Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Andrzej K. Waśkiewicz

Poezja, wciąż dwudziestego wieku

O synchronii i diachronii

 

 

Bogumiła WrocławskaNajbardziej   skrótową   definicję  procesu  odnajdziemy  w tytułowym  wierszu Brunona Jasieńskiego z tomu But w butonierce. Oto ów fragment:

W parkocieniu krokietni - jakiś meeting panieński.
Dyskutują o sztuce, objawiając swój traf.
One jeszcze nie wiedzą, że gdy nastał Jasieński,
Bezpowrotnie umarli i Tetmajer i Staff.

 

 

Panienki,  które  w  cienistym  parku,  obok  pola do gry w krokieta dyskutują o sztuce, to tzw. kulturalna publiczność. Jej świadomość, nawet jeśli nastawiona jest na impulsy nowości, jest   krok  spóżniona  wobec  tego, co w sztuce się zmienia. Na tym jeszcze  etapie  sądzą, że jest to dołączanie; że do znanego już  repertuaru  (chwytów  i  nazwisk)  dołączają  nowe,  całość  nie

zmienia  swej  struktury. Tymczasem Jasieński (powówczas zresztą student  polonistyki) całe pole równoległych rozwiązań dzieli na dwie  wielkie  całości.  Staff  i  Tetmajer  symbolizują  to, co odchodzące,  on  „młody, genialny" otwiera pole rozwiązań, które zbuduje  całość  wobec  tamtej  opozycyjną.  Można to powiedzieć jeszcze  inaczej.  Wyobrazić sobie wielką historię literatury, w

której poszczególne epoki opisane są w osobnych tomach. W tomie, w  którym znajdzie się Jasieński, Tetmajera i Staffa nie będzie. Ich  bowiem  twórczość,  jakkolwiek  trwa  nadal,  i  na półkach księgarskich ich książki mogą spotkać się z tomami Jasieńskiego, należy  do  epoki, która umarła, a wraz z nią, z punktu widzenia procesu historycznoliterackiego,  umarli  i oni. W r. 1920, gdy ukazał  się But  w  butonierce Tetmajer miał 58 lat, Staff 44. Jasieński, „młody, genialny" - 19.

Ale,  pozostańmy  przy  tych  trzech nazwiskach, dalsze ich losy  ukażą  cokolwiek  odmienne  strony procesu. Tetmajer w rok później  zostanie prezesem Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy, w  1931  odbędzie się uroczysty jubileusz 45-lecia twórczości, w 1934  zostanie  mianowany  członkiem honorowym Polskiej Akademii Literatury.  Nic  istotnego  już  jednak  nie napisze, cała jego twórczość  zamknie  się  w  epoce Młodej Polski. Umrze w 1939 r. Staff  będzie  czynny  jeszcze przez kilka epok. Jego tomy z lat dwudziestych   i   trzydziestych  nawiążą  dialog  z  wierszami skamandrytów,   Wiklina (1954)  i  Dziewięć  muz (1958)  -  z twórczością  Różewicza.  W  momencie  śmierci  (1957)  będzie  - przywołajmy,  modyfikując  nieco znaczenie, tytuł książki Artura  Sandauera  -  „poetą  trzech  pokoleń".  Sam  Jasieński zostanie zamordowany  w 1937 roku, jego twórczość poetycka (z prozatorską jest  nieco  inaczej)  zamknie  się  we wczesnej fazie rewolucji awangardowej  -  pierwszym etapie futuryzmu. W szczególny sposób pozycja Jasieńskiego i Tetmajera są podobne, Staffa - odmienna.

Proces historycznoliteracki opisujemy zazwyczaj badając dwa jego  zasadnicze  wymiary  -  synchronii  i  diachronii.  W  tym  pierwszym  opisujemy  równoległość  zjawisk,  w tym drugim - ich następstwo   w  czasie.  W  pierwszym  przypadku  unieruchamiamy proces,  izolujemy  pewien  segment  czasowy, opisujemy zjawiska równoległe  i  związki,  w  jakie  ze  sobą  wchodzą, w drugim - opisujemy   proces,  badamy  innowacje,  przesunięcia  w  ramach

systemu,  zmiany  paradygmatów. W pierwszym przypadku interesują nas podobieństwa i wzajemne związki, w drugim - odmienności.

Są  to  dwa  wymiary tej samej całości. Wszelako gdy badamy świadomość  indywidualnych  twórców  dostrzeżemy, iż akcent pada raz na poczucie wspólnoty, powiemy wówczas, iż wyczulony jest na związki  synchronii,  innym  razem na to, co dzieli i odróżnia - powiemy  wówczas,  iż  wyczulony jest na związki diachronii. Dla tego   drugiego   nastawienia  wiersz  Jasieńskiego  jest  wręcz pokazowo chakterystyczny. W pewnym momencie mówi:

 

Tak mi dobrze, tak mojo, aż rechoce się serce.

Same nogi mnie niosą gdzieś - i po co mi, gdzie?

Idę młody, genialny, niosę BUT W BUTONIERCE,

Tym co za mną nie zdążą echopowiem: - Adieu! -

 

To  wszystko,  co  istotne,  dokonać  się  może tylko w tym segmencie  procesu,  który  on zapoczątkował. Ci, „co za nim nie zdążą"  są równie martwi jak „Tetmajer i Staff". Jest mi „mojo", albowiem  wyodrębniłem  się spośród zjawisk równoległych; to, co mnie   łączyło,  ustąpiło  przed  tym,  co  teraz  -  gdy  sobie uświadomiłem różnice - zaczęło nnie dzielić. „Mojo" nie wyklucza

"”maszo"  -  ale  wspólnota  będzie  się  już  konstytuować wśród podobnie odczuwających.

„Panienki",   które  w  tym  wierszu  uosabiają  czytającą publiczność, „jeszcze nie wiedzą, [...] jeszcze nie czują", więc -  zaleca  im  -  „niech  się  główki odświeżą". Przełom już się dokonał.  Już  nie  ma  powrotu  do  tego, co robili „Tetmajer i Staff".  „I  nic  jakoś  mi  nie  żal, choć powinno być żal". To ostatnie   zdanie,   ambiwalentne   przecież,  mówi  o  kosztach

zerwania. Z całą świadomością, iż jest ono konieczne.

Że  jest  to  pochodna romantycznego buntu wiedział Tadeusz Peiper.   Pisał,   iż  awangardziści  synowsko  wywodzą  się  od Mickiewicza   i   Słowackiego.   Wspólna  jest  bowiem  postawa. Nastawienie  na  zmianę.  Tę postawę odnajdziemy i w manifestach pozytywistów,  i  młodopolan,  skamandrytów  i  futurystów, ba - socrealistów także.

 

 

Cząstki duże, mniejsze i zupełnie małe

 

Cząstka  duża to prąd, cząstki mniejsze to szkoły, poetyki, doktryny.   Na  ten  porządek  nakłada  się  porządek  następstw pokoleniowych.  Zazwyczaj  jakieś  pokolenie  inicjuje prąd, ale dokąd  nie  nastąpi  zmiana formacji myślowych kolejne pokolenia dokonują  zmian  w  obrębie  prądu.  Pierwsze i drugie pokolenie romantyków,  dwa  pokolenia modernistów. Poezja ingwistyczna to jedna  z  pochodnych  awangardy,  ale  jej  wewnętrzne przemiany generowało  następstwo  generacji  -  Bieńkowski, Białoszewski i Karpowicz, Balcerzan, wreszcie Krynicki i Barańczak. W wieku XIX mamy  aż  trzy  wielkie prądy: romantyzm, pozytywizm, modernizm. Dla   wieku  XX,  jakkolwiek  potrafimy  ustalić  punkt  wyjścia (widzimy  go  po równi w twórczości skamandrytów, jak i w trzech wierszach Jerzego Jankowskiego), nie znamy jednak finału. Cezury wewnętrzne      wyznaczamy      raczej      według      wydarzeń społeczno-politycznych  niż  wielkich  przełomów myślowych. I, z dostępnej   nam  dziś  perspektywy,  nie  potrafimy  orzec,  czy większym  przełomem był r. 1932 („jasna" i „ciemna" tonacja) czy r.  1939,  czy  może  1945?  I zmiana, która miała dokonać się w r.1989  z perspektywy tego, co stało się potem, wcale nie wydaje się   tak  doniosła  (zmieniła  reguły  życia  literackiego,  to prawda).

Gdy  na cały ten okres, którego datę inicjalną ustalamy na r.1914, spróbujemy  spojrzeć  całościowo, zobaczymy go raczej w perspektywie wielkiej synchronii. Jeśli natomiast będziemy badać poetyki,  szkoły  i  doktryny  perspektywa  diachronii okaże się przydatna.  Dostrzeżemy  progres i zmierzch futuryzmu, przemiany poetyk  awangardowych,  formowanie,  przekształcanie  i zmierzch poetyk  (np.  poezji  lingwistycznej),  ba  -  całych  ogromnych doktryn,  które  miały  zmienić  podstawy literatury - jak np. z jednej  strony  socrealizm,  z  drugiej np. poezja konkretna - a doskonale  mieszczą  się  w  całości i ich nadzieje na radykalną zmianę   okazały   się   niespełnione.   Raczej   było  tak,  że poszczególne  elementy  doktryn  wbudowywały  się w synkretyczną całość,  przekształcając  ją,  przy  niezmienionym paradygmacie. Albo  też  po  prostu,  ewoluując, wyczerpywały swe możliwości i gasły, nie pozostawiając wiele śladów. Z tej perspektywy wiek XX jest  rzeczywiście  „biegunką  izmów", im bardziej głośnych, tym bardziej  efemerycznych.  sam  ich katalog złożyłby się na sporą broszurę (dysponujemy zresztą w tym zakresie solidnym kompendium -  Słownikiem europejskich kierunków i grup literackich XX wieku Grzegorza  Gazdy,  2000, tom liczy 768 stron). Bo też, co należy uwzględnić  w  analizach,  mamy  tu do czynienia ze zbiorowością autorów  o nieznanym w epokach wcześniejszych rzędzie wielkości. Funkcjonujących   na   rynku   tyleż   ujednolicającym  się,  co wytwarzającym  rozmaite wewnętrzne obiegi. I, bywa, odróżnienie, wyakcentowanie   różnic,   przekonanie   do   nich  publiczności czytającej, jest warunkiem istnienia i unkcjonowania.

Mówiąc całkiem trywialnie - dokąd nie zmieni się paradygmat przyrost  odbywa się w ramach zbioru, zmiana paradygmatu pociąga za  sobą  utworzenie nowego zbioru. By odwołać się do analogii z przyrządem  na  którym  piszę  ten  tekst - wciąż jest to jeden katalog  -  jakkolwiek w jego ramach zbudowałem całkiem solidnie drzewo  hierarchiczne  plików, ale już zaczynam się w nim gubić. Wygodniej   byłoby  otworzyć  nowy  katalog,  i  w  tego  ramach

dokonywać  operacji.   Problem  w  tym,  że nie wiemy od którego punktu  historycznoliterackiego  procesu  należy  otworzyć  nowy katalog. Gdzie kończy się literatura wieku XX, a zaczyna XXI.

Jest   i   kolejna   trudność,  dla  literatury  XIX  wieku stworzyliśmy, zgodnie z tym jak się ona kształtowała, trzy tomy: romantyzm,  pozytywizm, modernizm. Jeśli coś takiego zrobimy dla literatury  w.XX  będzie  to  zabieg sztuczny. Czy twórczość np. Gombrowicza   to   druga   faza  dwudziestolecia,  podobnie  jak twórczość  Miłosza?  Czy  Różewicz  to poeta lat czterdziestych,

albo  -  jeśli  przyjmiemy  kwalifikację pokoleniową - generacji wojennej?  To nie kwestia punktu wyjścia, ale rzeczywistej roli, jaką w poszczególnych okresach odgrywali.

Nawykowo  ten prawie dziewięćdziesięcioletni okres dzieliło się  bądź  to według następujących po sobie poetyk dominujących, bądź    wedle    następstw   pokoleniowych.   Po   młodopolanach skamandryci,  po  skamandrytach  futuryści,  po  nich pierwsza i druga  awangarda,  po  niej  poeci  pokolenia  wojennego,  potem „pryszczaci",  potem Współczesność, Orientacja, Nowa Fala, potem Nowe  Roczniki...Co  to tego, co nastąpiło po Nowych Rocznikach, zgody  nie  było,  ścierały się różne koncepcje. Po prawdzie nie było  też  zgody  czy  Współczesność  i  Orientacja to dwa różne pokolenia,  czy  dwie  odmienne  fazy jednego. Autor niniejszego stoczył  całą  batalię  na  rzecz  pierwszego stanowiska. Ale po Nowych  Rocznikach  ta  problematyka jak gdyby się upodrzędniła, przestała  zajmować  poetów  na  tyle,  by  skłonni  byli toczyć pokoleniowe boje. Skądinąd też to czy pisać „tylko metaforą" czy raczej „mówić wprost" nie tak znów ich fascynuje, by się mieli o  to spierać.

 

 

Rzędy wielkości, obiegi

 

Już  kiedyś posłużyłem się tym porównaniem, ale powtórzę go tu  jeszcze  raz, ukazuje bowiem rozmiary zjawiska. Zbiór poetów polskich  XIX  wieku Tuwima-Hertza liczy sześć tomów. Opracowany wedle  tych  samych zasad zbiór poetów (i wierszopisów) wieku XX liczyłby  20  albo  i  25 tomów. Gdy w l.70. w redakcji „Poezji" powstał  pomysł  wydania słownika poetów debiutujących po r.1945 ostatnia   wersja   zbliżała   się   do   tysiąca   nazwisk.   W nieistniejącej   już   Młodzieżowej  Agencji  Wydawniczej  Jerzy Koperski i autor tych słów podjęli próbę wydania cyklu antologii prezentujących  -  w układzie pokoleniowym - poezję polską po r. 1945. Miało być ich 6: 1) debiutanci lat czterdziestych (łącznie z   poetami   okupacyjnymi),   2)   "pryszczaci",  3)  Pokolenie Współczesności,  4)  pokolenie  l.60.,  5)  Nowa  Fala,  6) Nowe Roczniki.  Zdaje  się,  że planowaliśmy jeszcze osobną antologię poetów  emigracji.  Niewiele z tego wyszło, bo firma upadła. Ale antologia  Nowych  Roczników,  przedwczesna,  bo  zjawisko  było jeszcze  w  fazie  wzrostu,  obejmuje  60  osób  (Poeta jest jak dziecko,  1987).  Antologia  poetów  l.  60 (Zjawa realna, 1999) obejmuje  102  autorów.  Prawie  ukończona  antologia  pokolenia Współczesności  też mniej więcej tylu. Dla porównania powiedzmy, iż  antologia  poetów  międzywojennych  Michała  Głowińskiego  i Janusza  Sławińskiego  (Poezja  polska  okresu  międzywojennego, 1987) gromadzi wiersze 62. autorów.

Można,  biorąc  pod  uwagę  tylko przytoczone wyżej liczby, pobawiać  się  w  rachunki.  Przyjmiemy,iż doprowadzona do l. 80 lista  poetów,  którzy  wydali  więcej niż jeden tomik liczyłaby 1200  nazwisk.  Z  tego  w  antologiach  pokoleniowych  -  mniej selektywnych  -  znalazłaby się połowa, 600 nazwisk. Ale jeśli z debiutantów   dwudziestolecia  1918-1939  dało  się  ocalić  62. autorów to nic nie pozwala przypuszczać, iż dla okresu 1940-2000 nie  dałoby  się - wedle podobnych kryteriów - znaleźć ich mniej niż   186.   Ale   przecież,   wiemy   skądinąd,   w   antologii Głowińskiego-Sławińskiego  brak jest całych zespołów autorskich, którymi   interesują   się   badacze  -  od  poetów  ludowych  i regionalnych,  legionowych,  kaszubskojęzycznych, po peryferyjne grupy  w  rodzaju  Drugiej  Katarynki  Warszawskiej. A i spośród autorów  głównych nurtów dałoby się wykazać całą masę pominięć - spośród  poetów  drugiej  fazy  futuryzmu - chociażby Stanisława Brucza  i  Stefana  Kordiana  Gackiego,  spośród - jak ich wtedy nazywano  -  paseistów  -  np.  Bronisława Przyłuskiego, spośród poetów  prawicy  - chociażby Józefa Aleksandra Gałuszkę. A i dla nicjatora   rewolucji  futurystycznej  -  Jerzego  Jankowskiego (Yeżego  Yankowskiego) też zabrakło tu miejsca. Że z tego samego okresu  można  ocalić  innych autorów - świadectwem wcześniejsza antologia   Matuszewskiego-Pollaka   (Poezja  polska  1914-1939, wyd.2, 1966). A przecież jest to okres opisany, zinterpretowany, i - zdawało by się - hierarchie są tu ustalone.

Przytoczone   wyżej  liczby  możemy  zestawić  z  antologią Andrzeja  Lama Kolumbowie i współcześni obejmującą okres po 1939 r.  W pierwszym wydaniu z r. 1972 obejmuje ona 53 poetów , mniej więcej 35 na każde dwudziestolecie.           Rachunek  z antologii Głowińskiego-Sławińskiego daje nam na dwudziestolecie  62 godnych ocalenia, z antologii Lama - 35, dla całego  okresu  1914-2000,  wedle pierwszego rachunku  otrzymamy 26o  nazwisk,  wedle  drugiego  - 147, średnia wyniesie 203. Ale obliczany  podobnie rachunek z antologii MAW da nam mniej więcej stu  poetów  na dziesięciolecie, na dwudziestolecie więc dwustu. Co  do  przyrostu  nazwisk  ostatnie  dane,  jakimi dysponujemy, pochodzą  z  lat  80.- wahały się pomiędzy 70 a 80 rocznie., dla l.70.  były  niższe  - od dwudziestu paru do czterdziestu. Ale - jeśli pamiętamy ilość autorów ze słownika „Poezji" - wyliczona z nich  średnia  roczna  wyniosłaby  ok.40. Dla całego więc okresu 1940-2000  - ok.2400 nazwisk. Nie bawiąc się w dalsze wyliczenia przyjmijmy  ją  jako  punkt wyjścia. Dla każdego dwudziestolecia uzyskamy  wtedy  średnią 800, z czego wedle rachunku z antologii MAW  ocaleje  200, z antologii Głowińskiego-Sławińskiego - 62, z antologii Lama 35. Ilość odrzutów łatwo obliczyć.

Ale   cały  ten  rachunek  może  być  rozpatrywany  jeszcze inaczej.   Nie   dynamicznie   a  statycznie.  Z  perspektywy  - każdorazowo  ustalonej - synchronii. W tym przypadku interesować nas  będzie  cała czynna w danym momencie populacja. Z której to populacji  tylko niewielka część jest wstępnie ustrukturyzowana, cała  zaś  reszta,  różna  w  zależności  od  tego  jaką  wiedzą dysponuje  badacz,  jest  zespołem  zjawisk z tego samego planu, rodzajem  płynnej  magmy.  Otóż  można  przyjąć, iż badacz który chciałby  -  w  miarę  kompetentnie  -  opisać  sytuację w roku, powiedzmy,  2000  musiałby  poruszać się w zespole nie mniejszym niż 1000 autorów conajmniej 5-8 tysięcy książek.

Dodatkowa  trudność  wynika z ujednolicania się obiegów. W l.20.  i  30.  raczej nie było trudności z rozróżnieniem co jest twórczością  wysokoartystyczną   a   co  trywialną,  co  poezją profesjonalną  a  co  poezją  ludową  i  np.  robotniczą,  ba  - twórczość   amatorek   spisujących   przy  wirujących  stolikach pośmiertne  strofy  Juliusza  Słowackiego  tak się odróżniała od aktualnej  literackiej normy, że z definicji mogła być wyłączona z  bilansów.  Im bliżej lat dwutysięcznych tym bardziej kody się ujednolicają.  Konopnicką  mało  kto pisze, z reguły Różewiczem. Nawet  jeśli  jest  poetą  ludowym  i  pisze gwarą. Wtedy jednak gwara,  dialekt i co tam jeszcze pozwala upakować go do osobnego katalogu.  Co  prawda o znacznej części wierszy możemy orzec, iż jest   to   twórczość  amatorska  (jak  jak  istnieje  malarstwo amatorów)  ale  -  w  ramach  tego  samego  co wysokoartystyczna paradygnatu,  różni  ją  tylko stopień innowacyjności. Co prawda można  wprowadzać  dalsze rozróżnienia i powiedzieć, iż z reguły niski  stopień  samoświadomości  odróżnia  ją od dzieł „talentów zależnych,     naśladowczych",     „pisarzy     wykorzystujących koniunkturę"  (tak  Kazimierz  Wyka  tłumaczy  termin Friedricha Kummera  „die  Industrietalenten").  W praktyce można wnioskować pośrednio  -  ze  środowiska,  w  którym  autor  działa, pism, z którymi  współpracuje,  z  tego, gdzie wydaje swe książki. Są to jednak  kryteria  coraz  bardziej  zawodne.  Nawet tzw. recepcja krytyczna  nie wiele nam powie, nie tylko dlatego, że obiegi się nie sumują, a z masy zjawisk niewiele przenika do obiegu dużego, ale  także  z tego, że małe obiegi wytwarzają własne hierarchie, nie  uśredniające  się  w  obiegach  dużych. Nie jest więc tak - przywołam  przykład z obszaru, którym zajmowałem się wiele przed laty  -  iż  hierarchie w obrębie "imperium kultury studenckiej" weryfikowały   się   poprzez   przenikanie   w   obręb  "kultury narodowej". One w tym obiegu małym - powiedzmy kręgu RSTK - mogą funkcjonować  bez  wyjścia  na  zewnątrz.  Od  debiutu po dzieła wybrane.    I   zgromadzić    całkiem   pokaźne   piśmiennictwo przedmiotowe, które też - poza tym kręgiem - nie funkcjonuje.

 

 

Jeszcze o diachronii i synchroni

 

Skrótowo,  upraszczając  do  granic  symplifikacji, możnaby

rzec,  iż  umarły nadzieje, nie poetyki. Wedle socrealistycznych reguł  da  się  dziś napisać wiersz o Janie Pawle II, ale nie da się  powtórzyć  tych  nadziei,  które żywili  futuryści  i  np. Awangarda    krakowska    we    wczesnej    fazie.   Nieznacznie przeformułowane wiersze Bohdana Drozdowskiego z tomów Jest takie drzewoMoja  Polska mogły  by  być opublikowane jako utwory powstałe   współcześnie.  Wiersze  Miłosza  drukowane  w  piśmie średniomłodych  nie  różnią  się od tła. Było tak pod koniec lat osiemdziesiątych,   że  młoda  poetka  debiutowała  wierszami  z wczesnych  tomów  Jerzyny,  inna  -  w latach sześćdziesiątych - Sukienką   w   groszki Różewicza,  a   pewien  poeta  w  latach siedemdziesiątych  w swym debiutanckim tomie przedrukował wiersz Czuchnowskiego z lat trzydziestych. Wtopiły się w tło.

Choć  przecież  historyk  literatury  każdą  z  tych poetyk wpisze   w  proces  historycznoliteracki  -  Czuchnowski  to  II awangarda, Różewicz - pokolenie wojenne, Jerzyna - pokolenie lat sześćdziesiątych.  Poetyki  są opisane, światopoglądy też, nawet studia  wersologiczne opracowano. A przecież mogą być traktowane jako  -  w  pewien sposób - równoczesne, a w każdym razie: nadal produktywne.  Bo są produktywne. To wszystko bowiem dzieje się w ramach  tego  samego, posiadającego dziesiątki plików, katalogu. Został on otwarty w r. 1914 i dotąd nie zamknięty.

Ten    katalog    zawiera    całe   drzewo   hierarchicznie uporzadkowanych plików. Porządek poetyk dominujących nakłada się tu  na  przedziały  okoleniowe,  można  też  wyjść od podziałów pokoleniowych,   rezultat   będzie,   mniej   więcej,   podobny. Skamandryci  to głównie ostatnie roczniki XIX wieku, futuryści i  Awangarda  -  pierwsze  roczniki  w.XX (najmłodszy - Adam Ważyk urodził  się  w  1905,  chyba że przypomnimy jeszcze Milę Elin i hipotetyczny  rocznik 1908), poeci II Awangardy to roczniki 10., poeci pokolenia wojennego - wczesne  20,  „pryszczaci" późne 20. i wczesne  30,  „Współczesność"  - roczniki trzydzieste, pokolenie Orientacji  późne 30. i wczesne 40., Nowa Fala - głównie późne 40,  Nowe Roczniki - 50. We wszystkich tak nazwanych generacjach odnajdziemy  wewnątrz cała skomplikowaną linie podziałów, system jedności wzajem siebie tyleż opozycyjnych co komplementarnych. I -  co  ważne  -  coś w rodzaju „manifestu założycielskiego". Ale także  mniej  lub  bardziej  dobitnie powtórzone to, co w r.1920 mowił Bruno Jasieński. Tyle, że bez tego rezonansu. Tetmajer, po wystąpieniu  Jasieńskiego,  rzeczywiście umarł - jako wzór stylu poetyckiego. Po głośnym niegdyś artykule Jerzego Stanisława Sity Nic  albo  niewiele  w  potoku słów styl różewiczowski miał się równie  dobrze  jak przedtem. Podobnie zresztą jak przybosiowski czy   miłoszowski.   Co   najwyżej   w  poszczególnych  okresach odnotowujemy   fluktuację   zakresu   oddziaływania.  Ale  jeśli przyjmiemy,   iż   „styl  miłoszowski"  oddziaływa  -  jak  styl współczesny nie zaś element historycznoliterackiej tradycji - od wczesnych  lat  trzydziestych  -  jest to mniej więcej tyle, ile trwał  romantyzm (1822-1863) z pozytywizmem pospołu (1864-1895). Cały  zaś  modernizm,  z  wszystkimi  jego  fazami,  następstwem generacji   zamknie   się   w  okresie  niewiele  dłuższym  niż  międzywojenne  dwudziestolecie (1890-1918). Dla okresu 1918-1939 wewnętrzna   cezura   1932   r.  ma  charakter  tyleż  społeczny („faszyzacja")  co  literacki  („ciemna  tonacja"),  dla  okresu powojennego  trzy - powszechnie przyjmowane - cezury 1945, 1949, 1956  już  raczej  polityczny  (choć  w l.1948-1955 rozegrał się niemal   w   całości   epizod   socrealistyczny).   Dla   okresu późniejszego  badacz  (Zbigniew  Jarosiński  w odpowiednim haśle Słownika  literatury polskiej XX wieku, 1982) znajdzie już tylko przesłanki  z zakresu życia społecznego - l.1968-1970: „kampania przeciw «rewizjonizmowi»",  „wyjazd  z kraju niektórych pisarzy pochodzenia  żydowskiego",  choć  także  „początek Nowej Fali",w 1980   „powstanie   wydawnictw   pozacenzuralnych",   „ożywienie

problematyki  politycznej  [...], próby przezwyciężenia rozdarcia literatury  polskiej  na krajową i emigracyjną, a więc włączenia emigracyjnej  w  obieg  krajowy",  w  1982  znajdzie  „nową falę emigracji"...  Skądinąd  i  moja  teza,  iż jedną z takich cezur stanowią  lata  sześćdziesiąte,  i  teza  Jana  Błońskiego, iż w r.1989 dokonał się przełom równy temu z r.1918 upowszechniły się raczej słabo. Choć na korzyść tej drugiej przemawiało wszystko - poza samą literaturą.

Od  owej  inicjalnej  daty dziś dzieli nas czas dłuższy niż pierwszy  okres  międzywojennego  dwudziestolecia.Z  tego punktu  widzenia  można rzec, iż wspomniany Słownik... ukazał się grubo przed  czasem,  wiek  XX  trwa,  i  -  jak  na  razie  - nic nie zapowiada, iżby się miał szybko skończyć.

I  jest  jeszcze  tak,  że  im  bliżej  końca  stulecia tym bardziej   skłonni   byliśmy  oglądać  go  z  perpektywy  raczej synchronii  niż  diachronii.  W  r.  1925  futuryzm  wydawał się odległym epizodem, z perspektywy r.1932 był po równi z krakowską Awangardą  „etapem minionym", ale z perspektywy r.1956 młodym ze „Współczesności"  wydawał  się  daleko  bardziej współczesny niż twórczość Woroszylskiego, ich o kilka lat starszego brata. Wtedy można  było  myśleć,  że  to tylko efekt zwichnięcia naturalnych linii    rozwojowych    dwudziestowiecznej    literatury,   owej „socrealistycznej  zapaści". Ale gdy w l.90. śledziło się masowe konwersje,  styl uprawiania polemik literackich, sposób widzenia zjawisk  nic innego nie przychodziło na myśl, niż ów, wedle słów Ważyka,  dur  póżnych  lat 40. i wczesnych 50. I w tym względzie potwierdzała  się  ciągłość.  Wszystko na przedłużeniach, nic od podstaw.  Tyle  tylko, że naturalne zmiany wrażliwości, rodzajów nastawień, zasobu doświadczeń - to więc jednym słowem, co należy do  mechaniki zmian pokoleniowych - powodowały przekształcenia i paradygmatu, i funkcjonujących w jego ramach wzorców.

Gdybym  był bardziej próżny niż jestem, przywołałbym swoje szkice z lat sześćdziesiątych. Wydawało mi się wtedy, iż poetykę mojego kręgu (a także to, co sam w poezji robiłem) da się opisać przy  pomocy  dwu  pojęć:  formulizmu  i  synkretyzmu.  Pierwsze definiowało pewien typ obrazu poetyckiego, z tym o czym tu mówię wiąże  się luźno. Drugie wszakże tyczyło stosunku do tradycji. I tej  bliższej,  i tej dalszej. Ta bliższa stanowi pewną całość - raczej   komplementarną  niż  antynomiczną.  Mówiąc  skrótowo  - „kruże",  „łabędzie"  a  nawet  -  niech będzie - i „chramy" nie wykluczają „tramwaju", „samolotu" (w pierwowzorze nazywał się on raczej  „aeroplanem"),  „dansingu"  i  miejskiego  tłumu. Gdybym wiedział wtedy więcej niż wiedziałem, mógłbym powiedzieć, iż coś takiego  grubo  wcześniej  dostrzegł Adam Ważyk, nieortodoksyjny

awangardysta.  Heteronomiczne  składniki  świadomości (także tej głębinowej),  których  nie ma powodu eliminować z rzeczywistości przedstawionej, jeśli nie chce się budować jednopłaszczyznowego, redukcjonistycznego obrazu. Skądinąd, dodajmy, było to w zgodzie z tendencjami epoki. która odkrywała, iż Freud jest niesprzeczny z  Marksem,  św.Tomasz  z  Darwinem  (co prawda Przyboś kpił, iż zdaniem  Teilharda  de  Chardin  Darwin  przewidział anioły, ale można  by  dodać,  że  z  jego  dzieła  nie wynika, by nie mogły istnieć),  ten  sam  Marks  da  się połączyć z Sartrem, a z pism Engelsa nie da się wywieść zaprzeczenie teorii Einsteina...

W odniesieniu do literatury (nie bez wpływu strukturalizmu) znaczyło  to  tyle,  że  struktury  mogły  być  traktowane  jako względnie  autonomiczne.  Poza systemem znaczyły co innego niż w nim.  Przyboś  nie  wyklucza  Przybyszewskiego,  Peiper  Eliota. Korelat obiektywny da się pogodzić z pseudonimem i ekwiwalentem, aluzja wyobrażeniowa z symbolem.

Oznaczało   to,   z   jednej  strony,  zmierzch  klasycznej awangardy, z drugiej -  mogło prowadzić do dekonstrukcji, teorii wpierw   epoki   postartystycznej,   potem   ku  różnym  wersjom postmodernizmu.

 

 

Dwie traumy

 

 

Cały   ten  obszar  zjawisk  da  się  zgrupować  wokół  dwu traumatycznych  doświadczeń:  1914-1918  i  1939-1945.  Tak  jak odpowiedzią   na   pierwsze  były  konstruktywistyczne,  w  swym przesłaniu  jasne,  nurty  awangardowe,  tak  odpowiedzią  na te drugie  -  socrealizm.  Obie  proponowały pewnego rodzaju utopie społeczne.  Obie  też porządkowały rzeczywistość wedle podobnych założeń - organizowały zbiorowość wokół idei, jednostkę widziały wewnątrz  społecznych  struktur;  wolność uzyskiwała ona poprzez uświadomienie  sobie społecznych usytuowań i ról. Wielki projekt przebudowy  - i naturalnego otoczenia, i społecznych struktur, i -  w  konsekwencji  - osobowości. Nowy człowiek w nowym świecie. Świat, który dziś właśnie się zaczyna.

Biorąc pod uwagę wewnętrzne cechy doktryn - podobieństwo są natury  raczej  homologicznej niż analogicznej. Nadzieje wszakże były podobne.

Te  pierwsze skończyły się w okolicach 1932 r., te drugie - w okolicach r.1955

Ale przecież powracały.

Tak  sformułowane  zadania  poezji  konstytuowały się wokół projektu  przebudowy.  Realność  jako pole przekształceń, poezja jako  jej  narzędzie.  Od  Przybosia,  który w Śrubach i Oburącz opisywał   zorganizowane   pracujące   masy,   Stefana  Kordiana Gackiego,  który  z przemian rzeczywistości wywodził genetycznie nowy  „typ  psychiczny"  artystów  - „świadomych konstruktorów", poprzez   socrealistów,   którzy   z   dziejowych  prawidłowości wywodzili  i  nowe  struktury  społeczne  i  nowego  człowieka - świadomego  konstruktora i siebie, i świata, poprzez Orientację, gdzie   rozpoznanie  rzeczywistości  i  budowa  nowych  „stałych wyobrażeniowych"   miała  dokonywać  się  na  gruncie  wyobraźni symbolicznej... Tu także pomieści się nowofalowy projekt poezji, która   poprzez   krytyczną   analizę   społecznych   wynaturzeń (obojętnie   -  obserwowanych  wprost,  czy  poprzez  odbicie  w zafałszowanym języku) miałaby odnaleźć jej rzeczywisty kształt i - w efekcie - wyzwolić jednostkę od społecznych zniewoleń. Nawet artykułowana  przez Nowe Roczniki chęć zbudowania alternatywnego projektu   społecznego,   na   wzór  nieinstytucjonalnych  więzi międzyludzkich należy do tego samego sposobu myślenia.

Patrząc  z  dużej perspektywy da się w tym wszystkim wykryć podobieństwo  nastawień.  Przesunięcie  akcentu  z  odbijania na projektowanie, z opisu na konstrukcję, z kontemplacji na postawę aktywistyczną.  Także  -  już  na gruncie tekstu - z operacji na elementach  zastanych  na  konstruowanie  nowych  całości.  I  - jeszcze  inaczej  -  odnajdziemy w tym wszystkim refleks postawy eksploratorskiej.   Świat   jest   tym,   co   należy  zdobyć  i przekształcić.

I,  z  tego punktu widzenia, mniej istotne jest jak się te projekty  miały  do  polityki  państwa.  Na  ile technicystyczne zachwyty  młodego  Przybosia  współbrzmiały  z wielkomocarstwową polityką  II  RP,  w  jakim  stopniu  socrealizm  był literackim odbiciem  doktryny  „państwa  nowego  typu", a także na ile bunt Nowej Fali, w pierwszej jej fazie, nie był sprzeczny z koncepcją

„drugiej Polski" i dlaczego - po roku 1976 - jej sposób myślenia stawał  się dla sterników nawy państwowej niewygodny, lepszy był już  raczej  „azylowy" tryb myślenia Nowych Roczników. I, z tego punktu  widzenia,  drugorzędne,  choć  ważne,  jest to, na ile z kolei   ich   społeczne   utopie  wyprzedziły  w  czasie  utopie solidarnościowe.

Zogniskowana wokół dwu traum historia poetyckich doktryn XX wieku  będzie  ciągiem prób wyzwalań się od nich. Budowy utopii, które   -   w  przyszłości  -  miały  je  uniemożliwić.  Trauma, zepchnięta  w  podświadomość,  wyzwalała,  tak  nazwijmy,  zmysł konstrukcyjny,  myślenie  konstruktywne.  Ale  także prymarny we wszystkich,  choć z różną siłą akcentowany, „gest odcięcia". To, co Krzysztof  Gąsiorowski  nazywał „brzemieniem początku", a co artykułowali  niemal  wszyscy programotwórcy - od Jasieńskiego i Peipera  po  Joachimiaka  i  Zawistowskiego.  Ale  -  jeśli  tak będziemy patrzeć - zauważymy, iż bliżej końca wieku tym bardziej dokryny te konstruowane były fragmentarycznie, budowane raczej z intuicji,   przypuszczeń  (Parę przypuszczeń na temat poezji współczesnej tak brzmiał tytuł jednego z manifestów Barańczaka) niż  hierarchicznie  uporządkowanych twierdzeń. Aż u końca wieku albo   zanikły   albo   zaczęły  przybierać  kształt  prywatnych zwierzeń.

I  to  też  zauważmy,  iż rzadko realizowały się w pełni. Z reguły  było  tak,  że  poeci odchodzili od pierwotnych założeń, bądź - jak obie formacje nowofalowe - traktowali je jako pomyłki młodości, teksty zorientowane raczej sytuacyjnie niż programowo.

Albo  też  stawało  się  tak, że traumatyczne doświadczenie inicjalne,   przeciw   któremu  nakierowane  były  konstruktywne dążenia  fazy  wstępującej, u jej końca wyzwalają się, stanowiąc swoisty wzór świata, To przypadek Krzysztofa Gąsiorowskiego.

Ta  trauma,  z  której Gąsiorowski chciał się wyzwolić (tak należy  rozumieć  jego  artykuł  o  „końcu  czarnego poloneza"), stawała  się  swoistym  wzorcem.  Dla  „Współczesności"  były to doświadczenia  poznańskiego  marca 1956 r., dla Nowej Fali marca 1968 i grudnia 1980, dla autorów, których Marian Kisiel określił mianem  „pokolenia  Reduty" - doświadczenia stanu wojennego. Ale przecież  urodzony  w  r. 1972 Wojciech Wencel, gdy rekonstruuje coś  w  rodzaju  pierwszych  doświadczeń  też  idzie tym tropem: „posterunki  turańskich  żołnierzy",  „tortury w wodzie zrywanie paznokci",  w  tle zaś „domy z betonu" i „kiosk z Trybuną Ludu". Wiersz  skierowany  jest  do  Zbigniewa  Herberta  i  wedle jego póżnych tekstów ustylizowany. Choć przecież „turańscy żołnierze" są  z  cywilizacyjnych  koncepcji Feliksa Konecznego, „tortury w wodzie" z głośnego niegdyś filmu ze Stalińską, a betonowe domy i kiosk  koniecznie  z  „Trybuną  Ludu”  z  wierszy  nowofalowych. Dziecięce  doświadczenia nakładają się na ich literackie obrazy, kontaminują   z   obrazami   z  wcześniejszych  okresów.  Trauma pokolenia  Herberta  i  trauma jego rówieśników w ten sposób się zrównują.

Choć,  w  odróżnieniu  od autorów, których opisywał Kisiel, jego rówieśnicy  i  poeci  nieco  starsi  w  pierwszym  okresie „bruLionu"   od   tego   trybu   myślenia  starali  się  odciąć. Niewykluczone że podejmą go po latach.

 

"Kolektywny walor"

 

Termin   jest   własnością  Czesława  Miłosza,  pochodzi  z Traktatu  poetyckiego.  Jest  to  jedno z tych kluczowych pojęć, wedle  których  można  porządkować  dokonania dwudziestowiecznej poezji  polskiej  (uczyniłem  to  przed laty w tak zatytułowanym szkicu)  Obojętne  czy  będziemy  go  traktować  na płaszczyźnie związków  funkcjonalnych  czy  tożsamości  doświadczeń. „Wspólna wiara"  daje ponadindywidualne sankcje działaniom poetyckim. Tak też  przecież  można  traktować opisane wyżej świadectwa traumy.

Ale  w przypadku „kolektywnego waloru" idzie raczej o to, iż dla swego   sposobu   widzenia   rzeczy   i   zjawisk   poeta  szuka ponadindywidualnych   sankcji;  znajduje  je  w  uhipostazowanej „klasie",    wspólnocie rówieśniczej,   zbiorowości   podobnie myślących,  w ideologii lub wierze. Z reguły przekłada się to na związki  instytycjonalne  (taka  jest  geneza  opisywanych przez Stefana   Żółkiewskiego   grup   funkcjonalnych).   Na   gruncie realizacji   literackich   -   powoduje  ogniskowanie  się  grup rozwiązań wobec idei, tendencji, koncepcji społecznych. Z reguły są  one  wobec nich wyznawcze. I z reguły, gdy zyskają społeczną sankcję,   przyciągają   talenty  naśladowcze,  do  momentu  gdy wygaśnie   koniunktura.   Tak  należy  widzieć  zarówno  fenomen masowych  nawróceń na socrealizm w póżnych latach czterdziestych i  wczesnych  pięćdziesiątych,  i masowy odeń odwrót po 1956 r., równie  masowe i spektakularne nawrócenia na katolicyzm w l.80 i 90. Jest do napisania tekst o mechanizmach tych nawróceń i o tym co  w  poszczególnych  okresach  „się  nosiło"  biorący za punkt wyjścia  recepcję twórczości Różewicza, aktualnie gani się go za to,  że  „kreuje siebie samego na niewierzącego", przez co staje się  „dogmatykiem"  (Mirosław Dzień w „Kwartalniku Artystycznym" 2001,  nr  3, ale można przytoczyć dziesiątki podobnych tekstów; ateista  to  coś  jak  niegdyś  fideista, wypada być na najwyżej agnotykiem).

Literatura  rzadko  generuje idee, z reguły je upowszechnia lub  im  służy,  im  zaś  większa  jest populacja piszących, tym zachowania  stadne powszechniejsze. I ona bowiem podlega regułom zachowań zbiorowych.

Ale    „kolektywny    walor",   tracony   i   odzyskiwany, rzeczywiście    był    jedną    z    sił   napędowych   ewolucji dwudziestowiecznej  polskiej poezji. To, na ile poeta czuł się w zbiorowości,  zakorzeniony w jej myśleniu i odczuwaniu. I na ile to   myślenie,   nie  tracąc  ze  zbiorowością  więzi,  usiłował przebudować  i  przekształcić.  I na jakiej płaszczyżnie te, zda

się utracone, więzi próbował odbudować.

 

 

 

Państwo, społeczeństwo, rynek

 

Cały  ten obszar realizacji powstawał w warunkach polskiej państwowości.  I  -  w  obu  okresach, w II RP i w PRL - jedną z linii  podziału był stosunek do tego państwa. Na ile jest nasze, na  ile  zaś  nie  jest  nasze.  Mało  się  pamięta,  iż jeden z najsłynniejszych   polskich  wierszy  Na  śmierć  rewolucjonisty Władysława   Broniewskiego  opisuje  śmierć  Naftalego  Botwina, skazanego  za zabójstwo funkcjonariusza policji państwowej. Jego zaś replika z lat czterdziestych - śmierć polskiego porucznika w radzieckim  więzieniu we Lwowie. I, można sądzić, autor nijakiej w  nich sprzeczności nie widział.

Symetrii można znależć wiele - od  rozczarowanych  piłsudczyków  i rozczarowanych komunistów po teksty o „pieśni wyrwanej z gardła konfiskat" i o „pani cenzor", od wierszy o Naftalin Botwinie, Hibnerze, Kniewskim i Rutkowskim i  z  drugiej strony - o księdzu Popiełuszce, od Ballady o Placu Teatralnym i wierszy o pałujących ZOMOwcach. I jeszcze - i tu i tam  - wiersze o konfidentach, agentach, wtyczkach. Jakby dobrze poszukać  to i międzywojenne odpowiedniki wiersza Woroszylskiego Czuwającym  w  noc noworoczną się znajdzie.           Wiersz Broniewskiego Magnitogorsk  albo  Rozmowa  z  Janem znalazł repliki w licznych wierszach  z  internowania. Wiersze z okresu stanu wojennego - o rewizjach,    przesłuchaniach   też   mają   swe   międzywojenne pierwowzory.   Ba,   we  -  wcale  licznych  -  wspomnieniach  z internowania  można  usłyszeć  echa  wspomnień z międzywojennych komun  więziennych.  To  szło  też  w  drugą stronę - w poemacie Broniewskiego  o Karolu Świerczewskim niesposob nie usłyszeć ech międzywojennej poezji państwowotwórczej. Tu Kopalnia „Wujek" tam „Semperit",  tu strajki i tam strajki, nawet nadzieje podobne, i równie nieziszczone...

Głupio  mówić  - ale to były państwa autorytarne, no - może poza  wczesnymi  latami dwudziestymi. I kult państwa, przywódcy, silnej   osobowości,  męża  opatrznościowego  z  dwudziestolecia naturalnie    niemalże   przeszedł   w   lata   czterdzieste   i pięćdziesiąte.   Wraz  z  kultem  zbiorowości,  wielkich  ruchów społecznych,  maszerujących  mas.  Dysponujemy  świadectwem  tym bardziej  znamiennym,  że  prywatnym, nie pisanym na zamówienie.

Młodziutki  gimnazjalista Stroiński pojechał z wycieczką szkolną do Rzymu, tym co uznał za godne uwiecznienia w wierszu był marsz czarnych  koszul  z  łopatami na ramieniu i chóralnie skandowany okrzyk - Duce! Jego młodsi koledzy pisali potem podobne, tyle ze z innym bohaterem w tle.

Jeszcze   głupiej   zabrzmi,  gdy  powiemy,  że  poeci  lat czterdziestych  i  wczesnych  pięćdziesiątych,  gdy  przyszło im opiewać  trud  pracy, rosnące w potęgę państwo nie mieli - prócz pospiesznie  przekładanych  wierszy  radzieckich - innych wzorów niż  międzywojenna poezja państwowotwórcza. Z drugiej zaś strony dla   poezji  stanu  wojennego  repertuaru  chwytów  dostarczała rewolucyjna,  antypaństwowa,  poezja  międzywojenna. Co dla mnie streszcza  obraz „komunardów w stoczniowych kaskach". Skądinąd i z  tego repertuaru czerpali poeci narodowi z Konfederacji Nowego Romantyzmu.   Gdy  zaś  przyszło  się  im,  jak  Urbankowskiemu, rozliczyć ze sprzedajną literaturą odprawiającą „czerwoną mszę", to  tym  trybem,  jakim z „literaturą sanacyjną" rozprawiali się socrealiści. Znów - innych wzorów nie było.

W  jednym  z  wczesnych  wierszy Zagajewskiego jest zdanie: „państwo  jest  najwybitniejszym  poetą  polskim".  Jeśli  nawet powiemy,   iż   w poszczególnych   okresach  cecha  wybitności przysługiwała  mu  w  różnym  stopniu,  bywały  okresy, gdy było naprawdę  genialne,  w  innych  wybitność  artykułowało słabiej, czasem  zaś  usuwało  się  w  cień,  to  wszelako nie dawało się pominąć. Nie tylko dlatego, iż ono to decydowało o tym, co i jak będzie rozpowszechniane (represyjnie przed 1939 r., prewencyjnie po  r.1945),  ale także przez to, iż poetę, jako wytwórcę, ale i reprezentanta  profesji  włączało  w  obręb  finansowanych przez siebie  albo  tylko  kontrolowanych  instytucji.  Inne  zaś albo likwidowało  zupełnie,  albo  marginalizowało. Daleko ważniejsze jest,  iż tekst ogłoszony publicznie znaczył co innego niż tylko napisany,  posiadał  bowiem sankcje państwa: nie zgłaszało wobec niego  zastrzeżeń. Pośrednio więc informowało, iż wyrażone w nim stanowisko  jest,  jeśli  nie  całkiem  zgodne  to  przynajmniej niesprzeczne  z  tym,  które  ono  żywi. Że to musiało wytwarzać przeróżne  mechanizmy obronne i kamuflaże rozumie się samo przez się.  Mniej odczuwa się inną konsekwencję: tę mianowicie, iż tak

funkcjonujący  tekst  z definicji uzyskiwał rangę ważności. I tę jeszcze,  iż  -  z natury rzeczy - broniąc jednych racji państwo musiało    zwalczać   inne.   Dopuszczony,   skonfiskowany   lub ocenzurowany tekst wpisywał się w dychotomiczny podział na tych, co  są  za  (albo  przynajmniej  akceptują  reguły) i tych co są przeciw.  W każdym z tych przypadków jednostkowe działania poety wpisywały  się  w większą całość. Mógł się czuć, i z reguły czuł się, reprezentantem jakiejś części społeczeństwa. Pieśń „wyrwana z gardła konfiskat" uczestniczyła w walce, którą toczyła warstwa odrzucona  i  eksploatowana,  ale  i wiersz dokonujący - poprzez analizę       funkcjonalizowanych,     „represyjnych"       i „manipulatorskich"   kodów  -  falsyfikacji  oficjalnego  języka państwa  autorytarnego też zmierzał - powiedzmy patetycznie - do

jego  obalenia.  Co  proponowały  w  zamian  -  nie jest już tak istotne.  Z reguły zresztą niespełnialne utopie. Ważniejszy jest sam mechanizm.

Z  tego punktu widzenia cezura r. 1989 jest istotnie ważna. W  tym  bowiem  momencie  cały ten mechanizm - generujący wzorce zachowań,  a  także  pewien  rodzaj  nastawień  i  zobowiązań   przestał  działać.  Że  poeci to sobie uświadomili - świadectwem wiersz  Marcina  Świetlickiego  z  1988 r. Do Jana Polkowskiego. Opowiada on o „poezji niewolników", w której

 

drzewa mają krzyże

wewnątrz  - pod korą - z kolczastego drutu.

 

Zniewolenie, tak powiedzmy, przenosi się do wewnątrz świadodości. Oni

 

Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem

głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,

nasza ulica - mówią cicho: Wanda

Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid.

Józef Piłsudski, Ukraina Litwa,

Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś

w jidisz

 

i dalej:

 

Gdyby w tym mieście nadal mieszkał smok

wysławialiby smoka - albo kryjąc się

w swoich kryjówkach pisaliby wiersze

- maleńkie piąstki grożące smokowi

(nawet miłosne wiersze pisane by były

smoczymi literami)

 

Co  do  tego, czy smok nadal mieszka w mieście pewności nie ma.   Trybowi  warunkowemu  we  fragmencie  zacytowanym  powyżej odpowiada tryb twierdzący zdania następnego:

 

Patrzę w oko smoka

i wzruszam ramionami.

 

Nawet jeśli jest - to raczej bezzębny.

Historyk   literatury   mógłby  dla  analizy  tego  wiersza przywołać  i  Wiosnę Tuwima, i zdanie Słonimskiego o zrzucaniu z ramion  płaszcza  Konrada,  i wczesne, ekstatycznie zachłyśnięte swobodą  wiersze Wierzyńskiego. Ba, także i zbiór Śmierci nie ma Woroszylskiego. Wszelako, zauważmy, podmiot tego wiersza niczego szczególnego  po  owym  mieście bez smoka się nie spodziewa. Ząb będzie  bolał,  zostanie i głod, i samotność, będą - jak dotąd - zmierzchy i burze. I zapewne wytworzy po równi nowe przestrzenie wolności  i  obszary  nowych zniewoleń. Wedle wszakże odmiennych reguł. W nowym paradygmacie.

Wedle  -  o tym traktuje zbiór Czynny do odwołania (2001) - norm   wolnokonkurencyjnej  gospodarki  rynkowej.  W  warunkach, dodajmy,  gdy  państwo traci swe prerogatywy na rzecz organizmów ponadnarodowych    (gospodarczych,   ale   i   politycznych,   i militarnych)  i  gdy - w dodatku - społeczeństwo eksploratorskie zmienia  się  w  dostosowawcze. Nie ma już bowiem przestrzeni do zdobycia,   może  się  zmienić  tylko  wewnętrzna  redystrybucja dóbr.  Państwo nic od niego nie chce, rynek chce go mieć całego. I na tym rynku nie tylko jego wytwory, ale i on sam, funkcjonują jako towar. Element wymiany towarowo-pieniężnej.

 

 

Inna periodyzacja

 

Powiedzieliśmy  wyżej,  iż  cezura  r.  1989  ma  znaczenie społeczne  raczej  niż  ściśle  literackie.  Wówczas  to bowiem, zmieniły  się zasady organizacji społecznej, ustrój, gospodarka, sojusze.  Inne  państwo, inne normy komunikacji społecznej, inne społeczne  struktury.  Ale przecież, gdy „nastał Świetlicki" nie stało  się  tak, że „bezpowrotnie umarli" i Miłosz, i Różewicz a chociażby Zagajewski z Barańczakiem.  Skądinąd zresztą w r.1947, gdy   ukazał   się  Niepokój Różewicza  nie  stało  się  tak  z Przybosiem.    Ten    tryb    myślenia,    mimo,    iż   ożywiał międzypokoleniowe   polemiki,   już  się  nie  powtórzył.  Druga awangarda   nie   wyeliminowała  pierwszej,  Nowe  Roczniki  nie zastąpiły  Nowej  Fali.  Ale z perspektywy 1989 cezury lat 1956, 1970 czy 1980 wydają się mało istotne. Pozostanie więc cezura r. 1918 (choć jest propozycja by przesunąć ja na r. 1905), nie jest jasne  czy  ważniejsza  jest  cezura  r. 1939 czy 1945, z punktu widzenia  przemiany  kodów  literackich  na  korzyść tej drugiej przemawia fakt ukazania się w 1947 r. debiutu Różewicza (wiersze z  tego  zbioru  drukował  od  1945  r.),  nie  mówiąc o tym, iż

zapoczątkowane   wówczas   przemiany   społeczne  generowały  to wszysko,  co  nastąpiło  potem.  Można jeszcze wydzielić enklawę l.1948/9  -  1955,  ale  to,  co - w literaturze - działo się po r.1956   nawiązywało  bezpośrednio  do  tego,  co  dokonało  się wcześniej.  Z  tego  punktu widzenia cezura lat ześćdziesiątych zyskuje  na doniosłości. Jest to bowiem - na planie artystycznym

-  zmierzch  klasycznych  awangard („epoka postartystyczna"), na planie   zaś   społecznym  -  wedle  koncepcji  Żółkiewskiego  - osiągnięcie   etapu   cywilizacji   industialnej.  Z  wszystkimi konsekwencjami,   także  dla  obiegów  literackich,  komunikacji literackiej,  zmiany  ról  i  funkcji  wytwórców.  Ale - patrząc wstecz - z tego punktu widzenia zwiększa się waga cezury 1932 r.Tak  więc dla okresu międzywojennego wewnętrzną cezurą będzie ta właśnie  data,  dla  okresu  powojennego (jeśli wyłączymy epizod socrealistyczny)  -  lata  sześćdziesiąte.  Wszystkie  inne będą wewnętrznymi  cezurami  podokresów  i  mniejszych segmentów. I w zależności   ot   tego,   na   jakie  wydarzenia  -  literackie, polityczne,  społeczne - położymy akcent, przypadną one na różne lata.

A  rok  1989?  Wszystko, poza literaturą samą, wskazuje, że powinien  on  otwierać  nowy okres. Być może jest jednak tak, iż potrzeba  czasu,  by  nowe  zjawiska  mogły się wykrystalizować. Albo, być może, patrzymy dziś na nie z niewłaściwej perspektywy.

Podobieństwa przesłaniają nam różnice.

 

 

Nowi ludzie, w nowym świecie

 

W   r.   1918   powstało   nowe   państwo,   w  r.  1932  z demokratycznego przekształciło się w autorytarne, zmierzające ku dwudziestowiecznej  dyktaturze,  w  r.  1945  rozpoczęło  proces przekształceń społecznych, zmian gospodarki z rolno-przemysłowej na   przemysłowo-rolną,   forsowną   industrializację   wraz   z przekształceniami  struktur  społecznych,  w  okolicach  r. 1960 przekroczyło  - jak pisze Żółkiewski – „płynną granicę formacji kulturalnych", w której „nasilenie ilościowe nowych zjawisk daje już  rezultaty  jakościowej przemiany". Osiągnęło więc ten pułap co USA w okolicach 1939 r., a Francja w r.1950. Różne składowe o tym decydują: stopień urbanizacji, średnia wykształcenia, rozwój i  dostępność form komunikacji społecznej, rozwój infrastruktury społecznej i kulturalnej, relatywna zamożność społeczeństwa, ale także - wykształcanie się osobnych obiegów, mediów, form kultury masowej  i  - co za tym idzie - obsługujących je twórców. Obiegi się  różnicują,  ale  i  ujednolicają.  Poza  wyspecjalizowanymi oferują  te  same  produkty;  dość  poskakać  po  filmowych bądź ogólnych  kanałach telewizyjnych, dość posłuchać list przebojów, dość przejrzeć prasę kolorową...

Jeśli  powiemy,  iż jest to proces obiektywny, mniej więcej podobnie    przebiegający    w   różnych   krajach   cywilizacji euroatlantyckiej        (zwanej        niegdyś       cywilizacją judeochrześcijańską)  to  wokół  wniosków, jakie zeń wyciągnięto można  pogrupować  doktryny literackie, zwłaszcza że dostrzeżono go  już  na  samym początku epoki: odmiennie przez Skamandrytów, odmiennie  przez  futurystów.  Dla  obu  - zresztą w opozycji do teorii  i  praktyki  młodopolan  -  był to problem doniosły. Był doniosły  także  dla  obu  odłamów awangardy - grupy krakowskiej „Zwrotnicy"  i  warszawskiego  „Almanachu  Nowej  Sztuki". W obu zresztą  w  sposób wykraczający poza problemy tylko artystyczne. Zdanie  Gackiego – „figura psychiczna skonkretyzowana w zakresie sztuki  może  i  powinna  stać się wzorcem dla realizacji innych

warsztatów  społecznych"  -  nieznacznie  tylko  przeformułowane mogłoby  znaleźć  się w tekstach Peipera i Przybosia. W obu tych koncepcjach  szło  o to, iż zmieniona rzeczywistość przekształca artystę, on zaś - wytwarzając nowe wzorce zachowań, nowe sposoby organizacji    dzieła   -  przekształca   odbiorców,   więc   i rzeczywistość.  Awangardowe  warsztaty  form  oddziaływać  miały także   pośrednio  -  przekształcając  wytwórców  pracujących  w dziedzinach o większym zasięgu oddziaływania. Tworzyła się w ten sposób  cała  drabina  zależności, bo i kultura masowa - tak jak wtedy  istniała: gazeta, kino, widowiska masowe, także kabaret - oddziaływała na zmianę i form, i nastawień.

Tak  rzecz  traktując  -  zarówno koncepcje „Kuźnicy” jak i społeczny  program  Nowej  Fali  musimy przypisać innemu trybowi myślenia - temu mianowicie, który zakorzeniony był w kulturalnej doktrynie  „państwa  nowego typu'. Tu kultura masowa z definicji znikała  z  pola  widzenia,  to  bowiem, co miało być zbudowane, tworzyło    całość   homologiczną,   choć   zróżnicowaną   wedle dostępności. I jedna, i druga odnosiła się do realności „państwa nowego  typu” - pierwsza na wstępnym etapie przekształceń, druga w warunkach „realnego socjalizmu”.

Wobec podobnego kręgu zagadnień sytuowała się poezja Nowych Roczników  proponując,  z  jednej  strony,  myślenie  azylowe, z drugiej   zaś   przetrwalnikowe,   miała  mianowicie  chronić  i przechowywać   wysokointeligencki  etos...  Tu  wreszcie  trzeba wspomnieć  pomysły  grupy  Kontekst,  proponujące,  w  oparciu o koncepcje   McLuhana,   grę   kontekstami,  swoistą  mozaikowość przekazu.

U  schyłku  epoki  (albo  początku  nowej) odżyło to, co ją otworzyło:   „manifestacja   nieskrępowanej  wolności  twórczej, pochwała  nonsensu  i  absurdu  jako  wartości  poezjotwórczych, uniezależnienie  od kanonu” [P.Majerski, Nowoczesność. Materiały z  X  Konferencji  Pracowników Naukowych i Studentów (Katowice - kwiecień  1997).  Katowice  2000].  To, z jednej strony, gdański TotArt,  z  drugiej  -  nieprzeliczone  mnóstwo art-zinów. Jeśli odwołamy  się  do  pierwowzorów  z  lat dwudziestych - raczej na poziomie  wydawnictw  Kazimierza  Brzeskiego  niż Sterna i Wata. Odmiennie  niż w okresie międzywojennym - bardzo szybko dały się skomercjalizować,   z  art-zinów  wkroczyły  na  łamy  nobliwego „Tygodnika Literackiego”, stamtąd zaś do specjalnych cyklicznych programów telewizyjnych. I w nich się wyczerpały.

Ale  przecież  w  formie  radykalnej  wypowiedziały  to, co określało najbardziej ważki etap działalności "bruLionu”, a co – skrótowo -       definiuje        Wiersz        wspólny Barana-Sandeckiego-Świetlickiego,    adresowany    do    Juliana Kornhausera:

 

Napisalibyśmy wiersze

pełne wielkich idei

lub jakichkolwiek.

Ale, drogi Julianie,

żadna nie stoi za oknem.

Tak, za oknem ni chuja idei.

 

To,     przypomnijmy     przytoczony    wcześniej    wiersz  Świetlickiego, stan po „otwarciu okien", w mieście, w którym nie ma już smoka.

Jeśli  jednak  przywołaliśmy doświadczenia futurystów z lat dwudziestych  to  godzi  się  dodać,  iż  ów radykalny sprzeciw, wymierzony   po  równi  przeciw  starej  sztuce,  mieszczańskiej obyczajowości    i    kapitalistycznym   strukturom   społecznym doprowadził  jednych  do  ideologii  komunistycznej,  innych  ku „odrodzeniu religijnemu". Co i w tym przypadku się potwierdziło.

Tyle  tylko,  że  do  wyboru  był bądź ortodoksyjny katolicyzm i opcja  prawicowa,  bądź  rynek. Ale też jest coś symbolicznego w fakcie,  iż  zbuntowany,  kontrkulturowy  poeta, Jacek Podsiało, autor    zresztą,   wedle   określenia   „Niedzieli",   „wiersza obrażającego  Ojca  Świętego  i  katolików"  staje się po latach felietonistą   „Tygodnika  Powszechnego".  Skądinąd  zresztą  ów wiersz,  niewyznawczy i raczej prześmiewczy, doskonale  mieści się w normach „społeczeństwa przyzwalającego".

Tu bowiem, lokalizując dzieło w obrębie wielkiego uniwersum kultury,  respektując  jego swoistość, wewnętrzne normy, którymi wytwory kultury się rządzą jednocześnie traktujemy je jako luźno tylko   kontaktujące   się   ze   sferą   zjawisk   społecznych, ideologicznych,   politycznych.   Zyskując  na  wolności,  traci jednocześnie  na  znaczeniu. W kręgu tych norm raczej niemożliwa do  napisania  byłaby  książka  tego typu co Stefana Żeromskiego tragedia  pomyłek Juliana  Bruna, nie mówiąc o tekstach Lukasca czy  -  z kręgu krytyków polskich  - np. Melanii Kierczyńskiej z jednej  a młodego Tomasza Burka z drugiej strony.

Ale - i to też jedna  z  tworzących  się  norm  -  społeczeństwo  przyzwalające wytwarza   -  po  obu  stronach  ideologicznego  i  politycznego spektrum  -  postawy  i  ruchy  fundamentalistyczne.  W polskich realiach - prawicowe i ortodoksyjnie katolickie, w wersji raczej przed-  niż  posoborowej.  Tu  dla analizy dzieła przywoła się i Pismo  Święte,  i  pisma  Ojców  Kościoła,  i  uchwały kolejnych soborów, i encykliki papieskie, i dogmaty. Choćby było to dzieło jawnie     rozrywkowe     i     realizujące    normy    gatunków wyspecjalizowanych  -  jak  np.  osnuty na kanwie prozy Andrzeja Sapkowskiego  film Wiedźmin. Skądinąd nie ma sprzeczności w tym, co  pisał  młody  Burek,  a tym, co pisze stary - tyle tylko, że inna jest ideologia i inne wartości. Zachowania wszakże te same, takie samo też poczucie misji i posłannictwa,

Ten  tryb  myślenia,  jeśli  przyjmiemy, iż zasygnalizowane wyżej  diagnozy cywilizacyjne są słuszne, będzie charakteryzował małe  fundamentalistycznie  nastawione  zbiorowości.  O  tym, co będzie  dziać  się  w  centrum,  decydować  będzie rynek, raczej uśredniając niż wyostrzając postawy.

U  progu  nowego  stulecia  (i  milenium  także) wciąż nie możemy  uporać  się  z  tym,  co działo się w poprzednim. Czysto intuicyjnie  możemy powiedzieć, że jego fascynacje: a to ruchami masowymi,  a  to  twórczymi możliwościami jednostki, wyprawami w nieodkryte  lądy  zachowań  społecznych  a  to  znów  w  głębiny podświadomości,    przekształceniami    przyrody    i   struktur

społecznych  słabo  kontaktują  się z tym, co dziś naprawdę jest żywe.   Nie  zdobywczość  ale  przetrwanie,  nie  ekspansja  ale urządzenie  się  w  dostępnych  niszach  ekologicznych. Skądinąd zresztą  dzisiejsze  utopie  mają raczej charakter konserwatywny niż progresywny.

Wiersze   otwierające  wiek  dwudziesty  zostały  w  Polsce napisane  w  r.1914,  trzy  wiersze  Jerzego  Jankowskiego: Tram wpopszek  ulicy,  Spłon  lotnika i Maggi. Jak się uprzeć można w nich  odnaleźć  to  wszystko, co - na różne sposoby - późniejsza poezja  opiewała bądź krytykowała - od zachwytów cywilizacyjnych po  ekologię,  od  fascynacji  ruchami masowymi, po problematykę jednostki,  a  w  tym wszystkim jeszcze nowe cywilizacyjne mity. Tamten  świat  został  rozpoznany stosunkowo szybko, ten - zdaje się  nie  tylko  poetom  -  rysuje się niejasno. Że nie jest tym samym  światem, zdaje się już wiemy. I to jeszcze wiemy, że jego reguły  na  przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zostały wydrwione. Proces destrukcji norm się dokonał.

Choć  być  może  jest tak, że jak Świetlicki po mieście bez smoka  niczego szczególnego się nie spodziewa, tak i w tym nowym świecie  ważne  będzie  trwanie  bytowanie w enklawach, dawanie jednostkowych świadectw...

Choć  przecież doświadczenie uczy, że najdłuższa cisza jest zwykle przed burzą...

 

X-XI-XII

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli