Dariusz Tomasz Lebioda
„DEUS MIRABILIS...”
Rozmyślania o „Tryptyku rzymskim” Jana Pawła II
Karol Wojtyła zawsze prowadził czynne życie, uprawiał sporty, jeździł na nartach, uczestniczył w spływach kajakowych. Zachowało się wiele relacji z czasów wadowickich, krakowskich i – już po wyborze na papieża – rzymskich, podczas wakacji w Dolomitach albo w Alpach. Na fotografiach z poszczególnych okresów widzimy wikarego, przemierzającego ścieżki górskie, młodego biskupa przepływającego kajakiem jeziora, kardynała zjeżdżającego na nartach z tatrzańskiego zbocza.
Zawsze blisko natury, zawsze w towarzystwie przyjaciół, zawsze w łączności ze światem widzialnym i w zamyśleniu nad tym jaki Bóg i stworzony przez niego świat jest zdumiewający. Ta fascynacja naturą, jest zarazem fascynacją nad tym, co zostało przez Boga wydobyte z niebytu, co stało się jego najprostszym i najbardziej wyszukanym odzwierciedleniem, co jest poblaskiem jego zamysłu, jego pierwszego przyzwolenia. Tryptyk rzymski mówi o tym jaki Bóg jest wspaniały, a zarazem jaki jest zdumiewający i jaki przedziwny.[1]
1. Strumień
Tryptyk rzymski zaczyna się od przywołania piękna świata, piękna natury i zarazem od skojarzenia jej z przedwiecznym Słowem. Pomiędzy obrazem lasu i przebijającego się przezeń górskiego potoku a rozgrywającym się w zamierzchłej przeszłości aktem założycielskim, łagodnym wypowiedzeniem s ł o w a i pierwszym przyzwoleniem, powstaje ogromne napięcie, które uzmysłowić sobie może tylko byt czysty, istota wsłuchująca się w tętniący od dawien dawna puls. Dla takiej istoty: Zatoka lasu zstępuje/ w rytmie górskich potoków, a rytm objawia Przedwieczne Słowo. Ono musiało paść na początku dziejów, ono musiało być formułą inicjacyjną i zarazem musiało już w sobie zawierać wszystko to, co w przyszłości miało się z niego rozwinąć. Mogło być donośne albo ulotne niczym szept, ale niosło już na początku informację o całym stworzeniu, o każdej drobinie rzeczywistości, o tym co się wydarzy i o tym co nie będzie mogło zaistnieć.
Pomiędzy ową formułą założycielską a późniejszym milczeniem Boga jest następny poziom napięcia – Bóg nie ingeruje bezpośrednio w to, co wydarza się w świecie, ale jego istnienie nadaje mu kierunek, wyznacza cel dla istot, które przyjmują jego obecność jako niepodważalną prawdę.[2] Takie istoty, wsłuchując się w odgłosy świata, w szept przemykającego po kamieniach górskiego strumienia, mówią: Jakże przedziwne jest Twoje milczenie/ we wszystkim, czym zewsząd przemawia/ stworzony świat...Zdziwienie podmiotu jest zarazem rodzajem twórczej inicjacji, starającej się sprostać wielkości Stworzenia, a jednocześnie uświadamiającej sobie własną niemoc w jej obliczu. Strumień jest tutaj tyleż wizualizacją rzeczywistej dynamiki akwatycznej, co symbolicznym przywołaniem wielu wspomnień, wielu zamyśleń, konkretnych miejsc i zarazem symbolicznego strumienia świadomości, która płynie przez wieki, omija „kamienie” i pędzi w dal, coraz szybciej i szybciej, coraz szerszym korytem.
Ta dynamika ma wewnętrzną siłę sprawczą, sama siebie napędza i podąża na spotkanie niewiadomej. Tylko ludzka myśl wybiega równie dynamicznie na jego spotkanie, tylko refleksja widzi jego początek i koniec, a zarazem swój początek i koniec. W takiej chwili głębokiego namysłu, w takim punkcie samoświadomości i świadomości ruchu od stworzenia do przemijania, pojawia się jakże głęboko ludzkie zdziwienie. Pierwszy człowiek musiał być zarazem pierwszym zdumieniem – wszakże rośliny, wszelkie elementy naturalne nie zdumiewają się. Nie dziwi się kamień, że został stworzony, nie dziwi się kora drzewa, nie dziwi się potok. Ale Adam: Był samotny z tym swoim zdumieniem/ pośród istot, które się nie zdumiewały/ – wystarczyło im istnieć i przemijać.
Jan Paweł II dotyka tutaj fundamentalnej zasady – wskazuje, że nasze istnienie, jeśli ma być świadome, musi być nieustającym zdziwieniem. Tutaj, człowiek patrzący na biegnącą po kamieniach wodę, człowiek wsłuchujący się w szmer strumienia, słyszy w nim delikatny szept rzeczywistości numinalnej – całkowicie odmiennej od tej w jakiej żyjemy i jaką sobie wyobrażamy. Patrząc na rwący nurt człowiek ów dziwi się, otwiera się na tajemnicę, utożsamia z falą i rytmem natury. Jednocześnie – czas przeszły jest tutaj rodzajem filozoficznej przerzutni, nagłym cofnięciem biegu świadomości do początku, do praświadomości Adama – Zdumiewając się, wciąż się wyłaniał/ z tej fali, która go unosiła,/ jakby mówiąc wszystkiemu wokoło:/ „zatrzymaj się! – masz we mnie przystań”/ „we mnie jest miejsce spotkania/ z Przedwiecznym Słowem” – „zatrzymaj się, to przemijanie ma sens”/ „ma sens... ma sens... ma sens!” To jest taka sama sytuacja jak ta w jakiej świadomość spotyka się ze strumieniem, to jest ta wyjątkowa chwila, kiedy natura staje się obrazem myśli, a ta utożsamia się całkowicie ze światem w którym zaistniała.
Wynikiem takiej refleksji jest pewność, że przemijanie człowieka ma podobny wymiar jak bieg strumienia po górskich głazach, który przeciwko niczemu nie występuje, nie buntuje się, nie podważa istoty tego biegu, nie przeciwstawia się sam sobie. Istnieje i przez chwilę współtworzy rzeczywistość, a gdy wysycha, gdy zanika, nie szuka wytłumaczenia dla tego co się stało. Ma „świadomość” i jej nie ma, ma kierunek i godzi się na każdą jego korektę, wreszcie ma swój rytm, który ma tylko wtedy uzasadnienie, gdy przyjmuje daną mu dynamikę.
Każda siła we wszechświecie ma swoją przyczynę i właściwie papieskie rozważanie o dynamice strumienia jest powrotem do pytań o pierwszą przyczynę, o inicjację rozrastającej się siły – ale jest też potwierdzeniem, że u początku wszystkiego leżało Słowo. Nawet jeśli było myślą, to zostało zapisane w składzie chemicznym krwi i wody, w twardości kamienia i miękkości psiej sierści, w rysunku chmur na niebie i w kodzie genetycznym pierwszych żywych istot. To zamyślenie przemijającego człowieka nad wartko płynącą wodą ma swoją ogromną tradycję i właściwie występuje w każdej kulturze, a szczególnie w tych, w których rzeka odgrywała wielką rolę, a więc u starożytnych Chińczyków, w Egipcie, w krajach afrykańskich, na Syberii, a podsumowanie znajduje w znanej formule Heraklita z Efezu, który przyglądając się rzeczywistości mówi: panta rhei...
Jan Paweł II czyni podobnie, choć jego punkt zaczepienia jest inny. Filozof grecki sięga do materialnej powłoki świata, widzi pulsujące żywioły, ogień, powietrze, ziemię i wodę; natomiast papież patrzy jeszcze głębiej – sięga do duchowej struktury stworzenia, bliższy jest myśli Platona, bliższy idei strumienia niż jego materii. Bóg Greków wyłania się z chaosu i odzwierciedla przepaść w świadomości, niszczy tego, który sobie go uświadamia – natomiast Bóg wyłaniający się ze zdziwienia Adama, zdziwienia każdego myślącego bytu naszej kultury, to Bóg przedziwny, milczący ale istniejący, w fali i w zdziwieniu człowieka, w rytmie pędzącego w dal strumienia i w rytmie krwi przebiegającej stale tę samą drogę – od serca do serca, od skurczu do skurczu, od impulsu do impulsu. To jest Bóg milczący, ale też Bóg wyłaniający się z tego milczenia, z zamyślenia i z twórczego zdziwienia. To Deus mirabilis... Droga do Niego, to uświadomienie sobie rytmu przemian, to odnalezienie pulsu rzeczywistości, to wędrówka do źródła, to droga pod prąd. Jeśli chcesz znaleźć odpowiedź, jeśli wierzysz, że ona istnieje – musisz iść do góry, pod prąd./ Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj. Tylko poprzez pokonywanie oporu materii i świata można dojść do tego miejsca, gdzie wszystko się zaczęło, tylko w taki sposób odkryć można genezę rzeczy i zdarzeń, tylko tak można odkryć to, co jest zwykle zakryte.
Przedzieranie się przez dziką krainę, nieustająca walka, ciągłe dążenie do celu, to jest dyrektywa ale też i wolny, świadomy wybór. Jakże głęboko słowa tej części Tryptyku rzymskiego zakorzenione są w losie tego, który je wyartykułował, jakże są prawdziwe w miłości do stworzonej przez Boga przyrody, jakże autentyczne w naśladowaniu strumienia w Tatrach, Alpach, w wielu miejscach globowej wędrówki następcy Piotra. Ale zapewne ów pierwiastkowy strumień szumi gdzieś w okolicach Wadowic, gdzieś pośród szlaków młodzieńczych wędrówek i zamyśleń. Tam jest owo źródło, stamtąd zaczęła się też droga wielkiego, potężniejącego z każdą chwilą symbolicznego strumienia, strumienia świadomości i wiary w Stwórcę, strumienia wiedzy i chwały, strumienia doświadczenia. Łatwo możemy sobie wyobrazić Jana Pawła II siedzącego nad strugą – pomagają w tym istniejące fotografie, nakręcone filmy. Oto pasterz przysiada na kamieniu i z ukosa spogląda na pasące się w dole trzody owiec, spogląda na przemykający przez las strumień. Górska przyroda ma tę właściwość, że kumuluje w sobie zarazem piękno i okrucieństwo, łagodność i destrukcję, odsłania malownicze pejzaże ale też i spękania skał, rumowiska drzew i głazów, zwaliska zmurszałych pni, na których pojawiają się barwne ptaki, pośród których wykwita jaskier i krokus. W górach dynamika istnienia zderza się z gwałtownością rozpadu, a to co piękne jest zarazem groźne i potencjalnie destrukcyjne. Leśny strumień odsłania tajemnicę początku w taki sam sposób jak odsłania ją przedwieczne S ł o w o, a więc metaforycznie. Umoczenie warg w źródlanej wodzie, uczucie jej świeżości – według Jana Pawła II – więcej mówi o Bogu od uczonych rozpraw teologicznych, jest jego esencją i istotą, a nade wszystko jest „smakowaniem” wszechświata, dotknięciem tego, co może zaistnieć w świadomości bytu ożywionego, co może się pojawić tylko jako refleksja tego dotknięcia. W górach lepiej słychać milczenie Boga, to tam nagle cisza zaczyna rozbrzmiewać licznymi, ukrytymi tonami. Kiedy wrażliwy na Boskie brzmienie słuchacz wyciszy się i zacznie nasłuchiwać, nagle stwierdzi, że pośród świata stale słyszalny jest Boski ton, że wciąż gdzieś z daleka, może ze źródła prarzeczy dobiega wołanie – może to echo pierwszego S ł o w a, może szept modlitwy ciągnącej się przez dzieje, przemykającej przez ludzkie byty jak woda przez kamienie, stale towarzyszącej stworzeniu i dynamicznie przekształcającej się świadomości.
W takim miejscu, podczas takiego rozmyślania, wszystko jest zdumiewające, wszystko wybucha w świadomości, atakuje umysł i na chwilę wkracza do przestrzeni numinalnej – tak jak wielki rozbłysk; na chwilę oślepia. Ale też daje dziwną wiedzę, wyposaża umysł w materię porównawczą i każe pochylić się nad lustrem wody, skosztować jej i zrozumieć, że w takim momencie staje się ona esencją wiedzy teologicznej. Wtedy źródło tryska w człowieku, a właściwie staje się poblaskiem pierwszej chwili, stworzenia, poczęcia z niebytu atomu wody i całej uniwersalnej struktury czasowo–przestrzennej.
Bóg milczy ale w sposób przedziwny, jakby oczekiwał aktywności słuchającego – jakby zaczynał „brzmieć” w określonym paśmie sakralnej słyszalności, jakby prowokował byt do tego by ruszył w kierunku źródła, by narzucił sobie wysiłek, by na swoje życie spojrzał w kategoriach kosmogonicznych – początku i końca, drogi „do przejścia”, a wreszcie – ludzkiej inicjacji i nieubłaganej, mającej głęboki sens eschatologii. Tylko wtedy ukryte wymiary zaczną się odsłaniać, tylko wtedy pojawią się nowe perspektywy i zacznie się twórczość, która zawsze będzie odpowiedzią na pierwszy Boski impuls. Wtedy też stanie się ona materią stworzenia, Boską rzeczywistością, pośród której dziwne byty odpowiadają na dziwne działania, gdzie tajemnica jest rzeczywistością, której się nie przekracza – w której się stale bytuje. Tam Zatoka lasu zstępuje/ w rytmie górskich potoków..., tam człowiek jest najpełniej człowiekiem, a strumień staje się metaforą ukrytej rzeczywistości, metaforą samego Boga.
2. Omnia nuda
Jeśli Bóg stworzył wszechświat, jeśli dał mu wymiary i umieścił w nim człowieka, to możemy powiedzieć za św. Pawłem: W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. To jest rodzaj zależności i unii, to jest nieustający dialog i nieustająca odpowiedź – służba dla istnienia i egzystencja wychylona ku wieczności. Bóg według Jana Pawła II Jest jak gdyby niewysłowiona przestrzeń, która wszystko ogarnia –. Bóg jest wyzwaniem, które domaga się trwania w wierze, stale odnawianego potwierdzenia, stałego opowiadania się po stronie światła i stworzenia. Wszakże: On jest Stwórcą:/ Ogarnia wszystko powołując do istnienia z nicości/ nie tylko na początku, ale wciąż. Autor poematu rozciąga akt stworzenia na całą wieczność, to co zaczęło się w zamierzchłej przeszłości ma wymiar eternalny i stale jest odnawiane, stale rekreowane w doświadczeniu sakralnym nowych pokoleń, nowych świadomości, nowych istnień. Bóg jest Stwórcą w ciągłości, stale odnawiającej znaczenia, stale toczącej świeżą, ożywczą wodę strumienia, stale wracającej do początku i będącej nim w każdym czasie i w każdej przestrzeni. Zdumienie poetyckie ma w sobie coś z aury świętości dopiero co poczętej, świętości najczystszej – poeta, tak jak Bóg poczyna z nicości, jednak nie chce, nie śmie go w tym akcie naśladować, bo pamięta jakie efekty przyniosły próby dorównania Bogu takich bohaterów jak Mickiewiczowski Konrad, jak bohater Hymnów Kasprowicza czy może podmiot ostatnich wierszy Edwarda Stachury.
Czy człowiek jest w stanie wyobrazić sobie ogrom, niewyobrażalna głębię i rozmach stworzenia, może coś mogą o tym powiedzieć astrofizycy, którzy sięgają wzrokiem na miliardy lat świetlnych w głąb wszechświata, może ci, którzy zdają sobie sprawę z tego jak wielka jest Droga Mleczna, a zarazem, że istnieją w kosmosie miliardy podobnych galaktyk, że są dale nie do wyobrażenia, głębie nie do spenetrowania, może ci, którzy już przebiegli prawie cała drogę życia i odkryli, że było ono jak ułamek sekundy, jak jedna mistyczna, pełna przedziwnych zdarzeń chwila. Oni rozumieją, co to znaczy: Wszystko trwa stając się nieustannie – rozumieją tę trudną, wymagającą dialektykę, która czasem wydaje się pokrętna, pełna sprzeczności, ale – przy natężonej sile woli – odsłania ukryte wymiary, generuje obrazy o pierwiastkowej piękności, dopełnia to, co wydawać się mogło przepaścią nie do zasypania. Tak przebija się poprzez dzieje pierwsze, przedwieczne s ł o w o, tak stale odczuwalna jest jego energia, bo Tajemnica początku rodzi się wraz ze Słowem, wyłania się/ ze Słowa/ Słowo – odwieczne widzenie i odwieczne wypowiedzenie.
Bóg stwarzając, widział efekty swojej pracy, widział numinalnie – widział widzeniem różnym od naszego – widział w błysku stworzenia i zarazem w zgaśnięciu każdej chwili, widział niewypowiedzianie rozlegle i głęboko, po krańce wszechświata i po krańce mikrokosmosu. Nie było nigdy w historii ludzkości człowieka, który by widział tak samo – ci najmądrzejsi i najlepsi spośród rzesz, ci najświętsi i najprostsi widzieli ledwie wycinek tego, co On wtedy zobaczył – Widział: Omnia nuda et aperta sunt ante oculis Eius –/ nagie i przejrzyste –/ Prawdziwe, dobre i piękne –. Swoim widzeniem jednocześnie wyznaczał niebotyczny horyzont, sferę planów wielkich, pole na którym miały się pojawić wspaniałe dzieła ludzkości – muzyka Bacha, Mozarta i Bethovena, Boska komedia Dantego, powieści Dostojewskiego i Faulknera, pisma Arystotelesa, Schopenhauera i Witgensteina, Wniebowstąpienie Rafaela, Sąd Ostateczny Michała Anioła i rzeźby Moore’a, piramidy egipskie, mur chiński i bazylika św. Piotra. A przy tym górski strumień ukryty w zatokach lasu, owad zbierający pyłek na kwiecie i ptak odlatujący w dal horyzontu. On wszystko po ojcowsku przewidział i wszystko nadal widzi nuda et aperta; to jest spojrzenie koordynujące bieg spraw, a zarazem spojrzenie oceniające, stale mierzące skale dokonań i przewin, skalę osiągnięć i wykroczeń poza ramy systemu, poza ludzką naturę i godność. Dla Niego i dla poety S ł o w o stało się progiem, poza który można wyjść i który można przekroczyć, niczym nadzieję, niczym wiarę w niezniszczalność ludzkiej natury i duszy. Kto uzna się za syna Bożego, kto to sobie uświadomi, kto porzuci grzech, ten zrozumie, że Za tym progiem zaczynają się dzieje! Jan Paweł II przywołuje w poemacie obraz progu, który jest do przekroczenia i nie po raz pierwszy pojawia się w jego myślach i nauczaniu takie odwołanie. W szeroko komentowanej książce pod tyt. Przekroczyć próg nadziei, wskazywał:
Ten układ: ojciec–syn jest odwieczny. jest on starszy od dziejów człowieka. „Promieniowanie ojcostwa”, jakie w nim się zawiera, należy do tajemnicy trynitarnej Boga samego. Z Boga wypromieniowuje ono w kierunku człowieka i jego dziejów. Jednakże, jak wiadomo z Objawienia, w dziejach tych „promieniowanie ojcostwa” natrafia na pierwszy opór w postaci grzechu pierworodnego. jest to istotnie klucz do interpretacji całej rzeczywistości. Grzech pierworodny nie tylko narusza pozytywną wolę Bożą, ale przede wszystkim całą motywację leżącą u jej podstaw. Grzech ten zmierza do obalenia ojcostwa, niszcząc te promienie, które przenikają cały świat stworzony, poddając w wątpliwość prawdę o Bogu, który jest Miłością, pozostawiając tylko świadomość pana i niewolnika. Pan jest zazdrosny o swoją władzę nad światem i nad człowiekiem, człowiek zaś jest przez to samo wezwany do walki przeciw Bogu, tak jak we wszystkich epokach dziejów człowiek zniewolony bywał wzywany do wystąpienia przeciw panu, który go zniewalał. [3]
Tak jak przywołany na początku poematu strumień miał kilka wymiarów, tak i próg, który przekracza ludzkość można rozmaicie interpretować. Dla większej wyrazistości Autor zastosował tutaj olśniewający zabieg poetycki. Posłużył się własna postacią, jakby oglądaną już z perspektywy pośmiertnej, jakby dopełnianą komentarzem z przestrzeni bliskiej Boskiemu spektrum, z jakichś głębi sacrum, z miejsca, gdzie czas już nie płynie ale gdzie świadomość nie zgasła. Oto papież stoi u progu Kaplicy Sykstyńskiej i wpatruje się w dzieło Michała Anioła Sąd Ostateczny. Każdy, kto wszedł do tej przestrzeni musiał uznać jakiś, niespotykany w dziełach ludzkich, wymiar tych wizji i ogrom pracy dawnego mistrza, a zarazem musiał uzmysłowić sobie, korzystając z jego wizualizacji, ową gwałtowność i nieodwracalność stworzenia, eschatologię spraw ludzkich, jakiś tęskny wymiar istnienia w świecie, który jest drapieżny i bywa szatański, ale w którym byty dojrzewają do wielkości, naśladują Chrystusa Pankratora, tego, który stwarza dla wielkości, tego, który w glorii pojawił się na końcu Nie Boskiej komedii Krasińskiego, a zarazem olśnił miliony w kreacji Michaiła Bułhakowa, na obrazach van Eycka, El Greca i Salvadore’a Daliego. Jan Paweł II w tym miejscu myśli o Księdze Rodzaju i jej prostocie, ale też zgadza się na to by genialny przedstawiciel ludzkości podjął próbę jej interpretacji, by stworzył dzieło, które dla milionów ludzi stanie się obrazem kosmogonii – będzie łagodnym komentarzem i drapieżna wizją, próbą mającą swoje korzenie w źródle, w chwili poczęcia rzeczywistości, a zarazem dokonującą się jako jedna z możliwych potencjalności. To jest zarazem poetycki pretekst by stworzyć nową sytuację liryczną, by zestrzelić w j e d n i ę kilka przestrzeni, kilka bytów i zarazem ową przechodząca przez wszystko na przestrzał przestrzeń Boską. Poeta i najwyższy kapłan mówi: Księga czekała na owoc „widzenia”./ O ty, człowieku, który także widzisz, przyjdź –/ Przyzywam was wszystkich „widzących” wszechczasów./ Przyzywam ciebie, Michale Aniele!/ Jest w Watykanie kaplica, która czeka na owoc twego widzenia!/ Widzenie czekało na obraz./ Odkąd Słowo stało się ciałem, widzenie wciąż czeka.
To stanięcie na progu kaplicy jest zarazem stanięciem na progu Księgi, bo tak zaczyna się malarska i zarazem poetycka opowieść o stworzeniu i o sądzie ostatecznym, o akcie założycielskim i o szatańskiej destrukcji. Ale – to zdumiewające i zarazem oczywiste, biorąc pod uwagę wiek Twórcy poematu – silniej przemawiają do niego tony eschatologiczne wielkiego dzieła. Jego słowa w tym momencie przybierają formułę wzruszającego zwierzenia: Tak więc to tu – patrzymy i rozpoznajemy/ Początek, który wyłonił się z niebytu/ posłuszny stwórczemu Słowu;/ Tutaj przemawia z tych ścian./ A chyba potężniej jeszcze przemawia Kres./ Tak, potężniej jeszcze przemawia Sąd./ Sąd, ostateczny Sąd/ Oto droga, którą wszyscy przechodzimy –/ każdy z nas. Stając w obliczu dzieła Michała Anioła Poeta, a zarazem każdy człowiek, uświadamia sobie, że u końca jego drogi ta sytuacja się powtórzy, przed nim będzie sąd ostateczny, przed nim pojawi się Stwórca i oceni uczynki dobre i złe, odsieje ziarno od plew i „nada kierunek duszy”.
Gdy patrzymy na oblicze Boga, stwarzającego Adama, poraża nas jego majestat i jakaś trudna do określenia wiedza o wszystkim, wiedza o stwarzanym i o stworzeniu, wiedza o mechanice poczęcia i o jej filozofii. To jest dla Boga wzniosły akt, ale też – i to również można wyczytać z oblicza i postaci Stwórcy – jest to praca, taka sama jak ludzkie struganie deski albo tworzenie koła do wozu, praca równie ekscytująca i inspirująca jak owo pokrywanie farbami sklepienia Sykstyny. Na Twórcy poematu największe wrażenie zrobił Sąd ostateczny, namalowany przez Michała Anioła na ołtarzowej ścianie Kaplicy Sykstyńskiej w latach 1536–1541. Tutaj, jak wskazuje Roberto Salvini:
Rezygnując z wszelkich krawędzi [...] malarz zanurzył w otwartej i nieogarnionej przestrzenności całą olbrzymią ścianę, niwelując stosunki wielkości między poszczególnymi postaciami i tworząc wyobrażenie otchłannej pustki, w której pływają, rozpaczliwie samotne w tłumie, ciała zmartwychwstałych, wyodrębnione pośród pojedynczych elementów plastycznych. Prądy i wiry niebiańskiego orszaku osób spieszących ku Chrystusowi, upadek potępionych po prawej i wstępowanie błogosławionych po lewej, wszystko się roztacza na tle nieskończonej i powikłanej przestrzeni, ukształtowanej śmiałymi i skomplikowanymi skrótami postaci. Kosmiczna zaprawdę siła emanuje z opanowanego przeraźliwego gestu Sędziego, który nadaje wszechświatu niepowstrzymany ruch obrotowy, nie spełniający się wszelako w spokojnej regularności zjawiska grawitacji [...] lecz w niepowstrzymanej furii uniwersalnej katastrofy. Takie rozpętanie zyskuje nieporównaną siłę wyrazu, poddając się regułom kompozycji gęsto tkanej i rozgrywanej na zasadzie kontrapunktu. Dialektyka niepohamowanych zrywów i statycznej równowagi dominuje w poszczególnych postaciach i w stosunkach między różnymi partiami malowidła. Eliptyczny ruch świętych i patriarchów wokół Sędziego rozszerza się przechodząc w elipsę zewnętrzną, utworzoną z góry przez najdalsze postaci nadbiegające, a u dołu przez wstępujących wybranych i spadających grzeszników.[4]
To dzieło jest sumą doświadczeń ludzkości i streszczeniem drogi, która ona przechodzi od stworzenia do upadku, od Adama do żyjącego w dwudziestym wieku mordercy, od poczęcia w łonie kobiety do rozpadu cząstek w ziemi albo ogniu, w zimnej szkatule grobu albo w żarze stosu. Wszystko, co ostateczne, dokonuje się poza powłoka cielesną, myśl o początku bytu i sąd nad nim, wszystko rozgrywa się w planach eternalnych. Dopiero tutaj, na progu Sykstyny, widać, że Początek jest niewidzialny. Tu wszystko na to wskazuje./ Cała ta bujna widzialność, jaką ludzki geniusz wyzwolił./ I kres także jest niewidzialny./ Choć tu spada na twój wzrok wędrowcze/ wizja ostatecznego Sądu./ Jak uczynić widzialnym, jak przeniknąć poza granice dobra i zła?/ Początek i kres, niewidzialne, przenikają do nas z tych ścian! Wszystko dokonuje się poza powłoką cielesną, wszystko jest tajemnicą – od poczęcia do upadku, od Adama do jego współczesnego sobowtóra, wszystko zostało ukierunkowane. Na początku było dobre i prowadziło do świętości, w pobliże Stwórcy, rozgałęziało się w miliardy istnień i ich losów. Było wielkim dążeniem do Boga, choć czasami schodziło z drogi, myliło albo wypaczało ów szlak stuleci, wielkich traktów świadomości, strumieni mknących ku wieczności. Stale rodzili się ci, którzy w swoich życiorysach dostrzegli niewidzialną sferę sacrum, ale byli też i tacy, którzy zmarnowali dany im czas, pociągnęli za sobą w otchłań nieprzebrane tłumy, nie rozumiejąc, że żaden wiek nie może przesłonić prawdy/ o obrazie i podobieństwie.
Bóg począł człowieka nagiego ale bez wstydu patrzącego na swoja nagość, dopiero zakusy Szatana zrodziły w nim niepokój, poddały w wątpliwość integralność aktu kosmogonicznego. Ludzie dążący do świętości, ludzie zapatrzeni w Sąd Ostateczny Michała Anioła, pragną powrotu do źródła, do pierwszej chwili stworzenia, chcą stać się przeźroczyści w swojej bliskości Boga, chcą by prześwietlał ich w każdej cząstce ciała i ducha, a w taki sposób szukają jego zasady weryfikującej, nadającej od nowa kierunek istnieniu. Wtedy widzą jakieś Magnificat ludzkiej głębi/ i wtedy jakże głęboko czują,/ że właśnie „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” –/ Właśnie w nim!/ To On pozwala im uczestniczyć w tym pięknie,/ jakie w nich tchnął!/ To On otwiera im oczy. To jest doświadczenie głęboko mistyczne i oczy wtedy otwierają się do środka duszy, świat odpływa w jego ułudach i fantasmagoriach, a jego miejsce zajmuje Magnificat ludzkiej głębi. Takie otwieranie się na własne wnętrze i odnajdywanie w niej przestrzeni Boskiego bytowania jest rodzajem filozofii egzystencji pozawymiarowej.
W takim rozumieniu owo pojawienie się Ojca Świętego na progu kaplicy i wpatrywanie się w dzieło Michała Anioła jest przede wszystkim odnajdywaniem obrazu i podobieństwa. Tutaj, dla lepszego efektu homiletycznego i ewangelicznego zarazem, sytuacja została odwrócona, tutaj niewidzialne wyraża się w widzialnym. Tak jak w sytuacji ludzkiej, jak w akcie kosmogonicznym, który wydobył widzialna stronę istnienia z pustki i ciemności, tak jak w owym prasakramencie, ustalającym początek i koniec i rozsnuwającym dzieje pośród bezkształtu wieczności. Obecność w Kaplicy Sykstyńskiej, w obliczu owego cudu świata, cudu geniuszu ludzkiego, generuje do świadomości podstawowe pytania. Jan Paweł II zadaje je i zarazem udziela odpowiedzi: Kimże jest On? Niewypowiedziany. Samoistne Istnienie./ Jedyny. Stwórca wszystkiego./ Zarazem Komunia Osób./ W tej Komunii wzajemne obdarowywanie pełnią prawdy, dobra i piękna./ Nade wszystko jednak – niewypowiedziany. Bóg może istnieć tylko jako tajemnica, gdyby się objawił straciłby swoją ponadziemska moc, stanąłby w jednym szeregu ze stworzonymi. A przecież on jest bytem duchowym i komunią w ciałach tych, którzy zostali odwzorowani na Jego obraz i podobieństwo. Jan Paweł II pozwala płynąć myślom, wraca do prapoczątku, do bezwstydu pierwszych ludzi i do pojawienia się grzechu. A potem nagle widzi siebie na brzegu górskiego strumienia i przypomina sobie łacińską formułę, wyrytą na bramie wadowickiego gimnazjum: Casta placent superis; pura cum veste venite,/ et manibus puris sumite fontis aquam[5]. On jest tym czysto odzianym, który czystymi rękoma czerpie źródlaną wodę – u samego początku, u źródła, a zarazem, już prawie u ujścia ogromnej rzeki, która się „z niego zrodziła” i rozrosła do niewyobrażalnych w ludzkim doświadczeniu wymiarów. Przychodzi tutaj jako uczeń gimnazjum i jako najwyższy kapłan, przychodzi jako ten, który nie zmarnował danego mu czasu, ale stale ćwiczył się w pokorze i zdobywał coraz większą wiedzę o Nim. Ale też nigdy nie przestawał się dziwić – rozumiał, że On to Prasakrament – samo bycie widzialnym znakiem odwiecznej Miłości[6].
W Tryptyku rzymskim odbija się niezwykłe rozświetlenie jaźni papieskiej, widać w tym utworze jak żywa pozostała świadomość tego steranego wiekiem człowieka. Jak niczego nie straciła z wizyjności i giętkości, jak szybko przebiega głębie czasu i przestrzeni, jak kojarzy Adama i Ewę z chwilą, gdy Michał Anioł pokrywał farbami ściany i sklepienia Sykstyny. Jak łączy ją z własnymi doświadczeniami wielu lat w zdziwieniu i w zauroczeniu, wielu lat w uświęcającej siebie i rzeczywistość euforii, wielu lat w dążeniu do tego, by być bliżej i bliżej Niego. Wizja malarska Sądu ostatecznego jest tutaj ledwie pretekstem i zarazem samym centrum poematu, w tej zdumiewającej swoim rozmachem widzialności, w tym – jakże często zarzucanym mistrzowi – chaosie postaci, skłębionych grup ludzkich, Poeta dostrzega to, co niewidzialne, tutaj sięga k r e s u, bo Kres jest tak niewidzialny, jak początek./ Wszechświat wyłonił się ze Słowa i do Słowa też powraca.
Jakże wspaniała jest ta wizja Stwórcy, pochylającego się nad stworzeniem u samego początku, Boga niewidzialnie objawiającego się w pięknie górskiej natury i w magnificat wizji artysty renesansu, a potem osiągającego w myślach papieża i w dziedzictwie ludzkości wymiar sakralny, przeźroczystość nie do wyrażenia, świętość źródlaną. I ta zdumiewająca poetycka ekliptyka – ogarnięcie kosmosu i rzeczywistości planetarnej, sięgnięcie do głębi wszechświata i do głębi ludzkiego serca. Tylko to, co w człowieku niezniszczalne może spotkać się z Boską przeźroczystością i artyzmem Michała Anioła, który otrzymał dar, spojrzał oczyma ludzkimi na to, co Boskie, co stworzone i stale stwarzające. Teraz patrzy na to dzieło Poeta w białej sutannie i kontempluje w nim bieg zdarzeń, istotę ludzkiej egzystencji: W Kaplicy Sykstyńskiej artysta umieścił Sąd./ W tym wnętrzu Sąd dominuje nad wszystkim./ Oto kres niewidzialny stał się tutaj przejmująco widzialny./ Kres i zarazem szczyt przejrzystości –/ Taka jest droga pokoleń. I na tym tle grzech pierworodny, który także odciska się w pokoleniach, jak piętno, jak przypomnienie, odrzucenie zasad moralnych[7] i zapatrzenie w cielesność odwodzi byt od przejrzystości, fetyszyzuje to, co nieuchronnie wróci do pramaterii. Tutaj poezja łączy się z wykładnią Księgi i nauką Kościoła: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”./ To co było kształtne w bezkształtne./ To co było żywe – oto teraz martwe./ To co było piękne – oto teraz brzydota spustoszenia. To przypomnienie jest kontrapunktem dla innego przypomnienia, dla wskazania, że nie cały umieram,/ to co we mnie niezniszczalne trwa! W tym byt zbliża się ku przezroczystości, w tym naśladuje akt stworzenia, godzi się na rozpad ciała, bo w takiej próbie ocalone zostają przymioty Ducha.
Charakterystyczne dla poematu Jana Pawła II są owe nawroty i powroty, przebieganie wielkich przestrzeni czasowych wieczności i własnego życia. Stając na progu Sykstyny i na symbolicznym progu własnego istnienia, ten człowiek, stworzony na obraz i podobieństw Boga, widzi siebie na styku wielu przestrzeni i zdarzeń, z których zapewne najwyraziściej w jego pamięci jawi się pamiętne konklawe. Do tej kaplicy przychodzą kardynałowie i godzą się na zamknięcie „z kluczem” (con clave). Tutaj debatują któremu z ich grona oddać przywództwo, któremu powierzyć łódź Piotrową. Wizja papieża sięga od przeszłości, poprzez teraźniejszość do czasu kolejnego zebrania, już po jego śmierci: Tak było w sierpniu, a potem w październiku pamiętnego konklawe,/ i tak będzie znów, gdy zajdzie potrzeba,/ po mojej śmierci. Oni zgromadzą się w określonym czasie, staną w obliczu dzieła Michała Anioła, które uświadomi im z nową mocą, że podlegają sądowi, ze wszystko co pomyślą i powiedzą zostanie zważone, a potem oddzielone od czasu i przestrzeni. Zostanie tylko Ostateczna przejrzystość i światło./ Przejrzystość dziejów –/ Przejrzystość sumień –. Ten papież wierzy, ze podczas tego spotkania Bóg sam wskaże tego, który go zastąpi, tak pokieruje pracami, by kolejny Następca Piotra poprowadził Kościół ku wielkim dziełom, ku przezroczystości, a zarazem ku jawności, bo przecież dla Boga wszystko jest odkryte, omnia nuda... wszystko jest nagie jak Adam i Ewa, wszystko ma swój cel i swoja logikę. Tylko człowiek może wypaczyć kierunek, tylko ludzkie namiętności mogą zaciemnić obraz, przysłonić wizję Michała Anioła wynaturzonymi wyobrażeniami i fetyszami.
3. Wzgórze w krainie Moria
Trzecia część Tryptyku rzymskiego Jana Pawła II znowu rozgrywa się tyleż w krainie realnej, co w symbolicznej – w chaldejskim Ur i biblijnej przypowieści o Abramie synu Teracha, który usłyszał G ł o s i poszedł za nim w świat. To jest sytuacja z początków dziejów cywilizacji starożytnego dwurzecza, ale też sytuacja, która stale się powtarza w życiorysach wielu kapłanów i sióstr, którzy i które, słyszą jakieś dalekie wołanie i odpowiadają na nie, wstępują na szlak, godzą się na jego uciążliwości. A wszystko w zawierzeniu, że Głos ich nie zwiedzie, że zaprowadzi ich tam, gdzie wypełni się przyrzeczenie, gdzie dopełni się rytuał. Idąc daleko za wołaniem Boga docierają tacy wybrańcy do miejsc, które były ich marzeniem, albo które budziły grozę. Porzucają swoje dotychczasowe życie, tak jak Chaldejczycy swoje namioty, i ruszają gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nigdy nie spodziewali się dotrzeć. Jan Paweł II mówi tutaj o kapłanach Kościoła i o sobie samym, o swoim postanowieniu, że stan kapłański będzie jego formułą życia. Pisze o tym w książce Dar i tajemnica, wydanej w pięćdziesiątą rocznicę jego święceń kapłańskich:
Historia mojego powołania kapłańskiego? Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu. każde powołanie kapłańskie w swej najgłębszej warstwie jest wielka tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. Każdy z nas kapłanów doświadcza tego bardzo wyraźnie w całym swoim życiu. Wobec wielkości tego daru czujemy, jak bardzo do niego nie dorastamy.
Powołanie jest tajemnicą Bożego wybrania: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał” (J 15, 16). „I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron” (Hbr 5, 4). „Zanim ukształtowałem się w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię” (Jr 1, 5). Te natchnione słowa musza przejąć głębokim drżeniem każdą kapłańską duszę.
Dlatego też, gdy w różnych okolicznościach – na przykład z okazji kapłańskich jubileuszy – mówimy o kapłaństwie i dajemy o nim świadectwo, winniśmy to czynić w postawie wielkiej pokory, świadomi, iż Bóg nas „wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski” (2 Tm 1, 9). Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństwo w sobie niesie.[8]
Abram słyszy obietnicę: Będziesz ojcem wielu narodów,/ potomstwo twoje będzie tak liczne, jak piasek na brzegu morskim. Lęka się, bo natura odmówiła mu daru ojcostwa, ale wstępuje na szlak. Nie czuje się tym, który powinien tego dokonać, nie rozumie jeszcze Boskiej logiki, ale postanawia iść. To jest wolny wybór i taki musi on być, bo to jest taki sam wybór jak owo wołanie w tym, a nie w innym człowieku, wybranym przez Boga długo przed jego narodzinami, na samym początku uwzględnionym w dziejach. Wolna wola ma jednak swoje ograniczenia i człowiek musi mieć ich świadomość, bo inaczej zacznie błądzić – jak pisze René Descartes: Co się tyczy wolnej woli, przyznaję, że myśląc jedynie o nas samych, nie możemy nie doceniać jej niezależności; kiedy jednak pomyślimy o nieskończonej mocy Boga, nie możemy nie wierzyć, że wszystkie rzeczy zależą od Niego, i że w konsekwencji nasza wolna wola nie jest od tej zależności zwolniona. Albowiem pociągałoby to za sobą sprzeczność, gdybyśmy twierdzili, że Bóg stworzył był człowieka wyposażając go w taką naturę, że działania jego woli nie zależą wcale od woli Boga; przecież twierdzić tak byłoby tym samym, że moc Boga jest jednocześnie skończona i nieskończona: skończona, ponieważ istnieje coś niezależnego od niej, i nieskończona, ponieważ mogła tę niezależną rzecz stworzyć. Skoro jednak poznanie istnienia Boga nie może nam przeszkodzić, byśmy byli pewni naszej wolnej woli, jako że doświadczamy jej i doznajemy na sobie, przeto tak samo poznanie naszej wolnej woli nie powinno wcale kazać nam wątpić w istnienie Boga. Albowiem niezależność, której doświadczamy i doznajemy na sobie, dzięki której nasze uczynki stają się chwalebne albo naganne, nie jest bynajmniej nie do pogodzenia z zależnością, która jest innej natury i zgodnie z którą wszystko podlega Bogu.[9]
Wybraniec jest kamieniem milowym, on godzi się być drogowskazem, ale musi poświęcić wszystko, co do tej pory kochał. Musi całkowicie oddać się Panu, musi wsłuchać się w głos i zawierzyć mu. Każdy chciałby uczłowieczyć Boga, każdy chciałby przydać mu ludzki kształt, rysy twarzy, kolor włosów i oczu, zarys sylwetki, a przecież On – przypomina Poeta – Był Inny. Niepodobny do wszystkiego,/ co mógł pomyśleć o Nim człowiek. W tym zasadza się jego t a j e m n i c a, Jego m o c i Jego przedziwne m i l c z e n i e – Jego objawienie się w głosie, słyszalnym tylko w określonych zakresach cierpienia, samoudręczenia i samoświadomości, tylko w określonej wyraźnie chwili kosmogonicznej. To jest ten moment, który ów Bez–Imienny wybrał i uznał za właściwy dla wybranego bytu, to akt stworzenia nowego człowieka i nowej rzeczywistości, która odciskać będzie, jak pradawna matryca, więcej i więcej nowych, wspaniałych dzieł. Jeśli człowiek nie został stworzony bez powodu i bez celu – pisze Atenagoras z Aten – bo zgodnie z zamierzeniem Stwórcy żadne dzieło Boże nie jest bezcelowe – jeśli nie został stworzony na korzyść Stwórcy albo na korzyść jakiegoś innego stworzenia Bożego, to jasne, że zasadniczą i ogólniejszą przyczyną, dla której Bóg stworzył człowieka, był sam człowiek oraz dobroć i mądrość Boga przejawiająca się w całym Jego stworzeniu.[10]
Jakże wyrazisty jest w tej części Tryptyku rzymskiego kontekst kulturowy – oto w zamierzchłych dziejach ludzkości znaleźć można tropy kroków ten, który zawierzył głosowi Boga. Tam, pośród pasterskich namiotów rozgrywała się wielka epopeja walki dobra i zła, silnej woli i słabości, godności ludzkiej i podeptania wszystkich praw. A gdy urodził się Abramowi i Sarze syn pierworodny, pasterz ucieszył się ale też poczuł lęk w sercu. Teraz już był Abrahamem–protoplastą, teraz gotów był do dalszej wędrówki przez życie i przez dzieje, jako ten który był u początku. To jest to miejsce, które musi odnaleźć każdy człowiek, każdy słyszący ów g ł o s, każdy czujący, że ma do spełnienia jakiś nakaz. Jego misja tylko wtedy będzie miała sens, gdy zacznie się od zrozumienia, że w namiocie Abrahama jest to miejsce, gdzie mit stał się rzeczywistością, a s ł o w o wcieliło się w czyn. My dzisiaj właśnie do tych miejsc powracamy,/ tędy bowiem przyszedł kiedyś Bóg do Abrahama./ Do Abrahama, który uwierzył, przyszedł Bóg. To są dzieje konkretnego człowieka, a zarazem dzieje całej ludzkości, to jest historia jednego brzmienia, a zarazem wielki chór głosów w umysłach potomków Abrahama. Jan Paweł II wskazuje w tej części poematu, ze nie można oddzielić tradycji starotestamentowej od Nowego Testamentu. Pomiędzy nimi jest ścisły związek, który uwyraźni się gdy ów modelowy ojciec ruszy na wzgórze ze swoim synem Izaakiem i zacznie budować ofiarny stos, a potem, kiedy Chrystus zawoła dramatycznie na krzyżu: Panie mój, czemuś mnie opuścił.
Twórca Tryptyku... stawia się w sytuacji Abrahama wchodzącego na wzgórze Moria i wypowiada słowa, które brzmią jak hymn pochwalny: O Abrahamie – Ten, który wszedł w dzieje człowieka,/ pragnie tylko przez ciebie odsłonić tę tajemnicę/ zakrytą dla świata,/ tajemnicę dawniejszą niż świat! On oczekuje poświęcenia aż do końca, poświęcenia wszystkiego bezgranicznie, tego co najbardziej ukochane i tego co wytęsknione – on oczekuje porzucenia świata, gdy zabrzmi glos, gdy strumień ukaże piękne ponadnaturalne, gdy na progu dziejów, albo u wejścia do jakiejś Kaplicy Sykstyńskiej objawi się nagle człowiekowi cały ciąg wydarzeń od stworzenia do Sądu Ostatecznego. Ta poetycka wyprawa do krainy Moria miała swój cel – jeśli dziś wędrujemy do tych miejsc,/ z których wyruszył Abraham,/ gdzie usłyszał Głos, gdzie spełniła się obietnica,/ to dlatego,/ by stanąć na progu –/ by dotrzeć do początku Przymierza. Każdy człowiek musi się przecież zgodzić na śmierć, musi odrzucić bunt, a z nim wszystko co zbudował na tym świecie – musi odejść cieleśnie by powrócić duchowo, jako legenda albo jako znak dla nieprzebranych rzesz. Musi być gotowy w każdej chwili, tak jak kapłan który umiera dla świata a rodzi się dla służby i dla świętości. W tym momencie poemat papieża dociera do punktu, w którym pojawia się wielkie, przez wieki idące przesłanie, może ów szept, który usłyszał Abraham, może ów rytm który jest w górskim strumieniu i w ruchu pędzla Michała Anioła. To jest też dramatyczne wołanie: – Zatrzymaj się –/ Ja noszę w sobie twe imię,/ to imię jest znakiem Przymierza,/ które zawarło z tobą Słowo Przedwieczne/ zanim stworzony był świat.
Jakże wzruszający w swej subtelności jest poemat Jana Pawła II, napisany w osiemdziesiątym drugim roku jego życia, po przejściu wielkiego szlaku, po upadku tyranów i systemów, po spotkaniach z miliardami ludzi, po dokonaniu tego, co zwykle dokonują nieprzebrane rzesze. To jest łagodne a zarazem jakże donośne przypomnienie i nauka o źródle i strumieniu, o jawności każdego uczynku w obliczu Boga, o korzeniach wiary, zawierzenia i Przymierza między człowiekiem i Bogiem, nauka i przypomnienie wewnętrznej wolności w każdym działaniu[11]. To jest też spojrzenie na swoje życie i jeszcze jedno potwierdzenie, że najwyższy kapłan, cierpiąc i godząc się na ból, na wszystko co się wydarzyło, gotowy jest stanąć przed Sądem Ostatecznym.
Stojąc na progu kaplicy Sykstyńskiej i na progu dziejów, na progu wieczności, prosi: Zapamiętaj to miejsce, kiedy stąd odejdziesz,/ ono będzie oczekiwać na swój dzień –. To będzie dzień kolejnego konklawe, które wskaże nowego Następcę Piotra, ale też dzień odwiecznego i stale mającego miejsce konklawe wszystkich ludzi i każdego z osobna. Bo wszyscy zostali wybrani przez Boga i wszystkich Jego Syn umiłował i on wszystkich tak umiłował jak Jego, do końca, do śmierci i poza śmierć. Od początku dziejów, od wypowiedzenia stwarzającego Słowa, aż po kres wszystkich i wszystkiego, aż po ostateczne Amen.
[1] Warto tutaj przypomnieć pewne zdarzenie, w którym pojawiło się takie samo, jak w „Tryptyku rzymskim” i w tytule tego artykułu, określenie Boga. Podczas pobytu Karola Wojtyły w kwietniu 1974 roku w Rzymie i Neapolu na kongresie z okazji 700-lecia św. Tomasza z Akwinu, prof. Stefan Świeżawski, kolega i przyjaciel przyszłego Następcy św. Piotra miał dziwne olśnienie podczas Mszy św. sprawowanej przez Kardynała w gronie stu kilkudziesięciu księży. Nagle zrozumiał, że jest on najlepszym kandydatem by zostać kolejnym papieżem. Jak wspomina: „Wzruszenie moje było wówczas tak duże, że powiedziałem o tym mojej żonie i zaraz po Mszy św. odszukałem ks. kardynała w przyległym do kościoła chiostro, zatrzymałem go, gdy przechodził - powiedziałem mu z całym przeświadczeniem, co myślę. Popatrzył mi wówczas bardzo poważnie i głęboko w oczy - i nic nie powiedział.” Dopiero po wyborze napisał do kolegi: „Tak jest drogi Stefanie, przypominam Twoje słowa, wypowiedziane w Fossa Nuova podczas kongresu ku czci Świętego Tomasza. Deus mirabilis [Por. Kalendarium życia Karola Wojtyły, oprac. ks. A. B o n i e c k i, Kraków 1983, s. 571-572; por. też: J. S z c z y p k a, Droga do Rzymu, Warszawa 1980, s. 89.]
[2] Bóg nie ingeruje bezpośrednio, bo – jak tłumaczy to T e o d o r e t z C y r u: Gdyby Bóg wszechmogący natychmiast zsyłał kary na tych, którzy popełniają grzechy, zginęliby wszyscy bez wyjątku. Ale że sądzi nas pan pełen troskliwości i dobroci, więc jednych karze, a drugim daje naukę wskazując na los tych pierwszych. [Tegoż, List do Teoktysta, biskupa [w:] Listy, przeł. J. Radożycki, Warszawa 1987, s. 109].
[3] J a n P a w e ł I I, Przekroczyć próg nadziei. Jan Paweł II odpowiada na pytania Vittoria Messoriego, Lublin 1994, s. 165.
[4] R. S a l v i n i, Michał Anioł – Sąd Ostateczny [w:] Muzea Watykanu, prac. zbior., przeł. H. Kęszycka, Warszawa 1982, s. 96.
[5] Łac. – To co czyste, podoba się niebianom; przychodźcie czysto odziani i czystymi rękami czerpcie źródlaną wodę.
[6] Przypominanie podstawowej prawdy chrześcijańskiej o miłości do bliźniego jest w poemacie rodzajem współodczuwającego pochylenia się nad bytem. Jak mówi św. T o m a s z a K e m p i s: Nic łagodniejszego od miłości, nic silniejszego, nic wyższego, nic ogromniejszego, nic szczęsliwszego, nic pełniejszego i lepszego w niebie i na ziemi, bo miłość wywodzi się z Boga i dlatego tylko w Bogu może spoczywać wzniesiona ponad całe stworzenie [Tenże, O naśladowaniu Chrystusa, przeł. A. Kamieńska, Warszawa 1994, s. 102.
[7] Brentano wyraźnie wskazuje na upodobanie Stwórcy do porządku moralnego: Sam stwórca zna i aprobuje dobro, że najwyższym stworzeniom wszczepia powołanie do umiłowania dobra i przedkładania rzeczy lepszych nad inne. To, że istoty stworzone nie zawsze idą za tym powołaniem, że zgoła większość z nich bardzo oddala się od ideału życia moralnego, nie powinno nas odwieść od przeświadczenia o istnieniu tego powołania. [F. B r e n t a n o, O źródle poznania moralnego, Przeł. Cz. Porębski, Warszawa 1989, s. 90].
[8] J a n P a w e ł I I, Dar i tajemnica, Kraków 1996, s. 7–8.
[9] R. D e s c a r t e s, Listy do księżniczki Elżbiety, List XVI, przeł. J. Kopania, Warszawa 1995, s. 68-69.
[10] A t e n a g o r a s z A t e n, O zmartwychwstaniu umarłych, przeł. S. Kalinkowski, Warszawa 1985, s. 98.
[11] Por. M i s t r z E c k h a r t, Pouczenia duchowe [w:] tegoż, Traktaty, przeł. W. Szymona, Poznań 1987, s. 55.













