Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Witamy, Gościu Serdeczny
Proszę zaloguj się albo zarejestruj.    Nie pamiętasz hasła?
W dółStrona: 1
TEMAT: Jeżyna
#87
Jeżyna 7 mies., 1 Tydzień temu Oklaski: 0
Jeżyna

Przy drodze biegnącej przez las od Lipian do Mogilna była wąska, długa, sięgająca ściany starych sosen polana, a w zasadzie łąka, ponieważ swój dziki charakter utraciła, gdy ktoś zaczął ścinać każdą podrośniętą trawkę na paszę dla trzody. Rozwarta w kierunku błotnistego traktu zapraszała wędrowców, proponując kuszącą świeżością odrastającej zieleni połać oraz słońce, które w tej okolicy pojawiało się niechętnie i na krótko. Na obrzeżach polany zupełnie bez powodu usadowiły się krzewy malin, nie wydające nigdy owoców, o czym od dawna wiedziałam. A więc nie z racji malin zaglądałam do tego zakątka. Magnesem była oaza niezwykłej ciszy oddalająca od wszystkiego, co mogło ostatecznie zniszczyć mój wewnętrzny świat pogmatwanych myśli, nad którymi mimo wysiłków nie byłam w stanie zapanować. Siadałam w głębi, z dala od drogi, by ukryć się przed przygodnym przechodniem i czekałam na jakąś receptę na życie, które mnie z uporem gnębiło, z którym nie potrafiłam wygrać. Ono zawsze było górą i – co gorsza – lubiło upokarzać, przypominać, że zaplątałam się na świecie przez pomyłkę. Bezradna, bez wsparcia silnego organizmu, stłamszona zbyt dużą ilością spraw niezawinionych, nie wiedziałam jak walczyć z losem, który postanowił mnie zniszczyć. Nie widząc w otoczeniu pomocy czy bodaj serdecznego spojrzenia, zaczęłam się poddawać, coraz wyraźniej traciłam chęć walki, a nawet wyzbyłam się buntu.
Było nas czworo. Najstarsza – siostra, dwaj bracia i ja, ostatnia. Matka, wciąż czymś zajęta, nie miała dla nas ani dobrych słów, ani gestów. Poszturchiwała, narzekała na każdym kroku, pytając przy okazji Boga, dlaczego wrzucił jej na kark gromadę darmozjadów. Próbowaliśmy wkraść się w jej łaski, ale nasz wysiłek był na nic, nie przyniósł oczekiwanego efektu. Ani oczy łaszącego się dziecka, ani przymilne słowa, ani ofiarowana pomoc nie skutkowały. Była zimna, zawsze zmęczona, często myślami nieobecna.
Kiedyś, na placu targowym, pierwszy raz zobaczyłam rodzonego ojca. Wskazano mi mężczyznę w brudnej, poszarpanej marynarce. Wiedział kim jestem. Spojrzał kilkakroć w moją stronę, a ja, najszybciej jak potrafiłam, próbowałam nauczyć się przygarbionej sylwetki, jego rozlanej, zaczerwienionej twarzy i złego wzroku. Kręcił się między stoiskami w pobliżu miejsca, gdzie chciałam sprzedać trochę gruszek. Nie podszedł, splunął nawet – chociaż nie jestem pewna, czy w moją stronę – i odszedł krokiem, który z trudem maskował stan odurzenia po wypitej wódce.
Od tego dnia towarzyszyło mi poczucie krzywdy, że taki człowiek dał naszej czwórce życie.
W szkole uczyłam się nieźle, ale to nie miało znaczenia, ponieważ w oczach dzieci należałam do najgorszych. Nie, nikt mi nie dokuczał, ale dobrego słowa też nie powiedział. Byłam mało sprawna i słaba, często zmęczona, śpiąca, niezdolna do zabaw z nimi. Nieraz padałam gdzie bądź bez powodu, a zawsze zaczynało się od czarnej plamy przed oczami.
Któregoś dnia zainteresował się mną szkolny lekarz. Powiedział, że błędy natury, jak nazwał moje niedołęstwo, można naprawić, ale mu nie wierzyłam, chociaż wykonałam wszystko, co kazał. Powiedzial jeszcze, że czeka mnie operacja, że – jeżeli się uda – będę po niej jak nowo narodzona.
Przed Gwiazdką w drodze do sklepu natknęłam się na ojca. Jedynie spojrzał na mnie mętnym wzrokiem i szybko oddalił się, demonstrując odrazę.
Od tego czasu nie mogłam zasnąć, by nie pytać, kto był winien mego pobytu na świecie – ojciec czy matka i gdy nadszedł dzień operacji, miałam nadzieję, że się nie uda, że odejdę spokojnie tam, gdzie panuje cisza i uśmiech.
Szpital to niezłe miejsce, bo poza obietnicą odzyskania sprawności pokazał mi jak się stąd odchodzi, jak znika. Jedna pani mówiła, że umierając, krążymy nad własnym ciałem, że widzimy nasze życie, a później wpadamy w czarną dziurę, która gdzieś tam zamieni się w coś błyszczącego. Mnie to nie spotkało. Wpadłam w czarny świat jak śliwka w kompot i było mi tam dobrze. Czy dlatego, że nie umarłam? Nie wiem.
Do pełni zdrowia dochodziłam w domu, jednak mój stan nikogo nie obchodził. Rodzeństwo interesowało się własnymi sprawami, a matka często wychodziła. Zazwyczaj wracała późno, ale zawsze z czymś do jedzenia. Po szpitalu karmiła mnie częściej niż zwykle, jednak gdy zmyła garnki, zasypiała, czasami nawet na krześle.
Nie wiem, dlaczego narastała we mnie gorycz i zamiast pielęgnować radość z pokonania kłopotów ze zdrowiem, znów zaczęłam myśleć o śmierci.
Gdy nadszedł lipiec, już fizycznie sprawna, wybralam się na moją polanę by posiedzieć w ulubionym zakątku, skąd po krótkiej chwili wywabiło mnie słońce. Rozbłysło niespodziewanie. Spojrzało w twarz, jakby chciało powiedzieć, że łąka to magiczny dywan, że ją oświetliło, że posypało trawę złotem dla mnie, więc zaczęłam biegać, by sprawdzić świeżo nabyte umiejętności, by nacieszyć się władzą nad ciałem. Zmęczona, przystanęłam przy malinach z nadzieją, że tym razem wzmocnią rodzącą się radość poczęstunkiem, ale one były jak zwykle zmarniałe i smutne.
Patrząc przed siebie, dostrzegłam w pewnym oddaleniu od brzegu łąki rosnący na kępie bujnej trawy, pojedyńczy pęd jeżyny z dorodną, lśniącą, czarną jagodą.
Nie lubiłam jeżyn. Jest w nich coś zniechęcającego – może zapach, a może ostre kolce, co czyhają, by wbić się w delikatne ciało, kolce, które krzyczą: nie podchodź, nie dotykaj mnie! Tym razem zbagatelizowałam znaną przestrogę. Pęd był młody, pomyślałam więc, że może kolce nie wykształciły jeszcze drapieżnych haczyków i krzywdy mi nie zrobią, dlatego niemal skoczyłam w stronę samotnego krzaczka, by zabrać mu jedyny owoc.
Upłynęła chwila, zanim zorientowałam się, że grzęznę w torfowisku. Nogi wolno zagłębiały się w bagnie. Przez moment straciłam umiejętność jasnego myślenia i chyba odruchowo wyciągnęłam rękę do rosnącego na niewysokiem pagórku krzaka. Spotkaliśmy się, on listkiem, ja palcami, a później skrajem gałązki, coraz grubszą, silniejszą jej częścią, aż każde z nas zyskało przekonanie, że można mnie wyrwać z zachłannej mazi.
Siadając na twardym gruncie, trzęsłam się, z pewnością byłam blada, może nawet oblana potem. Zdjęłam buty i skarpetki, by wyschły, by błoto zmieniło swą postać, bym mogła strzepnąć je jak banalny kurz. Ubrudzone nogi, ręce, a także umazaną sukienkę też należało doprowadzić do jakiegoś porządku. Rozglądając się bezradnie, zauważyłam nad brunatną breją cienką warstwę czystej wody. To stare, ukryte pod trawami żądnymi wilgoci torfowisko było przewrotne, przed chwilą chciało mnie zniszczyć, a teraz zaoferowało pomoc.
Długo siedziałam pod krzakiem otulona dobrymi, pomocnymi gałązkami i myślałam o zdarzeniu: – Co się właściwie stało? Dlaczego się ratowałam? Czego się przestraszyłam? Śmierci, która była czernią? Przecież z nią byłam zaprzyjaźniona.
Może po godzinie, może po dwóch, gdy słońce wzbiło się ponad stary dąb, dotarły do mnie nowe prawdy.
Odkryłam, że bałam się długiego umierania, nadmiaru czasu na podróż do gwiazd, ale przede wszystkim udało mi się odnaleźć prawdziwych przyjaciół – krzewy, drzewa i kwiaty, które rosły tuż obok, zadowolone, że dostrzegłam, że doceniłam świat zawsze służący nam pomocą.
Od tego dnia stałam się inna, ponieważ nieprzyjemna przygoda w przekorny sposób mnie wzmocniła – wskazała źródło, z którego mogę czerpać psychiczną siłę.
A jeżyna?
Nie wiem, czy się rozrosła, czy bagno pozwoliło jej na to, ponieważ nigdy więcej nie byłam na długiej polanie.
dagil
Początkujący forumowicz
Posty: 3
graphgraph
Użytkownik poza Siecią Kliknij, aby zobaczyć profil tego użytkownika
Płeć: Kobieta
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.
 
#133
O:Jeżyna 6 mies., 3 tygodni(e) temu Oklaski: 6
Dlaczego się ratowałam? Czego się przestraszyłam?

Nie chcę pisać zbyt wiele, aby nie zdradzić następnym czytelnikom zakończenia tej historii, ale bardzo zainteresował mnie niewymuszony i naturalny styl opisu - tak skomplikowanych przecież - emocji bohaterki.

Pozdrawiam serdecznie
amm
Moderator
Posty: 53
graphgraph
Użytkownik poza Siecią Kliknij, aby zobaczyć profil tego użytkownika
Płeć: Kobieta
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.
 
#136
O:Jeżyna 6 mies., 3 tygodni(e) temu Oklaski: 0
Dziękuję za miły odbiór
Pozdrowienia
dagil
Początkujący forumowicz
Posty: 3
graphgraph
Użytkownik poza Siecią Kliknij, aby zobaczyć profil tego użytkownika
Płeć: Kobieta
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.
 
#142
O:Jeżyna 6 mies., 3 tygodni(e) temu Oklaski: 6
Ciekawy tekst...

Mnie to Mogilno zaciekawiło, bo gdzieś niedaleko, w Markowicach k/Strzelna. czas pewien spędziłem...
JSK
W nierozpoznane wciąż podchodzę...
Aktywny forumowicz
Posty: 166
graph
Użytkownik poza Siecią Kliknij, aby zobaczyć profil tego użytkownika
Płeć: Mężczyzna Miejsce: Warszawa Urodziny: 05/15
Ostatnio zmieniany: 2011/10/30 20:54 Przez JSK.
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.
 
#143
O:Jeżyna 6 mies., 3 tygodni(e) temu Oklaski: 0
Witaj!
Przykro mi, nie wiem dlaczego Mogilno wpadło mi do głowy. Przed oczami miałam inny rejon Polski. Czy koło Strzelna też są torfowiska?
Przesyłam ukłony.
dagil
Początkujący forumowicz
Posty: 3
graphgraph
Użytkownik poza Siecią Kliknij, aby zobaczyć profil tego użytkownika
Płeć: Kobieta
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.
 
Do góryStrona: 1
Moderatorzy: amm

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli