czytelnicy gubią się w tym gąszczu analogonów, oświetleń, sądów i deklaracji, filozoficznych sentencji i aforyzmów1, inni  wskazują na różne obszary, w jakich brzmi ta poezja i różne rewiry jej penetracji. Poeta w obrębie jednego wiersza, w rozpisanym na lata cyklu, ale też i w perspektywie całej twórczości tak moduluje głos, tak zmienia dykcję, że często te sposoby artykulacji nakładają się na siebie, pozostają w sprzeczności, albo nawet znoszą się wzajemnie. Jak pisze Jan Błoński - Herbert często obniża i podnosi wysokość stylu, przechodząc od patosu do (umiarkowanej) wulgarności, od intymności do kaznodziejstwa.2 Zatem czytelnik tej poezji nie zrozumie jej i nie dostrzeże licznych pułapek, głębi i przepaści, nagłych zwrotów metaforycznych i treściowych, jeśli nie zada sobie trudu poznania wszystkich wierszy, jeśli nie będzie ich czytał w kontekście doświadczeń życiowych poety i jego wyborów – od postaw filozoficznych do absurdu, od poszukiwań głębszych znaczeń kultury po ostateczne odrzucenie antycznej maski i biologiczną analizę duszy oraz psychologiczne badanie ciała.

 

Herbert lawiruje między rafami poglądów, zmienia kierunek penetracji wizualnych, żongluje znaczeniami i treściami, a nade wszystko przez cały czas programuje odbiór, pragnie wymóc na czytelniku refleksję natury epistemologicznej i ontologicznej. Szuka partnera do dyskusji i kogoś, z kogo mógłby zakpić, szuka przyjaciela i przeciwnika i...  nigdy nie znajduje. Dlatego rozmawia sam z sobą, albo z Panem Cogito, który bywa alter ego autora, ale też i kimś na kształt trefnisia, złośliwego fauna, kpiącego z niego i całej ludzkości, bądź płaczącego nad upadkiem człowieka. Eschatologia poetycka Herberta jest wyraźnie ukierunkowana i zarazem rozmywa się w dalekich przestrzeniach galaktycznych, w mirażach wieczności. Rację ma Przemysław Czapliński, gdy pisze, że Herbert nie zajmuje wobec śmierci stanowiska stoickiego, nie usiłuje nas bowiem pogodzić ze śmiercią jako przejawem działania rozumnej natury, której właściwe poznanie zachęcać powinno do dobrego. Stosunek Herberta do śmierci nie jest też chrześcijański, ponieważ ostateczne złączenie z Bogiem to u niego „odczłowieczenie” (...)3. Ale też i wskazanie, że człowieczeństwo jest rodzajem nieustającej hierofanii, ciągłego podsycania istnienia w nieistnieniu, ciągłego czuwania przy dopalającym się ognisku bytu. W takim ujęciu Herbert bliski jest formule Schopenhauera, który rozpatrywał nieistnienie jako coś zupełnie nieprzystawalnego do czasu i przestrzeni w jakich rozgrywa się życie. Pisał - Gdy wyobrazimy sobie jakąś istotę, która by wszystko znała, rozumiała i przewidywała, to pytanie o nasze dalsze istnienie po śmierci nie miałoby prawdopodobnie dla niej żadnego sensu; poza  bowiem naszym obecnym doczesnym istnieniem jednostkowym, dalsze trwanie i ustawanie nie miałyby już żadnego znaczenia, i byłyby nieodróżnialnymi pojęciami. Odpowiednio też do naszej właściwej i prawdziwej istoty, czyli prezentującej się w naszym zjawisku rzeczy w sobie, nie miałyby zastosowania ani pojęcie zagłady, ani też pojęcie dalszego istnienia, te bowiem są zapożyczone z czasu, który jest po prostu formą zjawiska.4 Taki też jest bohater Herberta – istnieje, choć zdaje sobie sprawę ze swojego nieistnienia i nie istnieje, choć czuje się człowiekiem. Cóż mu zatem zostaje – z uwagą, z napięciem, z poczuciem rozgrywania się dziejowych zdarzeń – wpatruje się w nicość.

Człowiek przez całe swoje życie gubi cząstkę tego, co stanowi w nim wyznacznik całości – potwierdzenie konstrukcji i ciągłości. Poddawany mechanizmom dziejowych eutanazji tworzy na własny użytek struktury myślowe, które pozwalają mu uwierzyć w to, że istnienie składa się z zamkniętych i ostro obramowanych granicami segmentów. Ucisza w sobie racjonalną furię5 i chętnie oddziela dzisiaj od wczoraj, to, co było dwadzieścia lat temu, od tego co zdarzyło się kilka dni temu. Tymczasem Herbert jest poetą ciągłości rozpaczliwego trwania, nieustającego promieniowania przeszłych zdarzeń na teraźniejszość i przyszłość. Dla poety nie ma zapomnienia, a wręcz z upływem czasu to, co dawno temu zostało zgubione wraca z jeszcze boleśniejszą intensywnością. Dlatego takie cierpienie rodzi powrót do czasów dzieciństwa, dlatego otwiera ono ranę niebytu: lekkomyślnie opuszczamy ogrody dzieciństwa ogrody rzeczy/ roniąc w ucieczce manuskrypty lampki oliwne godność pióra/ taka jest nasza złudna podróż na krawędzi nicości.6 Dla poety życie jest nieustającym ciągiem następstw powiązanych bólem i cierpieniem. Krew pulsująca w żyłach odmierza u niego czas kolejnych straconych sekund. minut, godzin. I nie ma w tym biegu odpoczynku, nie ma chwil wytchnienia, można jedynie wytworzyć w sobie dystans do niego. Właściwie w poezji tej nie ma podziału na czas przeszły, teraźniejszy i przyszły – desygnaty swobodnie się wymieniają, a rzymski żołnierz może stanąć do egzekucji obok László Nagy’a, ruiny Pompei przechodzą niedostrzegalnie w rumowiska wojen dwudziestego wieku, a tyrani mają inne imiona, inne twarze lecz ten sam morderczy profil. Herbert nie godzi się na starczą eutanazję, nie chce tworzyć na użytek własny struktur myślowych łagodzących przemijanie, ma świadomość tego, co wyartykułował  przedstawiciel jego ukochanej kultury śródziemnomorskiej: Czas teraźniejszy – najkrótszy, do tego stopnia, że niektórym ludziom wydaje się wręcz rzeczą nie istniejącą, ponieważ ciągle trwa w pędzie, ciągle płynie i zapada się w przepaść, zanim nadejdzie, już istnieć przestaje i tak samo nie znosi zastoju, jak świat lub gwiazdy, których wieczna ruchliwość nigdy nie przechodzi w spoczynek i nigdy im nie pozwala zatrzymać się w tym samym miejscu.7 Życie jest dla Herberta wielką mistyfikacją i  wielkim szalbierstwem. W takiej sytuacji możliwe jest tylko istnienie w nieistnieniu, byt kontemplujący śmierć i śmierć jako rodzaj najpełniejszego istnienia, bo przecież tak naprawdę nie giniemy, nie przepadają nasze myśli, nie niknie we wszechświecie wołanie naszych zgubionych słów, ich energia rozmywająca się w entropii, stale mniejsza i mniejsza gdzieś tam trwa. Przejmującym dokumentem takiego trwania jest Ballada o tym że nie giniemy:

Którzy o świcie wypłynęli

ale już nigdy nie powrócą

na fali ślad swój zostawili –

 

w głąb morza spada wtedy muszla

piękna jak skamieniałe usta

 

ci którzy szli piaszczystą drogą

ale nie doszli do okiennic

chociaż już dachy było widać –

 

w dzwonie powietrza mają schron

 

a którzy tylko osierocą

wyziębły pokój parę książek

pusty kałamarz białą kartę –

 

zaprawdę nie umarli cali

 

szept ich przez chaszcze idzie tapet

w suficie płaska głowa mieszka

 

z powietrza wody wapna ziemi

zrobiono raj ich anioł wiatru

 

rozetrze ciało w dłoni

będą

po łąkach nieść się tego świata

 

To jednak nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze poecie pewność, że ocaleje jego intymne ciepło, jego dziecinna naiwność i dobrotliwe spojrzenie na cuda natury. Tylko wtedy ocali się cząstkę siebie w nicości, tylko wtedy pojawi się dla niej kontrapunkt, który pojawić się musi. Gdyby bowiem go nie było świat odsłoniłby swoje – jedynie - absurdalne oblicze, ogromny pysk nicości.8 Dlatego bohater Herberta snuje rozważania o tym, co stanie się z nim i jego duszą po śmierci w tonie rubasznej dysputy z Bogiem:

 

 

1

 

Tyle cudów

w życiu Pana Cogito

kaprysów fortuny

olśnień i upadków

więc chyba wieczność

będzie miał gorzką

 

bez podróży

przyjaciół

książek

 

za to

pod dostatkiem czasu

jak chory na płuca

jak cesarz na wygnaniu

 

pewnie będzie zamiatał

wielki plac czyśćca

lub nudził się przed lustrem

opuszczonej golarni

 

bez pióra

inkaustu

pergaminu

 

bez wspomnień dzieciństwa

historii powszechnej

atlasu ptaków

 

podobnie jak inni

będzie uczęszczał

na kursy tępienia

ziemskich nawyków

 

komisja werbunkowa

pracuje bardzo dokładnie

 

trzebi ostatki zmysłów

kandydatów do raju

Pan Cogito  będzie się bronił

stawi zaciekły opór

 

 

2

 

najłatwiej odda swój węch

używał go z umiarem

nigdy nikogo nie tropił

 

także odda bez żalu

smak jadła

i smak głodu

 

na stole komisji werbunkowej

złoży płatki uszu

 

w doczesnym życiu

był melomanem ciszy

 

będzie tylko

tłumaczył surowym aniołom

że wzrok i dotyk

nie chcą go opuścić

 

że czuje jeszcze w ciele

wszystkie ziemskie ciernie

drzazgi

pieszczoty

płomień

bicze morza

 

że wciąż jeszcze widzi

sosnę na stoku góry

siedem lichtarzy jutrzni

kamień z sinymi żyłami

 

podda się wszystkim torturom

łagodnej perswazji

ale do końca będzie bronił

wspaniałego odczuwania bólu

 

i paru wyblakłych obrazów

na dnie spalonego oka

 

 

3

 

kto wie

może uda się

przekonać aniołów

że jest niezdolny

do służby

niebieskiej

 

i pozwolą mu wrócić

przez zarosłą ścieżkę

nad brzeg białego morza

do groty początku9

 

 

To jest pogranicze cierpienia i ekstazy, życia i śmierci, pogranicze historii i wieczności. Na tych terenach swobodnie może poruszać się tylko duch, albo ktoś kto jest zarazem kimś i nikim, ktoś, kto może wytrzymać te bolesne napięcia, ktoś, kto jest – albo pragnie być – człowiekiem doskonałym. Bo przecież – jak podpowiada Ryszard Przybylski – Jeśli cierpienie jest źródłem napięć, które zakorzeniają człowieka jednocześnie w czasie historycznym i w wieczności, to nic dziwnego, że w wyobraźni poetyckiej Herberta zjawił się w końcu Pan Cogito. Klasyczne cogito konstytuuje się bowiem między cierpieniem a formą, Bohater ten jest w pewnym sensie archetypem osoby ludzkiej, którą Herbert „stworzył z materii cierpienia”.10 Cierpienie nigdy nie opuszcza człowieka, stale rymuje się z nicością i stale wraca w tysięcznych kodach. Poeta – niczym czuły instrument muzyczny – generuje w wierszach odgłosy odległych tragedii, stale wraca ku odeszłym światom. Pragnie „zaznać czystości” na ruinach kultur, ale przeczucie końca burzy chwilowy ład – oddala pragnienie pełni, łączności z ludzkością i kulturą: helleńska rzymska średniowieczna/  indyjska elżbietańska włoska/ francuska nade wszystko chyba/ trochę weimarska i wersalska/ tyle dźwigamy naszych ojczyzn/ na jednym grzbiecie jednej ziemi/ lecz ta jedyna której strzeże/ liczba/ najbardziej pojedyncza/ jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt/ lub szpadlem który hardo dzwoni/ tęsknocie zrobią spory dół.11 Katastrofa ludzka jest ledwie zapowiedzią jakiegoś ogromnego, stale zbliżającego się kataklizmu, wielkiej wszechświatowej destrukcji. Tak oto u Herberta z postawą płaczka rozpaczającego na wojennym pobojowisku, biadającego nad przeszłością dziecinną ale uczciwą... złączyło się przeczucie katastrofy ostatecznej: przekonanie, że zbliżamy się do kresu kultury, do zaniku jednostkowości, do państwa nihilizmu, które – ociosawszy ludzi w jednakowe kukły – doświadczalnie sprawdzi bezsiłę wartości, aby rozpaść się ostatecznie w nicość.12 Ta   n i co ś ć   pojawia się jako bolesna, twórcza obsesja w wierszach, jak i w wypowiedziach krytyków. Bo każdego – poetę i piszącego o poezji pociąga myśl o dotarciu do kresu, myśl o znalezieniu złotego runa nicości.13 To tam przecież jest to miejsce, gdzie najpełniej słyszalna jest harmonia wszechświata/ tak doskonała/ że niedosłyszalna14 i tam zacny wszechświat układa nas do snu;15 dopiero tam kontemplujemy wzniosły (...) spokój – śmiertelnego ciosu.16 Być może dopiero tam pojawia się pełna perspektywa eschatologiczna, dopiero tam widać, że oto nadchodzi czas/ opuszczenia domów/ błądzenia w dżungli/ szalonej żeglugi/ krążenia w ciemnościach/ czołgania w prochu/ czas ściganego/ czas Wielkiej Bestii17, może tam widać, też że zbliża się chwila ostateczna/ podniesienie/ ofiara/ chwila która rozdzieli/ i wstąpimy osobno w roztopione niebo18

Naprzeciw chwili nicości i nieskończoności odważnie staje i zagłębia się w nie Pan Cogito. Jego dramat polega na tym, że rozumiejąc ostateczność śmiertelnych rozstrzygnięć stara się on jednak im przeciwstawić. Ale – jak słusznie pyta Jan Błoński –  Cóż można przeciwstawić zawołaniu nicości? „Przeciągłemu nothing nothing nothing”, kwintesencji barbarzyńskiego nihilizmu? Postać Pana Cogito, dzięki któremu liryka roli sięgnie doprawdy najwyższego mistrzostwa. Powołując do istnienia zmyślonego bohatera wypowiedzi, którego opisuje i któremu często oddaje głos, Herbert może jawniej zmierzyć się ze światem, który go otacza. Zarazem jednak umieszcza się w historii, odsłaniając własną słabość i ograniczenie. Pan Cogito jest zatem – wśród postaci Herberta – najbardziej heroiczny i najboleśniej ułomny. Przestaje kryć się za dostojeństwo tradycji, choćby literackiej: zobaczony z dystansu, staje się jednym z nas, przechodniów końca wieku.19 Ta zwykłość Pana Cogito i zarazem niezwykłość rodzi się na granicy życia i śmierci, bytu i nicości. Niewielu badaczy dostrzegło jak dotąd ów śmiertelny profil istnienia Pana Cogito. Bo przecież jest on martwy, a jego wiedza o świecie i jego mechanizmach wzięła się między innymi z próby śmierci. Pan Cogito przeszedł ją umierając najrealniej i jednocześnie zachowując wyznaczniki osobowości autora. Mało tego, śmierć „wzmocniła” w nim cechy ludzkie i spowodowała, że stał się on – przypomnijmy jeszcze raz mądre zdanie Przybylskiego – archetypem osoby ludzkiej stworzonym z cierpienia.20 To jest bytem o przedziwnej nadświadomości, zawieszonej nad śmiercią, a zarazem będącym samą śmiercią; bytem spektralnym i zarazem hipotetycznym punktem zawieszenia w nie istniejącej przestrzeni. Czytelnikowi poezji Herberta zapewne wiele dałoby poznanie teorii względności. Stwierdziłby może wtedy, że Pan Cogito i często narrator innych cykli wierszy porusza się w przestrzeni, albo istnieje w niej w zgodzie z twierdzeniami Einsteina. Jego wizja czasu i przestrzeni to  wizja złożoności świata, obecności w nim wielu warunkujących go praw i struktur, czasem całkiem nowych, wrażenie pełni – osiągane są przez pogoń za ekstremami, nieustanne korekty, zmiany znaków.21 Tak bohater Herberta wchodzi w nieskończoność, w ukryty wymiar egzystencji, stale szuka i nigdy nie znajduje, stale wędruje, choć kres jest w nim, stale ucieka, choć nie może się poruszać. Przeszedł wrota rozpadu materii i miał stać się bytem doskonałym, nie potrafi jednak i nie może zapomnieć o swojej cielesności o istnieniu pośród  przestrzeni euklidesowej, o tamtej woli życia, od samego początku przecież przeżartej śmiercią. Jakże mogłoby być inaczej, skoro jest faktem, że najdoskonalsze zjawisko woli życia, prezentujące się w tak niezwykle skomplikowanej i kunsztownej maszynerii ludzkiego organizmu, musi się rozpaść w proch, i tak to jego cała istota i dążenie są w końcu najwyraźniej oddane na pastwę zniszczenia – oto naiwna wypowiedź zawsze prawdziwej i szczerej natury, że całe dążenie tej woli jest przeżarte w swej istocie nicością22. Byt jest zawsze w podróży, stale gdzieś zdąża, choć nigdy nie dotrze do celu. Po drodze mija  małe stacyjki i nigdy się na nich nie zatrzymuje, potem stać go tylko na bolesną kontemplację, która sama siebie pyta o to, dlaczego kontempluje, tak jest w jednym z najpiękniejszych wierszy Herberta Rovigo:

STACJA ROVIGO. Niejasne skojarzenia. Dramat Goethego

albo coś z Byrona. Przejeżdżałem przez Rovigo

n razy i właśnie po raz n-ty zrozumiałem

że w mojej geografii wewnętrznej jest to osobliwe

miejsce chociaż na pewno ustępuje miejsca

Florencji. Nigdy nie dotknąłem go żywą stopą

i Rovigo zawsze przybliżało się lub uciekało w tył

 

Żyłem wówczas miłością do Altichiera

z Oratorium San Giorgio w Padwie i do Ferrary

którą kochałem bowiem przypominała moje

zrabowane miasto ojców. Żyłem rozpięty

między przeszłością a chwilą obecną

ukrzyżowany wielokrotnie przez miejsce i czas

 

A jednak szczęśliwy ufający mocno

że ofiara nie pójdzie na marne

 

Rovigo nie odznaczało się niczym szczególnym było

arcydziełem przeciętności proste ulice nieładne domy

tylko przed albo za miastem (zależnie od ruchu pociągu)

wyrastała nagle z równiny góra – przecięta czerwonym kamieniołomem

podobna do świątecznej szynki obłożonej jarmużem

poza tym nic co by bawiło smuciło zastanawiało oko

 

A przecież było to miasto z krwi i kamienia – takie jak inne

miasto w którym ktoś wczoraj umarł ktoś oszalał

ktoś całą noc beznadziejnie kaszlał

 

A ASYŚCIE JAKICH DZWONÓW ZJAWIASZ SIĘ ROVIGO

 

Zredukowane do stacji do przecinka do przekreślonej litery

nic tylko stacja –  arrivi –  partenze

 

i dlaczego myślę o tobie   Rovigo   Rovigo

 

Poeta myśli o tym miasteczku, bo chwilowy pobyt w nim jest analogonem istnienia. Podobnie w świecie ludzi – ledwie na chwilę zadamawiamy się w miejscach, ledwie przez czas drgnięcia boskich powiek stajemy na jakiejś ziemi. Potem czas popycha nas w dal i kontury rozmywają się, kształty tracą swoją logikę, a kolory bledną, bo pamięć jest blada i nigdy nie dorówna wyrazistości żywych barw.

Ludzki byt, podparty kamienną twardością kości, podsycany pulsem krwi, jest jak Rovigo. Jest chwilą istnienia i już... już przeszłością... już niebytem. Tylko poeta, który patrzy na istnienie jak na tajemną ceremonię potrafi dostrzec tego rodzaju analogie, tylko umysł orbitujący ku sprawom ostatecznym może zdobyć się na tego rodzaju refleksję. To jest miasto jakby spoza topografii lirycznej Herberta, miasto, które przez  moment lśni w jego umyśle, połyskuje w wyobraźni. Służy – multum in parvo – przybliżeniu tego, co ukryte, tego co bezkształtne. W takim mieście bohater Herberta nie mógłby umrzeć – przez takie miasto nie przejeżdża nawet Pan Cogito. To jest zwykłe miasto i zwykły człowiek w nim umiera. Jedynie poezja nadaje mu kształt uniwersalny, a wtedy egzystuje Rovigo tuż przy Panu Cogito i z równą jak on siłą nicuje świadomość.  Pobyt w Rovigo wpisany jest w – jak to nazywa Kaliszewski - Ciągłe badanie starych i zakreślanie nowych granic – nieustanny ruch w sferze wartości i ocen. Oto najważniejsze z działań tej liryki, przeczące idei znalezienia jakiegokolwiek   ś r o d k a,   wygodnego miejsca w czasie czy poza czasem, klasycznego wzgórza, skąd obejmuje się wzrokiem, bez specjalnego wysiłku, wszystko we właściwych stałych proporcjach. Mozolna krzątanina, ruch po spirali, ciągłe odkrywanie i opanowywanie tego, co tylko na pozór raz zostało zrozumiane i odkryte, stanowi bardzo trudny humanizm, za który nagrodą nie jest wieczność, a „ciemny kres”, „złote runo nicości”, zaś w najlepszym razie przyjęcie „do grona zimnych czaszek”, lepszych przedstawicieli gatunku23. Rovigo równie dobrze mogłoby nazywać się  n i  c o ś ć   albo   n i e s k o ń c z o n o ś ć   i równie dobrze mogłoby nie istnieć. Wszak jego topografia jest typowa, budynki niczym szczególnym się nie wyróżniają, stacja kolejowa jakich wiele, pociągi na niej przybywają i odjeżdżają, jakieś wzgórze... bylejakość, typowość, szarość. Ale refleksja poety czyni z tego miasta matrycę wszystkich miast, matrycę całej przestrzeni i całego istnienia.  I wtedy nagle – gdy pociąg rusza, gdy czas zaczyna pędzić donikąd - Rovigo ożywa, zaczyna pulsować jakimś pogańskim rytmem. Jego kształty jakby osuwały się w czasie, jego ludzie jakby w przyspieszonym tempie rośli, starzeli się i umierali - Wskutek zamknięcia w ciemnych i nie przewietrzanych pomieszczeniach twarze ich zostały dokładnie przenicowane. Bardzo chcieliby mówić, ale wargi zjadł piasek. Czasem tylko zaciskają w pięści powietrze i próbują podnieść głowę niezdarnie, jak niemowlęta. Nic ich nie cieszą ani chryzantemy, ani świece. Nie mogą pogodzić się z tym stanem, stanem rzeczy.24 Chcą gdzieś uciekać, coś zrobić, chcą walczyć o siebie, ale śmierć wypełnia już każdą szczelinę oddechu, każdą cząstkę przestrzeni, jeszcze nie wierzą, jeszcze zdaje się im, że się ruszają,  jeszcze - zanim nadejdzie/ powalenie bezwładem/ zwyczajna śmierć bez glorii/ uduszenie bezkształtem25 – jeszcze próbują oszukać samych siebie. Ale już wypełniło się wszystko, już wszystko się skończyło; jedni bledli jak opłatek /tracili ziemskie wymiary/ i gwałtownie/ lub wolno/ emigrowali/ w błękity.26

Pan Cogito gdyby patrzył na to pulsujące śmiercią miasto powiedziałby być może: nie ma/ nic poza narodzinami i śmiercią /nic tylko narodziny i śmierć.27 Może szukałby rady i pomocy u wielkich myślicieli i mądrych tego świata, może chciałby wysłuchać Chrystusa, a może szukałby pośród popiołów zacnego rabina. Ale przecież - nie ma go tutaj - /mówią chasydzi/ - jest w świecie szeolu/ - miał piękna śmierć/ mówią chasydzi /bardzo piękną /tak jakby przeszedł/ z jednego kąta/ do drugiego/ kąta/ cały czarny/ w ręku miał/ Torę płonącą/ - szukam cię rabi/ - za którym firmamentem/ ukryłeś mądre ucho/ - boli mnie serce rabi/ - mam kłopoty/ może by mi poradził/ rabi Nachman/ ale jak mam go znaleźć/ wśród tylu popiołów.28 Pan Cogito szukałby wsparcia u mędrców, bo sam zawsze szukał mądrości, a w obliczu         m i a s t a    n i c o ś ć    tylko oni mogliby mu pomóc odnaleźć sens, pomóc odnaleźć treść. Przecież wszystkie wypowiedzi Pana Cogito stylizowane są na przemowę mędrca, podanie kulturowe, ostateczny glos z zaświatów. Jak pisze Seneka – Szeroko rozpościera się życie mędrca: nie zamykają go te same granice co innych. Jest wyzwolony spod praw rodzaju ludzkiego, jemu jednemu są podległe wszystkie stulecia jak gdyby jakiemuś bogu. Przeminął czas jakiś? Więc go ogarnia pamięcią. Nastaje? Więc z niego korzysta. Nadejdzie? Więc go wita z oddali. Przez zespolenie wszystkich czasów w jedną całość życie jego przedłuża się w bezkres29. Mędrzec sięga myślą poza horyzont, zna prawa rządzące światem i wszechświatem, a nade wszystko poprzez mądrość obudził w sobie wrażliwość dziecka. Dla niego nicość jest jednym z wymiarów istnienia, dla niego śmierć nie istnieje. Mówi: Teraz, kiedy widzę śmierć słów, wiem, że nie ma granicy rozkładu. Pozostaną po nas w czarnej ziemi rozrzucone głoski. Akcenty nad nicością i prochem30. Dla niego człowiek kiedy ostygnie i osiągnie stan satori jest pusty i/ zdumiewający31 – mędrzec Herberta patrzy z filozoficznym spokojem tam, gdzie Drży i faluje niepokojem/ ogromna przestrzeń małych planet i wypowiada o niej eschatologiczną sentencję – która jak morze mnie pochłonie/ (...)/ Na północ woła niema igła/ nad ciemnej wody wartki prąd/ pod chmur i nieba przemijanie/ pochowaj w zmarszczce bliską śmierć/ czołem jej drogi nie zagrodzisz/ w pustynię wsiąknie myśl i krew32.

 

 

Przypisy:

 

 


1 Przemysław Czapliński w swoim szkicu o śmierci w poezji Herberta pisze z jednej strony: Śmierć nie jest u Herberta ani jedynym, ani naczelnym tematem. (Por. P. Czapliński, Śmierć, czyli o niedoskonałości [w:] Czytanie Herberta, red. P. Czapliński, P. Śliwiński, E. Wiegandt, Poznań 1995, s. 49.) A później przeczy sam sobie: Utwory o śmierci, liczebnością dorównujące grupie antycznej, pojawiają się niepokojąco często. (...) Pomiędzy pierwszym i ostatnim tomem rośnie u Herberta swoista epopeja umierania: odchodzą najbliżsi, umierają przyjaciele, giną miasta i wspólnoty, znikają cywilizacje i kultury. (Por. P. Czapliński, ibidem, s. 55.) Trudno się temu dziwić, bo rzeczywiście ogarnięcie refleksją wszystkich motywów eschatologicznych Herberta jest bardzo trudne i wymaga od krytyka niesłychanej wręcz giętkości myślowej. Nie znaczy to, że Czapliński jej nie ma, raczej jego niekonsekwencja wypływa z wieloznaczności rozstrzygnięć samego Herberta.

2  J. Błoński, Tradycja, ironia i głębsze znaczenie [w:] Romans z tekstem, Kraków 1981, s. 73.

3  P. Czapliński, op. cit, s. 62.

4 A. Schopenhauer, Metafizyka życia i śmierci, przeł. J. Marzęcki, Warszawa 1995, s. 21-22.

5 Por. Z. Herbert, Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy.

6 Z. Herbert, Elegia na odejście pióra atramentu lampy.

7 L. A. Seneka, O krótkości życia [w:] Dialogi, przeł. L. Joachimowicz, Warszawa 1989, s. 153.

8 Z. Herbert, Potwór Pana Cogito.

9 Z. Herbert, Przeczucia eschatologiczne Pana Cogito.

10 R. Przybylski, Między cierpieniem a formą [w:] To jest klasycyzm, Warszawa 1978, s. 149.

11 Z. Herbert, Odpowiedź.

12 J. Błoński, op. cit., s. 60.

13 Z. Herbert, Przesłanie Pana Cogito.

14 Z. Herbert, Pan Cogito – zapiski z martwego domu.

15 Z. Herbert, Kołysanka.

16 Z. Herbert, Ręce moich przodków.

17 Z. Herbert, Śmierć Lwa.

18 Z. Herbert, Widokówka od Adama Zagajewskiego.

19 J. Błoński, op. cit., s. 82.

20 Por. przyp. 10.

21 A. Kaliszewski, Gry Pana Cogito, Kraków 1982, s. 237.

22 A. Schopenhauer, op. cit., s. 47.

23 A. Kaliszewski, op. cit., s. 237-238.

24 Z. Herbert, Umarli.

25 Z. Herbert, Potwór Pana Cogito.

26 Z. Herbert, Pan Cogito na zadany temat: „Przyjaciele odchodzą”.

27 Z. Herbert, Sekwoja.

28 Z. Herbert, Pan Cogito szuka rady.

29 L. A. Seneka, op. cit., s. 165-166.

30 Z. Herbert, Epizod w bibliotece.

31 Z. Herbert, Pan Cogito a myśl czysta.

32 Z. Herbert, Drży i faluje.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli