Jerzy Stasiewicz - proza poetycka

 

Franciszek Maśluszczak
Franciszek Maśluszczak

 

 

        Szukam matki mojej na pagórkowatych polach. Fartuch rozwiewa wiatr. Zgarbiona zbiera ziemniaki oblepione tłustą rędziną. Dorodne bulwy pozwolą przeżyć zimę.

        Widzę matkę moją dźwigającą wiklinowy kosz ziemniaków. W duszy myśli – będą placki i kopytka.

        Szarak przebiegł pole. Nozdrza drażni dym palonych łętów. 

 

        Podmuch faluje rzepaki. Duch wiatru stąpa po miedzach, obserwuje łany tańczące żniwną melodię.

 

        W trawie gniazdo piskląt. Otwarte dzioby zwrócone ku niebu. W górze matka z dżdżownicą w dziobie. 

 

        Biegam za Tobą wietrze po górach, dolinach. Podmuch smaga moją twarz. Dlaczego próbujesz zrzucić mnie ze skały?

        W dali widzę wędrowca trzymającego dłonią kapelusz. Otulającego się płaszczem.

 

        Wędruję od wczesnej młodości. Mrozy i upał dniem powszednim. Sypiam pod gwiazdami okryty jeno derką jak partyzant. Poduszką snop słomy, zagarnięte liście, czasem głaz.

        Bywa, że przygarnie mnie pod dach świętobliwy gospodarz. Poczęstuje gorącą strawą. Wysłucha wędrownych opowieści.

        Szczęśliwy mój los.

        Inny poszczuje psami. Wyzwie od włóczęgów.

 

        Idę ku zachodzącemu słońcu. Śnieg pokrył równiny. Oczy straciły wzrok. Kij za przewodnika. Wiatr w plecy wymusza szybszy marsz. Nie czuję stóp. Brat wiatr niesie mnie w niekończącą się dal. Aż tam…

 

        Ogień popieli las. Zawodzący świergot. Pęd spłoszonej zwierzyny.

        Wędrowiec niesie deszcz.

 

        Kiedym dom opuszczał. Pytali – dokąd? Pokazywałem dłonią horyzont. I niebo z ptakami lecącymi na południe. Matka do węzełka pakowała swojski chleb i smalec z cebulą. Ojciec uklęknął przed obrazem Najjaśniejszej Panienki. I przytulił mnie do piersi. Zimą czuję jego ciepło.

 

        Ogień rodzinnego domu płonie we mnie jak lampka oliwna. Na bezdrożach widzę zastawiony stół w moim domu. Biały ser, jaja, pęta kiełbasy, zasmażana kapusta. Kot wylegujący się w rogu łóżka.

        Po podwórzu biega Reks. Stary i ślepy. Wierny stróż gospodarstwa.

 

        Koń parska bijąc kopytem zeschłą trawę stepu. Do jurty zaprasza gospodarz strudzonego wędrowca. Prosi by usiadł na baraniej skórze. Nalewa kumysu.

        Wszędzie ten sam dom rodzinny i ogień, który ogrzewa. Serce wędrowca lgnie do ludzi.

 

        Ogień Stasiewiczówki dostrzega wędrowiec z daleka. Kieruje się gwiazdami i głosem serca. Wiatr odpędza sen.

        W ganku dzwon obwieszcza dobra nowinę. Wędrowiec przysiada na kufrze, zsuwa chodaki – jaka lekkość stóp…

        Kapelusz przepojony deszczem. Płaszcz podszyty wiatrem. Buty wyczerpane drogą. Daleki trakt…

 

        Daleki trakt przede mną. Widzę gwiazdę. To nie betlejemska. Gwiazda wiecznego tułacza, od łona matki aż po grób, gdzieś na dzikich polach, który przywoła Wędrowca niespodziewanie jak każdego.

        Z planami na jutro.

 

        Echo umilkło. Wołam dzień miniony. Widzę go w potoku rzeki jak film w kinie, które martwe brakiem widzów. Zabija bezboleśnie, wciskając klin w głusz między żebra pustej sali.

 

        Szedłem lasem, wiedziony zapachem igliwia. Zza pni spoglądały borsuki licząc dni do snu zimowego. Wiewiórki częstowały orzechami, pokazując szlak.

        Dzień do dnia podobny.

 

        Musiałem zawrócić.

        Była krew i trupy starców, kobiet, dzieci. Znałem tych ludzi od lat. Gościli mnie w swoich domach jak brata. Odstępowali buty widząc moje schodzone podeszwy.

        Dziś sąsiad na sąsiada podniósł pięść.

 

        Nie. Nie można za dużo wymagać od innych. Przykład trzeba dać własnym, sercem, krwią i potem. Pilnując drogowskazu uczciwości, toczę kamień. Syzyfa nie spotykam po drodze. Jednak wiatr wieje w oczy.

 

        Hula wiatr wygnany w pola jak dziki zwierz zerwany z uwięzi.

        Przegania mgły skrywające domostwa.

        Śmigła elektrowni chwytają podmuch dla człowieka.

 

        Szukałem Ducha Wiatru.

        Z połonin krzyczałem:

        - Duchu siądź z wędrowcem przy ogniu.

        Sypiesz iskry w moją twarz.

 

Jerzy Stasiewicz

 

 

Pin It