Wanda Nowik-Pala

 

Dotknąć nieba

 

Kasia z golebiemZastanawiam się, czym to miejsce urzekło mojego ojca, gdy jako szósty Polak zjawił się w tej zatopionej w morzu zieleni miejscowości wczesnym latem 1945 roku. Co prawda Lidzbark Warmiński ma wyjątkowo piękne położenie, ale miasto straszyło ruinami, gdyż uległo zniszczeniu niemal w pięćdziesięciu procentach.

Prawdopodobnie zachwyciła go uroda jego zabytków, które jakimś cudem ocalały pomimo toczących się w pobliżu walk z głównymi siłami niemieckiej armii „Północ”. Dzięki temu na wąskim cyplu, między Łyną i wpadającą do niej Symsarną nadal wznosi się zamek biskupów warmińskich, który w swych murach gościł między innymi Mikołaja Kopernika, Marcina Kromera oraz narzekającego na zimno i wilgoć Ignacego Krasickiego. Zachowały się również: fragmenty XIV - wiecznych murów obronnych z pochodzącą z XVI wieku Wysoką Bramą, barokowo – klasycystyczna oranżeria Ignacego Krasickiego, gotycki kościół z XIV wieku oraz zbudowany w kształcie bazyliki XIX – wieczny kościół ewangelicki /obecnie cerkiew/.

            Dlaczego ocalały te zabytkowe budowle? Być może zdecydował o tym dowódca wojsk radzieckich ostrzeliwujących miasto, istnieje też możliwość, że spełniło się porzekadło o kulach noszonych przez Boga. Obok drewnianej cerkwi legły bowiem w gruzach prawie dwa kwartały domów mieszkalnych.

            Jedno jest pewne – to ojciec zdecydował, że jego rodzina powojenne życie rozpocznie właśnie tam, na Warmii. Moja matka, jak długo się dało, ociągała się z opuszczeniem Radzynia Podlaskiego, gdzie mieszkała rodzina jej starszej siostry, w której miała oparcie. Przerażała ją wyprawa w nieznane, tak więc dopiero w październiku dołączyła do męża i rozpoczęła zagospodarowywanie mieszkania na parterze niewielkiego, piętrowego domu.

            Ulica Zwycięstwa zaczynała się w okolicy mostu na Symsarnie, by potem wspinać się mozolnie pod górkę aż do rozwidlenia. Dlaczego ojciec zamieszkał na tej ulicy? Nie była najładniejsza, ani najważniejsza, nie miała pięknej zabudowy, jedyną rzeczą, która mogła o tym zdecydować był mieszczący się tam posterunek milicji i UB. W mieście, gdzie było zaledwie kilku Polaków, na pewno tu było najbezpieczniej.

            A na dodatek, jedno z pomieszczeń tego domu było wyposażone w dużą, oszkloną wystawę. I chyba to właśnie zdecydowało o jego wyborze. Ojciec z matką prowadzili bowiem sklepik z kilkoma kawiarnianymi stolikami, gdzie można było przysiąść, coś zjeść lub wypić. Była tam lada, półki z towarem i okienko łączące lokal z kuchnią, przez które podawano gorące posiłki, kawę lub herbatę.

            Interes szedł w miarę dobrze, co być może dla kogoś stało się solą w oku, zawiść bowiem nigdy nie była nam, Polakom, obca. Nie powinno to nikogo szczególnie dziwić, wszak podobnie dzieje się wszędzie, gdzie stopę postawił człowiek. Prawdopodobnie jako prywatny przedsiębiorca ojciec i tak był na celowniku władz, ale może inaczej by się wszystko potoczyło, gdyby nie znalazł się donosiciel...    

            Dom stał na rogu odchodzącego w lewo, a kończącego się nad Łyną zaułka, zwanego szumnie ulicą Piękną, frontem do ulicy głównej. Po schodkach z metalową, ozdobną balustradką wchodziło się do korytarza przecinającego go na przestrzał aż do drzwi na podwórze, na którym znajdowała się drewniana szopa z resztkami materiałów bednarskich oraz dwa zbiegające się w rogu, murowane magazyny. Były to pozostałości niemieckiego warsztatu bednarskiego. Poprzedni właściciel uciekł przed zbliżającym się frontem. Czy udało mu się rozpocząć nowe życie w powojennych Niemczech, nikt nie wiedział.

            Wkrótce w jednym z mieszkań na piętrze zamieszkała samotna kobieta z kilkuletnim synem, drugie zaś zajął szczupły, niewysoki mężczyzna, który wrócił z robót w Niemczech. Z podsłuchanej rozmowy dowiedziałam się, że strasznie tęskni za poznaną tam Marysią, o zgrozo, Niemką, w której się zakochał. Mama z sąsiadką podśmiewały się, że siedzi wpatrzony w jej zdjęcie jak w obraz. Niedługo to trwało, bo wyjechał po swoją ukochaną. Pobrali się, urodziła mu czworo dzieci, całe życie opiekował się nią i ku zawiści sąsiadek, których mężowie do prac domowych się nie kwapili, pomagał jej na każdym kroku. Nie mogły zrozumieć, co on w niej widzi, bo według nich była to mała, chuda, zabiedzona szczapa z wielkimi, wyłupiastymi oczami, czyli żadna atrakcja dla prawdziwego mężczyzny...

            Między jedną z komórek a ścianą domu, od strony ulicy Pięknej, biegło drewniane, wysokie ogrodzenie z wielką bramą. Podwórze to stało się wkrótce miejscem dziecięcych zabaw, między innymi moich i Teńki.

            Teńka mieszkała w pobliżu, wszystkie wolne chwile spędzałyśmy więc razem. Były to czasy, gdy dzieci miały mnóstwo swobody, rodzice bowiem nie bali się jeszcze, że ktoś je porwie lub wpadną pod samochód, bo tych ostatnich było jak na lekarstwo i jeśli się jakiś pokazał, wzbudzał zainteresowanie nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Rodzicom być może wydawało się, że skoro przeżyli wojnę, nic złego ich już spotkać nie może. Zajęli się moszczeniem nowych gniazd na ziemiach, które zgodnie z linią nakreśloną przez słynną Trójcę znalazły się w granicach Polski. Ich rodzinne strony spustoszyła wojna lub wchłonął Związek Radziecki, osiedlali się więc w domach opuszczonych przez poprzednich właścicieli, którzy wyruszyli na zachód w ślad za wojskami Hitlera, choć większość z nich nie miała z tym panem nic wspólnego, często nie czuli się bowiem nawet Niemcami. Niektórzy z nich dotąd pielęgnują w sobie poczucie krzywdy, co na pewno nie pomaga w życiu ani im, ani nam...

            Po przeciwnej stronie ulicy Zwycięstwa, między stacją benzynową a fundamentami zburzonego domu, wznosił się na wysokość piętra fragment muru tworzący wjazd na plac zabudowany z trzech stron niskimi budynkami, które chyba od zawsze pełniły i prawdopodobnie nadal pełnią rolę magazynów. Za zburzonym domem było przejście na ulicę Orła Białego, która pod ostrym kątem łączyła się z tą, przy której mieszkałyśmy.

            To była droga na skróty do przedszkola. Zaczęłyśmy tam chodzić w wieku czterech lat, a teraz jako pięcioletnie, samodzielne i przedsiębiorcze damy nie pozwalałyśmy już rodzicom na odprowadzanie. Zresztą matki na ogół zajęte były domem i młodszymi dziećmi. Mnie niedawno urodził się braciszek, a ponieważ tato gdzieś znikł, mama musiała się nim opiekować i pracować w sklepie.

Tak więc Teńka przychodziła do mnie rano i razem biegłyśmy do przedszkola. Po powrocie szła do domu, aby przy najbliższej okazji wymknąć się i wpaść do nas jak bomba.                                         Miała niemal dorosłą siostrę Grażynę, która wraz z jej matką tworzyła niedostępny i wyniosły duet wiecznie czymś zaaferowanych, nerwowych i krzykliwych blondynek, wolała więc trzymać się jak najdalej od ich ciągłych pouczeń i zrzędzenia.

            Była ich przeciwieństwem. W jej piwnych oczach uśmiech bez przerwy zapalał psotne chochliki. Wyglądało na to, że najbardziej z całej rodziny kochał ją ojciec. Może dlatego, że była do niego podobna. To on nazywał ją Tenią, matka i siostra na ogół wołały na nią Teresa.  

            Społeczeństwo Warmii dzieliło się wtedy na wilniuków, autochtonów, ludzi z centralnej Polski i tych zza Buga. Ludzi przybywało, zapełniały się kolejne domy i mieszkania. I co najciekawsze, mieszanka ta współżyła wyjątkowo zgodnie. Nie wiem, czy przyczynił się do tego fakt opuszczenia stron rodzinnych a wraz z tym zadawnionych sąsiedzkich waśni, czy doświadczenia wojenne, ale ludzie byli o wiele uczciwsi niż teraz, traktowali się życzliwie i pomagali sobie w potrzebie. W pierwszych latach po wojnie sąsiad przed sąsiadem nie musiał zamykać mieszkania, dzieci biegały swobodnie po całej okolicy, nic nikomu nie zginęło, wszyscy czuli się bezpiecznie. Przynajmniej ja tak to pamiętam...

            Tenia była zza Buga. W jej domu panowały dziwne zwyczaje żywieniowe. Jedli na przykład mlecz i pokrzywy. Gdy poprosiłam mamę, żeby zrobiła taką jarzynkę, powiedziała, że nie umie, bo w lubelskim zielska się nie jadało. Jako nieodrodna córka Ewy, przy najbliższej okazji poprosiłam więc matkę Teńki, żeby mnie poczęstowała. Zjadłam, najprawdopodobniej nie byłam jednak tym daniem zbyt zachwycona, bo nie pamiętam, bym później kiedykolwiek je jeszcze próbowała.

            Pewnego dnia zirytowane, że nie udaje się nam huśtanie na rozwieszonych na podwórku chodnikach, postanowiłyśmy wybrać się na spacer nad Łynę.

            Na ulicy Pięknej, pod płotami bujnie rosły różne odmiany jasnoty, której kwiatki zawierały słodki jak miód nektar, więc często wyręczałyśmy pszczoły, wysączając go pracowicie. Trzeba było tylko uważać, żeby nie pomylić jej ze zwykłą pokrzywą.

            Rosła tam również bylica, babka, której liście ratowały nasze poobcierane kolana, białymi koszyczkami powiewał krwawnik, żółtym okiem mrugało nieocenione w zmaganiach z brodawkami jaskółcze ziele, czarno–błękitnymi, nakrapianymi purpurą, umieszczonymi piętrowo wzdłuż łodygi kwiatkami kusił żmijowiec.        

            Tym razem najdłużej zatrzymał nas krzew bzu zwanego czarnym, co nas napawało zdumieniem, na własne oczy widziałyśmy bowiem, że kwitnie na biało. Wpięłyśmy sobie we włosy wielkie baldachimy, dzięki czemu jego oszałamiający zapach towarzyszył nam przez resztę dnia.

            Nad rzeką nie było nikogo. Biegałyśmy uszczęśliwione po łące zbierając kwitnące zioła. W bujnej trawie bielały stokrotki, błękitem wabiły kwiaty cykorii, zachwycały, podobne do lwich paszczy rosnących w ogródku złociste lnice, słoneczny blask rozsiewały dziurawce, kocanki i dziewanny. Nad wodą majestatycznie unosiły się ważki oszołomione zapachem panoszącej się tu mięty.

            Ponieważ próby plecenia wianków niezbyt się nam powiodły, zdjęłyśmy sandałki i poszłyśmy w stronę zejścia do wody. Wiedziałyśmy, że przy brzegu jest płytko, często przychodziłyśmy tu bowiem z rodzicami.

            Tym razem było inaczej. Wezbrana rzeka niosła szlam, osadzając go przy zarośniętych brzegach i jak się wkrótce okazało również na dnie. Po kilku krokach obniżające się zazwyczaj łagodnie dno okazało się tak strome i śliskie, że zaskoczone, trzymając się kurczowo za ręce, zaczęłyśmy zjeżdżać wprost w głębinę...

Wtedy pierwszy raz w życiu przekonałam się, że w szczególnych okolicznościach poczucie czasu zmienia się diametralnie. Do dziś pamiętam te nieskończenie długie sekundy zanurzania się w wodę, te ściśnięte strachem gardła, tę bezradność i zdziwienie, że kolejne próby zatrzymania się zawodzą i te splecione w bolesny węzeł dłonie - naszą jedyną ostoję i nadzieję.  

            Uratował nas kołek wbity w dno, na którym zatrzymała się jedna z małych stopek. Te resztki kołków wzdłuż brzegu były prawdopodobnie pozostałością po dawnych próbach regulacji rzeki, jednakże fakt przypadkowego natrafienia na jeden z nich do dziś napawa mnie zdumieniem. Najwidoczniej Los miał wobec nas inne zamiary, chociaż jeszcze kilka razy w życiu miałam prawo w to zwątpić...

            Pierwsza okazja trafiła się bardzo szybko...

            Biegnę ulicą, coraz prędzej i prędzej. Jednostajny werbel kroków za mną jednak się zbliża. Przyspieszam. Ktoś mnie goni. Nie widzę go, wiem jednak, że za nic nie mogę dać się złapać. To coś nieokreślonego, bezkształtnego i tak strasznego, że na samą myśl, że mogłoby mnie dotknąć, serce we mnie zamiera...

            Krzyczę, resztkami sił odbijam się od ziemi i ...nagle, co za ulga...ja frunę! Jakie małe drzewka i domki...jaka piękna błękitna wstęga...jak lekko oddychać...jak cudownie unosić się wśród ptaków i chmur...

            Otwieram oczy. Mama siedzi przy mnie i płacze. Jestem chora na szkarlatynę. Przez trzy dni moja dusza unoszona gorączką przekraczającą skalę termometru wędrowała po podniebnych szlakach. W końcu zdecydowała się jednak powrócić do mnie, na ziemię.

            Od tego dnia czułam się coraz lepiej, aż nadszedł dzień, gdy pozwolono mi spotkać się z Teńką, która niemal codziennie zaglądała pytając, czy już jestem zdrowa.

            Mama zabroniła mi wychodzić z domu, bo byłam jeszcze osłabiona. Bawiłyśmy się więc na korytarzu, na schodach wiodących na piętro, aż wpadł nam do głowy pomysł, by się zakraść na strych. Schody były drewniane. Przekradałyśmy się ostrożnie w obawie, że nas ktoś usłyszy i przegoni, ale i tak w pewnej chwili coś zatrzeszczało. Zamarłyśmy w miejscu. W panującej wokół ciszy słyszałam jednak tylko brzęczenie muchy i niespokojne kołatanie własnego serca.

            Po chwili byłyśmy na pierwszym piętrze. Spojrzałam w stronę okna i zamarłam z zachwytu. W słonecznej smudze, jak rój rozdrażnionych pszczół gotowych rzucić się na każdego, kto się pojawi, krążyły jakieś czarodziejskie drobinki uwięzione w świetlistym, przezroczystym tunelu, którego ściankami był mrok zalegający w głębi korytarza. Zafascynował mnie ten ruch powietrza. Pierwszy raz coś takiego widziałam. Nie byłam w stanie się ruszyć z miejsca. Teńka najwidoczniej nie miała takich oporów, gdyż wyprzedziła mnie burząc wyimaginowane ściany. Czar prysł.

            Na strychu suszyło się czyjeś pranie. Wielkie, białe płachty pościeli zwisały ze sznurów niby żagle jakiegoś ogromnego statku. W panującym tu półmroku spodnie, bluzy, koszule sprawiały wrażenie przechadzających się po jego pokładzie pasażerów. W części, w której sufit zniżał się niemal do podłogi, jaśniało otwarte okienko. Po chwili siedziałyśmy więc na dachu rozglądając się wokół.

            A był to wspaniały widok. Ulica ginęła w dole, ale zza drzew, które nagle zbliżyły się do nas, wyłaniały się mury i strzeliste wieże zamku biskupów warmińskich, a z drugiej strony, na horyzoncie wznosił się nasyp kolejowy i lśniła kratownica mostu zawieszonego wysoko nad ocienioną drzewami Łyną.

            I to niebo ogromne z przedziwnym teatrem chmur. Czego tam nie było! Galopujące konie przemieniały się nagle w smoki pożerające stado owiec, by po chwili już jako maszerujące gęsiego krasnoludki, uśmiechać się do nas przyjaźnie. Reżyserem był wiatr, który w jednej chwili ławicę ogromnych ryb dryfujących po błękitnym oceanie potrafił przekształcić w bawiące się kłębkiem wełny kociaki lub w siejącego zgrozę wilka. A wszystko tak blisko, że wydawało się, iż wystarczy wyciągnąć rękę, by ich dotknąć, albo rozchyliwszy kotarę chmur wejść na scenę ...

            Po pierwszej wyprawie na dach przyszły następne. Po wydostaniu się z okienka, na bosaka wspinałyśmy się po stromiźnie czerwonych, nagrzanych słońcem dachówek i popisywałyśmy się przed sobą, spacerując po wąskim szczycie domu.

            Stamtąd obserwowałyśmy też transport ukraińskich przesiedleńców. Stał dość długo, zanim wpuszczono go na stację, gdzie część Ukraińców zakończyła podróż, by osiąść w okolicznych wsiach. W ramach akcji „Wisła”, wiosną i latem 1947 roku, z terenów południowo–wschodniej Polski na Ziemie Odzyskane przesiedlono około 160 tys. osób narodowości ukraińskiej i łemkowskiej. Ale o tym przeczytałam znacznie, znacznie później...

            Wtedy trudno się było czegoś dowiedzieć. Dorośli szeptali między sobą, milknąc na widok kogoś obcego lub dzieci.

            W ogóle był to czas milczenia. Od jesieni nie widziałam taty. Wyszedł z domu z jakimiś panami i znikł, a zapłakana mama tłumaczyła mi, że wyjechał na długo, ale wróci. Nikt nie chciał lub nie potrafił mi powiedzieć gdzie jest i co robi. Nie niepokoiło mnie to szczególnie, dopóki była mama, ale pewnego dnia przyszli i po nią.

            Została aresztowana za nieprzestrzeganie zakazu sprzedaży papierosów, chociaż tłumaczyła, że te kilka paczek, które znaleźli w domu, miała dla siebie. Wywieziono ją do obozu pracy. W zasadzie te zakazy i sankcje zastosowano chyba jedynie po to, żeby zmusić ją do likwidacji sklepu, który po aresztowaniu ojca próbowała prowadzić sama. No i w końcu im się udało...

            Zostałam sama z rocznym braciszkiem. Nikt się tym nie przejmował. Opiekowała się nami sąsiadka, która wysłała telegram wzywający babcię.

            Babci się trochę bałam. Wiecznie zachmurzona i zdenerwowana, zapytana o mamę i tatę wpadała w furię przeklinając chwilę, gdy mama go poznała, bo właśnie przez to, że „zachciało mu się polityki” spadły na nas te wszystkie nieszczęścia. Miałam żal, że nie lubi tatusia i chociaż nie wiedziałam, co to jest ta jakaś polityka, wolałam nie pytać...    

            Po upływie miesiąca mama wróciła, na ojca musieliśmy jednak czekać aż sześć długich lat. Wrócił postarzały i schorowany, by po dwunastu latach chodzenia po lekarzach umrzeć.

            Ale wtedy byłam już dorosła. I wiedziałam, że ojciec spędził je w więzieniu, w większości w Rawiczu. Jak wielu innych członków WIN-u w czasie śledztwa był katowany. I to do tego stopnia, że uszkodzono mu kręgosłup, co po wyjściu na wolność przypadkowo odkrył lekarz oglądający zdjęcie rentgenowskie.

            Wiedziałam też, że do więzienia trafił na skutek donosu. Człowiek, który ich wydał, żył sobie spokojnie w miasteczku, nie niepokojony prawdopodobnie nawet przez własne sumienie...     

            Po powrocie z obozu mama musiała zlikwidować sklep i znaleźć inny sposób zarabiania. Na szczęście była zaradna, potrafiła szyć, więc chociaż się nie przelewało, głodu nie zaznaliśmy. Nigdy nie narzekała. Jakimś cudem udało się jej też zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa. Mój świat mógł dzięki temu nadal być wypełniony beztroską zabawą z Teńką.  

            Pewnego dnia, znudzone grą w klasy, postanowiłyśmy wejść na dach jej domu. Był znacznie wyższy – miał wysoki parter i dwa piętra. Udało się nam niepostrzeżenie przemknąć przez klatkę schodową, otworzyć właz i wspiąć na szczyt dachu. Zaledwie jednak puszczając komin zaczęłyśmy się przechadzać, gdy nagle na chodniku, po przeciwnej stronie ulicy zatrzymała się jakaś kobieta. Na nasze nieszczęście zachciało jej się spojrzeć w górę. Do dziś pamiętam jej krzyk i okropny strach w oczach matki Teńki, która, co wydało mi się dziwne, nie mogąc wykrztusić słowa, najpierw tuliła ją do siebie rozpaczliwie, by po chwili zacząć okładać trzymaną w ręku ścierką...

            I to był koniec naszych podniebnych spacerów. Musiałyśmy, jak inni śmiertelnicy zadowolić się zwykłą, szarą ziemią.

 

 

 

Pin It