Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Stefan Jurkowski

Zapis wielkiego szukania

(O poezji i prozie Zbigniewa Jankowskiego)

 

Bogumiła WrocławskaO Zbigniewie Jankowskim (ur. w 1931 roku, autorze wielu tomów i wyborów wierszy, a także książek eseistycznych) zwykło się przede wszystkim pisać jako o poecie morza. To prawda. Ten żywioł jest wszechobecny w bogatej twórczości autora „Falochronów”. Pewnie dlatego tak często poezja Jankowskiego wydaje się pejzażowa, obracająca się w określonym kręgu pojęć i znaczeń. Mamy więc rozliczne obrazy morza, piaszczystych wydm, rozległych plaży. Prześledźmy zatem ewolucję twórczości tego świetnego poety i pisarza.

Stale powracają tutaj motywy przestrzeni, sztormów jako symboli zakłócenia ładu i harmonii krajobrazu. A także życiodajnej wody.

Byłoby to jednak widzenie bardzo powierzchowne, dające może asumpt do łatwego zaszufladkowania tej poezji, ale jakże fragmentaryczne i nie mówiące nic o jej istocie. Morze autora „Psałterza Bałtyckiego”, to przecież nie tylko pejzaż, nie tylko zbiornik wodny mający znaczenie biologiczne i gospodarcze; to słowo-klucz zawierające w sobie moc innych poetyckich znaczeń. Morze jest tu przestrzenią, i to nie tylko w sensie fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym. Morzem jest człowiek wraz z nieskończonością swego duchowego świata, ze swą żywiołowością, także ze swoimi wewnętrznymi możliwościami. To również są odległości pomiędzy ludźmi, nie odmierzane kilometrami, ale możnością i niemożnością wzajemnych kontaktów i pełnego porozumienia.

Mówi się również o Jankowskim, jako o poecie religijnym. Fascynacja żywiołem, obserwowanie jego głębi oraz przestrzeni dla wzroku ludzkiego nieograniczonej, dookolnej obecności morza, kiedy odbywa się rejs - staje się istotnym tworzywem tej poezji. Stąd morze Jankowskiego staje się metaforą nieskończoności, swoiście pojętego Absolutu:

 

Morze - urealniona metafizyka,

usłyszane przez nas

własne wołanie.

Obecność taka,

że do siebie mówi.

Tak więc jest ono tym, co nas tworzy i prowadzi. Nie tylko zwykłym pięknem, ale znakiem Absolutu, jakimś „zmniejszeniem” Boga, aby mógł być łatwiej dostępny dla ludzkiego umysłu. Wreszcie słowo „morze” funkcjonuje w poezji Jankowskiego jako umowny znak dla tego, co nienazwane, co nigdy nie będzie dla nas jednoznaczne. Podkreślmy raz jeszcze: to nie tylko wielki obszar wody, ale przestrzeń kosmiczna oraz Ten, który od tej przestrzeni jest nieskończenie większy i bardziej tajemniczy.

Świat nadprzyrodzony, i ten, w którym żyjemy - to dwie nieprzystawalne do siebie rzeczywistości. Fenomen człowieka, ale także i jego dramat, polega na tym, że choć jest on istotą zakorzenioną w materii, podzielności, policzalności; że choć jest zdeterminowany przez bagaż kulturowy - to jednocześnie pragnie wykraczać poza materialne granice. Cała trudność w tym jednak, że nie posiadamy odpowiednich instrumentów poznawczych (może poza intuicją). Ów świat nadprzyrodzony stale nam umyka, nie daje się precyzyjnie określić, jawi się wciąż inny i tajemniczy. Ale fascynuje. Istnieje na granicy iluzji i realności. Staje się punktem odniesienia, celem samym w sobie. Jest wszystkim i niczym. Jakąś kanwą, na którą nakładają się bardziej szczegółowe, bo przypisane potocznemu rozumieniu, pojęcia religijne, wierzenia pozostające niekiedy w sprzeczności z tym, co nazywamy ludzkim rozumem, a co zwykliśmy traktować jako ostateczną formę poznania.

Ta potrzeba stałego penetrowania owej tajemniczej rzeczywistości, jest głównym motorem poezji Zbigniewa Jankowskiego. Jankowski, jako filozof, jako człowiek obdarzony intuicją, zbliża się do tego, co tajemnicze, niepodzielne, wieczne, nie dające się ogarnąć rozumem. Ale jako poeta staje przed najtrudniejszym dylematem: w jaki sposób przełożyć to, co umyka potocznym pojęciom, wyobrażeniom, językowi, na obraz w miarę pojemny, unikający dosłowności. Na język sacrum, ale bez nadużywania religijnego sztafażu. Poeta zdaje sobie sprawę z tego, że język religii używa uproszczeń, stanowi zaledwie „ciało” w którym utajona jest najistotniejsza, głęboka treść. Jest więc czymś niewystarczającym, powierzchownym, nawet banalnym.

To, co potocznie nazywa się wiarą, jest dla Jankowskiego mozolną pracą poszukiwacza sacrum. To jednocześnie zwycięstwo i klęska, radość poznania i swoistej iluminacji, a zarazem dramat utraty, niewiedzy, wątpliwości. Ale też wszystko się opiera na konkretnym założeniu:

 

Ty musisz być,

bo jeśli nie -

co przeczy moim nie domkniętym zmysłom?

 

Jeśli jednak jesteś - wydaje się mówić poeta - to umykasz naszym wyobrażeniom. Nieuchwytny, nie dajesz się nazwać ani określić. Nie można cię antropomorfizować. A więc:

 

Jesteś przestrzenią, która gdy przycicha lęk,

miłość rodzi, jakby się wypełniały żagle

nad bezdenną łodzią.

Pojęcie przestrzeni jest dla poety zbyt abstrakcyjne, by nie powiedzieć: ogólnikowe. Morze jest bardziej konkretne, uchwytne i nieuchwytne zarazem. W poezji Jankowskiego staje się ono żywiołem wszechobecnym, i wszechingerującym. Ono jest w nas, my jesteśmy w nim. Podlegamy jego prawom, bezsilni wobec kreującej i unicestwiającej mocy niby fale na jego powierzchni - „te dwie fale, które (...) zdumione sobą uniosły się w pryskającej koronie zaistnienia.” Bywamy również wyspami, „które rozbryzgały, zadeptały swoje morza (...) i jak suche kraby ścierają się na uliczny pył.”

Ale i morze nie jest aż tak pojemne, by mogło zamknąć w sobie i wyrazić to wszystko, co w naszym języku niewyrażalne. Jankowski wie, że jako poeta musi szukać najbardziej precyzyjnego języka. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że obracając się w sferze sacrum nigdy takiego języka nie znajdzie. Czyżby więc był z góry skazany na porażkę? Ależ nie! Owa niewyrażalność sacrum prowokuje do nieustannych poszukiwań i odkryć. To drugi, bardzo istotny motor tej poezji:

 

Jak dobrze,

że jesteś nietykalny,

że bezskutecznie czyha na Ciebie

nasza maszyneria logiki

totalnych racji

i doraźnych potrzeb.

 

Gdyby udało się spenetrować i usystematyzować na ludzki sposób sferę sacrum, przestałaby ona być tym, czym jest. Bóg właśnie dlatego jest Bogiem, że umyka poznaniu; że nasze o Nim wyobrażenia są zwykłą antropomorfizacją, przeniesieniem w świat nadprzyrodzony ludzkiego wyobrażenia „sprawiedliwego władcy”, pojęcia prawa i moralności, naszych dążeń, oczekiwań, lęków a nawet kompleksów. Niby to wszystko jest powszechnie znane, nic w tym szczególnie odkrywczego. Jednak o tych sprawach rzadko mówi się wprost. Literatura, poezja ukrywają to pod grubą warstwą metaforyczną, albo znów zbyt bezpośrednio korzystają z religijnej rekwizytorni, dla doraźnych konfesyjno-ideologicznych celów. Tymczasem poezja Zbigniewa Jankowskiego jest szczera i autentyczna. Stanowi próbę osobistej odpowiedzi na pytania najistotniejsze o cel życia, o śmierć, o cierpienie. Tego rodzaju odpowiedzi domagają się osobnego języka. I Jankowski wciąż szuka takiej formy, takiego wyrazu, który będzie najbliżej Istoty. Jest to - o czym poeta dobrze wie - praca syzyfowa.

Ciebie już nie ma,

tylko słowa gonią

za własnym blaskiem.

 

Czy więc morze wystarcza poecie? Nie. Ale jego piękno i barwa podnoszone w każdym niemal wierszu, jego bezkres, głębia, łagodność i groza, łaskawość i bezwzględność - są niewyczerpane. Stanowią zatem, zdaniem poety, najlepszą, najbardziej syntetyczną metaforę wszechobecnego Absolutu i Pierwszej Przyczyny. To nie morze samo jest tutaj przedmiotem poetyckiego opisu. Jankowski nie jest „poetą-marynistą” oddanym jednej fascynacji, jednemu obrazowi. Jakże często krytycy piszący o Jankowskim ulegają takiemu właśnie złudzeniu. Tymczasem autor „Ostrzeżenia przed lądem” jest - nie wahajmy się tego powiedzieć - poetą metafizycznym, filozoficznym, piszącym o dramacie dochodzenia do wiary. Nie do tej łatwej, tradycyjnej, chciałoby się rzec: odpustowej. Ale autentycznej, mającej swe źródło w osobistym doświadczaniu sacrum. Wiary wynikającej z miłości, ale i osamotnienia. Oczywistej i tajemniczej zarazem. Posiadanej i wciąż traconej. Dającej szczęście ale i cierpienie Ogrójca.

Oczywiście, Jankowski nie jest poetą odkrywającym świat z pozycji mieszkańca bezludnej wyspy. Wychowany w kulturze chrześcijańskiej, ma już we krwi pewne pojęcia, klisze językowe, całą ikonografię przedstawiającą ów - właśnie nie dający się przedstawić - świat. A więc „morze” walczy tutaj o lepsze z konwencjonalnymi przedstawieniami. Chociaż... Właściwie wcale nie walczy. Cechą charakterystyczną poezji Jankowskiego jest poczucie swoistej „niepewności” i umowności języka. Nie jest to może totalna nieufność wobec poetyckiego tworzywa, ale raczej ciągła pamięć o tym, że to, co jest przedmiotem jego poezji, w żadnym słowie zmieścić się nie może. A więc samo słowo nie jest żadną doskonałością. Bo słowo sakralizować się nie da. Więc nawet wtedy, gdy poeta wkracza na obszary „kościelne”, nie czyni tego na klęczkach, manifestuje postawę otwartą, by nie powiedzieć: polemiczną:

 

Oto mój kościół, w którym

nawet posadzka nie jest pewna,

stopnie ołtarza jak skrzydła ptaków

zanurzają się czy wznoszą?

Oto mój kościół, im bardziej chwiejny,

tym bliższy prawdy.

 

A w swoich poszukiwaniach „Jakbym na chwilę przystawał / w podziemiach Boga / cały w niepotrzebnych słowach.” Chociaż:

 

Co dzień

przygotowuję umysł na Twoje przyjście,

jakbym otwierał okna

na przeciąg od morza,

który uniesie cały dom.

 

Zauważmy, iż poeta przygotowuje tutaj umysł. Twórczość Zbigniewa Jankowskiego skłania się w stronę intelektualnej refleksji, co jednocześnie nie oznacza, że poezja ta jest pozbawiona ładunku emocjonalnego. Emocje są tu jednak stonowane, poddane rygorom kompozycji. Jankowski wie, że niekontrolowana erupcja uczucia może zepchnąć w otchłań banału. Więcej, na manowce śmieszności i naiwności. Może więc dlatego stać poetę na taką konstatację, odważną, zwłaszcza w naszej rzeczywistości, gdzie więcej liczą się gesty niźli czyny:

 

Modlą się nie złożone, ale

podane ręce.

 

Głód sacrum najczęściej związany jest z pragnieniem życia wiecznego; z lękiem przed śmiercią jako nicością, która odbiera sens ludzkiemu życiu a jego racjonalność stawia pod znakiem zapytania. Obawy eschatologiczne nie są obce i Zbigniewowi Jankowskiemu. Jednak jakość życia wiecznego w sposób nieco konwencjonalny, uzależnia on od zasług ziemskich. Stąd tak częsty w tej twórczości niepokój o właściwy sens egzystencji:

 

Spójrz - twoje ręce.

Co w nich było?

Nie wiesz?

A właśnie temu

poświęciłeś życie.

 

Tymczasem nie wiadomo, co liczy się naprawdę. Miłość? Doświadczenie? Praca intelektualna? Praca duchowa? Czy to wszystko ma sens, skoro jesteśmy uwikłani w biologię, jesteśmy z góry zaprogramowanym kodem genetycznym, nie możemy wyjść poza swoje ograniczenia? Czy Bóg byłby aż tak okrutny, by winić człowieka za to, co jest i dzieje się poza człowiekiem? To przecież on, konstruktor świata i ludzkości, taki kształt nadał swojemu stworzeniu. Jak i gdzie przebiega w człowieku granica pomiędzy tym, co cielesne, a tym, co duchowe? Myśl, świadomość, poczucie tożsamości związane są z funkcjami mózgu. Gdzie zatem operuje owa świadoma i nieśmiertelna dusza? Jak nieśmiertelna, i czego właściwie świadoma? Na te pytania trudno znaleźć odpowiedzi. Nie ma ich w katechizmie, w nauczaniu najmądrzejszych kapłanów. Nawet w poezji. To znowu będą uproszczenia i półprawdy. Można się jedynie pocieszać, mówiąc:

 

Nie płacz, ty durniu, nie płacz

nie sam umierasz

od miliardów lat.

Czy więc nasze życie jest jałowe? Czy nasza twórczość jest jałowa? Kiedy więc Zbigniew Jankowski pisze:

Zeszyt pusty

jak obłok,

pełen mojej - nareszcie -

niewiedzy...

- to jest najlepszym świadectwem zwycięstwa i człowieka, i poety. Bo przecież:

 

Poeta to ten, który dotknął

i odjęło mu mowę,

i padło na oczy.

 

Nie ślepota bywa zwycięstwem, ale świadomość ślepoty. Dziś mamy coraz więcej ślepców rozprawiających o niuansach tęczy. Rzadko kto przyznaje się do ślepoty i opisuje swój stan. Zbigniew Jankowski to czyni. Dlatego jego poezja jest daleka od wszelkiej ortodoksji i dogmatyzmu. To zapis wielkiego szukania. Szukania prawdy, Absolutu, uniwersalnego sensu istnienia. Ów zapis inspirowany jest głodem pełni. Im częściej poeta staje wobec niepewności, tym gorliwiej stara się walczyć o to, by poznać:

 

Po wielu latach,

po wielu pytaniach

zapytujesz siebie, czemu tak pytasz.

I to jest pierwsza odpowiedź.

 

Nie ma w tych wierszach kategorycznych stwierdzeń. Nic tutaj nie jest pewne. Nawet Bóg, którego - jak mówi poeta - „nie ma poza światem”. Ale też „nie ma świata / poza Tobą.”

Takiej niepewności musi towarzyszyć głęboka wiara. Poezja Zbigniewa Jankowskiego bierze się właśnie z wiary. Nie wtłoczonej w systemy religijne, spętanej dogmatami, ale tej, która wyzwala wyobraźnię i prowadzi człowieka samotną ścieżką ku jego własnej prawdzie. I to jest chyba w tej poezji najistotniejsze: owa stała wewnętrzna aktywność, pragnienie ukonkretnienia idei Boga, kształtowanie poetyckiego języka, który byłby pojemny nawet dla transcendencji.

Można też powiedzieć, że poezja autora „Zanurzenia” jest poezją buntu. Buntu przeciwko sobie, samemu Bogu, stereotypowym pojęciom; przeciw religijności przynoszącej łatwą konsolację, zwalniającej z odpowiedzialności za własne decyzję, niwelującej w gruncie rzeczy głód metafizyczny. Nie ma wiary, bez ustawicznego odchodzenia od niej, bez własnego, bolesnego często, doświadczenia. Nie ma miłości Boga bez bluźnierstwa. Nie ma ludzkiej wspólnoty i solidarności bez poznania naszych ograniczeń i skłonności. Przecież Bóg nie jest ani Polakiem, ani księdzem, ani katolikiem. To wszechogarniająca przestrzeń, której nie da się sprowadzić do kilku formułek. Ów ocean, gdzie odbywa się dramatyczny człowieczy rejs, pełen niebezpieczeństw, przeciwności, tęsknoty i przemożnej chęci zrozumienia i uwierzenia w głęboki, ponadczasowy Sens.

Tymczasem utwory zawarte w „Cierniach wody” pochodzące już z nowego tysiąclecia to zupełnie inne wiersze. Można powiedzieć, iż bardziej „suche” – mniej w nich oceanicznej wody, morskiego sztafażu, tak charakterystycznego dla wcześniejszej twórczości poety.

Poeta stał się mistykiem. Jego twórczość wyswobodziła się z gorsetu określonych „marynistycznych” rekwizytów, stała się bezpośrednią rozmową z Absolutem. Pojęcie przestrzeni przestało się mieścić w symbolice nieograniczonego oceanu. Przestrzeń okazała się większa, zyskała prawdziwie metafizyczny wymiar, a więc nieokreślony, umykający wszelkiej symbolice.

Nie są to wiersze ani konfesyjne, ani afirmujące rzeczywistość oraz zastane prawdy – stanowią wyraz niepokoju uzewnętrzniającego się w bezpośrednim dialogu z Absolutem. W dialogu, często pełnym pretensji, buntu i zarazem jakże dramatycznego poczucia zwykłej ludzkiej bezsilności wobec tego, co ponadzmysłowe, wieczne. Dla Jankowskiego jedyną busolą pozostaje instynktowne przeczucie metafizycznej przestrzeni; wypatrywanie znaków mówiących o tajemniczym świecie, na który jesteśmy skazani, ale którego nie możemy tutaj do końca rozpoznać. Żywa jest w tej poezji kwestia wiary. Ale cóż to jest wiara? Czy zespół prawd podany człowiekowi do skonsumowania, niczym gotowy pakiet na drogę? Czy może sam głód Boga, nękający człowieka błądzącego po bezdrożach swojego – coraz bardziej skracającego się – życia?

Zbigniew Jankowski znalazł się w sytuacji owego człowieka, który już wykorzystał swój pakiet, pożywił się tak, by jakoś przetrwać, a teraz znowu cierpi głód, szuka więc, ale już nie tej samej papki, która okazała się zbyt mdła i mało posilna na dalszą wędrówkę. Poeta doskonale wie, że w miarę dojrzewania (także artystycznego), człowiek skazany jest na poszerzającą się samotność. Samotność w poszukiwaniu swojej najgłębszej prawdy, i środków, za pomocą których tę prawdę będzie mógł oswoić, wyartykułować. Nie ma więc wewnętrznego spokoju, nie ma sztuki, kiedy idzie się drogami bezpiecznymi i stale ogląda się na autorytet innych. Ale tym bardziej nie ma, kiedy wchodzi się w zupełnie nowe obszary, bo nie istnieje żadna gwarancja, że postępujemy właściwą drogą.

Chociaż... jest jakiś sprawdzian. Oto – jak pisze poeta w Jedenastym przykazaniu –

 

A gdy już stanie twój kościół,

niepodważalny,

twardy jak trismus,

obronnie zaciśnięty

na własnej przestrzeni,

gdy posiądzie swoją świętą rację –

uderz kamieniem.

Jeśli kamień

nie powróci chlebem,

przetnij wiązania, niech kolumny

jak zwapniałe tętnice

osypują się do stóp.

(...)

 

Czy dotyczy to jakiejś naszej prawdy, którą uważamy za niezmienną; naszego fundamentalizmu wyłącznie osobistego? Czy również Kościoła instytucjonalnego, który nie dopuszcza dyskusji poza twardymi granicami dogmatów? W poezji Zbigniewa Jankowskiego chodzi o jedno i drugie. Przecież pisze:

 

ślepym mnie uczyniłeś,

więc rękami szukam.

 

Wszyscy ludzie, także i żyjący w największych wspólnotach religijnych, mają tę samą wspólną cechę: ślepotę. Cała rzecz w ustawicznym szukaniu. Rękami, oczywiście. A szukanie rękami jest przecież jakże nieprecyzyjne, ułomne. Niemniej wszyscy jesteśmy na nie skazani, bo tak nas „zaprogramował” Ten, którego właśnie tak rozpaczliwie szukamy. Wszyscy jesteśmy dokładnie w tym samym punkcie wyjścia, wydaje się mówić Jankowski. Nasze poszczególne szukania prowadzą nas coraz bliżej i bliżej. Nikt zatem nie jest posiadaczem lepszej, jedynej, bezwzględnej i najsłuszniejszej prawdy.

Człowiek – w swojej materialnej postaci – jest u Jankowskiego istotą ułomną. Nie posiada odpowiednich instrumentów poznawczych, żyje pomiędzy prawdą a iluzją. Tak po prostu został stworzony, i trzeba się z tym pogodzić. Jankowski z jednej strony godzi się, bo struktura ludzkiego bytu jest przecież nieodwracalna, z drugiej zaś buntuje się przeciw tym dramatycznym uciążliwościom: życiu na krawędzi śmierci, pozornej absurdalności owego mariażu ducha z materią. Ten bunt jest jednak tutaj – jak już mówiłem – sprawą drugorzędną. Na pierwszy plan wysuwa się u Jankowskiego stale sam proces poznania, choćby kalekiego, choćby cząstkowego, odbywający się wbrew własnej ułomności; walka z ograniczeniami, zaspokojenie owego metafizycznego głodu, pomimo ontologicznej niemożności.

Te wiersze są podsumowaniem pewnego etapu twórczości oraz poglądów filozoficznych autora. Poprzez swoje dawne morza i oceany zawsze żeglował w kierunku przestrzeni otwartej, ku zrozumieniu, ku afirmacji, ku katharsis wiary. Drogi religijne, kościelne, gościńce zgorzkniałego samotnego wędrowca szukającego sacrum w życiu, w miłości, w śmierci – to wszystko szlaki, którymi od początku przechodziła poezja Zbigniewa Jankowskiego, i konsekwentnie przechodzi nadal. Bo przecież:

 

Boga się szuka jak morza.

W stogu morza.

Zanurzeni w Bogu szukamy Boga w Bogu? Swoisty paradoks, ale właśnie twórczość Jankowskiego pełna jest podobnych paradoksów, które wyznaczają tempo i dramaturgię tej poezji, niezwykle ekspresyjnej, a jednocześnie krystalicznej w swojej strukturze. Przejmującej tym bardziej, że będącej kwintesencją doświadczeń nie tylko egzystencjalno-filozoficznych, ale i artystycznych. A kluczem do niej może być jakże znamienny wiersz, pod tytułem Po wszystkim II:

 

– Więc to ty byłaś tym Wszystkim?

– No to co? – mówi nicość.

Przychodzi jednak czas coraz dobitniejszych rozliczeń. Dokonuje ich Zbigniew Jankowski w tomie „Odpływ. Sztuka ubywania”. Nie chodzi tu jednak o dorobek artystyczny, jakieś podsumowania poetyckie. To dużo poważniejsze rozliczenia z życiem, w aspekcie metafizycznym. Nie jest ważne to, co da się zmierzyć, ocenić. W przestrzeni metafizycznej nic nie jest wymierne. Oto istniejemy i jednocześnie z każda sekundą ubywamy. Życie jest nam zadane jako pewien trud poznawczy, jako droga ku wieczności. I teraz poezja Jankowskiego staje się jakby bardziej „dosłowna”. Po prostu nie wystarcza jej symbol, sztafaż, nie obraca się ona wokół przyrodzonych zjawisk. Wszystko podlega temu samemu losowi ubywania i odpływu. Człowieczy lęk może się zatem rozpłynąć w oceanie – ale nie ze względu na ogrom, ale na wspólnotę losu:

 

Nie bój się, nie idziesz na dno.

Morze jest z tobą, ono także

zostało złowione, trzepoce

gwiazdami, mrokami, pustkami

w tej kosmicznej sieci,

której każde oko

wiąże Całość.

 

Jak pamiętamy, we wcześniejszych utworach Jankowskiego morze było ucieleśnieniem owej bezgranicznej i żywiołowej Całości – Absolutu. Istniała więc wyraźniejsza granica pomiędzy ową Przestrzenią a człowiekiem. Dziś morze jest nadal nieodłącznym rekwizytem i odniesieniem dla poetyckiej wyobraźni Jankowskiego. Ale teraz, nie tracąc nic z „boskości”, morze wchodzi w pewne granice, „uczłowiecza” się. (Chciałoby się powtórzyć za Karpińskim: „ma granice Nieskończony”). To morze, jakoś ograniczone, odpływające, a jednocześnie jakże wielkie i żywiołowe, ma w sobie jakiś element chrystologiczny. Podziela ludzki los, choć zanurzone jest w swej istocie w innej rzeczywistości. Ale w ten sposób staje się bliższe, dodaje otuchy, ocala nas przed własnymi naszymi lękami.

Morze należy do poetyckiego języka Zbigniewa Jankowskiego. Ale już tylko do języka. Przestało samo w sobie znaczyć tak wiele. Przedmiotem tych wierszy jest przemijanie, jest Bóg, jest wreszcie budowanie swojej wiary i niewiary poprzez dojmująco autentyczne i dramatyczne doświadczenie religijne. Doświadczenie samodzielne, odpowiedzialne, będące w ciągłej polemice z utartymi konwencjami. Jankowski wyraża to, co jest dlań najprawdziwsze: lęk przed śmiercią, nadzieję na spotkanie z przerastającą każdego człowieka rzeczywistością, oraz inny jeszcze lęk wynikający z poczucia nieprzystawalności obu światów: tego, w którym poeta żyje, do tego, który kiedyś stanie się jego udziałem. Dlatego z taką nadzieją potrafi mówić o zwątpieniu:

 

Ale na dnie było zwątpienie:

może Bóg się tak chwyta

ich stygnących ciał,

razem gdzieś płyną i toną...

 

Ta ufność pozwala poecie na pewną dozę optymizmu, na humor, na dystans do opisywanych spraw. Szybki i niepowstrzymany upływ czasu, który nas zabiera po kawałku w każdej chwili, jest z jednej strony tragiczny, z drugiej groteskowy:

 

Dokąd on pobiegł,

że zostawił parasol i płaszcz,

nawet ciała nie zabrał

ten stary wariat...

 

Jankowski wszelkie zjawiska widzi w wielu aspektach. Potrafi w dramacie odnaleźć elementy humoru, w sytuacjach pozornie pogodnych dostrzec czający się dramat. Ludzka kondycja jest mu znana jak mało komu. Zna wszelkie niedoskonałości i ułomności ludzkie, których zresztą sam się nie wypiera. Nie moralizuje więc, nie histeryzuje, nie wpada w panikę. Wie, jaka jest nieuchronność losu ludzkiego. Stawia więc pytania o nadzieję, o słuszność wyborów filozoficznych i moralnych, a wreszcie daje wyraz poczuciu względności wszystkiego, co tutaj na Ziemi uważamy za najważniejsze. A ponieważ wszystko jest względne, ludzkie poznanie zawodne – to gdzie jest sama istota rzeczy? I to jest pytaniem poezji Jankowskiego, w której nie ma – bo być nie może – żadnych rozstrzygnięć. Co najwyżej zwierzenia z olśnień, nadziei i rozpaczy. Trzeba więc opanować sztukę ubywania, którą opisał w krótkim, przejmującym wierszu pod tym samym tytułem:

 

Odejść od siebie

bezcielesnym uśmiechem,

który jak nasłoneczniony obłok

bezwiednie upływa.

 

Poddani prawom ubywania, bez buntu, ale świadomie i z nadzieją powinniśmy pomimo wszystko trwać, nasycać świadomość innymi przestrzeniami, niejako „oswajać” w sobie ową nieuchronność, w którą wchodzimy sami, z własnym bagażem doświadczeń, bez żadnych protez religijno-filozoficznych.

Przecież nasz ludzki instynkt mówi nam o istnieniu harmonii, powoduje tęsknotę za niezmiennym i widzianym bez złudzeń Punktem Odniesienia. Ten instynkt stale towarzyszy poezji Zbigniewa Jankowskiego, która wiecznie poszukuje nie tylko filozoficznych rozwiązań, ale i odpowiedniego języka, za pomocą którego będzie mogła najpełniej wyeksponować konkluzje i refleksje. Bo wiara, doświadczenie religijne jest dla Jankowskiego czymś nieskończonym, niewyrażalnym, ale prowokującym do ustawicznego dialogu. Dialogu z Bogiem ze sobą samym, z drugim człowiekiem.

Jak żywa jest to poezja, niech świadczy tom „Przypływ. Jednanie”. Tom jeszcze inny, tak w zakresie poznawczym jak i językowym. Są tutaj wiersze niemal epigramatyczne, składające się z trzech słów, jak utwór „Absolut”:

 

Bóg

bez wyjścia.

 

Owo tytułowe jednanie, to wiedza o ułomności naszego poznania; wiedza pozbawiona złudzeń. Nie można więc nic innego zrobić, jak tę dotykającą każdego sytuację zaakceptować, a w miejsce wiedzy podstawić czystą, klarowną wiarę. Wtedy równanie życia da oczekiwany wynik:

 

Zawierzony morzu

Będę we wszystkich wodach świata

Nawet w twoich łzach będę.

Jest to wszechobecna obecność. Bo czym jest wieczne trwanie, jak nie obecnością? Osobową, zachowującą tożsamość dotychczasową, czy też jest to zupełnie inna forma egzystencji? Jankowski znowu nie daje łatwych odpowiedzi. Mówi tylko tyle, że stoimy przed wielką niewiadomą. Nie wyjaśniają jej nawet systemy religijne. Poezja Zbigniewa Jankowskiego jest – jeśli tak można powiedzieć – ponadwyznaniowa. Posługuje się innym kodem. Mówi o pogodzeniu się z losem, o konieczności spokojnego oczekiwania na wejście w niepoznaną przestrzeń metafizyczną. To nie jest poezja rezygnacji. Raczej mądrej nadziei. Bardzo osobista, ale zarazem głęboko zuniwersalizowana, wymaga innego języka, bardziej ascetycznego. I znalazł Jankowski ten swój, osobny, rozpoznawalny, oczyszczony ze zbędnych i banalizujących problem religijnych rekwizytów; język, który jest nośny dla tego rodzaju, nazwijmy to, egzystencjalno-eschatologicznej refleksji. Bardziej milczy niż mówi, a w tym właśnie znajduje się cała siła mistyczna tych wierszy.

U Zbigniewa Jankowskiego życie jest rejsem. Jednym wielkim rejsem poprzez niezgłębione przestrzenie, jeszcze bardziej bezkresne niż dające się zmierzyć morza i oceany. Żywioł morza, wody – jest tutaj nieprzerwanie symbolem, ucieleśnieniem tego, co nie posiada granic. Ale teraz dla autora „Ucieczki ze statku” istnieje tylko jedyna godna uwagi przestrzeń: to metafizyczna nieograniczoność Absolutu. Morze realne, z całym arsenałem zagrożeń, z przewagą nad człowiekiem, z siłą, z goryczą, bezwzględnością i okrutną sprawiedliwością – to już tylko metafora, która nie pozwala zagubić się w abstrakcji. To wreszcie punkt odniesienia, potęgujące ekspresję tworzywo poetyckie, literackie.

 

Nie można tutaj zapominać o esejach Zbigniewa Jankowskiego, choć nie one są głównym przedmiotem niniejszego szkicu. Jako eseista, prozaik korzysta on przede wszystkim z doświadczeń lirycznych. Jest przecież znakomitym poetą, i wiersz od lat stanowi najistotniejszą formę jego wypowiedzi. Ale też można od razu spytać, czy proza Jankowskiego jest istotnie prozą? A może to kwestia wersyfikacji, nieznacznego tylko przesunięcia akcentów? I tak, i nie. W każdym razie mamy tu znowu do czynienia z liryczną obserwacją świata, z dążeniem do metafory, kondensacji, do nazywania i zgłębiania samej istoty zjawisk. Charakterystyczne jest to pragnienie ocalenia momentu, błysku światła, nastroju, i zamknięcia tego wszystkiego w słowie. Z drugiej zaś strony przenika do jego prozy cała jednoznaczna rzeczywistość: śmierdzący statek, rybia maź, morska choroba z całą odrażającą fizjologią, strach przed rozszalałym żywiołem, egzotyka krajobrazów, uroki architektury. Ale to wszystko nabiera metaforycznych znaczeń, jest tym czym jest, a jednocześnie czymś więcej...

I właśnie „Posłańcy żywiołu” są zapisem „podwójnego” rejsu: po Atlantyku, po Pacyfiku, ale jednocześnie po niezgłębionych oceanach wiary, zwątpienia, miłości. Są więc czymś w rodzaju continuum szeroko pojętej twórczości Jankowskiego.

Oczywiście mamy tu opisy sztormów, kolorów morza, barw nieba. Przewija się tutaj cała galeria ludzkich typów, marynarzy, rybaków turystów. Wszystko to nakreślone zdecydowaną kreską, ostro, po męsku czasami nawet dosyć brutalnie. To już wymaga innego, niż poetycki, języka. W tej warstwie można doszukiwać się analogii z najlepszymi powieściami podróżniczymi. Jednak nie o to wyłącznie tutaj chodzi. Jankowski nie opisuje, ale całym sobą chłonie rzeczywistość, doświadcza jej, przeżywa. Czytelnik zaś jest przez cały czas świadkiem owego przeżywania. Zaproszony do czynnego, intelektualnego uczestnictwa, znajduje się w centrum tej niezwykle dynamicznej i mieniącej się wieloma kolorami prozy.

Ten drugi rejs jest tu jednak najważniejszy. We wszystkim bowiem, co nas otacza, czego doświadczamy i co obserwujemy, skrywa się sens naszej egzystencji. Każde zjawisko – wydaje się mówić Jankowski – ustawia nas w pewnym kontekście. Jest sprawdzianem naszych reakcji, naszej świadomości. Jest wreszcie doświadczeniem, które staje się integralną częścią naszej osobowości. W jakiś sposób określa to, kim jesteśmy i umożliwia nam samym odpowiedzenie sobie na to właśnie, dosyć zasadnicze, pytanie.

Kim jestem, i w co wierzę – to najważniejsze pytania, jakie stawia Jankowski w „Posłańcach żywiołu”, i nie tylko. A wreszcie: kim jest Bóg, czym jest wiara, skoro tak często pozostaje ona nie tylko w sprzeczności, ale nawet w otwartej walce z intelektem? Te problemy są stałym leitmotivem „Posłańców”. Zbigniew Jankowski dochodzi w swych egzystencjalno-filozoficznych rozważaniach do wniosku, iż wszelkie ortodoksje, zamiast przybliżać – oddalają od Niepoznawalnego. Świat materialny oraz nadprzyrodzony, to dwie zupełnie różne i nieprzystawalne do siebie rzeczywistości, które się jednak w tajemniczy sposób przenikają. Ludzka wyobraźnia, słowo, nawet poetyckie olśnienie są bezsilne wobec wieloznaczności Absolutu. Tylko olśnienie, które nie wymaga wyartykułowania, a więc skierowane do wybranego adresata, może w niewytłumaczalny sposób przybliżyć to, co na żaden język ludzki przełożyć się nie da. Tym adresatem może być każdy, o ile umie słuchać i stawiać pytania. A więc wszelkie dogmaty, systemy religijne, formuły oraz teologiczne interpretacje mogą być nawet szkodliwe – ponieważ spłaszczają obraz Absolutu, odzierają go z tajemnicy, pragną sprowadzić do czysto ludzkiego, często utylitarnego, wymiaru. Tymczasem Bóg nie może być ubezwłasnowolniony przez żadne władze kościelne i systemy religijne. Nie jest bowiem niczyją własnością. W pewnym miejscu Jankowski powiada:

 

Teologie to są cementowe ścieżyny, rowki drążone dla Pana Boga. Tędy masz płynąć, Boska Rzeczko, bo inaczej nie mogę Ciebie pojąć – zdaje się mówić stereotypowy teolog. (...) Tak to, dla ludzkiego dobra, Bóg musi wyrywać się naszym wydumanym ścieżkom – doktrynom, całej tej uczonej ciasnocie. (...) Tak, tylko tak: tajemnica wiary niesiona przez wszystkie wierzenia religijne: Rahma – Kriszna – Hermes – Mojżesz – Orfeusz – Pitagoras – Platon – Chrystus. A nie dogmaciki zasupłane w babcinej pończosze. (...) Prawdziwy ekumenizm to upaść na kolana przed Bogiem-Kamieniem. Wtedy otworzą się drzwi kamienia. I może wypadnie nam z rąk bratobójczy nóż. Ukochać Wszystko.

 

Być może brzmi to obrazoburczo, ale nie to przecież było intencją autora. „Posłańcy żywiołu”, jak zresztą cała twórczość Zbigniewa Jankowskiego, stanowią zapis osobistego, niezwykle autentycznego i dramatycznego doświadczenia religijnego. Wiara jest tutaj cierpieniem, wynikającym z niepewności, z poczucia nietrwałości i utraty, z niemożności zrozumienia. Wreszcie z osamotnienia, z wątpliwości, z osobistego Ogrójca, w którym prawda bywa co chwila przekreślana przez dojmujące poczucie iluzoryczności, kosmicznego wprost osamotnienia. Do tego dochodzi problem śmierci. A jeśli śmierć, to w czym odnaleźć najgłębszy sens życia – wydaje się pytać autor.

Jankowski nie buntuje się, nie stara się nikogo epatować. Dochodzi, albo – bądźmy wierni jego poetyce – dopływa do swojego lądu po morderczej walce z żywiołem, w której hartuje swoje siły; do lądu, który jest jakimś punktem odniesienia, jakąś równowagą, jakimś też widzialnym potwierdzeniem celowości i sensu istnienia, zasadności moralnych norm. Dodajmy, że tej walce zawsze towarzyszy nadzieja, która jest motorem owych poszukiwań, zmagań z Żywiołem.

Kim jest Bóg, kim jest człowiek, jaka jest prawdziwa droga, jeśli jest? Te pytania stanowią główną inspirację i motor twórczości Jankowskiego. A raczej gorzka wiedza, że człowiek nigdy nie otrzyma na nie ostatecznej odpowiedzi.

Choć na „Posłańców żywiołu” złożyły się fragmenty prozy pisanej w różnych latach, to trzeba powiedzieć, że dzisiaj stanowią one szczególną propozycję intelektualną. Jankowski, wprawdzie odwołujący się do takich myślicieli, jak np. Alberta Schweitzer, Simone Weil, Saint Exupery, Teilhard de Chardin, którym bywa wręcz zafascynowany, proponuje własne, jakże współcześnie sformułowane pojęcie religijności metafizycznej. Oczyszczonej z infantylizującej antropomorfizacji. Religijności nie sprowadzającej się wyłącznie do murów świątyń, ani nie będącej własnością jednego uprzywilejowanego Kościoła. W pełni powszechnej i ekumenicznej, polegającej na ustawicznym dialogu, na osobistym doświadczaniu i pragnieniu Boga.

Stąd niekonwencjonalna forma podobnych, na gorąco czynionych zapisków, zbeletryzowanych esejów, listów, a nawet wierszy, którymi ta proza jest inkrustowana. Ostatnia część „Posłańców” składa się wyłącznie z dziesięciu poetyckich utworów, które stanowią doskonałe i przejmujące podsumowanie oryginalnej całości. I oto najlepszą chyba pointę stanowi króciutki wiersz „Czysta intencja”: „Zeszyt pusty / jak obłok, / pełen mojej – nareszcie – / niewiedzy...” Gra intelektualna zaczyna się od początku. Syndrom Syzyfa w trudnym – jakby powiedział Zbigniew Jankowski – rejsie ku przystani Boga. Cała twórczość tego pisarza jest właśnie przejmującym zapisem owego rejsu.

 

Stefan Jurkowski

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli