Jan Adam Borzęcki

 

Mężczyzna który milczy

 

borzecki prozaLeżałem na szpitalnym łożu jak Łazarz zdany na łaskę kilkorga ludzi, nie mogąc chodzić, porozumiewać się z nimi, a nawet okazać własnego stanu ducha. Obok siebie miałem wąską grupkę zajmujących się mną ludzi, wierząc, że ich wiedza i dobra wola postawią mnie na nogi. Zaczynało się od rannego mierzenia temperatury, zmiany plastikowego worka z moczem, zastrzykiem i poprawianiem pościeli przed lekarską wizytą podczas której moje łóżko otaczał wianuszek poważnych ludzi w białych kitlach i ze stetoskopami szyjach, którzy patrzyli na mnie jak na przyszpilonego do podłoża motyla. Pewnie dlatego właśnie wtedy czułem się najmniej ważny bo wydawało się, że dla nich wszystkich jestem jedynie medycznym przypadkiem z określoną dolegliwością, a ja jako ja właściwie wcale się nie liczę. Wszystko jedno czy nazywam się Jan B. czy Krzysztof P. bo i tak najistotniejsze są moje fizyczne dysfunkcje, a przede wszystkim tajemnica zaniku mowy i słuchu; zagadka która niemal codziennie wywoływała ożywione dyskusje podczas których często zaglądano do historii choroby, sięgano do zdjęć rezonansu magnetycznego, a nawet po kilka razy dotykano mojej głowy, jakby chcąc odkryć coś, czego dotąd nie ujawniono. Najczęściej czynił to stosunkowo młody medyk, który rozgarniając włosy obmacywał mi głowę jakby wypatrując jakieś szczeliny w czaszce przez którą uszły moja mowa i słuch. A czynił to z taką pedanterią, że z pewnością znalazłby nawet najlżejsze ukłucie szpilką

A potem ordynator i jego asystenci, wciąż dyskutując, odchodzili aby oglądać i obmacywać innych nieszczęśników. A po tym codziennym rajdzie przychodziła jedna z pielęgniarek aby wykonać jakieś powizytacyjne zalecenie. Najczęściej podanie jakiejś mikstury, zmierzenie ciśnienia, wykonanie elektrokardiogramu lub zrobienie kolejnego zastrzyka.

Najbardziej lubiłem właśnie moje trzy pielęgniarki, których widok sprawiał mi taką przyjemność, że mogłem wodzić za nimi oczami choćby cały dzień. Szczególnie dwie z nich działały na moją wyobraźnię. Pewnie dlatego, że pod półprzezroczystymi fartuchami nosiły wyłącznie bieliznę, której ciemniejszy odcień uwypuklał szczegóły ostrą kreską rysując kształt bioder i piersi. Kiedy stawały pod światło, a widok ich cielesnych nierówności stawał się szczególnie wyraźny, mimo przykrego stanu odczuwałem całkiem mocne podniecenie. Prawdę mówiąc nie byłem tym zdziwiony, bo już wcześniej zdarzały się sytuacje, które powinny były wyciszać jakiekolwiek objawy namiętności, a przecież nie wyciszały. Tak jak w przypadku Natalii, żony mojego przyjaciela Daniela, z którą kochałem się następnego dnia po jego tragicznej śmierci. Znaliśmy się doskonale i nigdy nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że mógłbym się z nią kochać. Owszem była atrakcyjna, mądra i miała oryginalny styl, ale to była żona mojego kumpla, a więc ktoś niedotykalny, wręcz święty. Wśród moich licznych wad, jedną z nielicznych zalet była całkowita lojalność wobec znajomych, a tym bardziej przyjaciół. Z Danielem znaliśmy się od czasu prokuratorskiej aplikacji, a po egzaminie los rzucił nas do tej samej prokuratury w pewnej dziurze położonej na krańcach województwa, gdzie życie toczyło się w rytmie przedwojennego tanga. Dodatkowo zbliżył nas fakt, iż byliśmy jedynymi młodymi prokuratorami, bo reszta zapewne pamiętała lata pięćdziesiąte XX wieku, kiedy to prokuratorem zostawało się po kursie. Nie przeszkadzało im to w traktowaniu nas jak prawnych ignorantów i chłopców na posyłki. Przynajmniej dopóty, dopóki nie poznaliśmy pewnych wstydliwych tajemnic, które bezczelnie wykorzystywaliśmy zwyczajnie ich szantażując. Na szczęście szybko przeniesiono nas do większego miasta, gdzie on zamieszkał na stałe, a ja ostatecznie wylądowałem w Sandomierzu. Nie osłabiło to jednak naszej przyjaźni, podobnie jak jego ożenek. Zresztą Natalia nasz związek nawet wzmocniła, bo nasza przyjaźń stała się potrójna. Dowodem naszej zażyłości niech będzie fakt, iż aby zostać ojcem chrzestnym ich pierworodnej Almy, nie bacząc na mój ateizm, od znajomego księdza wyżebrałem zaświadczenie, że jestem przykładnym katolikiem i podawałem ją do chrztu. Bo chociaż Natalia i Daniel byli religijnie chłodni, w grę wchodził spokój sumienia ich rodziców. Mimo upływu czasu nasza przyjaźń nie słabła, a nawet wprost przeciwnie. I mimo odejścia Daniela, mój kontakt z Natalią wciąż jest bliski.

Daniel odszedł tak nagle, że do dziś nie mogę uwierzyć w jego zniknięcie. Trzy dni wcześniej byli na moich imieninach, siedzieliśmy nad Wisłą popijając nalewkę i snując urlopowe plany, a potem nagle dowiedziałem się, że jadąc samochodem zasłabł, stracił przytomność i mimo stosunkowo szybkiej pomocy, zmarł w szpitalu. Okazało się, że miał rozległy zawał serca, które zresztą od jakiegoś czasu dokuczało mu, co zwyczajnie lekceważył.

To stało się wieczorem po pogrzebie. Siedzieliśmy z Natalią przybici i bezradni, prawie się do siebie nie odzywając. Zresztą znając się od tylu lat rozumieliśmy się bez słów, a tym bardziej w sytuacji, kiedy nie można było myśleć o niczym innym. Siedzieliśmy w głębokiej, męczącej ciszy, zastanawiając się jak ją przerwać aby nie pogrążyć się w niej na zawsze. I nawet nie zdziwiłem się kiedy nagle usiadła obok mnie i mocno przytuliła się. Całkiem niewinnie, chcąc ją pocieszyć i pokazać, że ją rozumiem, zacząłem głaskać jej włosy i ramiona, a chyba nawet ją pocałowałem. Czas jakiś trwaliśmy nieruchomi, a potem nagle ona zaczęła całować mnie. Najpierw w usta, twarz i szyję, a potem rozpięła mi koszulę i całowała moją pierś. To było jakieś zachłanny, zaborczy amok; jakieś bezświadome zatracenie, a może raczej chęć utraty pamięci. Pamiętam jeszcze, że ująwszy moją rękę i poprowadziła ją w kierunku swojego krocza… Nie wiem, jak to się stało, ale kiedy ocknąłem się, leżeliśmy nadzy na dywanie, a na jej łonie bieliła się moja sperma. Ale nawet wtedy jeszcze nie dotarło do mnie, co się tak naprawdę stało. Zupełnie jakbym zapomniał gdzie i z kim jestem. Później położyliśmy się na tapczanie i nadzy, ciasno objęci zasnęliśmy…

Najdziwniejsze jest jednak to, że rano wstaliśmy jakby nic się nie wydarzyło. Nie było żadnych usprawiedliwień, przeprosin, ani słowa komentarza. I chociaż od śmierci Daniela upłynęło niemal dwadzieścia lat, o tamtym wydarzeniu nigdy nie wspomnieliśmy. Kiedy czasem zastanawiam się nad tym, co się wtedy stało, mam wrażenie, że będąc gdzieś na dnie rozpaczy musieliśmy bardzo potrzebować bliskości aby odreagować i zacząć normalnie żyć. Myślę też, że kochając się ze mną, Natalia miała wrażenie, że kocha się z Danielem.

I tak oto kolejny raz zdarzyło mi się odbiec od tematu, bo przecież miało być o pielęgniarce i jej podobieństwie do jednej z moich wcześniejszych miłości.

Pielęgniarka Kamila bardzo podobna była do Elżbiety, dwudziestojednoletniej długonogiej blondynki, która na kilka miesięcy wprowadziła ład w moje skomplikowane damsko-męskie układy aby potem jeszcze bardziej je zamotać.

Miałem wtedy około trzydziestu lat, a za sobą dość bujne życie emocjonalne. Ponieważ przez kilka lat nie miałem stałego damskiego przydziału, łatwo wchodziłem w równie łatwe związki, które zazwyczaj trwały do pierwszej poważniejszej scysji. Na serio związałem się dopiero z Dorotą, z którą mieszkaliśmy niemal trzy lata i z którą wiązałem plany na przyszłość. Musiała mnie kochać, skoro w imię wspólnego życia porzuciła stolicę przeprowadzając się do prowincjonalnego Sandomierza, z którego co tydzień zmuszona była dojeżdżać do Warszawy, gdzie w jednym z wydawnictw zatrudniona była w charakterze korektorki. Za każdym razem przywoziła kilogramy zadrukowanego papieru, nad którym siedziała godzinami wypijając litry kawy. Ta przeprowadzka była ofiarą tym większą, że duże miasto było jej żywiołem, a dwudziestopięciotysięczne miasteczko jawiło się jak pozbawiony dopływu świeżej wody, mulisty staw, w którym ryby dusiły się z braku tlenu, po powierzchni pływał gruby kożuch wodorostów, a przybrzeżne płycizny zarastała trzcina i ostrolistne sitowie. Miejscowym jakoś to nie przeszkadzało, bo albo przyzwyczaili się do składu tutejszego powietrza albo wykształcił się im jakiś inny rodzaj płuc. Zresztą pewnie sam należałem do tego gatunku, bo jakoś nie czułem duszności ani nadmiernego skrępowania. W każdym razie Dorocie brak było wielkomiejskiej dynamiki, żywiołowości, spontaniczności, a przede wszystkim kamuflującej anonimowości, która niby czapka niewidka pozwala na daleko idący luz. A w naszym miasteczku większość mieszkańców znała się przynajmniej z widzenia, wszyscy wszystko o sobie wiedzieli i wzajemnie oglądali się jak przez lupę. Tu od biedy mogły się ukryć osoby szare i bezbarwne, ale nie ktoś obcy, wyróżniający się innym sposobem bycia, strojem, a nawet językiem. Wprawne miejscowe oko od razu rozpoznawało inny sposób chodzenia, gestykulacji, mimikę, a nawet odmienny sposób siedzenia na ławce. A ponieważ w charakterze Doroty absolutnie nie mieściła się uległość i ochota na chociażby cień kamuflażu, tedy od początku traktowana była jak manekin z awangardowej wystawy, bezczelna prowokatorka, bezwstydnica i w ogóle obraza boska i ludzka. A do niej jakby to nie docierało, a może nawet grała im na nosie jeszcze bardziej podkreślając swoją inność coraz to śmielszym strojem, głośno wypowiadanymi uwagami oraz bezpretensjonalnością zachowań. Przez jakiś czas miałem wrażenie, że ją to bawi, ale później zdałem sobie sprawę jakie to dla niej uciążliwe. I paradoksalnie im dłużej tu mieszkała, tym było jej trudniej. Raz i drugi usiłowała namówić mnie na wyjazd, ale znając moją animozję do dużych miast, szybko zrezygnowała. Z czasem jej wyjazdy stały się coraz częstsze, a nieobecności coraz dłuższe co prowokowało do złych proroctw. I chociaż między nami wciąż układało się całkiem sympatycznie, przecież czułem, że jest na granicy wytrzymałości. I faktycznie pewnego październikowego wieczora doszło do spokojnej rozmowy, podczas której oznajmiła, że wraca do Warszawy:

– Przepraszam jeśli sprawiam ci ból, ale dłużej już nie mogę. I nie zrozum mnie źle, bo to nie oznacza, że przestałam cię kochać i że już mi na tobie nie zależy, ale jeśli stąd nie wyjadę, albo się uduszę, albo otruję. A ponieważ wiem że kochasz Sandomierz, nie proponuję wspólnego wyjazdu, bo ty w Warszawie będziesz się czuł tak, jak ja tu. Spróbujmy więc nie zmieniając naszego wzajemnego stosunku, pomieszkać osobno. Przyrzekam, że będę cię odwiedzać tak często, jak tylko będę mogła. Mam nadzieję, że ty też od czasu do czasu także zatęsknisz za mną. I będę codziennie dzwonić…

Wtedy jeszcze święcie wierzyliśmy, że to nie jest rozstanie, ale rzeczywistość okazała się mało przychylna. Po powrocie do Warszawy Dorota dostała etat redaktora technicznego, co oznaczało pełną dyspozycyjność i znacznie ograniczało możliwości wyjazdu. Ja akurat pożegnałem się z prokuraturą i powoli wchodziłem w skórę adwokata, co okazywało się trudniejsze niż przypuszczałem. Nie mogąc pozwolić sobie na wybieranie spraw i klientów, brałem co popadło, zapominając o zegarku i wolnych dniach. Nasze spotkania były więc coraz rzadsze i chłodniejsze, aż wreszcie w pewnej warszawskiej kawiarni przy ulicy Żurawiej wspólnie doszliśmy do wniosku, że nasz wątek powinniśmy zakończyć supełkiem przyjaźni. I tak się stało. Później Dorota przedstawiała mi swoich kolejnych partnerów, a kiedy jednego z nich uznała za szczególnie ważnego, przywiozła go do Sandomierza, abym wyraził o nim swoją opinię. A ponieważ była pozytywna, dwa miesiące później świadkowałem na ich ślubie, a potem dobrym winem chrzciliśmy bliźniaki. A najlepsze w tym, że nasza przyjaźń wciąż trwa, a nawet staje się coraz bardziej zażyła i potrzebna.

Elżbietę poznałem jakieś pół roku po rozstaniu z Dorotą, który to okres przeżyłem niemal w celibacie, bo start do kariery adwokackiej okazał się dość forsowny i odbierający ochotę nawet na kobiety. Dni wypełnione miałem pracą, a dom służył mi wyłącznie jako sypialnia. W końcu zmęczenie zmogło mnie tak bardzo, że egzystowałem na granicy świadomości.

Elżbietę spotkałem w pewnym ośrodku nad Zalewem Rożnowskim, gdzie wyjechałem aby odpocząć i w spokoju uporządkować się psychicznie. Tym bardziej, że w kraju narastały niepokoje, raz po raz wybuchały strajki, chwiał się ustrój i wszystko szło ku niespokojnej przyszłości. Marzyłem więc o wędrówkach po górach, siedzeniu na pomoście i patrzeniu w wodę, słuchaniu szumu wiatru i innych dźwięków natury. W pobliżu odkryłem, doskonale wpasowany w stary las, nastrojowy gotycki kościółek, który zamknięty w obrębie szczerbatych murów napawał optymizmem długiego trwania. W dodatku był to okres największej energetycznej wydajności świetlików, skutkiem czego wieczory zmieniały się w fascynujące spektakle żywej iluminacji, a ciemność stała się magicznym ekranem pełnym lśniących punkcików układających się w jakieś fantastyczne wzory. Wymarzona scenografia do letniego wypoczynku na łonie natury. Tyle tylko, że w tym przypadku już następnego dnia atrakcję tę uzupełniły walory kobiety.

Właściwie stało się to przez przypadek, a może raczej z powodu mojej męskiej ambicji. Zdarzyło się bowiem, że podczas wieczornej pogwarki przy kieliszku, jeden z kolegów pochwalił się znajomością z młodą kobietą, która – jego zdaniem – przyjechała tu tylko po to, aby nawiązać z nim bliski kontakt. W osądzie tym upewnił go fakt, iż zaraz po przyjeździe zaproponowała spacer, podczas którego zasugerowała, aby jak najczęściej dotrzymał jej towarzystwa:

- No panowie, wszystko wskazuje na to, że program mojego pobytu będzie bardzo urozmaicony…

Informację tę przyjąłem obojętnie, bo doświadczenie nauczyło mnie, aby w takich przypadkach nie zabierać głosu. Tym bardziej, że nie znając damy nie wiedziałem, czy jest mu czego zazdrościć.

Następnego dnia przy śniadaniu zwróciłem uwagę na młodą, smukłą blondynkę z dużymi, nostalgicznymi oczami oraz ustami, które w położeniu „spocznij” nie wydawały się szczególnie ponętne, ale rozchylone dyskretnym uśmiechem stawały się tak namiętne, że natychmiast napinały zmysły. Zastanawiające było, że nie był to uśmiech znamionujący radość lub rozbawienie, ale raczej było w nim coś prowokującego do tkliwości i pocieszania. Może jakaś niepewność, zażenowanie, skromność, a może nawet forma ukrywanego zawstydzenia. Wydawała się być sympatycznym skrzyżowaniem księżniczki i sierotki Marysi, Kopciuszka jednocześnie sprzed i po bajkowej reinkarnacji, Calineczką i Alicją po drugiej stronie lustra. Jej włosy miały kolor dojrzałego jęczmienia albo może raczej złotych nici, którymi hafciarki zdobią księże ornaty. Koloru jej dużych oczu dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że były orzechowe i znakomicie pasowały do koloru jej włosów. Nie była jakąś wyjątkową pięknością, ale miała w sobie coś wabiącego, jakieś wewnętrzne ciepło, a może raczej przekonującą życzliwość. Pamiętam, że patrząc na nią wyobraziłem ją sobie siedzącą samotnie z wysmukłym kieliszkiem białego wina lub wysoką szklanką pienistego piwa. Dokoła szczelnie zasiedlone stoliki, a ona siedząca samotnie i patrząca na drzwi. Coś jak ta smętna kobieta z obrazu „Absynt” Edgara Degasa.

Musiała poczuć mój wzrok, bo odwróciła głowę, spojrzała i lekko się uśmiechnęła, co wyzwoliło we mnie tyle odwagi, że postanowiłem podejść. Ale właśnie wtedy zjawił się kolega, który wieczorem chwalił się niewieścim powodzeniem, objął ja ramieniem i usiadł obok. Domyśliłem się, że zapewne to ta dziewczyna, która ponoć zagięła na niego parol. Usiadłem więc kilka stolików dalej i obserwując ich doszedłem do wniosku, że kolega chyba sobie pochlebiał, bo w jej zachowaniu nie widać było aby darzyła go jakąś szczególną sympatią. Ba, może nawet ją nudził, bo raz i drugi w jej oczach dostrzegłem cień zniecierpliwienia, a może nawet złości. Może byłbym się nie ruszył, ale kiedy nasze oczy spotkały się wydało mi się, że widzę w nich prośbę o pomoc. Przysiadłem się więc do ich stolika, co zresztą spotkało się z czytelną dezaprobatą kolegi, ale wyraźnie ucieszyło jego towarzyszkę. Chcąc nie chcąc przedstawił nas sobie, zapewne nie zdając sobie sprawy, że właśnie przestał istnieć.

Przez dwa tygodnie byliśmy niemal nierozłączni, a rozdzielały nas jedynie noce, bo wieloosobowe pokoje uniemożliwiały intymność. Za to od rana do późnej nocy byliśmy razem i chyba ta wzajemna obecność była dla nas przyjemna, skoro żadne z nas nie tylko nie starało się jej uniknąć, a raczej lgnęliśmy do siebie w stopniu wręcz zaskakującym. Najczęściej chodziliśmy po lesie lub siedzieliśmy nad wodą, rozmawialiśmy lub milczeliśmy, a ta cisza nie była dysonansem. Pamiętam, że wcale nie byłem ciekaw kim jest, gdzie mieszka i czym się zajmuje. Wszystko to wydawało mi się mało istotne, a nawet wręcz przeszkadzające. Chciałem oddzielić się od siebie z wczoraj, odesłać do przeszłości dołującą historię z Dorotą, odczepić się od spraw urzędowych i zacząć wszystko od początku. Nie miałem więc ochoty zgłębiać cudzego życiorysu i zastanawiać się, czy nasz wzajemny stosunek jest jedynie wakacyjnym epizodem, czy może początkiem czegoś poważniejszego. Żyłem chwilą, bez planów na jutro, a tym bardziej pojutrze i bardzo i mi to odpowiadało. Ponieważ luźne rozmowy zawierały wątki życiorysowe, dowiedziałem się więc, że Elżbieta mieszka w pewnym nadsańskim miasteczku, rok wcześniej ukończyła liceum plastyczne i jako instruktor plastyki pracuje w miejskim ośrodku kultury. Ta nie spełniająca jej artystycznych ambicji i wywołująca poczucie egzystencjalnego zniewolenia praca jest powodem głębokiej frustracji i chęci wyrwania się z tego ciasnego, prowincjonalnego wymiaru, z celem zredukowanym do materialnej stabilności na niezbędnym poziomie, niepijącego męża i dwójki dzieci. Tyle tylko, że nie wystarczało jej odwagi aby zwinąć ten wątpliwy interes i poszukać innego miejsca. Przygnębiał wniosek, że powoli zanurza się w jałowym mule małomiasteczkowej rzeczywistości i niebawem nie będzie w stanie wyciągnąć zeń nóg, a jej artystyczne ambicje staną się jedynie wyrzutem sumienia i minusowym balastem życiowego bilansu. Z humorem opowiadała o miasteczkowej elicie, erotycznych podchodach w zaciszu urzędowych gabinetów lub cieniu nadsańskiej wikliny, metodach alkoholowego relaksu oraz czyniących jej awanse mężczyznach. Ale celem tego cierpkiego humoru była przede wszystkim jej własna bierność i świadomość nieuchronnej mimikry, od której mógł ją wybawić chyba jedynie jakiś przypadek. Znacznie później doszedłem do wniosku, że być może miałem nim być nim ja.

Lubiłem na nią patrzeć, na jej rozmarzone oczy, opadające na twarz włosy i wydłużające się pod wpływem uśmiechu usta. A jej to moje patrzenie chyba wcale nie przeszkadzało, a nawet chyba go lubiła bo od czasu do czasu podnosiła wzrok, uśmiechała się, a ten jej uśmiech był miękki jak mój ulubiony kaszmirowy szalik. Najdziwniejsze było jednak, że ten nasz związek stał się tak jakby całkiem naturalnie, bez żadnych niedopowiedzeń, podchodów, erotycznej strategii, tłumionej namiętności oraz słownych i manualnych aluzji. To był jakby rodzaj telepatii polegający na odczytywaniu wzajemnych nastrojów, oczekiwań i pragnień. Kiedy okazało się, że pragniemy siebie fizycznie, wchodziliśmy w głąb lasu i kochaliśmy się. I nie interesowała nas wzajemna erotyczna przeszłość, liczba wcześniejszych kochanków i związanych z tym zazdrości. Obnażaliśmy się bez żadnego skrępowania, patrzyliśmy na siebie z naturalną ciekawością, bez wstydu, kompleksów i hipokryzji. Nie oczekiwaliśmy od siebie wielkich słów, wyrafinowanego striptizu, znajomości tajników Kamasutry, efektownych orgazmów ani stawiania świata na głowie. Kochaliśmy się jakoś tak pogodnie, życzliwie, z intencją dania sobie tego, na co akurat było nas stać. To było coś jak wspólne picie dobrej kawy, jak lub siedzenie nad jeziorem, kiedy oparci plecami patrzymy każde w inną, ale przecież tę samą stronę. Przyznam że dla mnie było to coś zupełnie nowego, bo w takich sytuacjach zazwyczaj nieco się gubiłem, a psychiczne napięcie pozbawiało spontaniczności. A w tym przypadku po akcie patrzyliśmy na siebie tak samo jak przed, co dla mnie znowu było odkryciem, bo zazwyczaj właśnie wtedy czułem się niepewnie. A teraz ostro widziałem zieleń trawy, błękit nieba i wody, a co najważniejsze, spokojnie patrzyłem w jej oczy, nie widząc w nich śladu gry, a jedynie czytelne zaiskrzenie namiętnością.

Tamten okres w mojej pamięci ma kolor zielono-błękitny lub wieczornej, głębokiej czerni z iskierkami świetlików, których tego roku była wyjątkowa mnogość. Do tego stopnia, że kiedy obsiadły krzak, wydawało się, że to zeszłe z nieboskłonu gwiazdy lub przedwczesna bożonarodzeniowa choinka. Trudno pominąć też kolor białego i czerwonego wina, poczerwienionych płomieniami ogniska oczu oraz bieli skóry Elżbiety, która nie ciemniała mimo wystawiania jej na słońce.

Jeśli nawet sądziłem, że ta znajomość jest tylko przyjemnym letnim przerywnikiem, rychło opinię tę musiałem skorygować, bo po powrocie do domu poczułem tak dolegliwą tęsknotę, że powstrzymała mnie ona przed rozpakowaniem bagażu. Wydawało mi się, że już w przedpokoju powinienem natychmiast zrobić w tył zwrot, pojechać do tego jej miasteczka, wziąć jej twarz w dłonie, powiedzieć że ją kocham i skłonić do zamieszkania ze mną. I kto wie czy byłbym tego nie uczynił, gdybym nie przypomniał sobie, że zapomniałem zapisać jej adres. Postanowiłem więc, że w najbliższy weekend pojadę do jej miasteczka i ją odnajdę. Pewnie nie będzie z tym problemu, bo w takiej mieścinie wszyscy się znają. Pojechałem, odnalazłem, ale inną niż ta znad jeziora. Była jakby spięta, wyprostowana i czujna. Chodziliśmy ulicami, a ja miałem wrażenie, że idę z przewodnikiem, który beznamiętnie wprowadza mnie w biografię miasta. Nawet nie mogłem wziąć ją za rękę, nie mówiąc już o przytuleniu lub pocałowaniu. Rozluźniła się nieco w cieniu nadrzecznej wikliny, ale i wtedy czułem ruchliwość jej penetrujących okolicę oczu. Noc spędziłem pod namiotem ciesząc się nią jedynie przez chwilę, a rano szybko wyjechałem, obawiając się, że następny dzień rozwieje we mnie resztę złudzeń. Ale jeszcze tego samego wieczora odebrałem telefon, w którym odezwała się tamta jeziorna Elżbieta.

Odwiedzała mnie w każdy weekend. Zazwyczaj przyjeżdżała w piątek po południu, a wracała w niedzielę wieczorem. I co piątek powtarzała się ceremonia powściągliwego, ostrożnego powitania, podczas którego starannie mnie obserwowała, czy aby się nie zmieniłem. Przez cały ten czas jej oczy pozostawały czujne, usta suche, dłonie sztywne, a słowa oszczędne. Ale po piętnastu-dwudziestu minutach jej oczy ocieplały się, usta stawały się wilgotne i chętne, a ciało elastyczne i podatne na pieszczoty. A potem przez dwa i pół dnia bawiliśmy się w dom, kochaliśmy się, odwiedzaliśmy znajomych, przesiadywaliśmy po kawiarniach, milczeliśmy lub rozmawialiśmy. Ale nigdy o przyszłości. Było nam dobrze i nie widzieliśmy potrzeby wybiegania w przód. Tym bardziej, iż wszystko wydawało się układać po naszej myśli, a właściwie po mojej myśl, chociaż wtedy sądziłem, że oboje chcemy tego samego. Wydawało mi się, że mam do tego prawo, bo z zachowania Elżbiety wynikało, że jest zakochana, a nasz związek traktuje poważnie.

Pamiętam jak pewnego sierpniowego dnia poszliśmy w miasto. Najpierw była kawiarnia w Rynku, później bulwar nad Wisłą, a potem podziwianie z mostu panoramy miasta, które z tej strony wygląda jak tort podany na stylowej tacy. Stanęliśmy w jego połowie i przez czas jakiś patrzyliśmy na zwartą, wznoszącą się bryłę Sandomierza, którego zabudowa zdawała się być nie odrębną strukturą, ale naturalną attyką tego wyniosłego wzgórza będącego elementem stromej krawędzi rzecznej doliny. Chociaż mieszkam tu kilkadziesiąt lat, wciąż poddaję się magii otulonych zielenią subtelnych brył z przecinkami kościelnych wież na tle ogromnego nieba, jakby stworzonego tylko po to, aby zostać tłem dla tej misternej konstrukcji. Patrząc na nocny Sandomierz, mimo wszelkich różnic wciąż przypominała mi się obraz El Greca „Toledo nocą”, który na długo wlał we mnie tęsknotę do tego hiszpańskiego miasta. Na tyle skutecznie, że poważnie zastanawiałem się nad odwiedzeniem go, ale przestraszyłem się rozczarowania, jak bywało z wieloma miejscami, które uszlachetnione obrazem, wierszem lub literacką prozą, w bezpośrednim spotkaniu rozczarowywały i pozostawiały osad niespełnienia. A po fakcie żal mi było własnych złudzeń i przeszłej, zmarnowanej tęsknoty. Ale zdarzało się też, że całkiem nieznane miejsce potrafiło tak mnie zakotwiczyć, że wciąż odczuwam jego brak.

Staliśmy więc z Elżbietą na moście, patrzyliśmy na Sandomierz, którego widok musiał podziałać na jej wrażliwość, bo w pewnym momencie przytuliła się do mnie i powiedziała:

- Powiedz, że kiedyś nie będę musiała stąd wyjeżdżać…

Mówiąc to oczy miała tak głębokie i szczere, że w jednej chwili odpłynęły ode mnie wszystkie wątpliwości. Powiedziałem, że jeśli rzeczywiście tego pragnie, może zostać tak długo, jak tylko zechce. I że chcę tego samego, bo lubię patrzeć jak się budzi, przeciąga – a robi to w rozczulająco dziecinny sposób – siada na fotelu z podwiniętymi nogami i filiżanką kawy albo dyskretnie przygląda mi się jak zmywam naczynia. I że chciałbym z nią rano obgadywać dzienne plany, a wieczorem podsumowywać dzień. Przytuliła się, potem pocałowała mnie, wzięła moją rękę i przerzuciła ją sobie przez ramię i tak szliśmy przytuleni i cisi, a ja czułem ją głębiej, niż wtedy kiedy otwierała przed mną swoje wnętrze. Wtedy nie miałem wątpliwości, że wszystko musi skończyć się dobrze. Ale tylko na krótko, bo za moment znowu wyczułem w niej jakieś nagłe usztywnienie, dystans i brak spontaniczności. Coś jakby podejrzliwość, oglądanie mnie przez lupę, szukanie elementów nie pasujących do jej obrazu. I wtedy nie wiedziałem, czy te jej przyjazdy, ciepłe dłonie, wpuszczanie mnie między uda i winna wylewność oznaczały to prawdziwe uczucie, czy może raczej traktowała je jako przerywnik w swej małomiasteczkowej egzystencji, może nawet przyjemny, ale jedynie niezobowiązujący relaks. Przyjmując drugą wersję zastanawiałem, jak długo potrwa to sandomierskie zauroczenie, bo mimo dobrej nadziei, wcale nie byłem pewien, że wszystko skończy się po mojej myśli, a już z całą pewnością nie mógłbym się o to założyć. Bo z Elą trudno było o emocjonalny porządek. Mimo pozorów spokoju było w mniej coś niepokojącego, jakaś niekonsekwencja, jakieś zawirowania, chwile bliskości, a za chwilę nagłe oddalenia. A najgorsze było, że były to symptomy trudne do wykrycia, bo objawiały się w sposób tak enigmatyczny, że trzeba było wielkiej uwagi i wrażliwości aby je uchwycić. Bywało więc, że siedzieliśmy mocno przytuleni i nagle coś w niej sztywniało, stawało się chłodniejsze, zdystansowane. A przecież wciąż siedzieliśmy obok siebie, obejmowaliśmy się, całowali, ale w niej nie było już tego ognia i totalnego oddania

A mimo to coraz bardziej kochałem te jej duże, smutno-nostalgiczne oczy, lubiłem całować je i przytulać do siebie jej płową głowę, dotykać piersi, które zaakceptowałem już po pierwszym dotknięciu z nadzieją, że z wzajemnością. Lubiłem czekać na to spowolnione, jakby z namysłem, otwarcie krocza, w które wchodziłem z poczuciem przyjemnej ciasności. Jej wnętrze przypominało mi jej ciche, wiklinowe miasteczko, w którym zaciszność i ograniczona przestrzenność sprowadza bezpieczeństwo i przydaje poczucia ważności. Chociaż często odnosiłem wrażenie, że seks traktuje z pewną rezerwą, że nie potrafi się zapomnieć, że nawet w takich momentach na zimno kontroluje sytuację. Zupełnie jakby świadomie dbała o to, aby się nie stracić się z oczu. Na początku wydawało mi się to naturalną ostrożnością, którą z czasem przełamie pewność mojego uczucia oraz wzajemne zaufanie; że przyjdzie czas na spontaniczność i erotyczne szaleństwo. Czekałem cierpliwie, bo chociaż lubiłem seks i łamanie erotycznych tabu, było we mnie dużo dobrej woli. Czasem wydawało mi się, że coś się w niej przełamuje, że wpada w spontaniczny trans zapowiadający podróż w nieznane, ale zazwyczaj stopowała mnie trzeźwość jej oczu. W takich przypadkach nie pomagało nawet wino.

Mimo to miłość tę wspominam jako pogodną, radosną i optymistyczną. Do dziś trzymam jej kilkadziesiąt listów. Pisaliśmy do siebie niemal codziennie informując o sprawach ważnych i banalnych, radościach i problemach, ale przede wszystkim o naszym uczuciu, które wydawało się krzepnąć, nabierać mocy i ukonkretniać. Nie mieliśmy wątpliwości, że chcemy ze sobą być, mieć do załatwienie wspólne sprawy, zgadzać się i spierać, oglądać obrazy, słuchać muzyki i czytać wiersze, planować i odbywać podróże. I oczywiście mieć wspólne dzieci, najlepiej dwoje, przed którymi w przyszłości moglibyśmy się chwalić swoim głębokim, dobrym uczuciem. Elżbieta coraz częściej zapominała o swoim przyrodzonym sceptycyzmie i coraz szerzej otwierała się na miłość i coraz bardziej w nią wierzyła. Pamiątką takiej chwili jest wielka mapa świata, która w tamtym czasie wisiała nad moim biurkiem. Pewnego wieczora, po miłosnym seansie, kiedy piliśmy wino, Elżbieta chlusnęła na nią czerwonym burgundem, zalewając Antarktydę i kawał Oceanu Atlantyckiego aż po Ziemię Ognistą i Przylądek Dobrej Nadziei:

- Niepotrzebny mi ten cały świat! Chcę zostać z tobą w tym mieście i chcę aby to ono stało się moim światem.

Czy po takim wyznaniu można nie kochać się znowu? Innym razem, podczas spotkania ze znajomymi oświadczyła publicznie, że jest tak zakochana, że chyba zacznie pisać wiersze:

- Nie wiem, co on mi zrobił, ale dla niego tyle razy wyrzekłam się siebie, że już nigdy nie będę umiała być swoją własną…

I taka dedykacja widnieje na podarowanym mi zdjęciu: Wyrzekam się siebie. Na zawsze… Pamiętam że odnosząc się do tego wpisu, niby poważnie cytowałem sentencję z Pisma Świętego: Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie. A ona całkiem poważnie mówiła, że już się zaparła i chce iść za mną, bo już dawno stałem się jej Jezusem.

Właściwie nie wiem dlaczego nam nie wyszło. Pewnego dnia oznajmiła mi, że wybiera się w odwiedziny do mieszkającej w Lille ciotki, że pojedzie na dwa-trzy tygodnie, wróci i znowu będziemy razem. I że ten wyjazd nic się nie zmieni, bo abym nie zauważył jej nieobecności, codziennie będzie pisać długi list, a ja będę odpisywał. W ostatnim liście przed wyjazdem napisała: „Chcę abyś wiedział, że istnieję jedynie dla ciebie i któregoś dnia przyjadę do Sandomierza poprosić cię abyś dał mi pracę, przyjdę do twojego domu prosić o mieszkanie, o wspólne łóżko, wspólne życie. Bo osobno już nie istnieję”.

Ale nie przyszła, nie poprosiła, a nawet nie napisała. Wyjechała do Francji i kamień w wodę. Przez jakiś czas czekałem, bo nie chciało mi się wierzyć, że można tak sprzeniewierzyć się własnym uczuciom i słowom, łudziłem się, że to milczenie ma jakieś racjonalne wytłumaczenie; że lada dzień wszystko się wyjaśni i znowu będzie, tak jak było. Że któregoś dnia zadzwoni telefon z informacją, że wróciła, bo beze mnie było jej źle. Ale czas mijał, zblakła naiwność, a ja poczułem się oszukany, oskubany z idealizmu, sponiewierany i upokorzony. Jej listy spoczęły gdzieś na dnie najniższej szuflady biurka, a mapę świata z winną plamą zwinąłem i ukryłem w najciemniejszym kącie, gdzie stoi do dziś pozostając świadectwem porządku minionego świata, z którym może najbardziej zmieniamy się my…

Czas jakiś bolało, ale w końcu przestało. Kilka miesięcy później spotkałem Annę, która niemal natychmiast wywabiła ze mnie plamę tamtego afektu. Zapomniałem więc o Elżbiecie i jedynie czasem, przeglądając archiwalne zdjęcia zdarzało mi się poświęcić chwilę na ekspresowe, płytko przeżywane wspomnienie, zazwyczaj zakończone retorycznym pytaniem o przyczynę tak nieoczekiwanego końca i refleksją nad skomplikowaniem ludzkiej natury. Ale tego ważnego pytania jednak nie zadałem, chociaż po ponad trzydziestu latach miałem możliwość wyjaśnienia tej zagadki.

Stało się tak dzięki obecności na jednym z portali internetowych, na którym umiarkowanie się udzielałem. Któregoś wieczora otrzymałem zaproszenie od pewnej pani o obco brzmiącym nazwisku, która zaproponowała internetową znajomość. Ponieważ w doborze znajomych jestem raczej wybredny, postanowiłem zaproszenie wykasować, ale powstrzymało mnie spojrzenie na fotografię. Była na nim około pięćdziesięcioletnia, wciąż atrakcyjna, zadbana kobieta, której rysy twarzy wydały mi się znajome. Po dłuższej deliberacji i porównaniu z fotografiami z odległej przeszłości nie miałem wątpliwości, że to Elżbieta. Chcąc się upewnić, na wszelki wypadek wysłałem jedno z jej dawnych zdjęć, na co żartobliwie zapytała czemu bawię się w wywoływanie duchów. Szczerze przyznam, że odkurzyła się pamięć, wrócił spatynowany sentyment w kolorze sepii oraz nadzieja na dobre porozumienie. Ale skończyło się na zdawkowej wymianie informacji, w której nasz wspólny rozdział praktycznie nie istnieje. A kiedy za którymś razem kiedy wychyliłem się ze wspomnieniowym liryzmem, zostałem potraktowany surowo i przywoływany do rzeczywistości. Bo o czym wspominać, skoro dziś ona ma dwóch dorosłych synów, dwójkę wnuków i drugiego męża, który zastąpił przedwcześnie zmarłego partnera. I że na nic nie powinienem liczyć. Przyznam, że podziałało to na mnie chłodząco, bo jako człowiek refleksyjny chętnie poddaję się wspomnieniowej magii traktując przeszłość jako wzbogacenie nie zawsze sympatycznej rzeczywistości. Oczywiście niczego od niej nie chciałem, może poza jakąś cieplejszą refleksją będącą dowodem sympatycznej pamięci z kropelką żalu i z moją osoba rozpuszczoną w sentymentach wspomnień o miłej młodości. Pewnie dlatego nasza późniejsza korespondencja nie wychodził poza ramy lakonicznej konwencji z przysyłaniem banalnych fotografii z podróży, z podobiznami bliskich i przyjaciół. Ale wszystko to na granicy horyzontu, tym odleglejszego, że osobnego i pozbawionego tła wspólnego doświadczenia. Trochę szkoda, bo takie odświeżenie pamięci zbliża, wzbudza wzajemną życzliwość, jest dowodem biograficznej ciągłości, z której nie wycina się żadnych fragmentów.

Nie zapytałem więc o powód tak nagłego przerwania tamtej, dobrze rokującej miłości ani o to, czy jej szeptane i utrwalone w dziesiątkach listów, płomienne wyznania, fizyczne oddanie oraz nie mniej ważne, pozornie nieistotne enigmatyczne znaki były jedynie grą znudzonej małomiasteczkowym klimatem panienki, czy jednak było w tym coś szczerego, co padło łupem złośliwego zbiegu okoliczności? Czy może jednak to nasze mgławicowe uczucie było tylko magnetyzującym odejściem od życiowej prozy i jaką rolę w tym emocjonalnym spektaklu odegrałem ja? I czy kiedyś zdarzało jej się żałować tego niespełnionego uczucia?

Nie zapytałem i nie zapytam. Nawet nie dlatego, że nie jestem ciekaw, ale wolę pozostawić sobie jakiś margines niedopowiedzenia, dopasowywać jakieś ocieplające elementy wspomnień, a nie stanąć przed ścianą nie pozostawiających wątpliwości faktów. Poza tym nie wiem, czy po tak długiej przerwie pozostało w niej coś z tamtej lnianowłosej, lirycznookiej dziewczyny, w której miłość mocowała się z potrzebą swobody. Poza tym wcale nie jestem pewien, czy kiedykolwiek naprawdę ją znałem, a jej obraz zrodziła we mnie potrzeba miłości, obawa przed samotnością oraz emocjonalna euforia, a może zbyt duża pewność siebie. Przecież równie dobrze być mogło, że był wyimaginowany obraz kobiety, którą chciałem spotkać. Bo trudno wykluczyć, że to ja ubrałem ją w te wszystkie zalety, których w rzeczywistości nie miała. W końcu nie bez powodu mówi się, że miłość jest ślepa. A może zresztą rzeczywiście potrafiłem wyczarować dla niej inny świat, któremu uległa i w który wierzyła dopóty, dopóki nie straciła mnie z oczu? Nie zapytam także dlatego, że takie pytanie świadczyłoby o mojej naiwności. Przecież od tysiącleci wiadomo jak działa taki mechanizm: kocha się dopóty, dopóki nie spotyka się kogoś innego, bardziej intrygującego, błyskotliwego, przystojniejszego albo przynajmniej mającego szczęście pojawić się we właściwym czasie. Wtedy ten pierwszy powoli szarzeje, maleje, odchodzi w tło, a w końcu znika, a jego miejsce zajmuje ten drugi. Ale ten pierwszy zazwyczaj wraca późnym, uładzonym wspomnieniem, które dobra pamięć przenosi ponad najdłuższą część naszej biografii. Z czasem zaczynamy rozliczać z niespełnionych oczekiwań, tropić własne błędy i oddawać się ryzykownym hipotezom, co by było, gdybyśmy postawili kropkę wcześniej. Ponurym żartem jest, że te wspomnienia bywają kołem ratunkowym przed minusowym bilansem, świętojańskim robaczkiem, który przyfrunąwszy z przeszłości oświetla czas, kiedy wszystko wyglądało pogodnie, a przyszłość wydawała się spacerem wspaniałą lipową aleją.  

Ale nie zapytałem i nie zapytam, bo odstrasza mnie jej chłodna racjonalność i logiczna przyziemność nakazująca natychmiastowe przewrócenie kartki po lekturze poprzedniej, podczas gdy mnie często zdarza się powrót do przeczytanych fragmentów, aby przeżyć je jeszcze raz. Nie zapytam też o to, co skłoniło ją do odnowienia kontaktu i przypomnienia tamtego epizodu, i czy ma to dla niej jakieś znaczenie. Nie powiem jej także, że czuję się zawiedziony tą oddaloną, pseudo znajomością, która stwarzając pozory bliskości, raczej oddziela.

Nie napiszę jej także, że jestem niemy i głuchy, a przez to bardziej podatny na przeszły liryzm, bo skoro jakieś fatum ogranicza dialog z rzeczywistością, pozostaje ten z przeszłością, która dzięki upływowi czasu i późniejszym, zresztą nie zawsze dobrym doświadczeniom, staje się ważnym dowodem tożsamości. Tym bardziej w wieku, w którym coraz bardziej traci się pewność siebie i niechętnie wybiega w przód. Poza tym ma się świadomość, że nie ma powrotu…

Korespondencyjny chłód pewnie ją zniechęcił, bo po pewnej drobnej różnicy zdań zdecydowała o zakończeniu znajomości, o co bynajmniej nie miałem do niej pretensji. Prawdę mówiąc mnie także zawiodła ta beznamiętna lakoniczność, emocjonalna i słowna ostrożność, a nawet wręcz psychiczna cenzura. Będąc człowiekiem emocjonalnym i szczerym, dusiłem się w tej atmosferze niewiar, podejrzliwości i mieszczańskiego obowiązku bycia correct. Więc chyba oboje doszliśmy do wniosku, że skoro nie czuje się pokrewieństwa dusz, lepiej poprzestać na dobrej pamięci. Morałem z tej historii może być jedynie wniosek, że spotkania po latach, nawet te wirtualne, nie zawsze służą wspomnieniom i czasem lepiej pozostawić je w spokoju.

W każdym razie to wywołanie ducha przeszłości nie przeszło bez echa i pewnie dlatego łudząco podobną do Elżbiety siostrę Kamilę nazywałem jej imieniem.

Ale tylko w myślach, bo inaczej wszak nie potrafiłem.

* * *

Pierwszą i najważniejszą odwiedzającą była moja żona, która przychodziła dwa razy dziennie i chociaż nie mogliśmy rozmawiać, siedziała godzinę, czasem dwie, patrzyła na mnie i starając się nadać twarzy wyraz beztroski, poprawiała poduszkę. Czasem pisała uspokajające teksty. Pierwsze wizyty były nieco sztywne nie tyle z powodu konieczności oswojenia się z nową sytuacją, ile raczej z potrzeby przezwyciężenia panującej w naszych stosunkach inercji, której przyczyn uzbierało się tak wiele, że nie byliśmy w stanie ich sformułować. Każde z nas miało zresztą własną wersję pretensji, które jeśli nawet tekstowo pokrywały się, ich wektory były przeciwne. Dawne emocje wystygły skutkiem czego od dłuższego czasu nasze wspólne życie przypominało bytowanie niezbyt zgodnych, w gruncie rzeczy obcych sobie współmieszkańców, których trzymają przy sobie jedynie cztery ściany i których największym pragnieniem jest życie solo. Pod codziennymi brudami znikły najlepsze wspomnienia, które zastąpiła rezygnacja i wniosek o życiowej pomyłce.

Widocznie trzeba było tak diametralnej zmiany scenografii abyśmy znowu popatrzyli na siebie życzliwie. Bo nie wiem, czy zwróciliście uwagę, że w każdej scenerii patrzymy na siebie inaczej i dlatego co jakiś czas powinniśmy zmieniać tło naszej wzajemnej obecności. Paradoksalnie o głębokie spojrzenie sobie w oczy najtrudniej we wspólnym mieszkaniu, choćby siedziało się przy wspólnym stole lub w stojących naprzeciw siebie fotelach. Takie spojrzenia są zazwyczaj puste, a częściej niechętne, wrogie lub obojętne. Zresztą dotyczy to także słów i gestów, które wyciśnięte i spłaszczone stają się formą czysto użytkową, środkiem niejako służbowego porozumienia, w którym chodzi jedynie o jak najprostsze, lakoniczne przekazanie treści. Po dłuższym byciu ze sobą rozmowy stają się wypłukane z emocjonalnych wzlotów i werbalnych ozdobników, ograniczone do niezbędnego przekazu, w którym liczy się jedynie językowa oszczędność oraz obowiązek wydania jakiegokolwiek dźwięku. A jeśli już dochodzi do poważnej wymiany zdań, rozmowa przypomina scholastyczną dysputę pełną dialektycznych argumentów, pretensji i sarkazmu, co zazwyczaj doprowadza do kłótni. Wtedy na czas jakiś odkładamy na bok obojętność i z wściekłością punktujemy się zarzutami i wywlekanymi z przeszłości przykrościami. A potem na czas jakiś zapadamy się w sobie i siedząc w osobnych pokojach staramy się wykazać sobie wzajemną bezużyteczność i obcość. Nawet nie rozczarowanie, bo to stało się już elementem codzienności i nie trzeba szczególnej emocji abyśmy dali sobie do zrozumienia, że nasze wspólne życie było nieporozumieniem; że mogliśmy inaczej, lepiej, z kimś innym; że gdyby tak można było jeszcze raz, omijalibyśmy się szerokim łukiem i udawalibyśmy, że się nie widzimy. I że wspólne lata to równia pochyła, wiatr w oczy i jałowe pole. I że we wspólnym pożyciu nie osiągnęliśmy nic czym można byłoby się usprawiedliwić albo przynajmniej oszukać.

Patrząc na Annę zastanawiałem się kiedy po raz ostatni odbierałem ją naprawdę życzliwie i bez niechęci. To musiało być bardzo dawno, a w każdym razie nie wcześniej niż trzy lata temu, zanim w korespondencji ze swym byłym mężczyzną nie dopuściła się psychicznej zdrady tracąc moje zaufanie i taplając mnie w błocie kompleksów. Pamiętam że to był prawdziwy wstrząs, bo mimo wyboistej drogi wspólnego życia byłem na tyle naiwny, iż sądziłem, że nasz świat jest wspólną całością, w którym oboje stanowimy jedność. Od tej pory stała mi się obojętna i obca, a nawet wręcz nieprzyjazna. I chociaż zdarzały się dłuższe okresy zawieszenia broni, o pokoju nie było mowy. Byle pretekst - niepotrzebne podniesienie głosu, sprzeciw w jakiejś drobnej sprawie - podsycał wzajemną niechęć i stawiając zasieki słów skutecznie wyciszał i oddzielał.

A teraz siedziała przy moim łóżku, patrzyła z życzliwą troską i gładziła mnie po rękach, a ja nie wiedziałem co o tym myśleć i jak oceniać tę jej nieoczekiwaną serdeczność. Wybierają najprostszą wersję doszedłem do wniosku, że pewnie górę wzięło trywialne współczucie, bo jakoś trudno uwierzyć w nagły powrót uczucia i serdeczności, której już niemal nie pamiętałem. I chociaż współczucia życzyłem sobie najmniej przecież nie miałem do niej żalu, a nawet było mi przyjemnie i byłem jej za nie wdzięczny. Co prawda obawiałem, że jest to uczucie z rodzaju humanistycznej filantropii, ale w mojej sytuacji skłonny byłem zaakceptować także tę zdystansowaną wersję troski. W końcu trzeba być bez serca, aby nie ulitować się nad łazarzem, nie okazać mu życzliwego zainteresowania. A my, nawet wbrew oczywistym faktom, nie lubimy myśleć o sobie źle, dlatego tak starannie celebrujemy naszą szlachetność i bezinteresowność, dbamy o pozory, a życzliwe słowa mówimy pogrubionymi literami. Może to z tęsknoty za trudną dobrocią, a może z chęci udowodnienia sobie, że jesteśmy lepsi, niż wydaje się to nam i bliźnim?

W każdym razie im dłużej patrzyłem na Annę, tym bardziej widziałem podobieństwo do tamtej, w której się zakochałem, a właściwie na punkcie której oszalałem i którą uznałem za ważniejszą od świata; kobietę która miała mnie wyprostować, postawić na nogi, być aniołem stróżem, muzą, dobrą, mocną kawą i łagodnym narkotykiem odginającym ku górze wykres błogostanu… Kiedy tak dzisiaj o tym myślę, dochodzę do wniosku, że sam sobie winien jestem późniejszego rozczarowania, bo oszołomiony totalnym zachwytem obciążyłem ją ponad miarę moją pewnością, że musi być taka, jak ją sobie wyimaginowałem. Wywindowałem ją tak wysoko, że zjazd o jedno piętro wydawał się wręcz skokiem w przepaść. Nie umiałem zaakceptować, że nie była w stanie sprostać moim oczekiwaniom, nie rozumiałem nieuchronności tego zwyczajnego, codziennego, wyżymającego z nas ideały spłaszczenia, pozostawiającego na łasce dołującej, trywialnej rzeczywistości od której uciec nie sposób i której oswojenie wymaga świadomej rezygnacji z niegdysiejszych utopii, a przede wszystkim cierpliwości i emocjonalnego umiaru. Byłem chyba zbyt surowy posądzając ją o nagłą kapitulację ideałów, akceptację przyziemności i pęd do życiowej stabilizacji, chociaż nigdy nie narzekała na brak pieniędzy lub niedostatek dóbr materialnych. Nawet wtedy kiedy żyliśmy naprawdę skromnie i bez szczególnych perspektyw. Zresztą nigdy nie goniliśmy za luksusem, wybierając raczej życie według własnej recepty. Do niczego nie zmuszaliśmy się, niczego nie ścigaliśmy i nie ulegaliśmy modom, bo zawsze mieliśmy to, co uznawaliśmy za ważne. Żadnych szaleństw kulinarnych, dalekich wojaży, licznego towarzystwa, drogiej biżuterii ani upodobania do posiadania luksusowych przedmiotów. Nigdy nie zastanawialiśmy się nad zakupem działki i budową domu, a jeśli daleko później zdecydowaliśmy się na zakup weekendowej chaty pod lasem, kierowała nami wyłącznie chęć oddalenia się od męczącego miejskiego trybu życia, odcięcia się od świata, za którego przyspieszeniem nie mogliśmy, a raczej nie chcieliśmy nadążać. Żyliśmy więc prywatnym, niespiesznym rytmem zabezpieczeni własnym systemem wartości i podejrzliwością wobec coraz głośniejszych reklam obiecujących gruszki na wierzbie. Nasze życie zawsze pełne było książek, których piramidy zasłoniły telewizor na tyle skutecznie, że przestaliśmy go oglądać. Zgodność zainteresowań i światopoglądu, sprecyzowane spojrzenie na życie powodowały, że stan konta odgrywał rolę marginesową, a kiedy nasza stopa życiowa urosła i moglibyśmy pozwolić sobie na trochę luksusu, nasze życie nie uległo jakiejś zdecydowanej zmianie, a tym bardziej nie spowodowało korekty hierarchii wartości.

I aż wierzyć się nie chce, że to wszystko dopasowało się samo. Zresztą podobnie jak w przyszłości samo miało się rozsypać.

* * *

Kiedy leżałem taplając się w bagienku czarnowidztwa, bez możliwości wylania z siebie pretensji do życia i bliźnich, przypomniałem sobie, że kiedyś już coś takiego przeżyłem. Bo chociaż mój słuch i mowa były wtedy w najlepszym porządku i tak nie mogłem zrobić z nich użytku.

Zdarzyło się to w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, w okresie socjalistycznego, gierkowskiego eldorado, kiedy to lada moment mieliśmy dogonić Zachód. Byłem wtedy na przedostatnim roku studiów i korzystając z uchylonej granicznej furtki, wraz z kilkorgiem znajomych postanowiliśmy wybrać się na Lazurowe Wybrzeże. Cel podróży nie był przypadkowy, bo w Marsylii mieszkał Paweł, brat kolegi z którym przez trzy lata dzieliłem pokój w akademiku. Trzy lata temu Paweł ukończył studia politechniczne na wydziale budowy okrętów i w ramach stażu podjął pracę w jednej z marsylskich stoczni. Musiał być dobry, skoro po niespełna roku od pewnej stoczni jachtowych otrzymał propozycję zatrudnienia, z której zresztą skorzystał i gdzie dzięki wiedzy i inwencji po kilku miesiącach awansował na zastępcę kierownika działu. Przez jakiś czas mieszkał na jachcie, ale kiedy poznał Joannę, urodziwą francuską Arabkę o czarnych, głębokich oczach i włosach koloru kreślarskiego tuszu, wynajęli domek na dalekim przedmieściu, który niebawem, dzięki finansowej pomocy firmy Pawła, stał się ich własnością. I w którym w ciszy i spokoju pielęgnują uczucie oraz małą Olimpię. Kiedy więc Paweł zaproponował bratu gościnę, ten skrzyknął sześcioro znajomych i pewnego lipcowego dnia 1974 roku znaleźliśmy się pod ich dachem. Ich dom stał się naszą bazą wypadową do podróży wzdłuż wybrzeża od Perpignan po Niceę. A ponieważ w swej ciekawości byliśmy wręcz nienasyceni, korzystając z wynajętego busa, wciąż przemieszczaliśmy się zaniedbując sen i odżywiając się najtaniej, jak było to tylko możliwe. I chyba właśnie ta okoliczność stała się powodem moich zdrowotnych perypetii. Zdarzyło się bowiem, że po powrocie z jednej z eskapad dopadły mnie tak groźne przypadłości żołądkowe, że raz i drugi straciłem przytomność. Potem była interwencja lekarska i dwutygodniowy pobyt w jednym z marsylskich szpitali, w którym postawiono mnie na nogi. Zanim jednak do tego doszło, przeżyłem okres niemych i głuchych dni. Powodem była moja nieznajomość języka francuskiego, który okazywał się być jedynym środkiem porozumienia, bo nikt z personelu nie mówił po angielsku, a tym bardziej po polsku.

Przez pierwsze dwa dni pobyt w szpitalu był dla mnie koszmarem. Bynajmniej nie z powodu warunków, bo leżałem w osobnym, sympatycznie umeblowanym pokoju, którego szklana ściana umożliwiała personelowi kontakt wzrokowy z pacjentem. Prawdę mówiąc pomieszczenie sprawiało wrażenie bardziej hotelowego pokoju niezłej kategorii, niż sterylną, szpitalną salę. W dodatku z mojego okna widziałem równiutkie jak stół, błękitne aż do przesady Morze Śródziemne i szpaler rozczochranych palm. Kiedy nieco mi się poprawiło i mogłem jeść, okazało się, że poziom wyżywienia dorównuje standardowi pokoju co wobec konieczności okresowego postu solidnie stresowało. I chociaż w tej sytuacji powinienem się czuć głęboko usatysfakcjonowany, wrażenie psuł brak kontaktu z otoczeniem. Ja nie rozumiałem ich, oni mnie, a posługiwanie się gestami było zbyt ułomne. Mogłem pokazać gdzie mnie boli i że chce mi się pić, ale niewiele więcej. Musiałem więc zadowalać się miłymi uśmiechami pielęgniarek, lekarskim poklepywaniem po plecach i oglądaniem telewizji. Ale tylko oglądaniem, bo i tak nic nie rozumiałem. Jedynym przerywnikiem były odwiedziny Pawła i reszty towarzystwa, ale te trwały maksimum pół godziny, a potem znowu stawałem się mieszkańcem Wieży Babel po pomieszaniu języków. Raz odwiedziła mnie urzędniczka polskiego konsulatu, ale jedynie po to aby zapytać czy mi czegoś nie brakuje i czy czuję się dobrze traktowany. Kiedy jednak poprosiłem o tłumacza, zimno oświadczyła, że tego typu usługi nie wchodzą w zakres kompetencji konsulatu, zostawiła numer telefonu i poszła. A ponieważ z przebiegu leczenia wynikało, że mój pobyt w szpitalu może przedłużyć się nawet do dwóch - trzech tygodni, moje psychiczne zdołowanie nie powinno budzić zdziwienia. Zapowiadało się więc, że przez kilkanaście dni będę pozbawiony możliwości użytkowania aparatu mowy, a i uszy raczej nie będą mi potrzebne.

I pewnie tak by faktycznie było gdyby trzeciego dnia nie zjawiła się młoda pielęgniarka, która tak bardzo zagospodarowała moje zmysły i wyobraźnię, że nieznajomość języka przestała przeszkadzać.

Szczerze mówiąc to było chyba pierwsze tak piorunujące, pełne zauroczenie, bo chociaż należałem do mężczyzn wrażliwych na kobiece wdzięki, zazwyczaj potrafiłem zachować emocjonalny umiar oddzielając wymiar emocjonalny od zachcianek czysto fizjologicznych. Mówiąc precyzyjniej, w przypadku zainteresowania wyłącznie walorami erotycznymi, moje zaangażowanie emocjonalne ograniczało się do niezbędnego minimum i zazwyczaj trwało tyle, ile było trzeba. Bynajmniej nie oznacza to instrumentalnego traktowania pań, bo wchodząc w męsko-damskie układy niemal zawsze wykazywałem dobrą wiarę dając im szansę własnego podboju. Nigdy żadnej nie wykluczałem z perspektywy bardziej bliskich związków z góry zakładając, że to gra wyłącznie o łóżko. Pewnie zabrzmi to cynicznie, ale nawet kiedy dochodziłem do wniosku, że wszystko skończy na krótkiej intymności, nie stać mnie było na obcesowe pożegnanie. Taki związek zazwyczaj wypalał się sam, a my oddalaliśmy się bez dramatycznych zerwań i łamania pochopnych obietnic.

W tym przypadku było to jednak zupełnie nieznane wcześniej oszołomienie. Oto bowiem do mojego szpitalnego pokoju weszła młoda kobieta, w której już na pierwszy rzut oka podobało mi się wszystko. Taka kobieta z pięknego snu, w którym wyobraźnia wymalowała subiektywny ideał. Oryginalna południowa uroda, twarz subtelna, ale z charakterem, czarne włosy w których chciałoby się zabłądzić dłonią, opalizujące oczy w których iskierki wyglądały tak, jakby odbijała się w nich zapalona zapałka. Jej szczupłą, ale bynajmniej nie modelową sylwetkę wypełniała kipiąca kobiecość. Właściwie nie wiadomo dlaczego, bo nie miała ani wyzywającego wzroku, namiętnych ust, imponującego biustu i zbyt smukłych nóg, ale w jej sylwetce było coś łagodnego, ale też erotycznie energetyzującego, jakaś subtelna, wewnętrzna drapieżność, której bez protestu miało się ochotę ulec. Ale bodaj najważniejszy był ten zachęcający, zaraźliwy optymizm, który z miejsca nastrajał do niej pozytywnie i otwierał na spontaniczną życzliwość Była tym rzadkim przypadkiem, który sprowadzał spokój i wyzwalał ochotę zatrzymania jej na dłużej.

Miała na imię Kornelia i musiała zrobić na mnie duże wrażenie, skoro jej obecność nie tylko zniwelowała dotychczasowe problemy, ale mój szpitalny żywot uczyniła wręcz przyjemnym. Co prawda na potwierdzenie mojej teorii nie miałem żadnych poważnych argumentów, ale odnosiłem wrażenie, że jednak mnie dyskretnie wyróżnia. Nawet nie to, aby częściej do mnie zaglądała lub poświęcała więcej czasu niż innyc chorym, ale z jakiejś przyczyny mój pokój odwiedzała na końcu pielęgniarskiego obchodu i pozostawała w nim dłużej, co wydawało się tym dziwniejsze, że z powodu nieznajomości języka nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Zauważyłem także, że przed wejściem do mego pokoju poprawia włosy, a jej uśmiech staje się pogodniejszy i mniej urzędowy. Najpierw podawała mi lekarstwa, mierzyła temperaturę i ciśnienie, poprawiała poduszkę, a potem siadała przy łóżku i zaczynała monolog. Miała niski, aksamitny, jazzowy głos Elli Fitzgerald znakomicie pasujący do jej ciemniejszej karnacji skóry i koloru wielkich oczu, którego nie potrafiłem jednoznacznie zdefiniować. To była mieszanka głębokich, łagodnych kolorów zmieniających się w zależności od oświetlenia i tła. Najbardziej zaskakująca była jednak ich głębia, a może wręcz łagodna, wabiąca przepastność. Bo jeśli w innych oczach łatwo dostrzec płaszczyznę odbicia obrazu, źrenice Korneli były na tyle pojemne, że w jej oczy wchodziło się jak w korytarz pełen świetlnych refleksów i przyjaznej, magnetycznej ciemności. Te jej oczy tak mnie fascynowały, że gdyby nie skrępowanie, patrzyłbym w nie bez przerwy. Ciekawe było także to, że nie zważając na mój brak znajomości języka, mówiła do mnie i patrzyła tak, jakby spodziewała się, że wiem o czym mówi i że z pewnością mnie to interesuje. A ja naprawdę chciałem wiedzieć o czym mówi, bo w jej wersji wszystko wydawało się ważne. Wsłuchiwałem się więc z uwagą w ten aksamitny głos, z satysfakcją wyławiając pojedyncze słowa, na podstawie których na próżno usiłowałem odgadnąć temat. Przede wszystkim żałowałem, że nie mogę niczego dowiedzieć się czegoś o niej samej, bo właśnie to interesowało mnie najbardziej. Przez kilka pierwszych dni kiedy czułem się kiepsko, siadała obok łóżka i mówiąc coś tonem pocieszycielki, głaskała mnie po rękach, z powodu czego czułem rosnącą gorączkę. I chyba to było widać, bo dotknięcia stawały się jeszcze bardziej pieszczotliwe, a w oczach Kornelii błyskały już nie zapałki lecz noworoczne fajerwerki. Byłem pewien, że zdaje sobie sprawę z tego jak na mnie działa i być może nawet bawiła ją ta moja emocjonalna wulkaniczność, bo opiekuńczym gestem, dotykając mojego czoła niby to sprawdzała temperaturę, a potem troskliwie okrywała kocem, starannie dopasowując go do ciała. Zauważyłem też, że przed wejściem do mojego pokoju, na chwilę znika w pomieszczeniu dla pielęgniarek, a przy moim łóżku zjawia się z lekko zmienioną garderobą. Może to złudzenie, ale wydawało mi się, że albo ma na sobie nieco bardziej przezroczysty uniform, albo zdjęła stanik, dzięki czemu jej piersi stawały się bardziej wyraźne, a sutki niemal przebijały materiał. Nie mówiąc już o tym, że jedynie lekko zawoalowane materiałem figi zbyt wiele nie ukrywały. Jeśli tak rzeczywiście było, przypuszczam że z jej strony była to celowa gra, bo fakt oczarowania jej moją osobą jakoś nie wydawał mi się prawdopodobny, co nie zapobiegło przyrostowi wyobraźni podsuwającej śmiałe obrazy. Byłem do tego stopnia oderwany od rzeczywistości, że całkiem poważnie zastanawiałem się nad pozostaniem we Francji i podbojem Korneli. W końcu skoro udało się Pawłowi, dlaczego nie miałoby poszczęścić się mnie? Co prawda jemu pomogło politechniczne wykształcenie, ale z jego układami przecież z pewnością pomógł by mi znaleźć pracę. Poważniejszych wątpliwości dotyczyła sprawa rozwoju ewentualnego związku z Kornelią, która co prawda nie nosiła na obrączki, ale to nie znaczy, że nie była zamężna, a przynajmniej nie miała kogoś na stałe.

Urokowi Korneli ulegli także moi koledzy, o czym świadczyły coraz częstsze i dłuższe odwiedziny, które dziwnym zbiegiem okoliczności podejmowali jedynie podczas jej dyżuru. Najbardziej napalonym był Tomasz, którego zewnętrzna atrakcyjność działa na kobiety jak magnes, która to okoliczność zmanierowała go to tak bardzo, że od jakiegoś czasu każdą kobietę uznawał za ofiarę, której zdobycie zależy wyłącznie od jego dobrej woli. Widocznie jednak nie był w typie Korneli, bo nie widać było aby zrobił na niej większe wrażenie, co zresztą wyraźnie go zdeprymowało dopingując do coraz bardziej gruboziarnistych zalotów. Kiedy jednak okazało się, że bez efektów, spokorniał, a na Kornelię patrzył z respektem. Największy pożytek miałem z odwiedzin Pawła, który władając językiem francuskim pomagał porozumieć się z moją uroczą opiekunką. Dowiedziałem się więc, że Kornelia pochodzi z Algierii, gdzie do dziś mieszkają jej rodzice, a ona jedenaście lat temu przyjechała do Francji do mieszkającej w Marsylii siostry. Tu ukończyła szkoły, a kiedy zdobyła zawód i podjęła pracę, wyprowadziła się od siostry i zamieszkała osobno. Mieszka z koleżanką, ale bynajmniej nie są lesbijkami i każda ma męskiego partnera. W jej przypadku raczej miała, bo kilka miesięcy temu jej chłopak wyjechał do Kanady i słuch po nim zaginął. Szczerze przyznam, że okoliczność ta bardzo mnie ucieszyła. Zupełnie jakby ta jej aktualna samotność zwiększała moje szanse. Dowiedziałem się też, że mnie lubi, a nawet że jej się podobam, ale o takich sprawach trudno rozmawiać przez tłumacza.

Przyznam też, że dochodzenie do zdrowia zaczęło przysparzać problemów natury fizjologicznej. Jeśli bowiem przez jakiś czas moje uczucia wobec Korneli oscylowały wokół walorów estetycznych, wraz z przyborem witalności coraz mocniej dawała o sobie znać namiętność. Coraz bardziej pragnąłem zostać jej kochankiem, a wybujała wyobraźnia sprawiała, że moje sny stały się erotycznie monotematyczne, czego efektem były plamy na pościeli. Wstydziłem się kiedy zmieniające ją panie patrzyły na mnie z dyskretnym uśmiechem, taksując okolice podbrzusza. W końcu doszło do tego, że kiedy Kornelia wchodziła do mojego pokoju, dla zakamuflowania podniecenia, odwracałem się na brzuch. Pewnego dnia zdarzyło się jednak, że z jakiego powodu tego nie zrobiłem i zastała mnie z uniesionym do góry kocem, który jak namiot skrywał moje międzynożne wdzięki. Przez chwilę oswajaliśmy się z sytuacją, a po chwilo oboje wybuchnęliśmy śmiechem co na tyle nas rozluźniło, że od tej pory ja przestałem udawać niewinnego Beniamina, a Kornelia pierwszą naiwną. Zdarzało się nawet, że podczas rutynowego otulania mnie, przypadkiem (?) zahaczała dłonią o wybrzuszenie koca, co chyba sprawiało jej przyjemność, bo po takim incydencie zazwyczaj zostawała dłużej. W końcu ja także ośmieliłem się i kiedy pochyliła się nade mną, rozpiąłem pierwszy, górny guzik jej pielęgniarskiego stroju i odchyliwszy połę, obejrzałem jej kształtne, jędrne i sprężyste piersi. Spodziewałem się, że nagle wyprostuje się, a nawet da mi po łapach, ale ona jakby celowo dłużej pozostała pochylona. A potem z nostalgią – tak przynajmniej odebrałem jej wzrok - popatrzyła na namiot z koca i niespiesznie wyszła z pokoju. Następnego dnia byłem śmielszy i odpiąłem dwa guziki, a nawet dotknąłem jej piersi. Znowu nie zabroniła, a nawet pochyliła się niżej, niż musiała, a potem jej ręka znalazła się pod kocem…

Jestem pewien, że gdyby pozwalały nam warunki, bez żadnych skrupułów bylibyśmy rzucili się na siebie dopełniając tę długo wstrzymywaną, kipiącą namiętność, ale szpital nie nadawał się na rajski przybytek. Mimo to może bylibyśmy skonsumowali naszą namiętność, gdyby nie pechowy zbieg okoliczności. Pewnego dnia, podczas odwiedzin Pawła dyżurujący lekarz poprosił go, aby przekazał mi informację, że następnego dnia będę mógł na godzinę – dwie wyjść poza szpital. Na wieść o tym Kamila zaproponowała, że zabierze mnie do siebie. Tak przynajmniej zrozumiałem, bo najpierw pokazała na mnie i siebie poruszając palcami ruchem jakby demonstrując marsz, a potem pokazała klucz i znowu pokazała na mnie i siebie. Zapowiedzią namiętnego finału były wyjątkowo gorące pieszczoty.

Ale do niczego nie doszło, bo następnego zamiast wysłać mnie na oczekiwaną przepustkę lekarze podjęli decyzję o wypisaniu mnie ze szpitala. A ponieważ tego dnia Kornelia miała dzień wolny, nawet się z nią nie pożegnałem. Co prawda czekałam godzinę, dwie, ale nie wiedząc o której po mnie przyjdzie, uległem perswazji Pawła, który zobowiązał się, że następnego dnia przywiezie mnie, abym mógł z nią trochę pobyć. Tyle tylko, że następnego dnia towarzystwo ruszyło w drogę powrotną zmuszając mnie do tego samego.

Pewnie to liryzm kiczowato, ale nie mogłem jej zapomnieć. I to do tego stopnia, że na dłuższy czas przestałem zwracać uwagę na inne kobiety, co wywoływało ich zdziwienie bo zwykle byłem podatny na damskie wdzięki. Wykorzystując znającego język francuski kolegę napisałem do Kornelii kilka listów, ale nie odezwała się. Ponieważ zaplanowałem, że za rok pojadę do Marsylii i odnajdę Kornelię, przez kilka miesięcy gorliwie uczyłem się francuskiego.

Ale nic z tego nie wyszło, bo kiedy już znalazłem się w Marsylii i odwiedziłem szpital, okazało się, że kilka miesięcy wcześniej przeprowadziła się do Paryża. Znając jej nazwisko poprosiłem mieszkającego w stolicy Francji kolegę o rozpuszczeniu wici w paryskich szpitalach, ale widocznie Paryż jest większy od stogu siana.

I tak skończyła się moja sentymentalno- szpitalna przygoda, którą przechowuję w sobie do dziś z żalem do losu, że nie zakończył jej happy endem.

Jan Adam Borzęcki

 

Fragment przygotowywanej do druku powieści.

 

 

Pin It