|
Wiesława Barbara Jendrzejewska
Portret
Ostry dzwonek wytrącił mnie z samotni. ”Ta godzina miała być tylko dla mnie” - myślałam otwierając drzwi, w których zobaczyłam niewidzianą chyba od roku, Aśkę.
- Czy spałaś kiedyś z kobietą ? - zapytała w progu patrząc mi prosto w oczy.
- Oczywiście - odparłam - nie wiedzieć czemu równie poważnie - chyba ze sto razy, a to na koloniach, biwakach, obozach, rajdach, zlotach, a w akademiku, to chyba nie policzę.
- Nie o takie spanie mi chodzi - machnęła na mnie ręką i weszła do środka.
Szybko zsunęła buty i rozłożyła się w moim wygodnym fotelu przy oknie zostawiając mi drugi przy drzwiach. Potem przysunęła pufę i położyła na nią nogi (często tak siadamy przy pogaduszkach), a wzrok swój wbiła w biblioteczkę naprzeciw.
Patrzyłam na nią próbując zgadnąć, jaki tym razem numer mi przygotowała i jak to za chwilę będzie pękać ze śmiechu, że mnie tak nabrała, ale ona:
- Musiałam to komuś powiedzieć. Musiałam. No przecież nie matce, co do dziś chciałaby mnie widzieć w domu o 22.00, ani mężowi, który jest niezły w te klocki, a tym bardziej synom, za mali - rozłożyła na moment bezradnie ręce i lekko przechyliła głowę. - Mam wielu, bardzo wielu znajomych – ciągnęła dalej - ale po dokładnym przemyśleniu doszłam do oczywistego wniosku, że z tym mogę przyjść tylko do ciebie - mówiła bardzo wolno, poważnie wciąż gapiąc się w moje książki.
„ Ciekawe, jak długo potrzyma mnie w niepewności ?’’
- Widzisz, ktoś, kto tego nie przeżył, nigdy nie zrozumie, ale ja doznałam takiej ekstazy, takiego odlotu ...
Patrzyłam na nią bez urazy. Nigdy nie darzyłam sympatią kochających inaczej, ale nie byłam ani zgorszona, ani zdziwiona, ani oburzona, ani - co najgorsze - zaskoczona. Nie patrzyła na mnie. Dalej wpatrywała się w półki, tym razem chyba w psychologię.
„ Aśka z kobietą? ”- nie, to jakaś bzdura, bezsens. Ona - ognista kochanka swojego męża - jak mawiał Karol - nie, to jakiś podstęp.
- Czy ty wiesz - spojrzała na mnie pierwszy raz - że ja poszłam na malarstwo tylko dlatego, żeby tam znaleźć kogoś, no kobietę, do łóżka. Wiesz, środowisko artystów i w ogóle..., że tak się stanie to wtedy nie wiedziałam, ale dziś, po trzech latach studiów wiem to na pewno. Tak. Poszłam na te studia w poszukiwaniu kobiety.
Przez chwilę pomyślałam, że wcale nie jestem jej potrzebna. Mówi bardziej do siebie, niż do mnie, mówi ,bo chce się wygadać i wcale nie wciąga do rozmowy. Może to i dobrze, bo co ja bym jej powiedziała.
Kiedy milczenie trwało trochę dłużej, zaproponowałam kawę.
- Tak, tak, zrób oczywiście i możesz też polać koniaczku. O, jest. Przywiozłam ten, który tak lubisz - wyjęła butelkę złotego trunku ze swojej, jak zawsze za dużej, torby. Postawiłam kieliszki i zaproponowałam, aby włączyła ulubioną płytę i poszłam do kuchni.
„Ona chyba mówi - niestety - poważnie, ale dlaczego, dlaczego Aśka. Każda, ale Aśka? Nie, to jakiś sen. Zawsze lubiła zaskakiwać Ale tak? Nie, nie. Wejdę do pokoju, a ona parsknie śmiechem i będzie jak dawniej”.
Jak? Normalnie. Ale co to znaczy : „normalnie” ? To, co dla mnie jest normalne, nie musi być normalne dla kogo innego.
Chwila oczekiwania na gotowość ekspresu mogła trwać wiecznie, a i tak nic nie umiałam wymyślić na to dzisiejsze, bezceremonialne wejście Aśki do mojego mieszkania. Całe szczęście, że nie ma mojej rodziny..., ale ona o tym nie wiedziała. Nic z tego nie rozumiem.
Ekspres zasyczał raz, drugi i trzeci. Wyparzyłam filiżanki, a potem wlałam mocnej kawy, która pięknie harmonizowała z białą porcelaną, jeszcze srebrne łyżeczki i z pełnią aromatu wkroczyłam do pokoju.
Aśka nadal miała swój wzrok utkwiony w moich książkach. Ocknęła się na moment i prawie na ślepo prawą ręką chwyciła za ucho filiżanki, lewą wzięła spodek i pociągnęła maleńki, gorący łyk, ożywiając nim swoje myśli:
- Pycha! Co za kawa! A wiesz - tu odwróciła się do mnie - że ty robisz najlepszą kawę na świecie? Wszystkim to mówię, gdziekolwiek piję kawę. To znaczy - uśmiechnęła się przyjaźnie - nikogo nie krytykuję, ale mówię tak: dobra kawa u ciebie, ale moja Jola, ta to parzy kawę!
- Co za aromat i jaki kolor, ach, miałam wybrać płytę - przypomniała sobie nagle. - Daj te saksofony, co zwykle, ale pokaż...Ojej masz tyle nowych płyt, no, popatrz, nowa Ella, nie ona nie... A ta dwójka jazzowa, może jednak to - rozłożyła ręce z płytami , podeszła do mniei uściskała mocno:
- My się chyba nie widziałyśmy ruski rok?! - I nie czekając na moją odpowiedź, dalej przeglądała płyty.
I pomyśleć, że ja, taka gaduła, prawie się nie odzywam. Kiedyś zarzuciłabym ją pytaniami od samego progu, ale teraz – nie. Nauczyłam się ostatnio czekać. To naprawdę dobra metoda. Często się sprawdza. Początkowo, dla mnie jako osoby spontanicznej i żywiołowej, było to bardzo trudne. Nie zawsze do końca się udawało, ale teraz po wielu próbach panuję nad swoimi reakcjami prawie w dziewięćdziesięciu procentach, jako że nie ma nic na stówę, jak ktoś powiedział bardzo słusznie.
Płyty przeglądała w milczeniu.
Popiłam łyk kawy i podniosłam koniakówkę:
- To za co pijemy? - Spytałam, szybko tego żałując.
- Oczywiście za nasze spotkanie po latach - odparła uśmiechnięta.
Kamień z serca. Zatem teraz Aśka już wszystko mi wyjaśni i zdziwi się, jak to mnie, taką mądralę, nabrała. W wieży i tak wylądowały jej ulubione saksofony, więc resztę płyt poukładała na miejsce i „zaciągnęła się” aromatem napoleona:
- Ty to znasz się na trunkach - rzuciła w moją stronę. - A wiesz, że zanim cię poznałam, nie lubiłam tego alkoholu. No i ta muzyka ... to jest tenorowy, prawda? Co za aranżacja! - Mówiła to za każdym razem, kiedy u mnie słuchała tej płyty.
Cieszę się, że mam tak dużo płyt. Z każdym znajomym słucham czego innego. Wielu z nich ma u mnie swoje ulubione płyty, a ja lubię wszystkie i dlatego nie słucham wciąż tych samych.
Spojrzałam na zasłuchaną Aśkę i najbardziej dziwiłam się, że ona nie dziwi się brakiem mojego zdziwienia. Myślę, że jestem osobą tolerancyjną, ale to spadło na mnie tak nagle.
Kawy i koniaku ubywało. Aśka nabierała rumieńców:
- Gdyby mi kiedyś ktoś powiedział, że ja... nie, do głowy by mi nie przyszło, a jednak, no popatrz - znów mówiła bardziej do siebie, niż do mnie. - Ja matka, żona, ja... i żeby to się skończyło na jednym razie, to mogłabym tłumaczyć ciekawością, alkoholem, nastrojem chwili... Wiesz, wśród artystów zawsze taki swoisty, niezwykły nastrój, ale ja ... ja jestem z nią od siedmiu miesięcy.
II
Aśkę poznałam piętnaście lat temu, kiedy przyszła do mojej redakcji: szczupła, zgrabna z wieloma piegami na opalonej twarzy (było po wakacjach) i z gustem, którego do dziś może jej pozazdrościć każda moja koleżanka, przyjaciółka i znajoma.
Razem pracowałyśmy cztery lata i od razu nawiązałyśmy dobry kontakt. Była ode mnie młodsza o siedem lat, ale to było bez znaczenia. Miała przystojnego męża i rocznego synka. Po dwóch latach urodziła drugiego. Karol był niesamowicie owłosiony. Często, w towarzystwie zachwyconych tym obrazem dam, zalotnie podkreślała ku próżności jego, że tam, gdzie nie było oficjalnie widać, też miał niesamowite, jak to z dumą dorzucała, owłosienie. Mężczyzna Aśki patrzył na nią pożądliwie, a ona odwzajemniała mu tym samym. Miło było na nich patrzeć. Byli już sześć lat po ślubie, a wciąż nie mogli się sobą nacieszyć. Kilka razy spotykałyśmy się z naszymi mężami i może by tak trwało dłużej, ale Karol miał wyjazdową pracę, a moja miłość nie była skora do towarzystwa. Ta postawa naszych mężów bardzo nam odpowiadała, bo tak naprawdę i Aśka, i wiele moich innych koleżanek, lubiłyśmy spotykać się na tzw. babskich gadaniach. To nam odpowiadało. Parami chodziliśmy tylko na zabawy. Obowiązkowo na sylwestra i jeden do dwóch razy w karnawale oraz na imieniny każdego z małżonków, więc tych wspólnych spotkań nie brakowało. Natomiast jako małżeństwa wakacje spędzaliśmy zawsze osobno i słaliśmy do siebie tysiące kartek: śmiesznych, poważnych, zabawnych, nastrojowych, wszystko w zależności od sytuacji. A że tych małżeństw było zawsze do pięciu, to prawie co dzień, w skrzynce pocztowej widniała kartka, albo ich dziesiątki, gdy wyjeżdżaliśmy w tym samym czasie. Spotkanie z przyjazną parą było zawsze świętem i okazją do poopowiadania o wypadach wakacyjnych i do popicia dobrych drinków. Nikt nigdy nie zaproponował, aby wyjeżdżać razem, może nikt na taki pomysł po prostu nie wpadł. Widać wszystkim nam to odpowiadało. Czasem trzeba odpocząć od znajomych, nawet od najlepszych, od przyjaciół, zatęsknić za nimi, by po urlopach znowu ładować się wzajemnie pozytywną energią.
Z Aśką spędziłam mnóstwo wspaniałych chwil, odbyłam tysiące spotkań, rozmów, zaliczyłam wiele lokali. Przez te wszystkie lata wypiłam z nią morze szampana, którego uwielbiała i koniaku, który był moim smakowitym trunkiem, żadna z nas nigdy nie była pijana. Wiele razy robiłyśmy wypady za miasto (była świetnym kierowcą) i gadałyśmy całymi nocami, bo miałyśmy niezliczoną ilość tematów. A mówiłyśmy o wszystkim - o pracy, o redaktorach (a jakże !), o literaturze, o psychologii i filozofii (moja pasja) i o malarstwie (jej pasja). Pisałyśmy do siebie miliony kartek, wydzwoniłyśmy niejeden limit i wciąż miałyśmy sobie coś do powiedzenia. Aśka zwierzała mi się z najintymniejszych spraw. Z własnej i nieprzymuszonej woli opowiedziała mi pikantne szczegóły swojego gorącego romansu, mimo iż miała taaakiego (!) męża. Gdy uniesienie minęło, wyjaśniała, że każda kobieta (o mężczyznach nie wspomniała), powinna poczuć ten dreszczyk erotycznych doznań zdrady, które w żadnym razie nie mają zaprzepaścić udanego, sprawdzonego związku. Ja też zwierzałam się jej z różnych przeżyć. Najbardziej podobało mi się to, że żadna z nas nigdy nie prosiła o zachowanie tajemnicy, że to było takie oczywiste i mogło się zdarzyć tylko w naprawdę dojrzałej przyjaźni, na przykład w takiej, jak nasza.
Pewnego razu przez całą noc interpretowała „Szał” Podkowińskiego, czyniąc zeń poezję włosów i ciała - jak ona mówiła, jak ona gestykulowała, jak ona grała, (oczywiście z koniem w roli głównej), to było fascynujące i wręcz niezwykłe. Ukończyła kierunki ścisłe (jak zawsze mawiała), a opowiadała jak niejeden orator, wplatając do swych interesujących tekstów nutki prawdziwej, głębokiej poezji (wiedziałam, że robi to dla mnie).Kiedy zegar, jej stary, piękny zegar, wybił trzecią, postanowiłam wracać do domu, ale Aśka nawet słyszeć o tym nie chciała. Zostałam na noc.
Od tej pory wiele razy spotykałyśmy się późnymi wieczorami (gdy nasze dzieci już spały i nie mąciły spokoju tatusiów), by przegadać noc. Często kładłyśmy się na jednym tapczanie, by po cichu dokończyć ciekawy temat i usypiałyśmy.
Kiedy dziś o tym pomyślę... No nie, to niemożliwe. Przecież ludzie aż tak się nie zmieniają. Ona i w moim domu ze mną spała. Nie pamiętam, aby mnie nawet mimo woli dotknęła. Zatem kiedy odezwały się w niej te skłonności ? O, Boże, a gdyby wtedy, gdy ze mną spała, gdyby próbowała coś... No nie. Nie dociera to do mnie i już. Nie, nie Aśka, nie ona.
Kiedy się wyprowadziła i zmieniła redakcję (z racji awansu Karola), nasze spotkania były rzadsze, gdyż dzieliła nas bardzo duża odległość. Zatem każde - jak zawsze dotąd - miłe spotkanie zahaczało o nocleg, czy to u niej, czy u mnie. Wszystko było jak dawniej: jak na obozie, w namiocie, w akademiku. Gadałyśmy o facetach, pragnieniach, tęsknotach, złościach i szczęściu. Snułyśmy plany, marzenia. Zasypiałyśmy i .... i nic. Nic się nie działo. Nawet przez moment nie przyszłoby mi do głowy, że Aśka…
Pewnego wakacyjnego dnia zadzwoniła do mnie z oszołamiającą wiadomością, że kupili domek na wsi i koniecznie muszę przyjechać z dziećmi, i to koniecznie na dwa tygodnie.
Karol znowu wyjeżdża służbowo, a ona sama boi się zostać w nowym miejscu, no i przecież nie opuszcza się przyjaciół w takich chwilach, zwłaszcza, że na przyjaciółkę, czyli na mnie – tę wiadomość trzymała do końca - czeka... koń pod siodłem. Tyle radości naraz wypowiedziała jednym tchem.
Nie musiała dwa razy zapraszać. Moje dzieci szalały ze szczęścia: wieś, pole, las, jezioro, koń i środek lipca. Superozja - Koń! Koń! Koń! Uwielbiałam jeździć konno. Mój kochany mąż, zapalony domator nie miał nic przeciw naszemu wyjazdowi do Aśki, którą bardzo lubił i jak sądzę, była to wzajemna sympatia. Zresztą Aśki nie można było nie lubić - była szczera, serdeczna i pamiętała nie tylko o mnie, ale też o moich dzieciach - nigdy nie pojawiła się w moim domu bez słodyczy dla nich, maskotki czy płyty. Pamiętała też o moim działkowiczu i wykonując jakikolwiek remont w domu, najpierw pytała Bena, czy nie potrzebuje używanych krzeseł, kanap, foteli w dobrym stanie, potem mnie, czy nie chcę nadmiaru jej naczyń, obrusów, serwetek. Nie zawsze korzystaliśmy z jej propozycji, ale zawsze czuliśmy się zaszczyceni, że pamięta o nas nie tylko od święta. Kiedy dziękowaliśmy jej za pamięć, bywała szczerze zdziwiona .
- Przecież jesteście moimi przyjaciółmi i obdarzacie mnie dokładnie tym samym.
I miała rację - tak było: najpierw Aśka, potem dopiero byli inni.
Na wsi było rewelacyjnie. Koń. Łąki ukwiecone po brzegi. Koń. Las. Koń. Jezioro. Koń. Czysta woda. Koń. Wiejskie mleko. Koń. Jaja „ od chłopa”. Koń. Prawdziwy twaróg. Koń. Zapach siana. Koń. Maślanka. Koń. Zadupie totalne. Koń. Zapach lata. Słońce. Bieg, cwał, przejażdżki. Wiaterek, opalenizna. Koń. Dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery z czwórką dzieci i z Aśką w symbiozie z naturą. Pełnia szczęścia. I to nasze gadanie: przedpołudniowe, południowe, popołudniowe, wieczorne, nocne, ranne - bez końca. Kawa, koniak, szampan, piwo... Całe dnie i noce razem, bez mężczyzn, no chyba, że jakiś wspomniany... „ chłop z jajami ” i ... nic. Aśka była prawdziwą kobietą opalającą się dla Karola, ja dla Bena. To wszystko.
- Za tego konia musisz nauczyć mnie pływać - powiedziała kiedyś bez związku z tematem i to tak poważnie, że nawet nie miałam czasu, aby wyrazić swoją radość, wszak pływanie, obok konia, było moją kolejną pasją.
Uczyła się szybko. Wtedy na to nie zwracałam uwagi, ale dziś widzę wyraźnie, ile razy chwytałam jej ramiona, brzuch, nogi, aby przekazać sztukę pływania. I nic. Nauczyła się w pierwszych dniach. Kiedy nie jeździłam konno, pilnowałam z nią naszych pluskających się dzieci. Oj, potrzebowały one naszych obu par oczu, takie były żwawe i chętne do wody, a kiedy spały nocami, my chodziłyśmy pływać. Często robiłyśmy to nago. Lubiłam wypływać na środek jeziora i patrzeć na machające ramiona Aśki niedaleko brzegu. Z czasem i ona wypływała coraz dalej, ale była bardzo ostrożna, co mnie uspakajało.
Pamiętam, jak po pierwszych wyczynach „końskich” (miałam długą przerwę w tym zakresie) bolały mnie ogromnie wewnętrzne strony ud i pośladki. Aśka zdobyła jakąś maść i smarowała mnie dokładnie. Nie czułam nic, oprócz ulgi od bólu. Dwa dni (na czternaście) lało i wtedy myła mi plecy pod prysznicem. Też nic, więc niech mi nikt nie mówi, że Aśka...
III
- Jola, siedem miesięcy, czy ty mnie słyszysz?
- Słyszę.
- I co ty na to?
- Nie wiem, co powiedzieć.
- Pewnie, że nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć - kończyła zdanie rozmarzonym głosem przymykając oczy, które nadal, chociaż szparkami, patrzyły w moją biblioteczkę.
- Czy chcesz o tym porozmawiać, czy po prostu chcesz się wygadać?
Milczała chwilę.
- Nie wiem, no nie wiem... - przechyliła głowę w lewą stronę jakby szukała właściwych słów i odrzekła - gdybym cię chciała prosić o radę, byłabym tu siedem miesięcy temu, zresztą robiłam do tego przymiarkę, pewnie dziś kojarzysz, ale teraz wiem tylko, że jestem zauroczona babskim ciałem.
- Każdym?
- Coś ty! - Prawie wykrzyknęła - ona jest jedyna. Je - dy - na, rozumiesz. Żadna inna.
- Ale przecież facetom podoba się wiele kobiet i często bardzo różnych...
- No właśnie. Ty masz rację! - Tupnęła lekko w wełniany dywan - no rzeczywiście, a ja nigdy ani przedtem, ani potem, będąc już w związku z nią, nawet nie obejrzałam się za inną kobietą. Słuchaj, - spojrzała mi prosto w oczy wypijając ostatni łyk pięciogwiazdkowego - czy ze mną jest wszystko w porządku?
- Nie wiem. To zależy, jak ty się z tym czujesz.
- Czuję się rewelacyjnie cały ten czas. I może mi nie uwierzysz, ale mój układ małżeński na tym zyskał.
- ?
- Dziwisz się? Karol powiada, że dawno nie byłam taka czuła i ciepła dla niego, ale tego, Jolu, nauczyła mnie ona. A poza tym on ją bardzo lubi.
- ?
- Postrzega ją jako moją przyjaciółkę. Nie zna jej skłonności ani moich. Często, kiedy wyjeżdża, ona zamieszkuje u mnie. Najczęściej w weekendy, ale bywa, że i w tygodniu. Jest szefową firmy i zawsze może się wyrwać „ w interesach ”, no nie ? - Mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
- A wiesz, myślałam o tobie Zastanawiałam się, czemu tak długo się nie odzywasz, czy być może o coś się gniewasz, czy może masz jakieś problemy, ale liczyłam na to, że sama z nimi przyjdziesz, jak to wcześniej bywało Twoje długie milczenie - tu ja zadumałam się na chwilę - zastanawiało mnie nieraz.
- I słusznie. Tylko, że ja przyszłam ci powiedzieć nie o problemach, a o nowym szczęściu.
Zobacz, zobacz - nerwowo szukała czegoś w torebce - jakie od niej ostatnio perfumy dostałam. I to bez okazji - wcisnęła mi do ręki ledwie zaczętą Chanel 5.
- Zawsze mi się podobał ten zapach. - Wyznałam szczerze - Mogę kropelkę?
- Oczywiście, możesz nawet trzy.
Po chwili ulubiony zapach roznosił się po pokoju intensywnie, jako że i Aśka „uraczyła się” trzema kropelkami.
- Czy mogę o coś zapytać? - odezwałam się nieśmiało.
- Oczywiście, o co tylko chcesz - ucieszyła się, że wreszcie wykazałam zainteresowanie.
- Powiedz mi, jak radzisz sobie z tymi dwoma, tak różnymi układami?
- Nic prostszego, no nic prostszego. Przecież Karolowi do głowy nie przyjdzie, że go zdradzam z kobietą. Pamiętam, jak drżałam, gdy miałam tamten romans. Potwornie się bałam. Nigdy, przenigdy nie chciałabym stracić Karola ani wtedy, ani teraz.
- Już się nie boisz , a...
- Dobrze jest mi z nią, nawet bardzo dobrze. Z Karolem też jest o`key. Jedne i drugie zbliżenia są właściwie bardzo podobne, ale z mężem wciąż drżałam i czasem jeszcze drżę o kolejną ciążę, a z nią wszystko jest bezpieczne i wręcz doskonałe. - powiedziała z takim przekonaniem, że już - niestety - nie miałam złudzeń, że to tylko gra, co potwierdziłam głośno:
- Trudno mi to zrozumieć, ale skoro wszyscy są szczęśliwi...
- Tak Nawet moi synowie. Oni nigdy nie mogą doczekać się jej przyjazdu. Wiesz, jak sprzątają!? Wybacz, ale na twoje przyjście, choć wiesz, jak cię lubią, nigdy nie robili takich porządków. Wystarczy hasło: ”ARTYSTKA” i wszyscy w gotowości. Miesiąc temu podarowała moim chłopcom komputer i to z takim oprogramowaniem, którego nawet Karol nie ma w firmie, a wiesz, gdzie pracuje - mówiła z takim zachwytem i radością, jakby po raz pierwszy zakochała się, zapominając o całym świecie.
IV
Pewnego dna zadzwoniła do mnie po miesiącu milczenia (obie miałyśmy takie okresy) i po krótkim przywitaniu wyznała:
- Ty to masz często wejściówki na ciekawe imprezy. Nie chciałabyś wybrać się kiedyś ze mną?
- Dlaczego nie. Właśnie leży przede mną podwójne zaproszenie na koncert jazzowy...
Nie pozwoliła mi dokończyć:
- Jeśli to jest w piątek, to przyjadę po ciebie i odwiozę cię po wszystkim do domu. Tak mi brakuje pobyć z tobą przy dobrej muzyce.
Zupełnie nie pamiętałam, aby Aśka lubiła jazz. Nigdy mi o tym nie mówiła, a na te koncerty chodziłam przeważnie z Benem. Pewnie chce się spotkać i tyle.
Pojechałyśmy. Jazz był dobry. Taki, jaki lubię. Tradycyjny. Byłam tak zaangażowana w odbiór, zwłaszcza saksofonów - jak zawsze zresztą, że ledwo zauważyłam, iż Aśka wcale nie rozkoszuje się muzyką. Od niechcenia popijała sok pomarańczowy wędrując po świecie swoich myśli. W powietrzu unosił się ciężki dym papierosowy i opary piwa, których nie była w stanie złagodzić woń mojej dużej brandy.
„Powie mi, o co chodzi, czy nie” pomyślałam, dołączając rzęsiste oklaski do kolejnych bisów.
Po koncercie włączono wentylację Dym się ulotnił i poczułam prawdziwy aromat ulubionego trunku. Spojrzałam na Aśkę. Chyba chciała mi coś powiedzieć, ale - jak sądzę - mój znakomity nastrój sprawiony jazzową nutą, nie pozwolił jej na zwierzenia.
Nagle ożywiła się:
- Pojedźmy do mnie. Wypijemy coś razem i pogadamy, a rano wrócisz do domu.
Nieraz tak robiłyśmy, kiedy przyjeżdżała samochodem, a miała ochotę na drinka.
- To coś poważnego?
- Chyba... - szepnęła nie podnosząc wzroku znad wciąż prawie pełnej szklanki soku.
- Popatrz, wszyscy już wychodzą, może jednak tu porozmawiamy. Nie musisz przecież wypić, aby powiedzieć mi coś ważnego. Wybacz, ale - ciągnęłam dalej - zadzwoniłaś tak nagle, że zapomniałam ci powiedzieć, iż jutro mam dyżur w redakcji za Marka, on też nigdy mi nie odmówi, rozumiesz.
- Oczywiście.
- Ale nie rozstanę się z tobą, nie wysłuchawszy cię.
- To może poczekać. Naprawdę - mówiła chyba szczerze - na to musimy sobie dać dużo więcej czasu niż do zamknięcia tego lokalu. Umówmy się na nocne gadanie, dobra?
- W porządku - odetchnęłam z ulgą, że nic się nie wali, nie pali.
Pojechałam do niej w następny piątek. Przygotowała, jak zawsze w takich razach, ogromny stół pełen smakowitości, zwłaszcza przeróżnych serów, które obie uwielbiałyśmy i kolorowych sałatek, które pięknie komponowały się z serwetkami i wyszukaną zastawą. Prawdziwa artystka! Kiedy wymieniłyśmy informacje na temat zdrowia naszych dzieci i mężów (jej znów w delegacji), usłyszałyśmy dzwonek u drzwi. Spojrzała na mnie zdziwiona, jakbym to ja miała wiedzieć, któż ośmielił się zburzyć nasze umówione spotkanie.
Niechętnym krokiem ruszyła w kierunku drzwi, które po otworzeniu pokazały jej siostrę z trójką małych dzieci. Kiedy się wszyscy witali uświadomiłam sobie, że nigdy nie miałam okazji zapoznać Aśki z moją siostrą, też artystką, architektem wnętrz. Jej Baśka tłumaczyła od progu, że przyjechała z maluchami do kontroli lekarskiej. Musi być wcześnie rano u specjalisty. To nie będzie ich zrywać wcześnie z łóżek, tylko przenocuje u niej, a rano, bez nerwów pójdą do lekarza. Aśka uśmiechała się tylko.
- To mama do ciebie dzwoniła, że będziemy na kolacji ? - krzyknęła wesoło patrząc na zastawiony stół. - Dzieci, myć ręce i na kolację - zakomenderowała, nie czekając na odpowiedź Aśki. A potem cała czwórka prześcigała się w opowieściach o kłopotach z kosiarką i z prosiakami, o budowie nowej, dużej obory...
Zupełnie bez smaku zjadłam trzy kawałki różnych serów pleśniowych, pożegnałam się, co Baśka przyjęła za zrozumienie z mojej strony i ... pojechałam do domu.
Aśka do mnie nie zadzwoniła. Ja też. Była zajęta swoimi studiami - jak sądziłam. Ja natomiast pracowałam nad nowym reportażem. To było... To było chyba jakieś siedem miesięcy temu.
V
Czy to jest normalne, że kobieca Aśka mająca męża i dzieci prowadzi podwójne życie? Czy to jest naturalne? Co jest normalne? Czy to, co uznaje ogół? Czy to, co my uznajemy za słuszne?
Aśka jest szczęśliwa i ma do tego prawo. Może to jest jej sposób na szczęście. Jest przekonana, że to jej pomaga pracować i prowadzić rodzinę z kochanką w roli głównej. Pewnie nie ona pierwsza, chociaż muszę przyznać, że o relacjach: mąż - żona - kochanka tej żony, to nie słyszałam jeszcze. Owszem, widziałam w jakimś beznadziejnym filmie, ale to było na ekranie.
Słucham jej. Patrzę na moją Aśkę Przyjmuję to wszystko do wiadomości i nie jestem (a może powinnam?) ani zgorszona, ani tak naprawdę zdziwiona. Może dlatego, że tak trudno nam zrozumieć, że to wszystko, co się dzieje we współczesnym świecie, dzieje się też wśród naszych znajomych i przyjaciół, a nie tylko u obcych czy w filmie. Często wydaje nam się, że to, co inne, dotyczy innych właśnie, a nie nas. Tymczasem wszystko się może zdarzyć i okazuje się, że także nam - niestety.
Aśka uśmiecha się. Wie, że może mi powiedzieć wiele. Wie, że nie będę oceniała, krytykowała, wypytywała. Powie tyle, ile chce i zostanie wysłuchana. Myślę, a właściwie wiem, że w układzie z Aśką nie chciałabym być na miejscu jej partnerki, ale nie wywołuje to we mnie oburzenia czy zazdrości, a jeśli już zazdrości, to o czas, który daje innej, a nie mnie. Już nie będzie go miała dla mnie tyle co kiedyś. I tego mi autentycznie żal.
Przez moment zastanawiam się, co powiedziałby na to Karol, ale szybko tłumię tę myśl i patrzę na niczym niezmącony uśmiech Aśki, na inną dziewczynę, a przecież wciąż tą samą.
- Słuchaj, a gdzie twoja rodzinka? - Nagle przypomniała sobie, że ja tu z kimś mieszkam.
- Ben zabrał dzieci za miasto.
- Abyś mogła popracować - powiedziała ze skruchą.
Jak ona mnie znała. Ona dobrze wiedziała, co robię siedząc samotnie w domu. Znała prawie wszystkie moje nawyki. A ja? Cóż ja - okazało się, że wcale jej nie znałam. Jak mało tak naprawdę o niej wiedziałam. I chociaż często mówiła o swoich potrzebach i fizycznych, i duchowych, okazało się, że... że człowiek wcale nie jest tak ukształtowany, jak się nam jawi, że nie ma nic na zawsze, że wszystko może się zmienić lub przybrać zupełnie inną postać.
- Zabrałam ci twoją dzisiejszą samotnię - mówiła dalej ze skruchą, - ale zrobiłam to specjalnie.
- ?
Tak. Specjalnie. Powiedziałam sobie, że albo dziś, albo nigdy, że jeśli będziesz sama w domu, to ci powiem o wszystkim. Naprawdę uwierz, jest mi teraz bardzo dobrze i chciałam o tym powiedzieć mojej najlepszej przyjaciółce. - Tu polała do koniakówek i wziąwszy kieliszki w obie ręce, podeszła do mnie i mocno pocałowała mój policzek, po czym podała mi trunek.
Popiłam łyczka i spojrzałam na nią z uśmiechem:
- Co za koniak! - I popiłam jeszcze raz oblizując się ze smakiem.
Chyba tego nie słyszała, bo wróciła na wygodne miejsce i zaczęła:
- Właściwie to ja czuję się winna.
„Co za zmiana nastroju”- pomyślałam, ale zapytałam:
- Dlaczego?
- Bo tyle czasu, no siedem miesięcy cię zaniedbywałam, nie dzwoniłam, nie pisałam, nawet krótkich, tak bardzo przez ciebie lubianych, kartek. Przepraszam - znowu podeszła do mnie i znowu ucałowała mnie, tym razem w oba policzki - mam u ciebie dług i chcę go spłacić.
Nic nie rozumiałam.
- Nie masz u mnie żadnego długu i nigdy nie miałaś - odparłam lekko odpychając ją od siebie.
Chyba brandy zaszumiała jej w głowie, zawsze miała słabą głowę, a tymczasem zbliżałyśmy się do dna kształtnej butelki.
Nagle ocknęłam się:
- Czy ty przyjechałaś samochodem?
- Tak, ale nie martw się - uspokoiła mnie szybko - wrócę taksówką, chyba że - uśmiechnęła się zalotnie - zaprosisz mnie na noc.
Zgłupiałam. Ale to był jej trik, na który dałam się przyłapać.
- Nie ma obawy - powiedziała już zupełnie chłodno - jestem wierna seksualnie tylko jednej kobiecie i w te klocki nic ci ode mnie nie grozi, ale ponieważ tak długo cię zaniedbywałam -wróciła do wcześniej przerwanego wątku - chcę to naprawić. Mam dla ciebie prezent.
- Ale przecież... - zmieszałam się ogromnie.
Owszem, miałyśmy czasem dłuższe okresy milczenia, ale żadna z nas nie poczuwała się do dawania prezentów z tego powodu Zresztą, ja też mogłam do niej zadzwonić, a nie zrobiłam tego...
- Będzie to prezent mojej wielkiej przyjaźni do ciebie - mówiła spokojnie dalej. - Wiesz, że maluję...
- Czy to znaczy, że... - bardzo chciałam mieć jej obraz, ale jakoś nigdy nie miała czasu, by namalować coś dla mnie.
- Tak, to znaczy, że dostaniesz moje dzieło. Myślę, że dobre - powiedziała wyjątkowo nieskromnie i z pewną dumą.
Byłam zachwycona. Zupełnie zapomniałam, z czym naprawdę do mnie przyszła.
- Gdzie go masz ? - Spytałam pospiesznie.
- W samochodzie. Wyjdziemy razem, ja dam ci obraz i zawołam taksówkę z komórki, a ty przyrzeknij mi, że obejrzysz go dopiero po przyjściu do domu. Jest dobrze zapakowany, więc nawet nie próbuj zrywać papieru w windzie. Szkoda byłoby go uszkodzić.
- Czuję się podekscytowana. Pewnie mi nie powiesz, co będzie na obrazie - autentycznie nie mogłam się doczekać. Największa ściana mojego pokoju wciąż czekała na obraz Aśki.
- Mogę ci tylko powiedzieć, że będzie to portret.
- ?
- Tak .Portret. O nic więcej nie pytaj.
Kiedyś odmówiłam jej pozowania do aktu, który miała namalować na zaliczenie, ale akt to nie portret, więc chyba nie namalowała mnie. Moja ciekawość rosła z każdą minutą.
- Idziemy? - Zapytała prawie zalotnie.
- Idziemy. - Odparłam wesoło.
W windzie nie zamieniłyśmy ani słowa. Samochód stał zaparkowany nieopodal wejścia. Po koniaku nie było śladu. Zgrabnie nadusiła pilota, a potem zamówiła taksówkę. Otworzyła bagażnik i wyjęła duży obraz oblepiony mnóstwem szarej taśmy na równie szarym papierze.
- To z przeprosinami za...
- Nie musiałaś, ale zawsze chciałam mieć twoje dzieło.
- Wiem.
- O, jest taksówka.
- Widzę. Jutro przyjadę po moje auto. Myślę, że tu będzie bezpieczne.
- O której przyjedziesz? Chyba wejdziesz, bym mogła podzielić się z tobą moimi wrażeniami. Już się cieszę. Nawet nie wiesz jak.
- No przecież widzę. Dziękuję za wszystko. Wpadnę do ciebie jutro około 16.00 - uśmiechała się przyjaźnie, zupełnie jak kiedyś.
- Będę czekała, trzymasz mnie w takiej niepewności.
- Jesteś taka niecierpliwa. No dobrze - zawahała się przez moment - na tym portrecie jest kobieta, którą kocham i pożądam od siedmiu miesięcy. Wreszcie ją zobaczysz - wrócił temat, z którym naprawdę do mnie przyjechała. - Mówię ci, jak żywa. Nie chciałam ci jej od razu przedstawiać. Najpierw zobaczysz ją na portrecie, a potem poznasz osobiście. Myślę, że ją polubisz. Chcę, abyś wiedziała, że ten portret jest mi bardzo drogi i bliski, dlatego daruję go tobie, mojej najbliższej przyjaciółce. Naprawdę nikomu innemu bym go nawet nie sprzedała.
- A ty...
- Mam jej portretów całą pracownię. No jedynego to nie dałabym ci..
- Dziękuję - ucałowałam ją w oba policzki, jak kiedyś i nawet nie obejrzałam się za odjeżdżającą taksówką.
Obraz był nie tylko duży, ale i ciężki. Niosłam go w obu rękach. Winda z dziesiątego jechała bez końca zatrzymując się na każdym piętrze. ”Znowu dzieciaki się bawią” - pomyślałam wściekając się ogromnie. Po długiej chwili z trudem wstawiłam obraz obok wysokiego mężczyzny, który jechał na ósme.
Winda zatrzymała się na moim piętrze. Wysiadłam. Nerwowo otwierałam drzwi i szybko weszłam do pokoju. Ani rusz bez nożyczek. Zaczęłam rozcinać szerokie paski taśmy i zdzierać kolejne warstwy papieru. Kiedy zerwałam ostatni, ujrzałam tył obrazu z naklejoną, odręcznie napisaną dedykacją: „Mojej najbliższej przyjaciółce, moja największa miłość” i podpis Aśki.
Odwróciłam ramę, oparłam o komodę i usiadłam w fotelu. Dobrze, że usiadłam, bo pewnie bym zemdlała.
Na dużym obrazie ujrzałam siedzącą na krześle postać dojrzałej kobiety w męskim garniturze i białej koszuli z krawatem. W prawej ręce trzymała zapalonego papierosa i uśmiechała się lubieżnie. To była... moja siostra.
|