Jarosław Zieliński

 

CHŁOPIEC W LOTNICZEJ KURTCE

(opowiadanie)

 

Jaroslaw Zielinski

 

            Sanie zatrzymały się. Przód zaczepił o sporą biegnącą w poprzek drogi bruzdę, będącą mieszaniną starych liści i zamarzniętego błota, zgarniętą tu i pozostawioną przez wiatr, dopadniętą przez zimno dzisiejszego ranka. Trzech mężczyzn jakoś przeprowadziło je i przez tę przeszkodę. Hale chciał ruszyć dalej, gdy zatrzymał go głos pochylonego nad saniami Dowlade’a.

            – On nie wytrzyma już długo!

            Dowlade wskazał na leżącego, unieruchomionego, niemal przywiązanego do sań chłopca. Owinięty kocami i nieprzytomny – miał jeszcze na sobie kurtkę pilota. Jej postawiony futrzany kołnierz osłaniał jego szyję. Owiniętą w szal twarz zabezpieczono jeszcze wielkimi czarnymi szkłami. Dowlade podniósł je, by lepiej widzieć rozpaloną twarz.

            – Musi wytrzymać – stwierdził Hale.

            – Nie dojdziemy do farmy Jelisenów przed zmrokiem – ocenił Dowlade.

            – Czy masz jakieś inne wyjście? – spytał trzeci, najstarszy z nich. – Równie dobre jak stać tu, marznąć i tracić czas?

            – Nie, jeszcze nie.

            Tamten wyjął i rozłożył mapę. Nie zważając na wściekłe ataki wiatru wpatrywał się w nią chwilę. Dwaj pozostali zbliżyli się do niego.

            – Jesteśmy jakieś dwanaście mil na zachód od tego wzgórza – powiedział ten starszy, Sanoe, po chwili zastanowienia. Pokazał na mapie fragment cienkiej nitki drogi.

            – Na północny zachód – poprawił go Hale. Przesunął po mapie dłonią w grubej rękawicy, zatrzymując ją nieco wyżej niż Sanoe. – To cztery godziny drogi do Jelisenów, może trzy i pół, jeśli zwiększymy tempo. Za dwie zapadnie zmrok. Nie mamy świateł. Tak jak nie mamy radia i paliwa do sań. Jeszcze trochę i sami zostaniemy tu na noc.

            – Po co to mówisz, Hale? Nie chcesz iść dalej?

            – Pójdę dalej. Pójdę, nawet gdybym miał zamarznąć w nocy, bo to prawie pewne, że tak będzie. Ale gdyby nie ten chłopak, już byśmy nie żyli.

            – Nie musimy iść do tych Jelisenów – powiedział nagle Sanoe, ciągle patrząc na mapę. Wskazał na samotny czarny prostokąt za wzgórzem. – Tu jest jeszcze coś.

            – Farma Le Firnowa... Opuszczona – ocenił Hale. – Umarł rok temu. Nic tam nie ma. Ruszajmy dalej.

            – Nie. Teraz tam są obcy. Widziałem ich kiedyś w miasteczku; mieli śnieżne sanie Le Firnowa – przypomniał sobie Dowlade.

            – Dlaczego by nie pójść do farmy Le Firnowa? – zaproponował Sanoe.

            – Ci tam są obcy – odezwał się Hale. – To zresztą nie taka łatwa droga.

            – Dobrze wiesz, że nie, Hale – rzucił Dowlade. Obaj mieszkali w tych okolicach. Może nie powinni się kłócić przy obcym z miasta, ale nie powinni go też oszukiwać.

            – Są obcy – powtórzył Hale z uporem.

            – Powiedz to jemu – Dowlade machnął ręką w stronę sań z rannym chłopcem. – Idziemy do Le Firnowa, Sanoe. Czy możesz tak ustawić swoją zabawkę?

*

            Sanoe zdjął rękawicę i szybko ustawił kompas na nowy kurs. Dowlade obszedł sanie i chwycił pasy z lewej. Hale stanął po drugiej stronie. Milczeli aż do bramy Le Firnowa.

            Farma miała solidne, stare ogrodzenie i bramę z małym ekranem komunikatora, osłoniętym przed wiatrem. Sanoe musiał znowu zdjąć rękawicę, tym razem wystawiając na zimno lewą rękę.

            Włączył komunikator.

            – Kto tam? – spytał szorstki głos, bez śladu miejscowego łączenia kolejnych słów w jedno.

            – Potrzebujemy pomocy – odezwał się Sanoe. Ekran pozostawał martwy, choć gospodarz musiał ich dobrze widzieć.

            – Znajdziecie ją w mieście.

            – Nie możemy tam dotrzeć. Mamy tylko sanie, bez paliwa i łączności...

            – Do diabła, słuchaj pan – włączył się Hale. – Przed południem rozbił się nasz kopter, pilot jest ranny i może nie wytrzymać do jutra. Ja mogę spacerować tu nawet tydzień, ale on musi być zaraz w mieście. Potrzebujemy tylko łączności, w kwadrans przyleci sanitarka i będziesz miał nas z głowy.

            – Mam nadzieję – powiedział jeszcze gospodarz. Brama otwarła się szeroko, przepuszczając sanie i ludzi, po czym znów wróciła na swoje miejsce. Wiązka świateł wskazywała drogę do domku.

            – Le Firnow nie miał takich sztuczek – stwierdził z podziwem Dowlade, rozglądając się dookoła. – Ci nowi nieźle dają sobie radę.

            – Le Firnow nie kazałby nam sterczeć pod drzwiami – zauważył Hale.

            Otworzyli drzwi, wsunęli sanie na schodki i wciągnęli do środka. Po przebyciu krótkiego korytarza znaleźli się w sporym pokoju wyłożonym drewnem.

            Przywitał ich tam może trzydziestoletni mężczyzna w roboczym kombinezonie z podwiniętymi rękawami, odkrywającymi opalone ręce. Na prawym przedramieniu można było zauważyć białe cętki po kilku starych bliznach. Przywitał to może za duże słowo. Popatrzył na nich, przesunął wzrokiem po saniach.

            – Który z was chce nawiązać łączność? – spytał i dodał, wskazując chłopca. – Wyjmijcie go stamtąd i połóżcie koło ognia.

            – Ja – odpowiedział na pytanie gospodarza Sanoe.

            – Chodźcie.

            Sanoe był trochę zdziwiony widokiem wojskowego nadajnika w małym pokoiku pośrodku domu.

            – Potraficie się tym posługiwać?

            – Byłem w wojsku, panie...

            – To zróbcie użytek ze swojej wojskowej wiedzy! – przerwał mu tamten nawykłym do rozkazów tonem.

*

            Połączenie ze szpitalem nie sprawiło Sanoe kłopotów, tak jak samo zgłoszenie, dopóki nie doszedł do miejsca pobytu.

            – Więc gdzie jesteście?

            – W farmie... – popatrzył na gospodarza pytająco, oczekując już drugi raz jego nazwiska. Nie uzyskawszy odpowiedzi dokończył szybko: – W dawnej farmie Le Firnowa. Potrzebny jest transporter sanitarny.

            – Gdzie to jest, człowieku?

            – Na północnym skraju Detaret.

            – Człowieku, jesteśmy kompletnie zablokowani przez pogodę. Mógłbym wysłać wóz cztery ulice dalej, ale nie sześćdziesiąt mil!

            – Tu jest ranny. Potrzebuje pomocy.

            – Nie mogę ryzykować ludzi i maszyny dla waszego rannego. Ryzykować? Co ja mówię, to pewna śmierć. Musicie poradzić sobie sami.

            – On może umrzeć!

            – Może. Właśnie: to coś innego niż na pewno. Gdyby to było chociaż gdzieś w mieście... Nic nie mogę dla ciebie zrobić, człowieku. Musicie poradzić sobie sami, dopóki pogoda się nie uspokoi.

            Sanoe rzucił mikrofon na stół. Gospodarz podniósł go, zamocował i przełączył nadajnik w tryb oczekiwania.

            Wyszedł z pokoju. Sanoe powlókł się za nim, trafili znów do tego dużego, ciepłego pomieszczenia. Dowlade i Hale zdjęli już grube kurtki i położyli je przy wejściu. Dopiero tu Sanoe poczuł zmęczenie i strużki potu na plecach.

            Przy rannym, odwiniętym z koców, klęczała kobieta, niewiele młodsza od gospodarza. Odwróciła się do wchodzących.

            – Jeny, on nie wygląda dobrze. Ręka i bok...

            Sięgnęła do otwartego pudełka, rozpakowała zastrzyk i przytknęła do ramienia chłopca. Igła przebiła skórę, tłoczek opróżnił się.

            Kobieta popatrzyła na gospodarza.

            – Kiedy będzie transporter ze szpitala?

            – Jak skończy się ten wiatr – powiedział Sanoe. – Nie chcą przylecieć aż tu w taką pogodę.

            Chłopiec nagle otworzył oczy. Musiał ich cały ten czas słuchać.

            – To znaczy nigdy... nigdy... nigdy się nie skończy. To wszystko – mówił cicho, niewyraźnie, trudno go było zrozumieć – przez ten wiatr.

            Chciał się podnieść, ale nie starczyło mu sił. Opadł na posłanie.

            – Spokojnie – kobieta położyła mu rękę na czole.

            – Dlaczego... co za różnica? Nigdy...

            Gospodarz, nazwany przez kobietę Jeny, przeszedł szybko cały pokój, zawrócił, by popatrzeć na chłopca i jego rozpiętą kurtkę, czarną z brązowo-złotymi odznakami. Kurtkę wojskowego pilota.

            – Pojadę z nim – powiedział. – Odstawię do szpitala.

            – Jeny! – kobieta odwróciła się od niego gwałtownie, omal nie trącając chłopca. – Nie możesz tego zrobić!

            – Wrócę za dwie, może trzy godziny, Marlie. Nie martw się, nic mi się nie stanie.

            – Ale oni...

            – Nic mi się nie stanie – powtórzył szorstko i zwrócił się do przybyszów. – Podnieście go i chodźcie ze mną.

            Popatrzył na Hale, grzejącego się przy ogniu.

            – Chyba, że nie chcecie lecieć.

            – Właściwie... – zaczął Hale.

            – Macie parę minut do namysłu. Najpierw zanieście go do hangaru. Ale zanim wystartuję, chcę was widzieć po drugiej stronie ogrodzenia. Nie wiem, czy Le Firnow był waszym przyjacielem, czy nie, ale ja nie zwykłem zostawiać nikogo obcego we własnym domu.

            Ruszył korytarzem, prowadząc ich. Nie do wyjścia jednak – na końcu korytarza otworzył boczne drzwi i przytrzymał je, aż przenieśli chłopca.

            – Weźcie też sanie – rzucił gospodarz.

            Sanoe wrócił po sanie, podniósł je i bokiem przeniósł przez korytarz.

            – Ma pan tu kopter czy transporter? – spytał gospodarza.

            – Już rozwaliliście się dzisiaj w kopterze.

*

            Kręte przejście zaprowadziło ich do hangaru. Panował w nim półmrok i przemieszany zapach siana i oleju. Sanoe dostrzegł tylko wielki nieforemny kształt wypełniający wnętrze. Gdy gospodarz zapalił światło, stanęli przed niskim, zielonoszarym transporterem bez znaków rozpoznawczych.

            Gospodarz otworzył klapę z tyłu maszyny.

            – Podajcie go tutaj!

            Wnętrze okazało się przestronne, zdolne pomieścić dwanaście foteli z licznymi uchwytami nad oparciami. Gospodarz wsunął chłopca do środka, po czym sam wszedł, by rozsunąć siedzenie ostatniego miejsca. Położył tam młodzieńca, wyjął z boku materiał, by owinąć go i unieruchomić niby w kokonie.

            – Co to jest, u diabła? – spytał Hale, który ostatni pojawił się w hangarze.

Popatrzył z podziwem na sporą, solidnie wyglądającą maszynę, wypełniającą niemal cały hangar.

            – Transporter szturmowy. Zajmijcie miejsca – polecił gospodarz, przechodząc do przedniej kabiny. – Za mną – powiedział do Sanoe.

            Przednia kabina transportera była mniejsza i bardziej podobna do koptera.

Gospodarz wsunął się na stanowisko prowadzenia, włożył lekki hełm pilota.

Sanoe zajął fotel obok niego.

            – Ryzykuje pan, lecąc w taką pogodę.

            Gospodarz uśmiechnął się.

            – Oczywiście. Tylko trochę inaczej, niż myślicie.

            Drzwi hangaru otwarły się, transporter wysunął się do przodu i uniósł w górę.   Wiatr już brał go z boku.

            – To rzeczywiście niezbyt bezpieczne – stwierdził pilot.

            – Może zostaniemy na drodze? – zaproponował Sanoe.

            – Nie ma na to czasu – pilot pochylił się nad jednym z ekranów, kilkoma poleceniami poprawił jego wskazania. – Nie mam tu podręcznego szpitala. Chłopcu zostało już niewiele...

*

            Obniżył lot i ruszył przed siebie, nie oddalając się od odległej o kilkadziesiąt metrów ziemi. To zwiększał szybkość, to znowu zmniejszał, starając się zapewnić manewrom jak najmniejszą ostrość. Wielka maszyna poddawała się jego woli bez reszty, prawie pomagając mu w tym niezwyczajnym wyborze między kaskaderskim lotem a misją ratunkową.

            „Skąd on go ma?” – pomyślał Sanoe o transporterze. – „Duża maszyna, dość stara na oko, bo nigdy nie widział podobnych. Może gdzieś znaleziona czy zdobyta i dlatego właśnie mówi o ryzyku. Ale ten lot... ile trzeba latać, by tak zgrać się z maszyną...?”

            Osiągnęli skraj miasta. Pilot poprosił przez radio o koordynaty kursu.

            – Zadanie nierealne – uzyskał w odpowiedzi. – Wskazane przejście w pozycję lądowania. Powtarzam: przejść w pozycję lądowania.

            – Bez potwierdzenia – powiedział pilot.

            – Niebezpieczne. Nierealne – oznajmił automatyczny nawigator miasta. – Inaczej przeciwdziałanie.

            – Musimy usiąść – powiedział szybko Sanoe. – Mamy jeszcze sanie, dotrzemy tam.

            Pilot odwrócił głowę w jego stronę, nie zwalniając i nie zmieniając kursu.

Popatrzył na Sanoe, nie – ponad nim, jakby nad czymś się zastanawiając.

            – Czy wiecie, gdzie jest szpital?

            – Nie, ale pozostali...

            – Oni nie znają dobrze miasta. Przy takiej pogodzie możecie się zgubić. Nie ma czasu na błędy i próby.

            – A czy pan je zna? – Sanoe zadał to pytanie i zaraz przestraszył się własnych słów. Wydały mu się zbyt śmiałe, zbyt ostro skierowane do tego potężnego mężczyzny.

            – Czy je znam? Tak, znam je – i po chwili milczenia dodał. – Trafimy do szpitala.

            Pilot obniżył lot i zmniejszył nieco prędkość. Odciął łączność. Wrócił do poprzedniego sposobu lotu, znów zaczynając swe kocie manewry – już nad budynkami, czasem pomiędzy nimi.

            „Ale przecież...” – coś krzyczało w Sanoe, gdy zbliżali się do ścian, przemykali nad ziemią. Nie obawiał się błędu pilota, zafascynowany jego techniką, niemal sztuką prowadzenia. To ona właśnie sprawiała, że zapomniał o zasadzie. Zasadzie, która stanowiła jeden z determinantów wszystkich automatów decyzyjnych w tym mieście; nie tylko w tym, w całej kolonii. Od niej zależało teraz ich życie.

            Prosta rzecz – ta zasada większości. Już w pierwszych sekundach kontaktu system nawigacyjny miasta rozpoznał wnętrze transportera, ilość ludzi. Poznał jego szalkę wagi. Teraz miał ich chronić, naturalnie, ale i chronić wszystkich innych od skutków ich działania.

*

            Podmuch wiatru szarpnął transporterem. Ledwie uniknęli zderzenia ze ścianą magazynu.

            Mogli uderzyć w pojedynczy dom, zaledwie uszkodzić ścianę, rozbić jakiś pojazd zaparkowany na ulicy. Ale mogli też trafić w środek kompleksu mieszkalnego, na głowy dziesiątków ludzi. Gdy bilans stawał się niekorzystny – automatyczny nawigator rozpoczynał przeciwdziałanie. Mógł tylko sprowadzić ich na ziemię, zablokować mechanizmy – tyle, że prowadzący transporter mężczyzna wyłączył naprowadzanie, przerywając łączność. Ale mógł też po prostu ich zestrzelić, kierując się sygnałem identyfikacyjnym niczym świeżym tropem. Kierując się prawem większości.

            Sanoe nie potrzebował sobie tego wyjaśniać, krok po kroku. Wszystko pojawiło się w jego myśli nagle, z taką siłą, że ledwo powstrzymał się od wyrwania sterów z rąk mężczyzny. Na jego czole pojawiły się krople potu, skulił się w fotelu. Nie uszło to uwadze pilota.

            – Coś nie w porządku? – wydawało się, że traktuje go jak jakiś źle funkcjonujący segment, chcąc tylko dociec uchybienia w zwykłej pracy.

            To otrzeźwiło nieco Sanoe.

            – Możemy być... sprowadzeni na ziemię zanim tam dotrzemy – wykrztusił powoli.

            – Nie, chyba że przypadkiem. Maszyna nie nadaje teraz kodu. Wyglądamy pewnie jak zjawa pośród wichru i śniegu – pilot pozwolił sobie na uśmiech. – Już niedaleko.

            – Nie ma kodu?

            – Nie jest niezbędny, w każdym razie – uciął pilot.

            Przerwał rozmowę, skupiając się na zmianie szybkości, tym razem dość gwałtownej, połączonej z wyjściem w górę. Znaleźli się nad rozległym, masywnym kompleksem budynków, otoczonym pasem drzew i odgrodzonym solidnym murem – to był właśnie szpital, Sanoe nie miał co do tego wątpliwości.

            Prawie zatrzymali się nad lądowiskiem, obniżeniem na środku głównego budynku. Świetlne znaki wskazywały je zupełnie dobrze, ale nic to nie dawało – lądowisko zapchane było pojazdami szpitala, kilkoma moverami spoza, jakimś kopterem należącym do miejskiej administracji. Ustawione nieporządnie, bezładnie, nie dawały żadnej szansy na wciśnięcie się pomiędzy nie.

            Sanoe pochylił się nad swoją kontrolką.

            – Muszą zrobić nam miejsce! – powiedział.

            – A świetlna lanca sprawiedliwości? – roześmiał się pilot.

            Saone oderwał ręce od klawiszy. Tak, gdyby się tylko odezwali... Co można tu zrobić? Mężczyzna za sterami nie wydawał się nad tym zastanawiać. Skierował maszynę na skraj szpitalnego terenu, poza zasięg świateł. Poprowadził ją do lądowania pomiędzy budynkami a wysokim murem. Sanoe aż zamknął oczy, gdy szary zarys ściany zdawał się nieuchronnie dążyć do zderzenia z opuszczającym się ku ziemi transporterem.

            Usiedli pewnie na ziemi. Hałas silników przygasł, zamienił się w cichnący pomruk. Pilot zerwał się z fotela, otworzył przejście za plecami foteli, wszedł w nie. Sanoe podążył jego śladem, wkraczając do przedziału transportowego. Tam Dowlade już odpiął pasy, był przy chłopcu. Hale też, ale siedział jeszcze, wciskał się w rękawy swej kurtki, najwyraźniej służącej mu w drodze za poduszkę.

            Pilot podszedł do drzwi prowadzących na zewnątrz. Wziął z fotela obok nich przypięte blazera i grubą kurtkę, obie rzeczy w niezbyt określonym, szarozielonym kolorze.

            – Weźcie go na sanie – polecił i włożył blazera, później kurtkę.

            Dowlade i Sanoe przenieśli chłopca na sanie.

            – Był nieprzytomny, tak już może od połowy lotu – wyjaśnił Dowlade.

            Pilot przecisnął się pomiędzy nimi, wyjął ze skrzynki jakiś pakunek, przeszedł do przedziału pilotażu.

            Drzwi otworzyły się. Płatki śniegu wpadły do środka, wciśnięte przez wiatr; wymiotły ciszę i ciepło.

            – Naprzód! – krzyknął pilot. – Na zewnątrz!

            Hale wyskoczył pierwszy, przejął przód sań, bezpiecznie zsunął je w śnieg.       Zapadły się w nim płozy, a sanie nie chciały ruszyć; nie wiedzieli zresztą dokąd mają iść, dopóki pilot nie wskazał im kierunku. Zatrzasnął za nimi drzwiczki, już od zewnątrz, i dogonił ich, brnąc w śniegu. Dotarli do ściany budynku, zaraz na prawo było szerokie wgłębienie, pośrodku niego drzwi. Hale był przy nich pierwszy, mocował się chwilę z zamknięciem, ale otworzył je na tyle szybko, by mogli, nie przerywając biegu, wpaść do przedsionka. Drugie, wewnętrzne drzwi, ustąpiły same, gdy tylko pierwsze odcięły drogę podmuchom wiatru.

            Znaleźli się na szpitalnym korytarzu. Dostrzegł ich ktoś w białym kitlu, prawie zaczął krzyczeć, gdy zauważył nosze i chłopca. Przywołał automat – samobieżne, bezpiecznie wyglądające posłanie.

            Chłopiec przeszedł pod opiekę szpitala.

*

       Zniknął im z oczu, podobnie jak ten pierwszy napotkany lekarz. Inny zaprowadził ich do pokoju przyjęć. Pozostali tam sami przez jakiś czas. Dowlade i Hale rozmawiali cicho, siedzieli w jednym końcu pokoju, Sanoe usadowił się obok nich; najpierw przysłuchiwał się rozmowie, później nałożył słuchawki – muzyka miała mu pomóc nieco się odprężyć.

            Pilot znalazł sobie miejsce na drugim końcu. Odpoczywał: ułożył się wygodnie w fotelu, przymknął oczy. Nie zasypiał jednak, nie czuł się aż tak bezpieczny. Od chwili, gdy znów usiadł przed bocznymi, zapomnianymi drzwiami szpitala; gdy oddał dysk pochodzący z transportera z danymi z urządzeń monitorujących chłopca podczas lotu; gdy jeszcze wcześniej zdecydował się usiąść za sterami i wrócić do miasta – nie mógł czuć się spokojnie.

            Wrócił myślami do miejsca lądowania transportera. Śnieg bardzo je zmienił – wyglądało lepiej, jakby czyściej. Lepiej i czyściej niż wtedy. Ale poza tym niewiele się zmieniło.

            Po jego prawej stronie otworzyły się drzwi. Inne niż te, przez które ich wprowadzono, ledwie widoczne w ścianie: tylko układ sprzętów w pokoju zdawał się potwierdzać ich obecność. Wszedł przez nie mężczyzna w lekarskim kitlu z obręczą rejestrującą, przecinającą wysokie czoło.

            Zwrócili się w jego stronę. Sanoe ściągnął słuchawki na szyję.

            – Panowie Dowlade i Hale... i pan Sanoe – powiedział mężczyzna. Podnieśli się.

            – Nie jest pan stąd, prawda? – zwrócił się do Sanoe. – Mam na myśli nasz okręg.

            – Tak, pracuję od niedawna na stacji orbitalnej. Mam teraz miesięczną przerwę w cyklu. Znajomi z zespołu zaprosili mnie na parę dni – wyjaśnił mu Sanoe.

            – Zapewne uratowaliście mu życie. Obrażenia nie są bardzo groźne, ale wymagały natychmiastowego leczenia. Uratowaliście mu życie – powtórzył mężczyzna.

            – Byliśmy mu winni nasze – powiedział Sanoe. – Pilotował kopter. Byliśmy jego pasażerami. Sprowadził go na ziemię, dla nas bardziej szczęśliwie niż dla siebie.

            – Katastrofa koptera – powiedział mężczyzna, bardziej do rejestratora niż do nich. – Jak tylko pogoda się poprawi, wyślemy tam naszą maszynę.

            Skinął im głową i popatrzył na pilota, odwracając się lekko, by stanąć twarzą do niego.

            – Dziękuję za pomoc, panie... Vendort – ostatnie słowa wymówił ostrożnie, jakby chcąc je wiernie oddać. – Doceniamy ją, przy całej... niekonwencjonalności tego, co pan zrobił. Ale pozostaje jeszcze sprawa pańskiej osoby, panie... Vendort.

„Mówił to bardzo powoli, jakby miał dużo czasu. I był pewien swej wyższości nad pilotem” – zauważył w myślach Sanoe.

            – Ven Dort! Jennieh Ven Dort! – powiedział głośno pilot. W jego ustach brzmiało to jeszcze bardziej obco.

            Aż czuło się rosnące pomiędzy nimi napięcie.

            – Jennieh Ven Dort – zabrzmiał kobiecy głos nad nimi, z jednego z głośników wbudowanych w ścianę. – Jennieh Ven Dort proszony o przybycie do pokoju 2311 w bloku C. Przybycie natychmiastowe – dokończył.

            Za nimi samoistnie otworzyły się te drzwi, przez które wszedł mężczyzna z rejestratorem, jeszcze ich przynaglając.

            Mężczyzna ten otworzył usta i zamknął je, bezgłośnie. Odwrócił się, ruszył w stronę wyjścia. Już przy drzwiach rzucił do pilota... do Jennieh Ven Dorta:

            – Proszę za mną.

            Szli szybko, mężczyzna w lekarskim kitlu przodem; nie okazywał już chęci rozmowy, może zrezygnował z niej na czas realizacji wezwania. Zwolnił dopiero u celu, na innym piętrze, na końcu szerokiego korytarza. Rozsunęły się przed nimi ciężkie szklane drzwi przecinające korytarz. Przeszli jeszcze przez jedne zwykłe drzwi, by znaleźć się w kwadratowym pokoju, wypełnionym dwoma niskimi szafkami i potężnym biurkiem, za którym siedziała długonoga dziewczyna. Podniosła się na ich widok. Jennieh uzupełnił swe spostrzeżenia o krzesło w kolorze biurka i kosz na papiery, stojący obok jej nóg.

            – Tylko Ven Dort – oznajmiła, wskazując na zamknięte, wyłożone skórą drzwi. Jennieh poznał ją po głosie, to ona wezwała go przez głośnik. Trzeba przyznać, że miała miły głos.

            Skinął jej głową i otworzył wskazane drzwi. Zamknął je bardzo starannie. Podszedł do okna.

            – Ten sam pokój – powiedział cicho. – Ta sama osoba.

            – Dwie. Dwie osoby – poprawiła go. – Ten sam widok z okna.

            – Wtedy nie było śniegu. Nie było tak niebezpiecznie i zimno – przypomniał sobie.

            – Tak, było ciepło. Nawet gorąco. Pamiętam krople potu na twarzy żołnierza Ven Dorta. Krzyk. I broń we mnie wymierzoną.

            Rozejrzał się po pokoju. Część ściany obok okna zajmowały duże ekrany. Na jednym ciągle był obraz pokoju oczekiwania. To wyjaśniało ową nieco tanią teatralność momentu wezwania.

            Naprzeciw ekranów siedziała może czterdziestoletnia kobieta, o jasnych, krótko ściętych włosach. Nie miała identyfikatora – może został przypięty do nieskazitelnie białego kitla; jego też nie miała na sobie – ale pamiętał jej imię – Catheren. To dobrze, że i ona pamiętała, dużo pamiętała z tego dnia.

            Bo to był ważny dzień.

*

            Po trzecim ataku mieli już czternastu rannych. Kilku jeszcze z wczoraj – któż mógł wiedzieć, gdzie znajduje się ich punkt medyczny? Stracili kilku ludzi, dwa transportery: z jednego został wypalony wrak zamykający wylot ulicy. Ale ciągle posuwali się naprzód. Zatrzymano ich przed południem, po drugim natarciu; trzecie było zupełnie nieudane. Żadnego wsparcia.

            Czternastu rannych. Więcej niż połowa potrzebowała znacznie lepszej pomocy, niż mogli udzielić sanitariusze oddziału. Kapitan Ven Dort odpowiadał za tych ludzi, musiał znaleźć im lekarza.

            Dlatego właśnie siedział za sterami transportera wypełnionego rannymi, jedenastoma z tych czternastu. Oba stanowiska bojowe obsadzali lekko ranni; on sam miał kilka paskudnych draśnięć. Właściwie zestrzelenie ich maszyny byłoby idealnym rozwiązaniem dla jednostki, ocenił. Koniec kłopotów, kilka wpisów w rejestrach. Znacznie trudniejszym niż dotarcie do celu, zlokalizowanego zaledwie na trzy kwadranse wcześniej. Najwięcej wody jest w morzu, powiedział sobie, zaznaczając to miejsce na ekranie transportera. Tylko czy nie trafią tam na przeciwnika? Obiekt leżał na uboczu, z dala od komunikacyjnych arterii, o które dotychczas toczyła się walka. Był łatwy do obrony, wystarczyłby mały i lekko uzbrojony oddział przeciwnika, który przy pewnej ostrożności mógłby uniknąć wykrycia.

            O tym wszystkim Ven Dort myślał, zbliżając się do szpitala; o całym ryzyku, które musiał podjąć. Dlatego nie zdecydował się sprowadzić maszyny na duże, prawie puste lądowisko. Zatoczył łagodny łuk wzdłuż otaczającego go muru i znalazł to miejsce – ledwo wystarczające. Wylądował.

            Byli już przygotowani – pierwsza sekcja opuściła wóz zaraz po zetknięciu z ziemią. Dotarła do budynku, przesunęła się w kierunku drzwi. Nie był to jakiś łut szczęścia – zauważył je już z powietrza.

            Druga sekcja – to on ją tworzył, wraz z utykającym lekko desantowcem – zajęła się wyładunkiem; wynieśli nosze, miejsca przy nich przydzielili tym mogącym się jeszcze poruszać i ruszyli w głąb szpitala.

            Pierwszą osobą, jaką spotkali w na wpół opuszczonym budynku, była Catheren.

            – To tak wygląda, jakbym znów niósł pomoc. Ratował ludzkie życie. Działał bezinteresownie w słusznej sprawie – wyrzucał z siebie szybko, ciągle patrząc na Catheren.

            – Tak to wygląda – powiedziała.

            – Nie! On... chłopiec... ma kurtkę z odznakami naszego pułku. Kurtkę pilota grupy wsparcia! Nie wiem, może zaczęto już robić takie dla zabawy, a może to właśnie jego ojciec pozwalał mi bezpiecznie przejść tę wojnę, był moim towarzyszem broni: należał do Brygady. Tylko dlatego tu jestem.

            – Nie wierzę ci...Jennieh, mogę tak mówić? – zatrzymała się na chwilę.

            – Tak – zgodził się z lekkim uśmiechem. – W końcu znamy się tyle lat. A wtedy dobrze mnie poznałaś.

            – Nie. Wcale nie. Byłeś inny w tej pierwszej chwili, zanim nie rozlokowaliśmy twoich rannych. Inny, gdy zmieniałam ci opatrunek. Inny, gdy odszedłeś do swojej jednostki, by zdobywać tę Aleję...

            – Aleję Brunatnych Liści – uzupełnił odruchowo.

            – Aleję Stanfordena. Tak ją nazywamy –
wyjaśniła.

            „Aleja Stanfordena” – pomyślał. – Może i pamiętałem kiedyś tę nazwę, widziałem ją przecież tyle razy na planach. A może nadali ją później. Ale nikt nie przejmował się takimi rzeczami, gdy dochodzili do końca alei. Gdy na szerokiej ulicy płonęły ich transportery, wybuchy łamały gałęzie, pochylały ku ziemi pnie. Liście o ostrych końcach wirowały wokół, podnosiły się w powietrze przy każdym wybuchu, raniły ich twarze i ręce. Brunatne liście niskich drzew posadzonych rzędami wzdłuż całej alei.

            – Dziękuję, Jennieh. Dziękuję za tego chłopca – dopiero po chwili dotarły do niego słowa Catheren, wyrwały go ze wspomnień. – Będzie żył... Po paru tygodniach nie zostanie mu nawet ślad. Za godzinę, dwie będziesz mógł z nim porozmawiać.

            – Nie, nie chcę. Może naprawdę sprzedaje się takie kurtki na każdej ulicy. I może zdążę jeszcze na kolację. Mam wspaniały dom, a w nim wspaniałą dziewczynę. Nie chcę pozostawać tu ani chwili dłużej, niż to potrzebne.

            – Nic się nie zmieniłeś, Ven Dort – powiedziała sucho Catheren. Wcisnęła kilka poleceń na swojej konsoli. – Ale musisz jeszcze przejść Fertiena, człowieka, który cię tu przyprowadził. Złamałeś przepisy bezpieczeństwa miasta. On jest naszym łącznikiem z administracją.

            – I to jest właśnie podziękowanie! Myślałem, że życie chłopca jest coś dla was warte.

            Pojawił się Fertien, zatrzymał się przy drzwiach. Popatrzył na Catheren, później na Ven Dorta. Czekał.

            „Warte twej bezkarności” – dopowiedziała Catheren w myśli. Oczywiście, to, co zrobił jest tego warte. – „Dobrze to obliczyłeś, Ven Dort. Ciągle pozostałeś dobrym oficerem, godnym swej jednostki. Musieli mieć wielu takich, skoro zdobyli nasze miasto, zostawiając tak niewiele zniszczeń i rozlewając tak niewiele krwi. Obmyśliłeś plan i zrealizowałeś go, licząc się z ryzykiem. A może nie było w tym ryzyka – może wiedziałeś, że to ja podejmuję tu decyzje i nie zrobię niczego, co mogłoby ci zaszkodzić? Nie, nie mogłeś tego wiedzieć; zaszyłeś się na lata gdzieś poza miastem i tylko przypadek znów cię tu sprowadził... Dlaczego cię w ogóle spotkałam Jenniehu Ven Dorcie?”

            – Fertien, odprowadź Jennieha Ven Dorta do jego maszyny – powiedziała. – Szpital dziękuje za pomoc w transporcie rannego.

            Ven Dort wyprostował się, zrobił krok w stronę drzwi.

            – Jest obiektem naszego postępowania! – zaprotestował Fertien.

            – Nie ma żadnego postępowania. Bilans dla miasta jest dodatni, postępowanie nie jest potrzebne. Do widzenia, Jenniehu Ven Dort – popatrzyła na niego krótko, spuściła wzrok.

            – Do widzenia, Catheren – powiedział zupełnie ciepło.

*

            Zobaczyła jeszcze start jego transportera, początek lotu. Miał ciągle przeciw sobie pogodę, ale i ona nie mogła mu przeszkodzić.

            Znów przegraliśmy, pomyślała Catheren. Tak jak wtedy – przegraliśmy z człowiekiem i maszyną z innej planety, z innego czasu. I znów zyskaliśmy tylko mniej krwi. Kosztem prawa i wolności.

            Miała nadzieję, że historia jej to zapomni, że liczyć się będzie tylko to, że uratuje ludzi, którzy, być może, poprowadzą jej świat lepszą drogą.

            Z tomu Sytuacja krytyczna, Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2013

           

 

Pin It