-
Mieszkałem wtedy na parterze kamienicy kilka przecznic od szpitala, w którym się dzisiaj spotkaliśmy. Pewnej styczniowej nocy obudził mnie hałas dochodzący z klatki schodowej.
Jako, że w tej dzielnicy nie było to czymś nadzwyczajnym, chciałem to z początku zbagatelizować, ale, kiedy po chwili dało się słyszeć jeszcze przekleństwa i jęki – wyszedłem z mieszkania zobaczyć, co się dzieje i ewentualnie przywołać awanturników do porządku. Sąsiedzi wiedzieli, że jestem w ORMO i zazwyczaj po mojej interwencji – takie rzeczy już zdarzały się wcześniej – wszystko cichło.
W tym miejscu przerwał, jakby chciał sobie wszystko dokładnie przypomnieć, zapalił papierosa zaciągając się głęboko, po czym wydmuchując dym podjął przerwany wątek.
- Gdy znalazłem się na zewnątrz ujrzałem małego, może dziesięcioletniego, roztrzęsionego chłopca w piżamie, wyprowadzającego z piwnicy słaniającą się na nogach kobietę. Oboje byli bosi i mieli na sobie ślady krwi, a koszula nocna kobiety zwisała na niej niemalże w strzępach.
Zza ich pleców z poziomu schodów do piwnicy dochodziły na przemian jęki i bluzgi jakiegoś mężczyzny wyzywających oboje od najgorszych, a „niemiecka kurwa” i „żydowski bękart” powtarzały się najczęściej.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to kolejna pijacka awantura, jakich wiele w tej okolicy. Zdenerwowany spytałem nawet:, „Co tu się do kurwy jasnej dziej?”
Jednak do tej pory nigdy nie widziałem tej kobiety pijanej, czy w jakiejś innej kompromitującej sytuacji, przeciwnie – ilekroć mijałem ją na schodach zawsze robiła na mnie wrażenie, zadbanej i jakby nie do końca pasującej do „pejzażu” dzielnicy, a i chłopak zawsze pierwszy mówił „dzień dobry” i kłaniając się lekko, wymijał mnie jakby lekko zamyślony. Widziałem go też codziennie, jak niemalże o świcie wybiegał w stroju sportowym z domu i wracał po kilkudziesięciu minutach rozgrzany biegiem.
Poza tym, tamtej nocy było w nich coś takiego, że momentalnie uszło ze mnie całe powietrze, a widząc, że kobieta słania się na nogach, podskoczyłem do nich, wziąłem ją na ręce i wniosłem do siebie do domu.
Żona, zaniepokojona również hałasami i moją nieobecnością wstała z łóżka i w szlafroku stała w przedpokoju, więc tylko kazałem zająć ranną, a sam poszedłem do telefonu chcąc dzwonić po pogotowie i na milicję.
Wtedy odezwała się po raz pierwszy. Głos miała słaby i widać było, że mówienie sprawia jej trudność.
- „Proszę, na wszystko, co dla pana święte proszę nie wzywać nikogo!”
- „Ależ kobieto – Pani jest ranna i sam sobie nie poradzę” – odpowiedziałem zaskoczony jej prośbą.
- „Ale Pan nic nie rozumie, proszę pozwolić mi wszystko wyjaśnić” – nalegała.
- Nie wiem czy to determinacja w jej głosie, czy cokolwiek innego, ale uległem jej prośbom. Aby jej nie krępować swoją obecnością, powiedziałem że w trakcie opatrywania jej ran przez moją żonę, pójdę do piwnicy sprawdzić co tam się stało.
Wyciągnęła rękę w moim kierunku, jakby chciał mnie zatrzymać, ale ja tylko odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z mieszkania.
W świetle żarówki, blado świecącej nad drzwiami do piwnicy zobaczyłem leżącego na schodach zakrwawionego mężczyznę z nienaturalnie wykręconymi rękami i czarną dziurą w twarzy w miejscu gdzie ludzie mają lewe oko.
W odruchu współczucia zszedłem do niego i klęknąłem chcąc się zorientować, jakie odniósł jeszcze obrażenia.
Dopiero wtedy zauważyłem leżący koło jego ręki zakrwawiony długi nóż kuchenny i całe moje współczucie ustąpiło miejsca zimnej ciekawości.
Leżący do tej pory z zamkniętymi oczami, bluzgający i wyzywających od najgorszych kobietę i jej syna, gdy wyczuł moją obecność, popatrzył na mnie zdrowym okiem i w mgnieniu oka z groźnego bandziora zmienił się w przymilającego się o kawałek kości wioskowego kundla.
- „O sąsiedzie – zajęczał żałośnie – niech Pan zobaczy, co mi ten chłopak zrobił, to jakiś szaleniec, rzucił się na mnie ze schodów, wybił mi oko i połamał obie ręce, niech mi Pan pomoże” – zaskamlał na koniec.
- Dopiero wtedy przyjrzałem mu się lepiej, znałem jego twarz z kartotek milicyjnych, drobny złodziejaszek i damski bokser o ile dobrze pamiętałem.
Domyśliłem się w końcu, co tutaj zaszło i zrozumiałem, dlaczego kobieta nie chciała żebym wzywał kogokolwiek – chroniła syna, który z kolei bronił ją przed tym gnojem. Z drugiej strony, wtedy nawet się nie zdziwiłem, że ten dzieciak był zdolny powalić dorosłego mężczyznę.
Wstałem bez słowa i nawet nie oglądając się na niego wróciłem do mieszkania.
W międzyczasie żona obmyła ranną i opatrzyła jej rany – na szczęście powierzchowne oraz pomogła się jej przebrać w jedną ze swoich koszul nocnych i podomkę.
Chłopiec siedział na krześle wpatrzony niewidzącymi oczami w jeden punkt na ścianie i mimo opatulenia go w koc cały dygotał.
Waleria spoczywała na leżance w dalszym ciągu niespokojna, a gdy wszedłem poderwał się nerwowo i z niepokojem popatrzyła mi w oczy odezwałem się do niej z całym spokojem, na jaki mogłem się wtedy zdobyć.
- „Niech się Pani uspokoi i niczego nie boi, wiem już, dlaczego nie chciała Pani żebym nikogo nie wzywał”.
- Przymknęła z ulgą oczy, a na jej twarzy pojawił się na ułamek sekundy blady uśmiech.
- „Ale wie Pani również, że musimy zawiadomić, kogo trzeba, bo wcześniej czy później ktoś go tam znajdzie i będzie się to wydawać bardzo dziwne, że udzieliliśmy Pani pomocy, jednocześnie zostawiając jego samemu sobie, nie nadając sprawie oczywistego biegu”.
- Widząc ponownie obawę na jej twarzy, uspokoiłem ją słowami:
- „Niech Pani się już nie martwi, zaraz powiem, co zrobimy żeby nikt nie zrobił krzywdy chłopcu, tylko najpierw musi go Pani przywołać do rzeczywistości – ja nie mam dzieci i nie wiem, jak należy z nimi postępować”.
- Z nadzieją w oczach pomieszaną z wdzięcznością kiwnęła tylko głową i odezwała się do małego:
- „Antoś!”
- A gdy nie zareagował, powtórzyła trochę głośniej i z cała czułością w głosie, na jaką stać matkę.
- „Tońciu, syneczku – popatrz na mnie!”
- Chłopak, jakby wracając niewiadomo skąd, powoli obrócił głowę w stronę matki i popatrzył jakby ją pierwszy raz w życiu widział na oczy.
- „Synku, syneczku – zawołała już niemalże ze śladami paniki w głosie i podniosła się z trudem chcąco niego podejść – to ja twoja mama!”
- Do Antka chyba wreszcie dotarły słowa i wysiłki matki, bo nagle jego ramiona zaczęły drżeć, a z ust wydobył się tak żałosny szloch, że Waleria i moja żona, która do tej pory starała się opanować wybuchnęły jednocześnie płaczem, a i mnie tak ścisnęło za serce, że łzy same popłynęły mi po twarzy.
- Mówię wam, to, co wtedy widziałem, to było tak przejmujące i straszne, że chyba nie chciałbym przeżywać tego jeszcze raz – ciałem Józefa nawet teraz po tylu latach na wspomnienie tamtych chwil wstrząsnęły dreszcze.
Po chwili, gdy się uspokoił, podjął przerwany wątek.
- Pozwoliłbym im się wypłakać, bo jak wiadomo dzieciom i kobietom dobrze to robi, ale czas uciekał i dłuższe zwlekanie z wezwaniem pogotowia do rannego bandziora trudno byłoby później wytłumaczyć milicji, po którą też trzeba było zadzwonić.
Podszedłem do całej trójki, bo w międzyczasie Waleria z pomocą mojej żony podeszła do syna i teraz tuliła go i uspokajała. Z trudem panując nad własnym głosem poprosiłem żonę o zawiadomienie pogotowia i MO, ale kazałem tylko powiedzieć, że w wyniku awantury domowej jedna osoba ma rany cięte i stłuczenia, a druga połamane ręce i wybite oko.
Następnie zacząłem matce i chłopcu tłumaczyć, co mają mówić.
Miało to wyglądać tak, że bandzior zaczął się po pijanemu awanturować w domu i grozić obojgu nożem. Ze strachu przed śmiercią uciekli w samych piżamach z domu i schronili się w piwnicy, ale ich tam znalazł i pewnie zrealizowałby swoje groźby, gdybym nie zjawił się niemalże w ostatniej chwili i nie rozbroił, a następnie obezwładnił napastnika. Ten widząc, że ma do czynienia z silniejszym przeciwnikiem zaczął uciekać z piwnicy i potknął się na schodach. Upadł jednak tak nieszczęśliwie, że nie tylko połamał sobie obie ręce, ale na domiar złego padając nadział się na własny palec i wybił sobie oko.
Wdzięczność w oczach Walerii wystarczyła za wszystkie słowa, bałem się tylko, że Antek z powodu szoku nie bardzo zrozumie, o co chodzi.
Spytałem go więc o to, a on wyobraźcie sobie patrząc mi prosto w oczy i już całkiem spokojnym głosem odpowiedział, a taka siła była w jego słowach, że przez chwilę poczułem się jakby role się odwróciły i to ja jestem dzieckiem, a on dorosły.
- „Proszę Pana, bardzo dziękuję za pomoc, ale tak nie można, zawsze należy mówić prawdę. Przecież to ja broniąc mamusię skoczyłem na niego i wybiłem mu oko – jeszcze mam jego krew na ręku.”
- „Tak chłopcze, to prawda, ale zrozum, że czasami nie można inaczej. Jeżeli się przyznasz mogą nawet odebrać cię matce i wsadzić do poprawczaka, a tego chyba byśmy nie chcieli? Kto by wtedy opiekował się mamą, nie mówiąc już o tym, że z żalu i tęsknoty pewnie by jej serce pękło”.
- Mówię Wam panowie, była to jedna z najtrudniejszych rozmów w moim życiu. No, ale na szczęście argument o matce chyba przeważył, bo po chwili namysłu chłopiec pokiwał głową i popatrzywszy na matkę, pogłaskał ją czule po policzku i jakby wstydząc się swoich słów powiedział cicho:
- „Dobrze więc, zróbmy to tak, jak Pan mówi.”
- Na pewno dasz radę? – Chciałem się upewnić.
- Tak – odpowiedział krótko i pewnie.
- I jakby sobie o czymś przypomniał, wstał z krzesła, zsunął z ramion koc i podając mi rękę powiedział:
- „Dziękuję Panu za wszystko, co Pan dla nas robi. Nigdy tego nie zapomnę.”
- Na szczęście dla mnie w tej chwili dało się słyszeć ryk syreny, bo naprawdę nie wiedziałbym jak miałbym się zachować.
- No i oczywiście Waleria, a przede wszystkim Antek zarówno w trakcie śledztwa, jaki rozprawy sądowej zeznawali tak, jak ustaliliśmy, mimo, że tamten bandzior do końca utrzymywał, że to chłopiec skoczył na niego na piwnicznych schodach.
Efekt był taki, że poszedł na długie lata do więzienia i chyba jeszcze do tej pory siedzi, a ja dostałem medal za odwagę i uchodziłem przez długi czas za bohatera – z przekąsem zakończył Węglorz.