Andrzej K. Waśkiewicz
Poezja, wciąż dwudziestego wieku
O synchronii i diachronii
Najbardziej skrótową definicję procesu odnajdziemy w tytułowym wierszu Brunona Jasieńskiego z tomu But w butonierce. Oto ów fragment:
W parkocieniu krokietni - jakiś meeting panieński.
Dyskutują o sztuce, objawiając swój traf.
One jeszcze nie wiedzą, że gdy nastał Jasieński,
Bezpowrotnie umarli i Tetmajer i Staff.
Panienki, które w cienistym parku, obok pola do gry w krokieta dyskutują o sztuce, to tzw. kulturalna publiczność. Jej świadomość, nawet jeśli nastawiona jest na impulsy nowości, jest krok spóżniona wobec tego, co w sztuce się zmienia. Na tym jeszcze etapie sądzą, że jest to dołączanie; że do znanego już repertuaru (chwytów i nazwisk) dołączają nowe, całość nie
zmienia swej struktury. Tymczasem Jasieński (powówczas zresztą student polonistyki) całe pole równoległych rozwiązań dzieli na dwie wielkie całości. Staff i Tetmajer symbolizują to, co odchodzące, on „młody, genialny" otwiera pole rozwiązań, które zbuduje całość wobec tamtej opozycyjną. Można to powiedzieć jeszcze inaczej. Wyobrazić sobie wielką historię literatury, w
której poszczególne epoki opisane są w osobnych tomach. W tomie, w którym znajdzie się Jasieński, Tetmajera i Staffa nie będzie. Ich bowiem twórczość, jakkolwiek trwa nadal, i na półkach księgarskich ich książki mogą spotkać się z tomami Jasieńskiego, należy do epoki, która umarła, a wraz z nią, z punktu widzenia procesu historycznoliterackiego, umarli i oni. W r. 1920, gdy ukazał się But w butonierce Tetmajer miał 58 lat, Staff 44. Jasieński, „młody, genialny" - 19.
Ale, pozostańmy przy tych trzech nazwiskach, dalsze ich losy ukażą cokolwiek odmienne strony procesu. Tetmajer w rok później zostanie prezesem Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy, w 1931 odbędzie się uroczysty jubileusz 45-lecia twórczości, w 1934 zostanie mianowany członkiem honorowym Polskiej Akademii Literatury. Nic istotnego już jednak nie napisze, cała jego twórczość zamknie się w epoce Młodej Polski. Umrze w 1939 r. Staff będzie czynny jeszcze przez kilka epok. Jego tomy z lat dwudziestych i trzydziestych nawiążą dialog z wierszami skamandrytów, Wiklina (1954) i Dziewięć muz (1958) - z twórczością Różewicza. W momencie śmierci (1957) będzie - przywołajmy, modyfikując nieco znaczenie, tytuł książki Artura Sandauera - „poetą trzech pokoleń". Sam Jasieński zostanie zamordowany w 1937 roku, jego twórczość poetycka (z prozatorską jest nieco inaczej) zamknie się we wczesnej fazie rewolucji awangardowej - pierwszym etapie futuryzmu. W szczególny sposób pozycja Jasieńskiego i Tetmajera są podobne, Staffa - odmienna.
Proces historycznoliteracki opisujemy zazwyczaj badając dwa jego zasadnicze wymiary - synchronii i diachronii. W tym pierwszym opisujemy równoległość zjawisk, w tym drugim - ich następstwo w czasie. W pierwszym przypadku unieruchamiamy proces, izolujemy pewien segment czasowy, opisujemy zjawiska równoległe i związki, w jakie ze sobą wchodzą, w drugim - opisujemy proces, badamy innowacje, przesunięcia w ramach
systemu, zmiany paradygmatów. W pierwszym przypadku interesują nas podobieństwa i wzajemne związki, w drugim - odmienności.
Są to dwa wymiary tej samej całości. Wszelako gdy badamy świadomość indywidualnych twórców dostrzeżemy, iż akcent pada raz na poczucie wspólnoty, powiemy wówczas, iż wyczulony jest na związki synchronii, innym razem na to, co dzieli i odróżnia - powiemy wówczas, iż wyczulony jest na związki diachronii. Dla tego drugiego nastawienia wiersz Jasieńskiego jest wręcz pokazowo chakterystyczny. W pewnym momencie mówi:
Tak mi dobrze, tak mojo, aż rechoce się serce.
Same nogi mnie niosą gdzieś - i po co mi, gdzie?
Idę młody, genialny, niosę BUT W BUTONIERCE,
Tym co za mną nie zdążą echopowiem: - Adieu! -
To wszystko, co istotne, dokonać się może tylko w tym segmencie procesu, który on zapoczątkował. Ci, „co za nim nie zdążą" są równie martwi jak „Tetmajer i Staff". Jest mi „mojo", albowiem wyodrębniłem się spośród zjawisk równoległych; to, co mnie łączyło, ustąpiło przed tym, co teraz - gdy sobie uświadomiłem różnice - zaczęło nnie dzielić. „Mojo" nie wyklucza
"”maszo" - ale wspólnota będzie się już konstytuować wśród podobnie odczuwających.
„Panienki", które w tym wierszu uosabiają czytającą publiczność, „jeszcze nie wiedzą, [...] jeszcze nie czują", więc - zaleca im - „niech się główki odświeżą". Przełom już się dokonał. Już nie ma powrotu do tego, co robili „Tetmajer i Staff". „I nic jakoś mi nie żal, choć powinno być żal". To ostatnie zdanie, ambiwalentne przecież, mówi o kosztach
zerwania. Z całą świadomością, iż jest ono konieczne.
Że jest to pochodna romantycznego buntu wiedział Tadeusz Peiper. Pisał, iż awangardziści synowsko wywodzą się od Mickiewicza i Słowackiego. Wspólna jest bowiem postawa. Nastawienie na zmianę. Tę postawę odnajdziemy i w manifestach pozytywistów, i młodopolan, skamandrytów i futurystów, ba - socrealistów także.
Cząstki duże, mniejsze i zupełnie małe
Cząstka duża to prąd, cząstki mniejsze to szkoły, poetyki, doktryny. Na ten porządek nakłada się porządek następstw pokoleniowych. Zazwyczaj jakieś pokolenie inicjuje prąd, ale dokąd nie nastąpi zmiana formacji myślowych kolejne pokolenia dokonują zmian w obrębie prądu. Pierwsze i drugie pokolenie romantyków, dwa pokolenia modernistów. Poezja ingwistyczna to jedna z pochodnych awangardy, ale jej wewnętrzne przemiany generowało następstwo generacji - Bieńkowski, Białoszewski i Karpowicz, Balcerzan, wreszcie Krynicki i Barańczak. W wieku XIX mamy aż trzy wielkie prądy: romantyzm, pozytywizm, modernizm. Dla wieku XX, jakkolwiek potrafimy ustalić punkt wyjścia (widzimy go po równi w twórczości skamandrytów, jak i w trzech wierszach Jerzego Jankowskiego), nie znamy jednak finału. Cezury wewnętrzne wyznaczamy raczej według wydarzeń społeczno-politycznych niż wielkich przełomów myślowych. I, z dostępnej nam dziś perspektywy, nie potrafimy orzec, czy większym przełomem był r. 1932 („jasna" i „ciemna" tonacja) czy r. 1939, czy może 1945? I zmiana, która miała dokonać się w r.1989 z perspektywy tego, co stało się potem, wcale nie wydaje się tak doniosła (zmieniła reguły życia literackiego, to prawda).
Gdy na cały ten okres, którego datę inicjalną ustalamy na r.1914, spróbujemy spojrzeć całościowo, zobaczymy go raczej w perspektywie wielkiej synchronii. Jeśli natomiast będziemy badać poetyki, szkoły i doktryny perspektywa diachronii okaże się przydatna. Dostrzeżemy progres i zmierzch futuryzmu, przemiany poetyk awangardowych, formowanie, przekształcanie i zmierzch poetyk (np. poezji lingwistycznej), ba - całych ogromnych doktryn, które miały zmienić podstawy literatury - jak np. z jednej strony socrealizm, z drugiej np. poezja konkretna - a doskonale mieszczą się w całości i ich nadzieje na radykalną zmianę okazały się niespełnione. Raczej było tak, że poszczególne elementy doktryn wbudowywały się w synkretyczną całość, przekształcając ją, przy niezmienionym paradygmacie. Albo też po prostu, ewoluując, wyczerpywały swe możliwości i gasły, nie pozostawiając wiele śladów. Z tej perspektywy wiek XX jest rzeczywiście „biegunką izmów", im bardziej głośnych, tym bardziej efemerycznych. sam ich katalog złożyłby się na sporą broszurę (dysponujemy zresztą w tym zakresie solidnym kompendium - Słownikiem europejskich kierunków i grup literackich XX wieku Grzegorza Gazdy, 2000, tom liczy 768 stron). Bo też, co należy uwzględnić w analizach, mamy tu do czynienia ze zbiorowością autorów o nieznanym w epokach wcześniejszych rzędzie wielkości. Funkcjonujących na rynku tyleż ujednolicającym się, co wytwarzającym rozmaite wewnętrzne obiegi. I, bywa, odróżnienie, wyakcentowanie różnic, przekonanie do nich publiczności czytającej, jest warunkiem istnienia i unkcjonowania.
Mówiąc całkiem trywialnie - dokąd nie zmieni się paradygmat przyrost odbywa się w ramach zbioru, zmiana paradygmatu pociąga za sobą utworzenie nowego zbioru. By odwołać się do analogii z przyrządem na którym piszę ten tekst - wciąż jest to jeden katalog - jakkolwiek w jego ramach zbudowałem całkiem solidnie drzewo hierarchiczne plików, ale już zaczynam się w nim gubić. Wygodniej byłoby otworzyć nowy katalog, i w tego ramach
dokonywać operacji. Problem w tym, że nie wiemy od którego punktu historycznoliterackiego procesu należy otworzyć nowy katalog. Gdzie kończy się literatura wieku XX, a zaczyna XXI.
Jest i kolejna trudność, dla literatury XIX wieku stworzyliśmy, zgodnie z tym jak się ona kształtowała, trzy tomy: romantyzm, pozytywizm, modernizm. Jeśli coś takiego zrobimy dla literatury w.XX będzie to zabieg sztuczny. Czy twórczość np. Gombrowicza to druga faza dwudziestolecia, podobnie jak twórczość Miłosza? Czy Różewicz to poeta lat czterdziestych,
albo - jeśli przyjmiemy kwalifikację pokoleniową - generacji wojennej? To nie kwestia punktu wyjścia, ale rzeczywistej roli, jaką w poszczególnych okresach odgrywali.
Nawykowo ten prawie dziewięćdziesięcioletni okres dzieliło się bądź to według następujących po sobie poetyk dominujących, bądź wedle następstw pokoleniowych. Po młodopolanach skamandryci, po skamandrytach futuryści, po nich pierwsza i druga awangarda, po niej poeci pokolenia wojennego, potem „pryszczaci", potem Współczesność, Orientacja, Nowa Fala, potem Nowe Roczniki...Co to tego, co nastąpiło po Nowych Rocznikach, zgody nie było, ścierały się różne koncepcje. Po prawdzie nie było też zgody czy Współczesność i Orientacja to dwa różne pokolenia, czy dwie odmienne fazy jednego. Autor niniejszego stoczył całą batalię na rzecz pierwszego stanowiska. Ale po Nowych Rocznikach ta problematyka jak gdyby się upodrzędniła, przestała zajmować poetów na tyle, by skłonni byli toczyć pokoleniowe boje. Skądinąd też to czy pisać „tylko metaforą" czy raczej „mówić wprost" nie tak znów ich fascynuje, by się mieli o to spierać.
Rzędy wielkości, obiegi
Już kiedyś posłużyłem się tym porównaniem, ale powtórzę go tu jeszcze raz, ukazuje bowiem rozmiary zjawiska. Zbiór poetów polskich XIX wieku Tuwima-Hertza liczy sześć tomów. Opracowany wedle tych samych zasad zbiór poetów (i wierszopisów) wieku XX liczyłby 20 albo i 25 tomów. Gdy w l.70. w redakcji „Poezji" powstał pomysł wydania słownika poetów debiutujących po r.1945 ostatnia wersja zbliżała się do tysiąca nazwisk. W nieistniejącej już Młodzieżowej Agencji Wydawniczej Jerzy Koperski i autor tych słów podjęli próbę wydania cyklu antologii prezentujących - w układzie pokoleniowym - poezję polską po r. 1945. Miało być ich 6: 1) debiutanci lat czterdziestych (łącznie z poetami okupacyjnymi), 2) "pryszczaci", 3) Pokolenie Współczesności, 4) pokolenie l.60., 5) Nowa Fala, 6) Nowe Roczniki. Zdaje się, że planowaliśmy jeszcze osobną antologię poetów emigracji. Niewiele z tego wyszło, bo firma upadła. Ale antologia Nowych Roczników, przedwczesna, bo zjawisko było jeszcze w fazie wzrostu, obejmuje 60 osób (Poeta jest jak dziecko, 1987). Antologia poetów l. 60 (Zjawa realna, 1999) obejmuje 102 autorów. Prawie ukończona antologia pokolenia Współczesności też mniej więcej tylu. Dla porównania powiedzmy, iż antologia poetów międzywojennych Michała Głowińskiego i Janusza Sławińskiego (Poezja polska okresu międzywojennego, 1987) gromadzi wiersze 62. autorów.
Można, biorąc pod uwagę tylko przytoczone wyżej liczby, pobawiać się w rachunki. Przyjmiemy,iż doprowadzona do l. 80 lista poetów, którzy wydali więcej niż jeden tomik liczyłaby 1200 nazwisk. Z tego w antologiach pokoleniowych - mniej selektywnych - znalazłaby się połowa, 600 nazwisk. Ale jeśli z debiutantów dwudziestolecia 1918-1939 dało się ocalić 62. autorów to nic nie pozwala przypuszczać, iż dla okresu 1940-2000 nie dałoby się - wedle podobnych kryteriów - znaleźć ich mniej niż 186. Ale przecież, wiemy skądinąd, w antologii Głowińskiego-Sławińskiego brak jest całych zespołów autorskich, którymi interesują się badacze - od poetów ludowych i regionalnych, legionowych, kaszubskojęzycznych, po peryferyjne grupy w rodzaju Drugiej Katarynki Warszawskiej. A i spośród autorów głównych nurtów dałoby się wykazać całą masę pominięć - spośród poetów drugiej fazy futuryzmu - chociażby Stanisława Brucza i Stefana Kordiana Gackiego, spośród - jak ich wtedy nazywano - paseistów - np. Bronisława Przyłuskiego, spośród poetów prawicy - chociażby Józefa Aleksandra Gałuszkę. A i dla nicjatora rewolucji futurystycznej - Jerzego Jankowskiego (Yeżego Yankowskiego) też zabrakło tu miejsca. Że z tego samego okresu można ocalić innych autorów - świadectwem wcześniejsza antologia Matuszewskiego-Pollaka (Poezja polska 1914-1939, wyd.2, 1966). A przecież jest to okres opisany, zinterpretowany, i - zdawało by się - hierarchie są tu ustalone.
Przytoczone wyżej liczby możemy zestawić z antologią Andrzeja Lama Kolumbowie i współcześni obejmującą okres po 1939 r. W pierwszym wydaniu z r. 1972 obejmuje ona 53 poetów , mniej więcej 35 na każde dwudziestolecie. Rachunek z antologii Głowińskiego-Sławińskiego daje nam na dwudziestolecie 62 godnych ocalenia, z antologii Lama - 35, dla całego okresu 1914-2000, wedle pierwszego rachunku otrzymamy 26o nazwisk, wedle drugiego - 147, średnia wyniesie 203. Ale obliczany podobnie rachunek z antologii MAW da nam mniej więcej stu poetów na dziesięciolecie, na dwudziestolecie więc dwustu. Co do przyrostu nazwisk ostatnie dane, jakimi dysponujemy, pochodzą z lat 80.- wahały się pomiędzy 70 a 80 rocznie., dla l.70. były niższe - od dwudziestu paru do czterdziestu. Ale - jeśli pamiętamy ilość autorów ze słownika „Poezji" - wyliczona z nich średnia roczna wyniosłaby ok.40. Dla całego więc okresu 1940-2000 - ok.2400 nazwisk. Nie bawiąc się w dalsze wyliczenia przyjmijmy ją jako punkt wyjścia. Dla każdego dwudziestolecia uzyskamy wtedy średnią 800, z czego wedle rachunku z antologii MAW ocaleje 200, z antologii Głowińskiego-Sławińskiego - 62, z antologii Lama 35. Ilość odrzutów łatwo obliczyć.
Ale cały ten rachunek może być rozpatrywany jeszcze inaczej. Nie dynamicznie a statycznie. Z perspektywy - każdorazowo ustalonej - synchronii. W tym przypadku interesować nas będzie cała czynna w danym momencie populacja. Z której to populacji tylko niewielka część jest wstępnie ustrukturyzowana, cała zaś reszta, różna w zależności od tego jaką wiedzą dysponuje badacz, jest zespołem zjawisk z tego samego planu, rodzajem płynnej magmy. Otóż można przyjąć, iż badacz który chciałby - w miarę kompetentnie - opisać sytuację w roku, powiedzmy, 2000 musiałby poruszać się w zespole nie mniejszym niż 1000 autorów conajmniej 5-8 tysięcy książek.
Dodatkowa trudność wynika z ujednolicania się obiegów. W l.20. i 30. raczej nie było trudności z rozróżnieniem co jest twórczością wysokoartystyczną a co trywialną, co poezją profesjonalną a co poezją ludową i np. robotniczą, ba - twórczość amatorek spisujących przy wirujących stolikach pośmiertne strofy Juliusza Słowackiego tak się odróżniała od aktualnej literackiej normy, że z definicji mogła być wyłączona z bilansów. Im bliżej lat dwutysięcznych tym bardziej kody się ujednolicają. Konopnicką mało kto pisze, z reguły Różewiczem. Nawet jeśli jest poetą ludowym i pisze gwarą. Wtedy jednak gwara, dialekt i co tam jeszcze pozwala upakować go do osobnego katalogu. Co prawda o znacznej części wierszy możemy orzec, iż jest to twórczość amatorska (jak jak istnieje malarstwo amatorów) ale - w ramach tego samego co wysokoartystyczna paradygnatu, różni ją tylko stopień innowacyjności. Co prawda można wprowadzać dalsze rozróżnienia i powiedzieć, iż z reguły niski stopień samoświadomości odróżnia ją od dzieł „talentów zależnych, naśladowczych", „pisarzy wykorzystujących koniunkturę" (tak Kazimierz Wyka tłumaczy termin Friedricha Kummera „die Industrietalenten"). W praktyce można wnioskować pośrednio - ze środowiska, w którym autor działa, pism, z którymi współpracuje, z tego, gdzie wydaje swe książki. Są to jednak kryteria coraz bardziej zawodne. Nawet tzw. recepcja krytyczna nie wiele nam powie, nie tylko dlatego, że obiegi się nie sumują, a z masy zjawisk niewiele przenika do obiegu dużego, ale także z tego, że małe obiegi wytwarzają własne hierarchie, nie uśredniające się w obiegach dużych. Nie jest więc tak - przywołam przykład z obszaru, którym zajmowałem się wiele przed laty - iż hierarchie w obrębie "imperium kultury studenckiej" weryfikowały się poprzez przenikanie w obręb "kultury narodowej". One w tym obiegu małym - powiedzmy kręgu RSTK - mogą funkcjonować bez wyjścia na zewnątrz. Od debiutu po dzieła wybrane. I zgromadzić całkiem pokaźne piśmiennictwo przedmiotowe, które też - poza tym kręgiem - nie funkcjonuje.
Jeszcze o diachronii i synchroni
Skrótowo, upraszczając do granic symplifikacji, możnaby
rzec, iż umarły nadzieje, nie poetyki. Wedle socrealistycznych reguł da się dziś napisać wiersz o Janie Pawle II, ale nie da się powtórzyć tych nadziei, które żywili futuryści i np. Awangarda krakowska we wczesnej fazie. Nieznacznie przeformułowane wiersze Bohdana Drozdowskiego z tomów Jest takie drzewo i Moja Polska mogły by być opublikowane jako utwory powstałe współcześnie. Wiersze Miłosza drukowane w piśmie średniomłodych nie różnią się od tła. Było tak pod koniec lat osiemdziesiątych, że młoda poetka debiutowała wierszami z wczesnych tomów Jerzyny, inna - w latach sześćdziesiątych - Sukienką w groszki Różewicza, a pewien poeta w latach siedemdziesiątych w swym debiutanckim tomie przedrukował wiersz Czuchnowskiego z lat trzydziestych. Wtopiły się w tło.
Choć przecież historyk literatury każdą z tych poetyk wpisze w proces historycznoliteracki - Czuchnowski to II awangarda, Różewicz - pokolenie wojenne, Jerzyna - pokolenie lat sześćdziesiątych. Poetyki są opisane, światopoglądy też, nawet studia wersologiczne opracowano. A przecież mogą być traktowane jako - w pewien sposób - równoczesne, a w każdym razie: nadal produktywne. Bo są produktywne. To wszystko bowiem dzieje się w ramach tego samego, posiadającego dziesiątki plików, katalogu. Został on otwarty w r. 1914 i dotąd nie zamknięty.
Ten katalog zawiera całe drzewo hierarchicznie uporzadkowanych plików. Porządek poetyk dominujących nakłada się tu na przedziały okoleniowe, można też wyjść od podziałów pokoleniowych, rezultat będzie, mniej więcej, podobny. Skamandryci to głównie ostatnie roczniki XIX wieku, futuryści i Awangarda - pierwsze roczniki w.XX (najmłodszy - Adam Ważyk urodził się w 1905, chyba że przypomnimy jeszcze Milę Elin i hipotetyczny rocznik 1908), poeci II Awangardy to roczniki 10., poeci pokolenia wojennego - wczesne 20, „pryszczaci" późne 20. i wczesne 30, „Współczesność" - roczniki trzydzieste, pokolenie Orientacji późne 30. i wczesne 40., Nowa Fala - głównie późne 40, Nowe Roczniki - 50. We wszystkich tak nazwanych generacjach odnajdziemy wewnątrz cała skomplikowaną linie podziałów, system jedności wzajem siebie tyleż opozycyjnych co komplementarnych. I - co ważne - coś w rodzaju „manifestu założycielskiego". Ale także mniej lub bardziej dobitnie powtórzone to, co w r.1920 mowił Bruno Jasieński. Tyle, że bez tego rezonansu. Tetmajer, po wystąpieniu Jasieńskiego, rzeczywiście umarł - jako wzór stylu poetyckiego. Po głośnym niegdyś artykule Jerzego Stanisława Sity Nic albo niewiele w potoku słów styl różewiczowski miał się równie dobrze jak przedtem. Podobnie zresztą jak przybosiowski czy miłoszowski. Co najwyżej w poszczególnych okresach odnotowujemy fluktuację zakresu oddziaływania. Ale jeśli przyjmiemy, iż „styl miłoszowski" oddziaływa - jak styl współczesny nie zaś element historycznoliterackiej tradycji - od wczesnych lat trzydziestych - jest to mniej więcej tyle, ile trwał romantyzm (1822-1863) z pozytywizmem pospołu (1864-1895). Cały zaś modernizm, z wszystkimi jego fazami, następstwem generacji zamknie się w okresie niewiele dłuższym niż międzywojenne dwudziestolecie (1890-1918). Dla okresu 1918-1939 wewnętrzna cezura 1932 r. ma charakter tyleż społeczny („faszyzacja") co literacki („ciemna tonacja"), dla okresu powojennego trzy - powszechnie przyjmowane - cezury 1945, 1949, 1956 już raczej polityczny (choć w l.1948-1955 rozegrał się niemal w całości epizod socrealistyczny). Dla okresu późniejszego badacz (Zbigniew Jarosiński w odpowiednim haśle Słownika literatury polskiej XX wieku, 1982) znajdzie już tylko przesłanki z zakresu życia społecznego - l.1968-1970: „kampania przeciw «rewizjonizmowi»", „wyjazd z kraju niektórych pisarzy pochodzenia żydowskiego", choć także „początek Nowej Fali",w 1980 „powstanie wydawnictw pozacenzuralnych", „ożywienie
problematyki politycznej [...], próby przezwyciężenia rozdarcia literatury polskiej na krajową i emigracyjną, a więc włączenia emigracyjnej w obieg krajowy", w 1982 znajdzie „nową falę emigracji"... Skądinąd i moja teza, iż jedną z takich cezur stanowią lata sześćdziesiąte, i teza Jana Błońskiego, iż w r.1989 dokonał się przełom równy temu z r.1918 upowszechniły się raczej słabo. Choć na korzyść tej drugiej przemawiało wszystko - poza samą literaturą.
Od owej inicjalnej daty dziś dzieli nas czas dłuższy niż pierwszy okres międzywojennego dwudziestolecia.Z tego punktu widzenia można rzec, iż wspomniany Słownik... ukazał się grubo przed czasem, wiek XX trwa, i - jak na razie - nic nie zapowiada, iżby się miał szybko skończyć.
I jest jeszcze tak, że im bliżej końca stulecia tym bardziej skłonni byliśmy oglądać go z perpektywy raczej synchronii niż diachronii. W r. 1925 futuryzm wydawał się odległym epizodem, z perspektywy r.1932 był po równi z krakowską Awangardą „etapem minionym", ale z perspektywy r.1956 młodym ze „Współczesności" wydawał się daleko bardziej współczesny niż twórczość Woroszylskiego, ich o kilka lat starszego brata. Wtedy można było myśleć, że to tylko efekt zwichnięcia naturalnych linii rozwojowych dwudziestowiecznej literatury, owej „socrealistycznej zapaści". Ale gdy w l.90. śledziło się masowe konwersje, styl uprawiania polemik literackich, sposób widzenia zjawisk nic innego nie przychodziło na myśl, niż ów, wedle słów Ważyka, dur póżnych lat 40. i wczesnych 50. I w tym względzie potwierdzała się ciągłość. Wszystko na przedłużeniach, nic od podstaw. Tyle tylko, że naturalne zmiany wrażliwości, rodzajów nastawień, zasobu doświadczeń - to więc jednym słowem, co należy do mechaniki zmian pokoleniowych - powodowały przekształcenia i paradygmatu, i funkcjonujących w jego ramach wzorców.
Gdybym był bardziej próżny niż jestem, przywołałbym swoje szkice z lat sześćdziesiątych. Wydawało mi się wtedy, iż poetykę mojego kręgu (a także to, co sam w poezji robiłem) da się opisać przy pomocy dwu pojęć: formulizmu i synkretyzmu. Pierwsze definiowało pewien typ obrazu poetyckiego, z tym o czym tu mówię wiąże się luźno. Drugie wszakże tyczyło stosunku do tradycji. I tej bliższej, i tej dalszej. Ta bliższa stanowi pewną całość - raczej komplementarną niż antynomiczną. Mówiąc skrótowo - „kruże", „łabędzie" a nawet - niech będzie - i „chramy" nie wykluczają „tramwaju", „samolotu" (w pierwowzorze nazywał się on raczej „aeroplanem"), „dansingu" i miejskiego tłumu. Gdybym wiedział wtedy więcej niż wiedziałem, mógłbym powiedzieć, iż coś takiego grubo wcześniej dostrzegł Adam Ważyk, nieortodoksyjny
awangardysta. Heteronomiczne składniki świadomości (także tej głębinowej), których nie ma powodu eliminować z rzeczywistości przedstawionej, jeśli nie chce się budować jednopłaszczyznowego, redukcjonistycznego obrazu. Skądinąd, dodajmy, było to w zgodzie z tendencjami epoki. która odkrywała, iż Freud jest niesprzeczny z Marksem, św.Tomasz z Darwinem (co prawda Przyboś kpił, iż zdaniem Teilharda de Chardin Darwin przewidział anioły, ale można by dodać, że z jego dzieła nie wynika, by nie mogły istnieć), ten sam Marks da się połączyć z Sartrem, a z pism Engelsa nie da się wywieść zaprzeczenie teorii Einsteina...
W odniesieniu do literatury (nie bez wpływu strukturalizmu) znaczyło to tyle, że struktury mogły być traktowane jako względnie autonomiczne. Poza systemem znaczyły co innego niż w nim. Przyboś nie wyklucza Przybyszewskiego, Peiper Eliota. Korelat obiektywny da się pogodzić z pseudonimem i ekwiwalentem, aluzja wyobrażeniowa z symbolem.
Oznaczało to, z jednej strony, zmierzch klasycznej awangardy, z drugiej - mogło prowadzić do dekonstrukcji, teorii wpierw epoki postartystycznej, potem ku różnym wersjom postmodernizmu.
Dwie traumy
Cały ten obszar zjawisk da się zgrupować wokół dwu traumatycznych doświadczeń: 1914-1918 i 1939-1945. Tak jak odpowiedzią na pierwsze były konstruktywistyczne, w swym przesłaniu jasne, nurty awangardowe, tak odpowiedzią na te drugie - socrealizm. Obie proponowały pewnego rodzaju utopie społeczne. Obie też porządkowały rzeczywistość wedle podobnych założeń - organizowały zbiorowość wokół idei, jednostkę widziały wewnątrz społecznych struktur; wolność uzyskiwała ona poprzez uświadomienie sobie społecznych usytuowań i ról. Wielki projekt przebudowy - i naturalnego otoczenia, i społecznych struktur, i - w konsekwencji - osobowości. Nowy człowiek w nowym świecie. Świat, który dziś właśnie się zaczyna.
Biorąc pod uwagę wewnętrzne cechy doktryn - podobieństwo są natury raczej homologicznej niż analogicznej. Nadzieje wszakże były podobne.
Te pierwsze skończyły się w okolicach 1932 r., te drugie - w okolicach r.1955
Ale przecież powracały.
Tak sformułowane zadania poezji konstytuowały się wokół projektu przebudowy. Realność jako pole przekształceń, poezja jako jej narzędzie. Od Przybosia, który w Śrubach i Oburącz opisywał zorganizowane pracujące masy, Stefana Kordiana Gackiego, który z przemian rzeczywistości wywodził genetycznie nowy „typ psychiczny" artystów - „świadomych konstruktorów", poprzez socrealistów, którzy z dziejowych prawidłowości wywodzili i nowe struktury społeczne i nowego człowieka - świadomego konstruktora i siebie, i świata, poprzez Orientację, gdzie rozpoznanie rzeczywistości i budowa nowych „stałych wyobrażeniowych" miała dokonywać się na gruncie wyobraźni symbolicznej... Tu także pomieści się nowofalowy projekt poezji, która poprzez krytyczną analizę społecznych wynaturzeń (obojętnie - obserwowanych wprost, czy poprzez odbicie w zafałszowanym języku) miałaby odnaleźć jej rzeczywisty kształt i - w efekcie - wyzwolić jednostkę od społecznych zniewoleń. Nawet artykułowana przez Nowe Roczniki chęć zbudowania alternatywnego projektu społecznego, na wzór nieinstytucjonalnych więzi międzyludzkich należy do tego samego sposobu myślenia.
Patrząc z dużej perspektywy da się w tym wszystkim wykryć podobieństwo nastawień. Przesunięcie akcentu z odbijania na projektowanie, z opisu na konstrukcję, z kontemplacji na postawę aktywistyczną. Także - już na gruncie tekstu - z operacji na elementach zastanych na konstruowanie nowych całości. I - jeszcze inaczej - odnajdziemy w tym wszystkim refleks postawy eksploratorskiej. Świat jest tym, co należy zdobyć i przekształcić.
I, z tego punktu widzenia, mniej istotne jest jak się te projekty miały do polityki państwa. Na ile technicystyczne zachwyty młodego Przybosia współbrzmiały z wielkomocarstwową polityką II RP, w jakim stopniu socrealizm był literackim odbiciem doktryny „państwa nowego typu", a także na ile bunt Nowej Fali, w pierwszej jej fazie, nie był sprzeczny z koncepcją
„drugiej Polski" i dlaczego - po roku 1976 - jej sposób myślenia stawał się dla sterników nawy państwowej niewygodny, lepszy był już raczej „azylowy" tryb myślenia Nowych Roczników. I, z tego punktu widzenia, drugorzędne, choć ważne, jest to, na ile z kolei ich społeczne utopie wyprzedziły w czasie utopie solidarnościowe.
Zogniskowana wokół dwu traum historia poetyckich doktryn XX wieku będzie ciągiem prób wyzwalań się od nich. Budowy utopii, które - w przyszłości - miały je uniemożliwić. Trauma, zepchnięta w podświadomość, wyzwalała, tak nazwijmy, zmysł konstrukcyjny, myślenie konstruktywne. Ale także prymarny we wszystkich, choć z różną siłą akcentowany, „gest odcięcia". To, co Krzysztof Gąsiorowski nazywał „brzemieniem początku", a co artykułowali niemal wszyscy programotwórcy - od Jasieńskiego i Peipera po Joachimiaka i Zawistowskiego. Ale - jeśli tak będziemy patrzeć - zauważymy, iż bliżej końca wieku tym bardziej dokryny te konstruowane były fragmentarycznie, budowane raczej z intuicji, przypuszczeń (Parę przypuszczeń na temat poezji współczesnej tak brzmiał tytuł jednego z manifestów Barańczaka) niż hierarchicznie uporządkowanych twierdzeń. Aż u końca wieku albo zanikły albo zaczęły przybierać kształt prywatnych zwierzeń.
I to też zauważmy, iż rzadko realizowały się w pełni. Z reguły było tak, że poeci odchodzili od pierwotnych założeń, bądź - jak obie formacje nowofalowe - traktowali je jako pomyłki młodości, teksty zorientowane raczej sytuacyjnie niż programowo.
Albo też stawało się tak, że traumatyczne doświadczenie inicjalne, przeciw któremu nakierowane były konstruktywne dążenia fazy wstępującej, u jej końca wyzwalają się, stanowiąc swoisty wzór świata, To przypadek Krzysztofa Gąsiorowskiego.
Ta trauma, z której Gąsiorowski chciał się wyzwolić (tak należy rozumieć jego artykuł o „końcu czarnego poloneza"), stawała się swoistym wzorcem. Dla „Współczesności" były to doświadczenia poznańskiego marca 1956 r., dla Nowej Fali marca 1968 i grudnia 1980, dla autorów, których Marian Kisiel określił mianem „pokolenia Reduty" - doświadczenia stanu wojennego. Ale przecież urodzony w r. 1972 Wojciech Wencel, gdy rekonstruuje coś w rodzaju pierwszych doświadczeń też idzie tym tropem: „posterunki turańskich żołnierzy", „tortury w wodzie zrywanie paznokci", w tle zaś „domy z betonu" i „kiosk z Trybuną Ludu". Wiersz skierowany jest do Zbigniewa Herberta i wedle jego póżnych tekstów ustylizowany. Choć przecież „turańscy żołnierze" są z cywilizacyjnych koncepcji Feliksa Konecznego, „tortury w wodzie" z głośnego niegdyś filmu ze Stalińską, a betonowe domy i kiosk koniecznie z „Trybuną Ludu” z wierszy nowofalowych. Dziecięce doświadczenia nakładają się na ich literackie obrazy, kontaminują z obrazami z wcześniejszych okresów. Trauma pokolenia Herberta i trauma jego rówieśników w ten sposób się zrównują.
Choć, w odróżnieniu od autorów, których opisywał Kisiel, jego rówieśnicy i poeci nieco starsi w pierwszym okresie „bruLionu" od tego trybu myślenia starali się odciąć. Niewykluczone że podejmą go po latach.
"Kolektywny walor"
Termin jest własnością Czesława Miłosza, pochodzi z Traktatu poetyckiego. Jest to jedno z tych kluczowych pojęć, wedle których można porządkować dokonania dwudziestowiecznej poezji polskiej (uczyniłem to przed laty w tak zatytułowanym szkicu) Obojętne czy będziemy go traktować na płaszczyźnie związków funkcjonalnych czy tożsamości doświadczeń. „Wspólna wiara" daje ponadindywidualne sankcje działaniom poetyckim. Tak też przecież można traktować opisane wyżej świadectwa traumy.
Ale w przypadku „kolektywnego waloru" idzie raczej o to, iż dla swego sposobu widzenia rzeczy i zjawisk poeta szuka ponadindywidualnych sankcji; znajduje je w uhipostazowanej „klasie", wspólnocie rówieśniczej, zbiorowości podobnie myślących, w ideologii lub wierze. Z reguły przekłada się to na związki instytycjonalne (taka jest geneza opisywanych przez Stefana Żółkiewskiego grup funkcjonalnych). Na gruncie realizacji literackich - powoduje ogniskowanie się grup rozwiązań wobec idei, tendencji, koncepcji społecznych. Z reguły są one wobec nich wyznawcze. I z reguły, gdy zyskają społeczną sankcję, przyciągają talenty naśladowcze, do momentu gdy wygaśnie koniunktura. Tak należy widzieć zarówno fenomen masowych nawróceń na socrealizm w póżnych latach czterdziestych i wczesnych pięćdziesiątych, i masowy odeń odwrót po 1956 r., równie masowe i spektakularne nawrócenia na katolicyzm w l.80 i 90. Jest do napisania tekst o mechanizmach tych nawróceń i o tym co w poszczególnych okresach „się nosiło" biorący za punkt wyjścia recepcję twórczości Różewicza, aktualnie gani się go za to, że „kreuje siebie samego na niewierzącego", przez co staje się „dogmatykiem" (Mirosław Dzień w „Kwartalniku Artystycznym" 2001, nr 3, ale można przytoczyć dziesiątki podobnych tekstów; ateista to coś jak niegdyś fideista, wypada być na najwyżej agnotykiem).
Literatura rzadko generuje idee, z reguły je upowszechnia lub im służy, im zaś większa jest populacja piszących, tym zachowania stadne powszechniejsze. I ona bowiem podlega regułom zachowań zbiorowych.
Ale „kolektywny walor", tracony i odzyskiwany, rzeczywiście był jedną z sił napędowych ewolucji dwudziestowiecznej polskiej poezji. To, na ile poeta czuł się w zbiorowości, zakorzeniony w jej myśleniu i odczuwaniu. I na ile to myślenie, nie tracąc ze zbiorowością więzi, usiłował przebudować i przekształcić. I na jakiej płaszczyżnie te, zda
się utracone, więzi próbował odbudować.
Państwo, społeczeństwo, rynek
Cały ten obszar realizacji powstawał w warunkach polskiej państwowości. I - w obu okresach, w II RP i w PRL - jedną z linii podziału był stosunek do tego państwa. Na ile jest nasze, na ile zaś nie jest nasze. Mało się pamięta, iż jeden z najsłynniejszych polskich wierszy Na śmierć rewolucjonisty Władysława Broniewskiego opisuje śmierć Naftalego Botwina, skazanego za zabójstwo funkcjonariusza policji państwowej. Jego zaś replika z lat czterdziestych - śmierć polskiego porucznika w radzieckim więzieniu we Lwowie. I, można sądzić, autor nijakiej w nich sprzeczności nie widział.
Symetrii można znależć wiele - od rozczarowanych piłsudczyków i rozczarowanych komunistów po teksty o „pieśni wyrwanej z gardła konfiskat" i o „pani cenzor", od wierszy o Naftalin Botwinie, Hibnerze, Kniewskim i Rutkowskim i z drugiej strony - o księdzu Popiełuszce, od Ballady o Placu Teatralnym i wierszy o pałujących ZOMOwcach. I jeszcze - i tu i tam - wiersze o konfidentach, agentach, wtyczkach. Jakby dobrze poszukać to i międzywojenne odpowiedniki wiersza Woroszylskiego Czuwającym w noc noworoczną się znajdzie. Wiersz Broniewskiego Magnitogorsk albo Rozmowa z Janem znalazł repliki w licznych wierszach z internowania. Wiersze z okresu stanu wojennego - o rewizjach, przesłuchaniach też mają swe międzywojenne pierwowzory. Ba, we - wcale licznych - wspomnieniach z internowania można usłyszeć echa wspomnień z międzywojennych komun więziennych. To szło też w drugą stronę - w poemacie Broniewskiego o Karolu Świerczewskim niesposob nie usłyszeć ech międzywojennej poezji państwowotwórczej. Tu Kopalnia „Wujek" tam „Semperit", tu strajki i tam strajki, nawet nadzieje podobne, i równie nieziszczone...
Głupio mówić - ale to były państwa autorytarne, no - może poza wczesnymi latami dwudziestymi. I kult państwa, przywódcy, silnej osobowości, męża opatrznościowego z dwudziestolecia naturalnie niemalże przeszedł w lata czterdzieste i pięćdziesiąte. Wraz z kultem zbiorowości, wielkich ruchów społecznych, maszerujących mas. Dysponujemy świadectwem tym bardziej znamiennym, że prywatnym, nie pisanym na zamówienie.
Młodziutki gimnazjalista Stroiński pojechał z wycieczką szkolną do Rzymu, tym co uznał za godne uwiecznienia w wierszu był marsz czarnych koszul z łopatami na ramieniu i chóralnie skandowany okrzyk - Duce! Jego młodsi koledzy pisali potem podobne, tyle ze z innym bohaterem w tle.
Jeszcze głupiej zabrzmi, gdy powiemy, że poeci lat czterdziestych i wczesnych pięćdziesiątych, gdy przyszło im opiewać trud pracy, rosnące w potęgę państwo nie mieli - prócz pospiesznie przekładanych wierszy radzieckich - innych wzorów niż międzywojenna poezja państwowotwórcza. Z drugiej zaś strony dla poezji stanu wojennego repertuaru chwytów dostarczała rewolucyjna, antypaństwowa, poezja międzywojenna. Co dla mnie streszcza obraz „komunardów w stoczniowych kaskach". Skądinąd i z tego repertuaru czerpali poeci narodowi z Konfederacji Nowego Romantyzmu. Gdy zaś przyszło się im, jak Urbankowskiemu, rozliczyć ze sprzedajną literaturą odprawiającą „czerwoną mszę", to tym trybem, jakim z „literaturą sanacyjną" rozprawiali się socrealiści. Znów - innych wzorów nie było.
W jednym z wczesnych wierszy Zagajewskiego jest zdanie: „państwo jest najwybitniejszym poetą polskim". Jeśli nawet powiemy, iż w poszczególnych okresach cecha wybitności przysługiwała mu w różnym stopniu, bywały okresy, gdy było naprawdę genialne, w innych wybitność artykułowało słabiej, czasem zaś usuwało się w cień, to wszelako nie dawało się pominąć. Nie tylko dlatego, iż ono to decydowało o tym, co i jak będzie rozpowszechniane (represyjnie przed 1939 r., prewencyjnie po r.1945), ale także przez to, iż poetę, jako wytwórcę, ale i reprezentanta profesji włączało w obręb finansowanych przez siebie albo tylko kontrolowanych instytucji. Inne zaś albo likwidowało zupełnie, albo marginalizowało. Daleko ważniejsze jest, iż tekst ogłoszony publicznie znaczył co innego niż tylko napisany, posiadał bowiem sankcje państwa: nie zgłaszało wobec niego zastrzeżeń. Pośrednio więc informowało, iż wyrażone w nim stanowisko jest, jeśli nie całkiem zgodne to przynajmniej niesprzeczne z tym, które ono żywi. Że to musiało wytwarzać przeróżne mechanizmy obronne i kamuflaże rozumie się samo przez się. Mniej odczuwa się inną konsekwencję: tę mianowicie, iż tak
funkcjonujący tekst z definicji uzyskiwał rangę ważności. I tę jeszcze, iż - z natury rzeczy - broniąc jednych racji państwo musiało zwalczać inne. Dopuszczony, skonfiskowany lub ocenzurowany tekst wpisywał się w dychotomiczny podział na tych, co są za (albo przynajmniej akceptują reguły) i tych co są przeciw. W każdym z tych przypadków jednostkowe działania poety wpisywały się w większą całość. Mógł się czuć, i z reguły czuł się, reprezentantem jakiejś części społeczeństwa. Pieśń „wyrwana z gardła konfiskat" uczestniczyła w walce, którą toczyła warstwa odrzucona i eksploatowana, ale i wiersz dokonujący - poprzez analizę funkcjonalizowanych, „represyjnych" i „manipulatorskich" kodów - falsyfikacji oficjalnego języka państwa autorytarnego też zmierzał - powiedzmy patetycznie - do
jego obalenia. Co proponowały w zamian - nie jest już tak istotne. Z reguły zresztą niespełnialne utopie. Ważniejszy jest sam mechanizm.
Z tego punktu widzenia cezura r. 1989 jest istotnie ważna. W tym bowiem momencie cały ten mechanizm - generujący wzorce zachowań, a także pewien rodzaj nastawień i zobowiązań przestał działać. Że poeci to sobie uświadomili - świadectwem wiersz Marcina Świetlickiego z 1988 r. Do Jana Polkowskiego. Opowiada on o „poezji niewolników", w której
drzewa mają krzyże
wewnątrz - pod korą - z kolczastego drutu.
Zniewolenie, tak powiedzmy, przenosi się do wewnątrz świadodości. Oni
Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem
głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,
nasza ulica - mówią cicho: Wanda
Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid.
Józef Piłsudski, Ukraina Litwa,
Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś
w jidisz
i dalej:
Gdyby w tym mieście nadal mieszkał smok
wysławialiby smoka - albo kryjąc się
w swoich kryjówkach pisaliby wiersze
- maleńkie piąstki grożące smokowi
(nawet miłosne wiersze pisane by były
smoczymi literami)
Co do tego, czy smok nadal mieszka w mieście pewności nie ma. Trybowi warunkowemu we fragmencie zacytowanym powyżej odpowiada tryb twierdzący zdania następnego:
Patrzę w oko smoka
i wzruszam ramionami.
Nawet jeśli jest - to raczej bezzębny.
Historyk literatury mógłby dla analizy tego wiersza przywołać i Wiosnę Tuwima, i zdanie Słonimskiego o zrzucaniu z ramion płaszcza Konrada, i wczesne, ekstatycznie zachłyśnięte swobodą wiersze Wierzyńskiego. Ba, także i zbiór Śmierci nie ma Woroszylskiego. Wszelako, zauważmy, podmiot tego wiersza niczego szczególnego po owym mieście bez smoka się nie spodziewa. Ząb będzie bolał, zostanie i głod, i samotność, będą - jak dotąd - zmierzchy i burze. I zapewne wytworzy po równi nowe przestrzenie wolności i obszary nowych zniewoleń. Wedle wszakże odmiennych reguł. W nowym paradygmacie.
Wedle - o tym traktuje zbiór Czynny do odwołania (2001) - norm wolnokonkurencyjnej gospodarki rynkowej. W warunkach, dodajmy, gdy państwo traci swe prerogatywy na rzecz organizmów ponadnarodowych (gospodarczych, ale i politycznych, i militarnych) i gdy - w dodatku - społeczeństwo eksploratorskie zmienia się w dostosowawcze. Nie ma już bowiem przestrzeni do zdobycia, może się zmienić tylko wewnętrzna redystrybucja dóbr. Państwo nic od niego nie chce, rynek chce go mieć całego. I na tym rynku nie tylko jego wytwory, ale i on sam, funkcjonują jako towar. Element wymiany towarowo-pieniężnej.
Inna periodyzacja
Powiedzieliśmy wyżej, iż cezura r. 1989 ma znaczenie społeczne raczej niż ściśle literackie. Wówczas to bowiem, zmieniły się zasady organizacji społecznej, ustrój, gospodarka, sojusze. Inne państwo, inne normy komunikacji społecznej, inne społeczne struktury. Ale przecież, gdy „nastał Świetlicki" nie stało się tak, że „bezpowrotnie umarli" i Miłosz, i Różewicz a chociażby Zagajewski z Barańczakiem. Skądinąd zresztą w r.1947, gdy ukazał się Niepokój Różewicza nie stało się tak z Przybosiem. Ten tryb myślenia, mimo, iż ożywiał międzypokoleniowe polemiki, już się nie powtórzył. Druga awangarda nie wyeliminowała pierwszej, Nowe Roczniki nie zastąpiły Nowej Fali. Ale z perspektywy 1989 cezury lat 1956, 1970 czy 1980 wydają się mało istotne. Pozostanie więc cezura r. 1918 (choć jest propozycja by przesunąć ja na r. 1905), nie jest jasne czy ważniejsza jest cezura r. 1939 czy 1945, z punktu widzenia przemiany kodów literackich na korzyść tej drugiej przemawia fakt ukazania się w 1947 r. debiutu Różewicza (wiersze z tego zbioru drukował od 1945 r.), nie mówiąc o tym, iż
zapoczątkowane wówczas przemiany społeczne generowały to wszysko, co nastąpiło potem. Można jeszcze wydzielić enklawę l.1948/9 - 1955, ale to, co - w literaturze - działo się po r.1956 nawiązywało bezpośrednio do tego, co dokonało się wcześniej. Z tego punktu widzenia cezura lat ześćdziesiątych zyskuje na doniosłości. Jest to bowiem - na planie artystycznym
- zmierzch klasycznych awangard („epoka postartystyczna"), na planie zaś społecznym - wedle koncepcji Żółkiewskiego - osiągnięcie etapu cywilizacji industialnej. Z wszystkimi konsekwencjami, także dla obiegów literackich, komunikacji literackiej, zmiany ról i funkcji wytwórców. Ale - patrząc wstecz - z tego punktu widzenia zwiększa się waga cezury 1932 r.Tak więc dla okresu międzywojennego wewnętrzną cezurą będzie ta właśnie data, dla okresu powojennego (jeśli wyłączymy epizod socrealistyczny) - lata sześćdziesiąte. Wszystkie inne będą wewnętrznymi cezurami podokresów i mniejszych segmentów. I w zależności ot tego, na jakie wydarzenia - literackie, polityczne, społeczne - położymy akcent, przypadną one na różne lata.
A rok 1989? Wszystko, poza literaturą samą, wskazuje, że powinien on otwierać nowy okres. Być może jest jednak tak, iż potrzeba czasu, by nowe zjawiska mogły się wykrystalizować. Albo, być może, patrzymy dziś na nie z niewłaściwej perspektywy.
Podobieństwa przesłaniają nam różnice.
Nowi ludzie, w nowym świecie
W r. 1918 powstało nowe państwo, w r. 1932 z demokratycznego przekształciło się w autorytarne, zmierzające ku dwudziestowiecznej dyktaturze, w r. 1945 rozpoczęło proces przekształceń społecznych, zmian gospodarki z rolno-przemysłowej na przemysłowo-rolną, forsowną industrializację wraz z przekształceniami struktur społecznych, w okolicach r. 1960 przekroczyło - jak pisze Żółkiewski – „płynną granicę formacji kulturalnych", w której „nasilenie ilościowe nowych zjawisk daje już rezultaty jakościowej przemiany". Osiągnęło więc ten pułap co USA w okolicach 1939 r., a Francja w r.1950. Różne składowe o tym decydują: stopień urbanizacji, średnia wykształcenia, rozwój i dostępność form komunikacji społecznej, rozwój infrastruktury społecznej i kulturalnej, relatywna zamożność społeczeństwa, ale także - wykształcanie się osobnych obiegów, mediów, form kultury masowej i - co za tym idzie - obsługujących je twórców. Obiegi się różnicują, ale i ujednolicają. Poza wyspecjalizowanymi oferują te same produkty; dość poskakać po filmowych bądź ogólnych kanałach telewizyjnych, dość posłuchać list przebojów, dość przejrzeć prasę kolorową...
Jeśli powiemy, iż jest to proces obiektywny, mniej więcej podobnie przebiegający w różnych krajach cywilizacji euroatlantyckiej (zwanej niegdyś cywilizacją judeochrześcijańską) to wokół wniosków, jakie zeń wyciągnięto można pogrupować doktryny literackie, zwłaszcza że dostrzeżono go już na samym początku epoki: odmiennie przez Skamandrytów, odmiennie przez futurystów. Dla obu - zresztą w opozycji do teorii i praktyki młodopolan - był to problem doniosły. Był doniosły także dla obu odłamów awangardy - grupy krakowskiej „Zwrotnicy" i warszawskiego „Almanachu Nowej Sztuki". W obu zresztą w sposób wykraczający poza problemy tylko artystyczne. Zdanie Gackiego – „figura psychiczna skonkretyzowana w zakresie sztuki może i powinna stać się wzorcem dla realizacji innych
warsztatów społecznych" - nieznacznie tylko przeformułowane mogłoby znaleźć się w tekstach Peipera i Przybosia. W obu tych koncepcjach szło o to, iż zmieniona rzeczywistość przekształca artystę, on zaś - wytwarzając nowe wzorce zachowań, nowe sposoby organizacji dzieła - przekształca odbiorców, więc i rzeczywistość. Awangardowe warsztaty form oddziaływać miały także pośrednio - przekształcając wytwórców pracujących w dziedzinach o większym zasięgu oddziaływania. Tworzyła się w ten sposób cała drabina zależności, bo i kultura masowa - tak jak wtedy istniała: gazeta, kino, widowiska masowe, także kabaret - oddziaływała na zmianę i form, i nastawień.
Tak rzecz traktując - zarówno koncepcje „Kuźnicy” jak i społeczny program Nowej Fali musimy przypisać innemu trybowi myślenia - temu mianowicie, który zakorzeniony był w kulturalnej doktrynie „państwa nowego typu'. Tu kultura masowa z definicji znikała z pola widzenia, to bowiem, co miało być zbudowane, tworzyło całość homologiczną, choć zróżnicowaną wedle dostępności. I jedna, i druga odnosiła się do realności „państwa nowego typu” - pierwsza na wstępnym etapie przekształceń, druga w warunkach „realnego socjalizmu”.
Wobec podobnego kręgu zagadnień sytuowała się poezja Nowych Roczników proponując, z jednej strony, myślenie azylowe, z drugiej zaś przetrwalnikowe, miała mianowicie chronić i przechowywać wysokointeligencki etos... Tu wreszcie trzeba wspomnieć pomysły grupy Kontekst, proponujące, w oparciu o koncepcje McLuhana, grę kontekstami, swoistą mozaikowość przekazu.
U schyłku epoki (albo początku nowej) odżyło to, co ją otworzyło: „manifestacja nieskrępowanej wolności twórczej, pochwała nonsensu i absurdu jako wartości poezjotwórczych, uniezależnienie od kanonu” [P.Majerski, Nowoczesność. Materiały z X Konferencji Pracowników Naukowych i Studentów (Katowice - kwiecień 1997). Katowice 2000]. To, z jednej strony, gdański TotArt, z drugiej - nieprzeliczone mnóstwo art-zinów. Jeśli odwołamy się do pierwowzorów z lat dwudziestych - raczej na poziomie wydawnictw Kazimierza Brzeskiego niż Sterna i Wata. Odmiennie niż w okresie międzywojennym - bardzo szybko dały się skomercjalizować, z art-zinów wkroczyły na łamy nobliwego „Tygodnika Literackiego”, stamtąd zaś do specjalnych cyklicznych programów telewizyjnych. I w nich się wyczerpały.
Ale przecież w formie radykalnej wypowiedziały to, co określało najbardziej ważki etap działalności "bruLionu”, a co – skrótowo - definiuje Wiersz wspólny Barana-Sandeckiego-Świetlickiego, adresowany do Juliana Kornhausera:
Napisalibyśmy wiersze
pełne wielkich idei
lub jakichkolwiek.
Ale, drogi Julianie,
żadna nie stoi za oknem.
Tak, za oknem ni chuja idei.
To, przypomnijmy przytoczony wcześniej wiersz Świetlickiego, stan po „otwarciu okien", w mieście, w którym nie ma już smoka.
Jeśli jednak przywołaliśmy doświadczenia futurystów z lat dwudziestych to godzi się dodać, iż ów radykalny sprzeciw, wymierzony po równi przeciw starej sztuce, mieszczańskiej obyczajowości i kapitalistycznym strukturom społecznym doprowadził jednych do ideologii komunistycznej, innych ku „odrodzeniu religijnemu". Co i w tym przypadku się potwierdziło.
Tyle tylko, że do wyboru był bądź ortodoksyjny katolicyzm i opcja prawicowa, bądź rynek. Ale też jest coś symbolicznego w fakcie, iż zbuntowany, kontrkulturowy poeta, Jacek Podsiało, autor zresztą, wedle określenia „Niedzieli", „wiersza obrażającego Ojca Świętego i katolików" staje się po latach felietonistą „Tygodnika Powszechnego". Skądinąd zresztą ów wiersz, niewyznawczy i raczej prześmiewczy, doskonale mieści się w normach „społeczeństwa przyzwalającego".
Tu bowiem, lokalizując dzieło w obrębie wielkiego uniwersum kultury, respektując jego swoistość, wewnętrzne normy, którymi wytwory kultury się rządzą jednocześnie traktujemy je jako luźno tylko kontaktujące się ze sferą zjawisk społecznych, ideologicznych, politycznych. Zyskując na wolności, traci jednocześnie na znaczeniu. W kręgu tych norm raczej niemożliwa do napisania byłaby książka tego typu co Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek Juliana Bruna, nie mówiąc o tekstach Lukasca czy - z kręgu krytyków polskich - np. Melanii Kierczyńskiej z jednej a młodego Tomasza Burka z drugiej strony.
Ale - i to też jedna z tworzących się norm - społeczeństwo przyzwalające wytwarza - po obu stronach ideologicznego i politycznego spektrum - postawy i ruchy fundamentalistyczne. W polskich realiach - prawicowe i ortodoksyjnie katolickie, w wersji raczej przed- niż posoborowej. Tu dla analizy dzieła przywoła się i Pismo Święte, i pisma Ojców Kościoła, i uchwały kolejnych soborów, i encykliki papieskie, i dogmaty. Choćby było to dzieło jawnie rozrywkowe i realizujące normy gatunków wyspecjalizowanych - jak np. osnuty na kanwie prozy Andrzeja Sapkowskiego film Wiedźmin. Skądinąd nie ma sprzeczności w tym, co pisał młody Burek, a tym, co pisze stary - tyle tylko, że inna jest ideologia i inne wartości. Zachowania wszakże te same, takie samo też poczucie misji i posłannictwa,
Ten tryb myślenia, jeśli przyjmiemy, iż zasygnalizowane wyżej diagnozy cywilizacyjne są słuszne, będzie charakteryzował małe fundamentalistycznie nastawione zbiorowości. O tym, co będzie dziać się w centrum, decydować będzie rynek, raczej uśredniając niż wyostrzając postawy.
U progu nowego stulecia (i milenium także) wciąż nie możemy uporać się z tym, co działo się w poprzednim. Czysto intuicyjnie możemy powiedzieć, że jego fascynacje: a to ruchami masowymi, a to twórczymi możliwościami jednostki, wyprawami w nieodkryte lądy zachowań społecznych a to znów w głębiny podświadomości, przekształceniami przyrody i struktur
społecznych słabo kontaktują się z tym, co dziś naprawdę jest żywe. Nie zdobywczość ale przetrwanie, nie ekspansja ale urządzenie się w dostępnych niszach ekologicznych. Skądinąd zresztą dzisiejsze utopie mają raczej charakter konserwatywny niż progresywny.
Wiersze otwierające wiek dwudziesty zostały w Polsce napisane w r.1914, trzy wiersze Jerzego Jankowskiego: Tram wpopszek ulicy, Spłon lotnika i Maggi. Jak się uprzeć można w nich odnaleźć to wszystko, co - na różne sposoby - późniejsza poezja opiewała bądź krytykowała - od zachwytów cywilizacyjnych po ekologię, od fascynacji ruchami masowymi, po problematykę jednostki, a w tym wszystkim jeszcze nowe cywilizacyjne mity. Tamten świat został rozpoznany stosunkowo szybko, ten - zdaje się nie tylko poetom - rysuje się niejasno. Że nie jest tym samym światem, zdaje się już wiemy. I to jeszcze wiemy, że jego reguły na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zostały wydrwione. Proces destrukcji norm się dokonał.
Choć być może jest tak, że jak Świetlicki po mieście bez smoka niczego szczególnego się nie spodziewa, tak i w tym nowym świecie ważne będzie trwanie bytowanie w enklawach, dawanie jednostkowych świadectw...
Choć przecież doświadczenie uczy, że najdłuższa cisza jest zwykle przed burzą...
X-XI-XII













