Andrzej K. Waśkiewicz
„Smutny jak rewolucja, która zwyciężyła”
„Tylko wiersze” Władysława Zawistowskiego
Poezji Władysława Zawistowskiego towarzyszyłem niemal od samych jej początków. Ten tekst jest trzecim z kolei, nie licząc drobniejszych, okazjonalnych wypowiedzi. Najwcześniejszy jej etap, zamknięty zbiorem Płonące biblioteki (1978) opisałem w książce Ósma dekada. O świadomości poetyckiej „nowych roczników” (1982, s.249-256), kolejny poświadczony zbiorem Ciemna niedziela. Wiersze i poematy wybrane (1993) w recenzji opublikowanej w „Toposie” (1994, nr 5-6, i przedrukowanej w skróconej postaci w zredagowanej przez Martę Fox książce Ogrodnicy północy. Poetów portret potrójny (1998, s. 303-205). Ten tekst zajmuje się wierszami zawartymi w zbiorze Sztandar z ortalionu. (tylko wiersze) wydanym w 2004 roku w wydawnictwie Tower Press.
Osobliwe – tonację swych póżnych wierszy, sposób w jaki w nich postrzega siebie i świat dookolny Władysław Zawistowski zaprogramował stosunkowo wcześnie – u progu dojrzałości. W jednym z najmądrzejszych, jakie wtedy napisano, wierszy:
Smutny jak rewolucja, która zwyciężyła
dzień; słoneczny dzień i mokre nad brukiem sztandary.
Wracamy do domu jak z długich wakacji
zmęczeni, ale młodsi o godzinę, ktorą nam podarował los.
Nie myślimy jeszcze o przyszłości:
cieszy nas światło, żółte liście, pies.
Jeszcze słuchamy sprzecznych wieści,
jeszcze czytamy radość z oczu ludzi.
ale powoli zapadamy się w swoją samotną wiedzę.
To ona nas boli – jak smutek tego zwykłego dnia.
Powoli rusza czerwony tramwaj,
przyglądamy się mu ze zdziwieniem.
Nie rozumiemy pośpiechu ludzi,
z roztargnieniem przerzucamy gazetę.
Wszystko jest takie, jakie powinno być.
Rok szkolny się skończył, rok szkolny się zaczął.
Wszystko jest takie, jakie powinno być.
Niecierpliwość mija, nim przychodzi zrozumienie.
Jakie powinno być wszystko? Za chwilę jesień;
jutro obudzimy się o godzinę później.
Wiersz ma datę „Gdańsk, wrzesień 1980”, tytuł identyczny z incipitem, dedykowany zaś jest „Jarkowi Dąbrowskiemu”, publicyście „Studenta”, reprezentatywnego pisma Nowej Fali.
Po latach w tym tekście akcenty układają się inaczej nieco, niż „w epoce”. W książce Ósma dekada. O świadomości poetyckiej „nowych roczników” (1982) wskazywałem na odwołania do konceptu Juliana Kornhausera „powrotu z wakacji” a także do wiersza Kawafisa o przyjściu barbarzyńców. Wszelako wiersz Kornhausera mówił o sytuacji, w ktorej podmiot swoje dotychczasowe działania rozpoznaje jako bytowanie poza zwykłą strefą zdarzeń, w wyłączonych enklawach, powrót zaś jest włączeniem się w realne życie (społeczne przede wszystkim). Tu, mniemać można, jest odwrotnie. Miejscem, skąd wracają „zmęczeni, ale młodsi o godzinę, ktorą [....] podarował los” był obszar, gdzie dokonywała się rewolucja. Inaczej niż w konstrukcji Kornhausera tam właśnie, w obszarze skąd teraz wracają do zwykłego życia, dokonywało się rzeczywiste przekształcenia struktur społecznych, stąd z niejakim zdziwieniem obserwuje zwykłość. Niby się zmieniło, ale przecież trwa. Niby jest „radość w oczach ludzi” , ale przecież także „smutek zwykłego dnia”.Świat toczy się w tych samych koleinach. Stąd pytanie: „Jakie powinno być wszystko?”
Zdaje się, że nieprzypadkowo w tym wierszu nowoprywatne „ja” zmienia się w nowofalowe „my”. W owej bowiem „godzinie, którą [...] podarował los” obwarowane jaźnie autonomicznych i niepowtarzalnych jednostek nagle się otworzyły, indywidua uświadomiły się sobie jako wspólnota i to powiązana funkcjonalnymi związkami z tymi, z którymi wspólnie – i to czynnie – przeżywały „sytuację rewolucyjną”.
Skądinąd – wskazywałem na to w przywołanej wyżej książce – odpowiedź na pytanie „jakie powinno być wszystko?” została dana w licznych tekstach programowych i rówieśników, i samego Zawistowskiego. Najogólniej – w sformułowaniu prymatu praw jednostki nad zobowiązaniami społecznymi, związków interpersonalnych nad związkami zinstytucjonalizowanymi. Nowa Prywatność – tak właśnie określała się ta formacja. W momencie, który opisuje cytowany wyżej wiersz, owe intuicje zyskiwały oparcie w ruchu społecznym. „Podmiotowość” to było naczelne hasło pierwszej „Solidarności”. Dawało się przełożyć, i były takie próby, zarówno na postulat „społeczeństwa obywatelskiego” jak i „społeczeństwa przyzwalającego”. No i solidarnego przede wszystkim, Że egalitarnego także, to rozumie się samo przez się. Jednym z najpopularniejszych haseł okresu heroicznego było: „wszyscy mamy jednakowe żołądki”
Ósma dekada pisana była na przełomie 1980 i 1981 roku. Z tamtej perspektywy poniższe spostrzeżenie wydawało się oczywiste:
Zbieżności – pisałem – jakie „posierpniowy” język publiczny wykazuje z językiem, w którym swe postulaty formułowali poeci „nowych roczników”, nie są przypadkowe. Nie tylko dlatego, że mówią reprezentanci tej samej rówieśniczej zbiorowości. Że te same obsesje, fobie, ale także – nadzieje w jej obrębie z reguły wyrażają się podobnym językiem. Jak się zdaje mamy tu do czynienia z procesem szerszym, z kryzysem norm fundujących się na prymacie interesu zbiorowego; takie widzenia rzeczywistości, które skupia się na (rzeczywistych lub hipostazowanych) procesach gubi zaś z pola widzenia i n d y w i d u a l n e g o uczestnika. Pojęcie interesu zbiorowego niesłychanie łatwo poddaje się manipulacjom, staje się narzędziem społecznego sterowania. Młoda poezja proponowała zmianę optyki: interes indywidualny nie był podporządkowany interesowi zbiorowemu, przeciwnie – to co zbiorowe miało stanowić s u m ę interesów indywidualnych; sumę – nie wypadkową, ta bowiem musi oznaczać podporządkowanie jednej części zbiorowości innej jej części. Kryła się w tym – nigdy zresztą do końca nie sformułowana – pewna utopia społeczna: transfer reguł konstytuujących małe grupy społeczne w makroskalę. Jak to się ma dokonać, czy jest w ogóle możliwe – tym się w ogóle nie zajmowano.
Dalej jest mowa o tym, że poezja ta:
Chciała zobaczyć sens indywidualnej egzystencji jako wartość immanentną, nie zajmując się – lub uwzględniając je pod naciskiem, pod presją rzeczywistości – jej determinantami.
A skoro tak to najuczciwiej było, gdy rewolucja właśnie zwyciężyła, i zdawała się realizować to, co programowali, pytanie „jakie powinno być wszystko” opatrzyć znakiem zapytania.
Zawistowski nie był naiwny. Narrator jego wiersza, który przed chwilą doświadczył poczucia wspólnoty, teraz doświadcza poczucia obcości. Pytanie: czy owa wspólnota, większa niż krąg najbliższych, nie jest tworem momentalnym – implicite zawarte jest w konstrukcji rzeczywistości przedstawionej. To zapewne owa „samotna wiedza”, która „boli – jak smutek tego zwykłego dnia”. Pierwszego dnia p o „rewolucji, która zwyciężyła”. Pytanie o to, co będzie dalej. Jest to tematem napisanej w kilka lat później sztuki Stąd do Ameryki, nienajlepiej zresztą przyjętej (zob. rec. Małgorzaty Czermińskiej, „Autograf” 1988, nr 1).
Ton tych polemik, a także nastawienie polemistów dobrze pokazuje recenzja Jacka Studzińskiego opublikowana w „Litterariach” (1988, grudzień). „A gdzie pozytywy”, pyta autor i dodaje „Przecież musimy coś uratować, wynieść z tego czasu”. Nie jest to, wbrew pozorom, pytanie o prawomocność autorskiej wizji, ale o jej oddziaływanie. Bo, zauważa autor, „na jednym z październikowych spektakli na widowni siedziała młodzież szkolna, która nie jest w stanie skonfrontować treści dramatu z własną pamięcią. Oto zakorzeniają się w młodych ludziach pierwsze fałszywe oceny”. Prawdziwe, mniemać można, pozbawione byłyby „niebezpiecznych i fałszywych uogólnień”, to znaczy takich opisów, które – będąc prawdziwe na poziomie jednostkowych faktów – tracą ową prawdziwość, gdy umieści się je w szerszej, historycznie słusznej, perspektywie. Pytanie na ile historia grupy rówieśniczej, mająca w tle wydarzenia sierpnia 1980 roku, jest reprezentatywna (= prawdziwa), na ile zaś końcowa scena „w której stoczniowcy na wózku akumulatorowym odbijają i piją z butelki pół litra wódki” jest „obraźliwa”, więc deprecjonująca i bohaterów i same wydarzenia? Pisząc przed laty o tym tekście w zbiorze Fenomen gdański. Pięć szkiców o intytucjach młodej literatury lat siedemdziesiątych (2002) wskazywałem, że w sposób wręcz poglądowy ukazuje on niebezpieczeństwa ideologicznego oglądu literatury, socrealizmu a rebours.
Rzecz w tym bowiem, że Zawistowski miał wszelkie dane, by przyjąć kreację heroiczną. I biografia go do tego upoważniała, i wcześniejsza twórczość. Wszystko poza świadomością „smutku tego zwykłego dnia”. Gdy zaczyna dziać się zwyczajność, która z reguły jest mało heroiczna.
W jednym z wczesnych wierszy (Ptak w sieci dalekopisu) pisał:
ktoś nas oszukał lecz kto nie wiadomo
cała się ziemia pod stopami pali
czyje się życie składa z didaskalii
i kto dopisał nam partię dialogów
Jeśli poważnie potraktujemy inicjalne manifesty to właśnie chodziło o to, by nie dać się mówić, by indywidualna prawda doświadczenia, przeświadczenia, jakie żywił podmiot nie podlegały ponadindywidualnym sankcjom. Nie uzgadniał ich więc z nadrzędnymi racjami, tym, co właśnie się nosi, co jest racją chwili i każe tak właśnie mniemać o tym, co się mniema.
Tyle tylko, że – po latach – owa prawda doświadczenia pozbawiona jest młodzieńczego wymiaru nadziei. Zastępuje ją wiedza o tym, co zdarzyło się naprawdę. Jak w wierszu W dwadzieścia lat później podejmującym jeden z motywów Stąd do Ameryki – dalszych losów wspólnoty rówieśniczej:
Strasznie szybko to wszystko się skończyło
znacznie wcześniej niż nasza młodość. Zostały
zetlałe papiery, jakieś czarno-białe zdjęcia,
i opornik w klapie niemodnej marynarki.
Tym razem punktem wyjścia jest stan wojenny. Jeśli bowiem sierpień 1980 roku był momentem gdy część przynajmniej zbiorowości rówieśniczej uświadomiła się sobie jako wspólnota, to stan wojenny dramatycznie wzmocnił naturalne procesy dysocjacyjne.
Ostatni raz widziałem d’Artagnana
którejś zimy, jak się przemykał
od kolejki po papierosy do
kolejki elektrycznej, płacząc
nie z gniewu, złości, albo wzruszenia,
tylko od policyjnego gazu.
A potem zapewne wyjechał,
do Stanów albo do Rajchu.
i
Bowiem tak naprawdę naprawdę,
kiedy wreszcie minęło
te piekielne dwadzieścia lat,
wszystko potoczyło się zupełnie inaczej:
Atos został ministrem skarbu,
Portos oszustem podatkowym,
zaś Aramis stoczył się albo
uległ powołaniu i
został redemptorystą.
Zbiorowość rówieśnicza była, przyjmując terminologię Kazimierza Wyki, pokoleniem słabym. Kształtowało ją nie jedno silne doświadczenie, ale zespół rozproszonych doświadczeń rozciągniętych w czasie. Podobnie jak generację Orientacji. W prasie debiutowali w we wczesnych latach siedemdziesiątych, pierwsze książki wydawali w drugiej połowie dekady. Wspólnota pokoleniowa (a ta zawsze jest związkiem tyleż komplementarnym co antynomicznym) kształtowała się w pierwszej połowie dekady. Wtedy to powstawały grupy poetyckie, pisane były pierwsze manifesty. To wszystko, o czym dotąd była mowa, przeżywali na progu dojrzałości. W r. 1980 przekraczali granicę 25 lat, byli względnie ustabilizowani. Wszakże doświadczenia sekwencji zdarzeń – 1976, 1980, 1981 i potem 1989 sprawiały, iż wspólnota, ale i przedziały kształtowały się wedle innych wyznaczników niż wspólnota i opozycja poetyk. Moglibyśmy powiedzieć tak – w okolicach lat 1980-1981, wyznaczanych z jednej strony wydarzeniami sierpnia, z drugiej zaś stanem wojennym, powtórnie, choć momentalnie, uświadomili się sobie jako wspólnota właśnie, natychmiast jednak popadając w stan rozproszenia. O tym właśnie traktuje zarówno sztuka Stąd do Ameryki jak i przywołany wyżej wiersz. A skoro tak, to na tej płaszczyźnie nie dawała się zbudować „świadomość kombatancka”, co najwyżej – pamięć wspólnych doświadczeń, różnie jednak waloryzowanych. Ale, i o tym trzeba pamiętać, po 1989 r. znaleźli się w rzeczywistości, która na nice obróciła dawne normy i aksjologie. Jest to bowiem świat rządzący się odmiennymi regułami niż ten, w którym dorastali. Inne reguły, inne normy i inne aksjologie.
Szczegół może drobny. Wśród trójki muszkieterów (plus d’Artagnan) jeden znalazł się w nowym, właśnie kształtującym się, establishmencie, drugi – wśród jego kontestatorów. Kontestacja systemu odbywa się wszakże na innym, niż dotąd, polu. Nie politycznym lub ideologicznym, nowy bowiem system ich opozycję ma wpisaną w swą strukturę, jako normę życia politycznego, ale ekonomicznym. „Oszust podatkowy” jest w tym systemie strukturalnym odpowiednikiem dawnego opozycjonisty.
Tak jak tamten system był szczelny ideologicznie i politycznie, wyrzucał poza nawias tych, którzy nie przyjmowali jego reguł, tak ten jest szczelny ekonomicznie, po równi produkuje posiadających i wykluczonych, tych, którzy z niego żyją i tych, którzy na nim pasożytują. A także tych, których odrzuca.
Tyle że nijakiego w tym heroizmu.
Ale w tym wierszu jest jeszcze d’Artagnan. To ten, kto – gdy złagodzono rygory stanu wojennego – „wyjechał / do Stanów albo do Rajchu”. Decyzja, wedle norm z epoki właśnie minionej (i przyjętego systemu wartości) albo zdradziecka albo heroiczna, zawsze jednak mająca w tle dramat. Tu wszakże jest czymś zwyczajnym, jednym z wielu możliwych zachowań mieszczących w normie. Nic szczególnego z niej nie wynika.
Autorski komentarz do sztuki i do wierszy można odnieść:
Czy to się komuś podoba czy nie – uważam, że dość wiernie oddałem [...] sposób myślenia i przeżywania mojej formacji – młodej jeszcze inteligencji urodzonej w latach pięćdziesiątych, która pod koniec lat osiemdziesiątych była dość skutecznie zniechęcona i do świata, i do polityki. Ta sztuka w jakiś sposób antycypowała krach mitu jednomyślności i pewnie dlatego budziła tak skrajne reakcje. Tymczasem wystarczy przyjrzeć się naszej obecnej scenie politycznej, żeby zobaczyć gdzie są dziś bohaterowie Stąd do Ameryki – moimi rówieśnikami są zarówno prezydent Kwaśniewski, jak i czołowi działacze prawicy. Są wśród nich wybitni biznesmeni i niemniej wybitni aferzyści. A żeby było jeszcze śmieszniej, wszyscy oni (z prezydentem włącznie) wywodzą się z Gdańska końca lat siedemdziesiątych, z Gdańska-kolebki Solidarności. Z tego samego Gdańska, z którego, w tych samych latach, wyemigrowało do 25-30 % młodej inteligencji (rozmowa Marty Fox, w zbiorze Ogrodnicy północy. Poetów portret potrójny. Red. M. Fox, 1998).
W tym samym tekście pisze;
Dramat rozpadu więzi, rozchodzenia się, a nawet niewiarygodności doświadczenia, pozbawionego świadectwa innych. Przeżycie takiego wstrząsu – w części zawinionego przez emigrację, w części będącego owocem zdrady przyjaciół (nie da się tego inaczej nazwać) było dla mnie bardzo ważnym, ale też bardzo niszczącym doświadczeniem.
Otóż z perspektywy „świadomości kombatanckiej” jest to dramat, w momencie gdy powstawał wywiad skłonny był tak sądzić. „Słyszałem nieraz: to nieuniknione, inni też to przeżywali – mówił. – Ale mimo wszystko nie chce mi się wierzyć, że to takie oczywiste...” Teraz wszakże, zdaje się, skłonny jest traktować to jako naturalny, to nie znaczy, że chciany, porządek rzeczy.
I choć wszystko jest inaczej,
to i tak nie żałuję,
że jest właśnie tak.
(W dwadzieścia lat później)
Wysokie etosy i zwykła zwyczajność. Albo – na planie wierszy – opozycja kultury, jako rezerwuaru wartości i realności, która się po prostu dzieje. Młody Zawistowski jako punkt odniesienia swych doświadczeń przywoływał rzeczywistość kulturową. Pełniła ona dwojakie funkcje. Z jednej strony dowartościowywała obrazy i relacje, wpisywała je w ciąg doświadczeń kulturowych „tych ksiąg starych, z których pochodzimy”, albo też codzienność epoki, a raczej jej wybrane elementy, pozwalała traktować jako stający się mit. Z drugiej zaś strony ta sama kulturowość sprawiała, iż prywatne zwierzenia przestawały odnosić się tylko do osoby autora. On i równocześnie nie on. Poeta, nie zaś osoba prywatna. Tak opisywałem polifoniczność Ptaka w sieci dalekopisu: jako efekt opancerzania się osobowości. Kostiumy i maski sprawiały, iż występował nie jako osoba, ale rola, a raczej – wiązka ról. Luźna sekwencyjna budowa, gra konwencjami... „Byliśmy ostatnią formacją, która wychowała się w paradygmacie awangardowym” – mówił Zawistowski w przywoływanym wyżej wywiadzie. Stamtąd to się wywodziło. Składnia jukstapozycyjna na poziomie wyższym niż związek pojedynczych zdań, bo na poziomie – niejednolitych w tonacji – sekwencyj.
Coś podobnego dzieje się w cyklu Lata osiemdziesiąte. Tyle, że przedmiotem tych wierszy jest, by zacytować Adama Ważyka – „wirowy ruch pamięci”. Zdarzenia, niegdyś ważne, teraz powracające w przypadkowych sekwencjach; szczegóły, detale, znaczące dla podmiotu mówiącego, ale – być może – będące znakami czasu, jak owo „Osiedle / Radzieckich Kosmonautów” („wasalne [nie: weselne] / miano”) i wtedy jeszcze nie nazwany „szczyt wzgórza, gdzie / potem poszła Aleja Armii Krajowej” Przedtem i potem, i teraz, gdy wszystko jest już „potem”.
I co innego znaczy po latach,
niezapomniane,
nieuśmierzone,
[choć] niewyjaśnione:
ale nie spytam cię [teraz:]
o to, co zdarzyło się wtedy?
(lata osiemdziesiąte; pytania potwornieją)
Jest bowiem nie tylko tak, że „odpowiedzi potwornieją / jeśli nie zadać pytań w porę”, także tak, iż tych pytań już zadać nie można, ten bowiem, kto teraz miałby na nie odpowiedzieć, jest kimś innym. Może więc tylko notować swoje dawne zachowania, tak jak utrwaliły się pamięci. Jakąś dawną wędrówkę po choinkę („bez asygnat”), detale
Szukaliśmy tych choinek
cały dzień, ale komu tam
w głowie choinki, stan wojenny,
na ulicach czołgi, nawet moja mama
rzucała w nie śnieżkami. Ale w końcu przywieźli.
(lata osiemdziesiąte; opowieść wigilijna)
Jakieś dawne wyprawy w butelkami na wymianę, zasiedlanie osiedla, w którym zamieszkał, spotkanie z dawną dziewczyną, wieczór autorski w osiedlowym domu kultury, dezodorant „Zielone jabłuszko”, fosforyzujące cyfry zegarka Ruhla, butelka wódki, extra mocny („z filtrem”)...
„Wirowy ruch pamięci” z oceanu zdarzeń wynosi na powierzchnię izolowane wyspy-sekwencje. „Poezja to zorganizowane poetycko wspomnienie” – pisał przed laty Jan Brzękowski. Problem w tym – jak zorganizowane. Tryb postępowania Zawistowskiego bliższy jest praktykowanemu w kręgu „Almanachu Nowej Sztuki”, przez Ważyka przede wszystkim. Pamięć utrwala to, co swoiste. Wtedy zwyczajne, dziś osobliwe. Stąd „dawna ukochana” pojawia się „w jakichś dziwnych fioletach z krempliny”, piją piwo, bo je właśnie „rzucono”, w barze jest kawa („po turecku”), bo „akurat mieli na zapleczu dla swoich”. Czy gatunkowa nazwa owego baru brzmiała „bistro” czy może „drink-bar”, jednostkowa zaś „Amazonka” czy może „Manuela” albo „Stokrotka flaki napoje piwo” podmiot nie jest pewien, a nie chce kłamać. Nie jest pewien czy zdarzyło się to w październiku czy może listopadzie, pamięta jednak, że było to „o dziewiętnastej trzydzieści”, wtedy, gdy „całe osiedle / rozbrzmiewa złymi Wiadomościami”. Notując przenosi się w tamten czas, ale przebywa w czasie teraźniejszym. Rekonstrukcja uwzględnia ruch pamięci, momenty niepewności, wahania, możliwe wersje zdarzeń. Pamięć jest nieciągła, sekwencyjna, pełna luk. Strukturalnym odpowiednikiem jest zapis – uwzględniający przez wtrącenia pisane w kwadratowych nawiasach alternatywne wersje zdarzeń bądź ich (dokonywane w czasie teraźniejszym) uszczegółowienia, a także luki sygnalizowane bądź kropkami w kwadratowych (lub zwykłych) nawiasach (zwyczajowo w edycjach tekstów znaczących miejsca nieodczytane), bądź trzema dywizami w nawiasach kwadratowych, co z kolei odwołuje się do normy epoki, tak bowiem wtedy oznaczano ingerencje cenzorskie. Intencją jest, jak się zdaje, możliwie wierny, pozbawiony późniejszych interpolacji, zapis, taki jednocześnie, który – poprzez eksponowanie „dziwności” detali, dystansuje się od nich. W szczególnym sensie – także od siebie – minionego.
Kwestią wcale nieprostą jest perspektywa oglądu. To mianowicie czy – przywołując nazwy-symbole patrzeć będziemy na nie z perspektywy Osiedla Kosmonautów Radzieckich („wasalne [nie: weselne] miano”) czy raczej Alei Armii Krajowej? Z tej drugiej, a więc podmiotu rekonstruującego swoje dawne doznania, jest to „nasza oślepła młodość”, w której „nie było już miejsca na winy i kary, / po prostu wielki kac”. Ta sama perspektywa każe w finalnym wierszu tego cyklu widzieć to wszystko w perspektywie mitu, wielkiej plemiennej wojny, po której „wszystko znika w nagle otwartej ciemności” i „otwiera się otchłań / połykająca równie starannie: / armie, / półgłówków, / marszałków / i ciury”.
Wszelako coś po tym musi nastąpić.
O tym, co nastąpiło w dużej społecznej perspektywie, autor nie pisze. Drobny szczegół mówiący o normach i zachowaniach w nowej epoce zanotował wszakże, cokolwiek marginesowo, w jednym z wierszy:
Kuzyn wielkiego poety nie czyta poezji,
już po pięćdziesiątce, a ciągle się uczy,
skończył kurs integracji i podciągnął
język, a w tym czasie w cukrowni wielu
pozwalniano, zarabia ciągle mało, ale
trzeba cenić, że nie jest dla innych ciężarem.
(Kuzyn wielkiego poety)
Ale też i ocena przeszłości nie jest jednoznaczna, to co w wierszach z cyklu lata osiemdziesiąte jawi się jako „oślepła młodość” i „wielki kac”, w innym wierszu jest „moimi najpiękniejszymi latami”. Jaką była naprawdę – pewnie nie da się orzec. Bo perspektywy oglądu nakładają się na siebie.
W wierszu Dziwna natura pamięci, rekonstruując doświadczenia siedemnastolatka z roku 1971 pisze:
W zniewolonym kraju, w śmierdzącym pociągu,
na peryferiach północnej Europy, po przegranym
trzecioligowym meczu, z obolałym ramieniem.
O dziwna naturo pamięci, przywracaj światu jego
właściwe proporcje.
Ów „zniewolony kraj” to optyka roku 2000, gdy powstał wiersz, optyka roku 1971 jest inna:
[...] Przegraliśmy mecz
mam wywichnięte ramię, mam siedemnaście lat,
tęsknię do dziewczyn, piszę wiersze.
Mam siedemnaście lat.
Wszelako, jeśli dobrze rozumiem, dylemat, z którym się zmaga pisząc o „wielkim kacu”, tyczy prawa do bycia szczęśliwym – w ó w c z a s.
Tak sformułowane brzmi to dość naiwnie. Ale przecież naiwne nie jest. Da się wpisać w dawne nadzieje. Jeśli bowiem przywoływał paradygmat awangardowy to szło nie tylko o sposoby konstruowania wiersza, ale i nadzieje (tudzież zobowiązania) jakie się z nimi wiązały. Nie tylko, tak to nazwijmy, przyszłościowe zorientowanie wizji, ale przede wszystkim, jak to nazywał Ważyk, „myślenie strukturą”. Jeśli powiemy, iż Ptak w sieci dalekopisu stanowił strukturalny odpowiednik zdezintegrowanej osobowości, ta zaś odbijała pozbawioną struktury rzeczywistość to przecież w tle kryła się nadzieja, że nie jest to „stan naturalny”, ale odstępstwo odeń. I nie tyle idzie o danie świadectwa, ile – przezwyciężenie zastanej rzeczywistości. Ów projekt opisywany był w licznych wypowiedziach programowych, znajdował także realizację w wierszach. Krytyka tyczyła społeczeństwa opartego na zinstytucjonalizowanych i sformalizowanych więziach, którym przeciwstawiano więzi konstytuujące małe grupy społeczne: rodzinne, przyjacielskie, pokoleniowe, w końcu grupy „podobnie myślących”, nadzieje zaś fundowały się na wierze w możliwość transferu tych reguł w większe organizmy społeczne.
W tym ujęciu dylemat „zdrady przyjaciół” a także owego – doznawanego przecież! – szczęścia, które – z perspektywy zdobytej później świadomości – jest niesłuszne, bo nie powinno być doznawane nie jest naiwny, tyczy bowiem samych fundamentów poetyckiego świata.
Skoro bowiem nawet w tych małych przyjacielskich grupach cel finalny nie dał się zrealizować, wystarczył silniejszy wstrząs, by więzi się rozpadły, to tym bardziej nie da się on urzeczywistnić w przestrzeni społecznej. Nie jest też wykluczone, iż nadzieje były równie skażone jak szczęście, wyrastały bowiem z podobnie nieprawdziwego rozpoznania rzeczywistości.
Ale przecież na nich budował się program poetyckich działań! Podobnie jak w modelu wczesnoawangardowym liczył się tyleż autonomiczny wiersz – przedmiot estetyczny, co zawarty w nim, w jego strukturze, projekt społeczny („mój rym jest socjalistyczny”, mówił Tadeusz Peiper, i uzasadniał dlaczego). Sankcje dla swych działań podmiot czerpał tyleż ze swego szczególnego statusu (w micie artysty, pisała Maria Janion, „skupia się wiedza o człowieku”), co z wyjątkowości misji. Programował bowiem przyszłe modele zachowań społecznych, strzegąc jednocześnie wartości (o poecie jako „przetrwalniku wartości” pisała Ludwika Topp). To z tej perspektywy, gdy już przemiany się dokonały, „rzetelnego poetę średniego pokolenia” – „drażni [...] niemoc polityków” (skądinąd, mniemać można, jego rówieśników a może nawet dawnych przyjaciół). Nijak się bowiem nie mają do projektu. Nie byłoby przesadą, gdybyśmy i w tym widzieli jeden z symptomów „zdrady przyjaciół”, zwłaszcza jeśli pamiętamy o zbieżności języków, w jakich formułowali swoje postulaty.
Teraz, gdy już się dokonało
Jeszcze nie stracił ambicji, lecz zna już miary świata,
zatem woli pamiętać, niż podawać w wątpliwość.
[..............................................................................]
Nie narzeka, choć drażni go niemoc polityków,
nie przemawia na wiecach, jeździ na rowerze,
grzeszy coraz rzadziej i z większym namysłem.
Nie nauczył się wiele, ale dużo rozumie
i wie, co warto cenić, a co jest tylko plewą.
(Rzetelny poeta średniego pokolenia)
Owa „miara świata” słabo przystaje do dawnych nadziei. Z ich bowiem perspektywy wartość naczelną miało to, co potencjalnie możliwe, projekt, potencjalna możliwość zmiany. Teraz, mówi,
wiem, że to co istnieje, ma wartość samą w sobie
a miraże przepłyną jak obłoki
i nie pozostanie po nich nawet wiosenny deszcz.
(ibidem)
A skoro dzieje się zwyczajna rzeczywistość, to i jego nadzwyczajne prerogatywy unieważniły się same przez się. Były bowiem zakorzenione w aksjologii epoki, której normy, mówiąc skrótowo, były wywiedzione z XI tezy o Feuerbachu. Podobnie zresztą jak i nadzieje owej „rewolucji, która zwyciężyła”. Skoro jedne i drugie okazały się nieziszczalne jego wizja świata traci swe teleologiczne nacechowanie; zmiany, tak, ale takie, które zmieniając normy, zachowania, idee także, nie zmieniają natury rzeczywistości.
W tej zwykłej zwykłości zmieniają się etos, powinności i prerogatywy poety. Uprzednio sankcje dla swych działań znajdował w sobie. To kim był warunkowało to, co robił. Teraz jest osobą prywatną. To, czym się zajmuje, jest wytwarzaniem produktu, który rzadko zmienia się w towar. Funkcjonuje zaś w rzeczywistości, której reguły określa wymiana towarowo-pieniężna. Produkt liczy się tylko wtedy, jeśli potrafi się zmienić w, choćby niszowy, towar. „Rzetelny poeta średniego pokolenia” pyta więc co robi
Kiedy naprawdę nie ma już przy nim nikogo,
kiedy nikt nie słucha, nie ocenia, nie wzbrania,
lecz i nie ponagla; kiedy nie ma już kogo uwodzić,
ani przed kim się mizdrzyć.
(Co śpiewa poeta, kiedy nikt nie słucha)
Otóż może robić różne rzeczy, może np. „recytować homeryckie ody”, „sławić / czyny bohaterów”, może „wyznawać słowa miłości”, albo głosić „ojcowskie nauki i żarliwe przestrogi”, „opłakiwać wszystkich swoich zmarłych / i nienarodzonych”. Może wreszcie „śmiać się rubasznie / z najnowszego kawału znajomego doktora”. Wszelako same w sobie działania te nie mają znaczenia. Podobnie jak to, gdy
Śliniąc się i bełkocząc najnowszy szlagier,
przekręca gałkę radioodbiornika,
by zagłuszyć swoje własne wiersze
łomotem elektronicznej muzyki
(ibidem)
Nawet jeśli w tej ostatniej czynności dopatrzymy się rodzaju dramatu, to będzie to przykrość czysto prywatna. Mogłaby zmienić się w dramat, jeśli byłaby kupiona. Wagę i znaczenie cierpienia określa bowiem rynek. To, co prywatne, czyni publicznym. U Zawistowskiego ta stająca się norma jawi się jako – tak to nazwijmy – tło określające. Uświadomienie i uczynienie z niej literackiego problemu jest zasługą poety młodszej generacji – Marcina Świetlickiego (pisałem o tym, gdy książka się ukazała, w szkicu o Czynnym do odwołania w „Trybunie”).
Stąd, powiada, nawiązując do swych dawnych wierszy o przyjacielskich więzach i konstytuujących się na ich gruncie społecznych nadziei
[...] zacieśnijmy nasz krąg, przyjaciele.
Może nie zdobyłem w życiu dużo,
ale czyż można zdobyć więcej?
dopiero jutro odejdę długim pustym korytarzem,
którego ściany pokrywa wielobarwne graffiti
nigdy nie przeczytanych wierszy.
(Rzetelny poeta średniego pokolenia)
Prywatność jako nadzieja i szansa, i prywatność jako udręka, tak to można spointować.
„Smutny, jak rewolucja, która zwyciężyła”.
Jedyne, co zostało, to pamięć. Jeśli jednak w Dziwnej naturze pamięci a także w wierszach z cyklu lata osiemdziesiąte zapamiętane weryfikował aktualny stan świadomości, zdarzenia i odczucia konfrontowane były z tym, jak je dziś widzi podmiot, to w tych utworach jawią się w swym naturalnym porządku i aurze. A to znaczy także – we właściwym im systemie aksjologicznym. Tylko w nim bowiem się tłumaczą. Nie wymagają dodatkowych uzasadnień:
[...] ojciec do perfekcji opanował
właściwą swemu pokoleniu
trudną sztukę wracania
(Święty parasol)
W wierszu Sztandar z ortalionu opisując swych starszych kolegów-pisarzy
wychudłych mężczyzn w ciemnych
ortalionowych płaszczach, którzy
regularnie przychodzili na zebrania
do Związku Literatów Polskich,
narzekając na brak stołówki i
wysokie ceny biletów tramwajowych.
dodaje:
Miewali ciekawe życie starzy poeci.
Ale jakoś nie umieli o tym opowiadać.
Gdyż działo się to w czasach, kiedy wszyscy
mieli za sobą ciekawe życie. A ciekawość
miała zbyt wysoką cenę, by poświęcać
dla niej literaturę.
Co wynika z konkretnych historycznych doświadczeń, bowiem:
(Zresztą jak tu tłumaczyć prawdy oczywiste:
że lepiej pracować w cieple, niż na dworze,
lepiej czernić papier, niż rąbać tajgę).
Doświadczenia historyczne są zmienne, doświadczenia losu – podobne. Cytowany wiersz dopełnia inny, opisujący te same wydarzenia z perspektywy młodych. Ta sama ulica Mariacka, ten sam lokal Związku Literatów Polskich, i – sądzę – te same lata siedemdziesiąte, okres burzy i naporu pokolenia Zawistowskiego. Mniemać można, że wtedy raczej śmieszyło ich, gdy starsi koledzy
Półgłosem rozmawiali o trudnościach
mieszkaniowych, spodziewanej obniżce
stypendiów, ślubie ułomnej wnuczki,
wyższości metonimii nad metaforą,
kłopotach z przydziałem papieru,
szczególnie dla starych, zasłużonych poetów.
(Sztandar z ortalionu)
Po latach wszakże
Nie rozumiejąc, dokąd tak dostojnie kroczą,
a jednak ślepo i ufnie, w już poplamionych
płaszczach, pospiesznie czerniąc papier,
biegliśmy za nimi
do swoich własnych
mieszkań z trudnościami,
ułomnych wnuczek,
obiadów w stołówce,
książek bez wydawcy,
przejściowych kłopotów
finansowych, premier
bez sukcesu i głuchego
podejrzenia w tyle głowy,
po dziesiątej wódce
w barze na Mariackiej
że ten puchar
przestał być przechodni,
a ortalion wyszedł z użycia.
(Kałuża przechodnia)
Rzecz tyczy, tak powiedzmy, problemów wewnątrzśrodowiskowych, owa „kałuża przechodnia – jak puchar” symbolizowała by tu pewien wzorzec kariery literackiej, który właśnie „wyszedł z użycia”. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by uznać go za pars pro toto procesów szerszych. Oto zmieniły się normy, wartości, reguły zachowań; świat stał się inny, a więc, to jest ukrytym sensem tego mini-cyklu, wytwarza inne zasady przystosowań, inne też reguły wykluczeń. Zapewne także – inne nadzieje. Pytanie wszakże – o czym winniśmy mówić? O tym, co jest, czy o tym, co – sądzimy – winno być?
Młody Zawistowski chciał by to, co uznał za ważne i co w jakimś stopniu spełniało się w wierszach, spełniło się także w życiu społecznym. W tym zakresie był spadkobiercą dążeń awangardy lat dwudziestych. Ona też – w obu konkurencyjnych ale i komplementarnych biegunach – grupie „Zwrotnicy” i grupie „Almanachu Nowej Sztuki” formułowała cały zespół postulatów, a i przypuszczeń jak modele sformułowane w wierszach mają przesączać się w życie społeczne. Spełniło się, jak zwykle, nie w pełni, i raczej nie w tym, co uważali za najistotniejsze. Orientacja była ostrożniejsza (a może bardziej świadoma, bo mająca w pamięci całkiem świeży krach wielkich nadziei socrealistów), swój program „integracji świadomości narodowej niejako od wewnątrz” (według słów Krzysztofa Gąsiorowskiego) formułowała na płaszczyźnie wyobraźni symbolicznej. Trudno stwierdzić, że się to w pełni udało. Jeszcze bardziej pouczająca jest poznawcza przygoda Nowej Fali. Formułowała ona bowiem konsekwentny i rozbudowany program społecznych zobowiązań poezji, w pewnym momencie jawnie kontestatorski wobec społecznej praktyki (choć zakorzeniony w jej, oficjalnie głoszonej, aksjologii), wystarczyła wszakże zmiana systemu społecznego (i politycznego), by cały ten obszar problemów jak gdyby się unieważnił, przestał być przedmiotem zainteresowania poetów. Choć one same się przecież nie unieważniły! Tyle, że teraz po prostu są, pozbawione politycznych nacechowań. Ale skoro tak to, mniemać można, w całej tej batalii chodziło o coś innego niż głoszono. Dość porównać dawne i nowe wiersze.
Takiego rozziewu nie ma w poezji Nowych Roczników.
Finał Kałuży przechodniej brzmi:
[...] nie wszystkie marzenia młodości
warte są spełnienia, a nasze zabłocone płaszcze
już wtedy mówiły, jak to wszystko się skończy.
Jak powiedzieliśmy wyżej, wiersz – traktując o rówieśniczej przygodzie – mówi jednocześnie o świecie, tym realnym, na który autor patrzy bez złudzeń. W jego obręb włączając siebie i swoją przygodę poznawczą.
2006













