|
Minęła kolejna niedziela. Tak szybko i bez wyrazu. Dzisiaj ta moja zmiana klimatu, dała mi się mocno we znaki. Kilkanaście spędzonych godzin wśród sterty książek a raczej zapisków z wykładów, zaległych, bowiem cały program trzymiesięczny mam teraz na głowie a tylko tydzień czasu. Utrudniłem sobie znowu zadanie, zresztą podobnie jak w całym moim życiu, nie ma miejsca na „lajtowe” chwile. A to wszystko na własne życzenie.
Zmęczony i wyraźnie zgubiony teraz jestem. Zmiana klimatu i towarzystwa podziała. Znowu czuję ten przenikający strach. Strach przed samym sobą, że nie podołam nowemu o wiele bardziej trudniejszemu wyzwaniu. I nawet świadomość o mojej przeszłości, zdolnościach a raczej łatwości z jaką przyswajałem sobie wszelką wiedzę i umiejętności, nie jest pocieszająca. Dziś w świetle wieku, nie mam tyle sił, odebrała mi przeszłość 10-cioletniej tułaczki, choroby i zagubienia życiowego. Nawet teraz kiedy już stałem się inny, przeszedłem tą metamorfozę, nazbyt gwałtowną jednak chyba, to nadal pozostało jedno – tułaczka. Tyle, że teraz wśród właściwych myśli. Jak wtedy miałem jedynie zakręty, z których każdy prowadził do zła tak teraz też ale kierują do dobra. Jednak osamotnienie i brak sił, powoduje niebywałą frustrację i brak przekonania. Strach.
Te kilka zaledwie godzin a raczej kilkanaście jakie dziś poświęciłem i tak jest regularnie co tydzień, to jak cały tydzień pracy. Dla mnie męczącą bardziej jest praca umysłowa. Padłem znów o osiemnastej na łóżko i usnąłem wraz z moją tęsknotą. Brak mi tych niedziel kiedy to obok żona i dziecko. Brak familijnego serialu, filmu, który razem przy obiedzie śledzimy. Dzisiaj nawet taki był i to nieczemu sobie, jednak widząc te ukazywanie dzieciństwa, więzi i uczuć, przeraziło mnie. Nie jestem już w stanie patrzyć na uśmiechy i fantazję dzieciństwa i miłości. To pewnie zmożyło mnie do snu jeszcze bardziej. Może i to lepiej? Odpocznę i przejdą melancholiczne myśli – pomyślałem.
Lecz jakby tajemnicza siła ostatnio nade mną czuwa, tak we śnie daje o sobie znać. Nie wiem dlaczego pojawiają się te kolejne wizje i takie wyraźne, że nie zapominam, wstając tkwią w moich myślach nadal. Żywe jakby wcale nie pochodziły z „tamtego świata„. Może podświadome pragnienie pomocy w tych chwilach, kiedy to mam tyle spraw i nie mogę ich wszystkich ogarnąć. Nawet nie mogę skategoryzować priorytetów, gdyż to co stworzyłem i każdy tego element jest najważniejszy. Tak jakby cały organizm, bez serca nie funkcjonuje, ani bez każdej innej częsci nie może być w pełni sprawny a tylko taki ma szanse na powodzenie.
Tak właśnie wedle tych rozmyślań chyba mogę stanowczo określić sens mojego snu. Bliski i życzliwy niegdyś znajomy odwiedził mnie i było to jakby jawa. Zabrał mnie jak niegdyś zabierał w różne miejsca, na karuzelę. Czułem podczas tych mich wizji, jakbym cofnął się do czasu kiedy to byliśmy razem na pielgrzymce. Wtedy to pierwszy raz wpełni czułem jak wszystkiego mi brakuje, jak brakuje mi tego co najważniejsze – miłości. Ta tajemnicza siła ludzi, słów, otoczenia i wiary, właśnie wtedy spowodowała, że zacząłem chociaż jeszcze nieświadomie, myśleć z większą jednak nadzieją. I tak rzeczywiście w niedalekim czasie się okazałao jak duży miała wpływ ta „impreza„. We śnie tym razem nie byłem wśród pielgrzymów i wśród modlitw. Zabrał mnie na karuzelę. Pan Stanisław, który wtedy kiedy właśnie tak blisko obcowaliśmy ze sobą, kiedy mnie wspierał w każdej dziedzinie, widział jak się staczam a mimo to wierzył we mnie. Newet na przekór większości, pomagał mi „kontynuować” moją osobistą tragedię, dokładając pieniędzy. Wiedział jednak, że doczeka się tego dnia w którym nastąpi tryumf zwycięstwa nad sobą. Będzie mógł mieć wtedy spokojne sumienie, ba nawet być dumny, że nie pozwolił mi zdechnąć pod płotem w momentach kiedy to nic nie miałem. Dając od siebie to wszystko nie traktował mnie jak darmozjada czy straceńca lecz z powagą i odpowiednim szacunkiem. Wiedział, że potrafię. Teraz znów się pojawił właśnie w momencie kiedy to znowu stoję nad poważnymi wyborami.
Ale to jakby nic jeszcze. Odezwał się we śnie właśnie wtedy gdy miałem go odwiedzić, bo właśnie dzisiaj się umawialiśmy. Byłem jednak zmęczony a nawet zapomniałem. Zamiast złości, jaką mógł mieć do mnie, we śnie usłyszałem wyraźnie słowa – „wiedziałem, że nie będziesz w stanie przyjść” w dobrym kontekście i po tym zabrał mnie na karuzelę jak jakieś małe dziecko. Dziwne zaprawde. Czułem jednak jakąś niebywałą bliskość, niczym ojcowską. Uczucia takie nie przychodzą tak same od siebie i nie ukazują się we snach nawet. A jednak to mnie tchnęło.
Gdy usiadłem po raz kolejny przed moim już nieco zużytym i przestarzałym komputerem, nagle z tego powodu zrobiło mi się bardzo smutno. Przypomniałem sobie jak wiele mu zawdzięczam i pomyślałem, że to było jakieś ostrzeżenie lub uwaga abym jednak tak bardzo nie uciekał. Bo należy sobie jasno powiedzieć – uciekam od tego świata i ludzi. Co jest paradoksem kolejnym w moim życiu. Im bliżej jestem ludzi (a raczej znów do ludzi wyszedłem), tym bardziej oddalam się od nich. I wszyscy nawet będący zaledwie kilka chwil obok mnie, wyczuwają ten „mój mur„.
We śnie, było kilka szyderczych twarzy, osób, których śmiech sarkastyczny, upodlający, słyszałem wyraźnie i dobitnie. Jednak z czasem ucichli, gdy ruszyła karuzela. Jakby wraz z kręcącym się pozornie światem, również i oni zaczęli obkręcać się wokoło siebie, wokół swoich zachowań. O sto procent odwrócone zostały karty. A obecność „przyjaciela” i jego podejście po raz kolejny, zamalowało „zły dla mnie świat„.
Obudziłem się znów w tym moim szarym pokoju a zza drzwi, słychać było jedynie szmer – ktoś poruszał się w łazience. I na tenże szmer byłem zły, gdyż nadal chciałem być w tym „innym świecie„. Ciężko mi zrozumieć siebie, jednak zauważyłem, że ulgą jest myślenie o tym. Co kiedyś mnie dręczyło, teraz jest jakby tym moim rozwiązaniem…
Im bardziej jestem zagubiony, tym więcej mam podświadomych przekazów. Tak chyba można określić teraźniejsze zdarzenia.
|