Włodzimierz Kłaczyński

 

Pudełko. Powieść autobiograficzna

Ryszard Tomczyk
Ryszard Tomczyk

 

 

Rozdział I

Ludzie lubią wspominać. Aby wspomnienia oddawały rzeczywistość dawnych lat, z obrazami typowymi dla minionej epoki, trzeba natknąć się w swojej pamięci na szczegóły, które jak na starej fotografii odcisnęły się i trwają. Nie tylko trwają, ale potrafią jak na zawołanie pojawić się w potrzebie po wielu latach bez dodatkowych akcesoriów, jakie narosły w wyobraźni.

Należę do ludzi posiadających tak zwaną pamięć fotograficzną — i to pozwala mi wydarzenia sprzed lat opisywać dokładnie i ubarwiać je w szczegóły fabularne, może nic nie znaczące dla istoty rzeczy, na przykład dla tkwiącej w korze mózgowej chronologii fotografii, tym niemniej ciekawe.

Gdyby mnie ktoś spytał, jakie wydarzenie, wspomnienie jest najwcześniejsze na niby-taśmie filmowej, która przewija się w moim już przecież dość sfatygowanym mózgu, to powiedziałbym, że jest to widok blaszanego wieczka od pudełka pasty do butów, nabitego mokrym śniegiem, toczącego się z zaśnieżonego dachu i pozostawiającego za sobą ślad, smugę. Jest zima 1936, a może 1937 roku. To jest moja smuga cienia, a przed nią jest pustka, brak jakiegokolwiek wspomnienia. Brak po prostu... No, dobrze… Ale przecież ktoś rzucił to pudełko, ktoś uruchomił wspomnienie domu z poddaszem. Pamięć pokrytego śniegiem dachu rodzi następne wspomnienie. Jest to pokryty ciemną papą dach tegoż domu, w którym mieszkaliśmy w Mielcu wraz z wdową po leśniczym (panią leśniczyną Frejową) oraz z prawie dorosłymi jej synami.

W ledwo kiełkującym społeczeństwie, pozostałym po Galicji bardzo przestrzegano tytulatury, a szczególnie dotyczyło to kobiet zamężnych, które po mężach na całe życie uzyskiwały tytuł. Pani Frejowa była żoną leśniczego, a więc leśniczyną, pani Korpantowa, której mąż pracowicie wydeptywał uliczki i ścieżki miasteczka, nosząc listy i co rzadsze pieniężne, była panią listonoszową, żony dwóch inżynierów, którymi miasteczko mogło się poszczycić, Chutkowskiego i Krupy, były paniami inżynierowymi, żona ogrodnika była panią ogrodnikową itd., itp.

Tak było do czasu ministra Kwiatkowskiego i COP-u, kiedy nagle w Mielcu pojawili się technicy, po szkołach technicznych, a więc bez tytułu inżyniera. Istny galimatias się zrobił, bo jakże tytułować panią, której mąż ukończył szkołę Wawelberga, a inny bielską werkmistrzówkę albo sztygarówkę.

Rozgadałem się o tych galicyjskich tytułach i obyczajach, a przecież jeszcze nie skończyłem o rodzinie Frejów, a raczej o pani leśniczynie Frejowej i jej progeniturze. Najmłodszym jej synem był Jędruś Frej, chłopiec pewno czternastoletni. Starszym od niego gimnazjalista Mietek. Tych dwóch dobrze sobie przypominam. Był jeszcze najstarszy, którego sobie nie przypominam, bo przebywał poza domem, a rozgrzebując pokłady pamięci mam tylko świadomość, że był takowy. To Jędruś rzucił to pudełko, które uruchomiło moją pamięć. Znaczyła się jeszcze obok nas w tym zimowym plenerze kobieta czy dziewczyna, ale tu pamięć znowu mnie zawodzi. Może to była ciotka Staszka, która u nas siedziała, to znaczy u swojej siostry, a mojej matki. A może służąca, chyba Władka S., która mieszkała wraz z rodziną w Gminnym Domu, którego już nie ma, a tkwił on w trójkącie u zbiegu ulic Tarnobrzeskiej i chyba Sienkiewicza. Ulica Tarnobrzeska, prowadząca na Borek i Chorzelów, zabudowana starymi mieszczańskimi domami krytymi papą, przy której był cmentarz, otoczony płotem zbudowanym w krzyżyki pewno jeszcze za Austrii.

Okna tych domostw były prawie na poziomie ulicy i kiedy chodziliśmy tam z ciotką czy S. na spacery, to one wyśmiewały się z tych okien, że świnia może przez nie zaglądać i mówić „dzień dobry”. S. długo u nas nie pracowała, bo przyjechała babcia Nurkowa, matka mojej mamy i usłyszałem wieczorem, że powiedziała stanowczo: „Maryna!” (Dzisiaj to bym wyjaśnił, że moja mama w rodzinie miała „ksywę” Maryna i rzeczywiście inaczej się do niej nie zwracano. Przylgnęła do niej ta „ksywa” dawno temu.) Moja mama była ledwie co opierzoną małżonką i gospodynią domu i cały czas „pobierała nauki” u pani Frejowej, bo inaczej zaczęłaby skubać zająca zamiast go skórować. Szybko jednak chłonęła nauki i wyszkoliła się na dobrą kucharkę, bo jej mistrzyni była chyba po jakiejś szkole gospodarczej czy też dla pań domu. Siedząc na małym stołeczku u niej na piętrze w kuchni, wysłuchiwałem jej pouczeń i porad, a potem wieczorem zmagałem się z obcą mi nomenklaturą, zadając mamie krępujące pytania w rodzaju: „Mamo, co to jest kapłonienie?” albo „Co to jest kastracja loszki?” Pani Frejowa, jak się okazało, umiała i to, i to. Mama odpowiadała mi zdawkowo: „Nie nudź!” Tak, że dopiero na studiach fachowo zgłębiłem te rzeczy.

Ale wróćmy do Władki S. i jej pracy u nas. Wieczorem, kiedy babcia Nurkowa przesądzała o jej losach i obowiązkach, odkryto, że Władka ma piersi pełne krost. Dzisiaj babcia i mama uznałyby, że to alergia, a dotkniętą nią osobę czekałaby wizyta u alergologa czy dermatologa. W owym czasie na ogół diagnozowano to szybko jako kiłę czy syfilis, zaś o takich chorobach mówiło się szeptem. Mama tylko raz podniosła głos:

— A coś mi się wydawało podejrzane, bo to tu, to tam widywałam ją z Żydkami i to wieczorami!

I tak dzięki diagnozie babci, trafnej czy nie, Władka S. zniknęła z mojego dotychczasowego horyzontu zdarzeń.

Bogiem a prawdą, babcia była po trosze znachorką i współpracowała z jakąś lekarką z Bielska. Do dzisiaj nie wiem, na czym ta współpraca polegała, faktem jest, że uratowała mnie od śmierci, kiedy zachorowałem na „katar kiszek” i już przewracałem oczami — co według ówczesnego przekonania oznaczało, że wybieram się na tamten świat. Zaniemogłem niechybnie po lekarstwach wyprodukowanych przez aptekę „Pod słońcem” na receptę doktora Franka, Austriaka, który pozostał w Polsce i potem za Niemców był burmistrzem. Uchodził za poczciwca w przeciwieństwie do swojego syna, który miał opinię żydożercy. Babcia wyrzuciła przez okno buteleczkę z lekarstwem — o czym opowiadała mama, bo tak wczesnego okresu nie sięga moja pamięć. Potem wyjęła z torby jakieś ziele i odwarem z tego ziela mnie napoiła. Po paru dniach byłem zdrowy. Kiedy stawałem na różnych lekarskich komisjach wojskowych, na pytanie o choroby, jakie przechodziłem, odpowiadałem lakonicznie, acz z powagą: „katar kiszek”. To pozwoliło mi po latach osiągnąć rangę podporucznika rezerwy.

Nasza znajomość z Frejową i jej synami skończyła się nagle wskutek pieniackiej pasji mojego taty, która prowadziła do ciągłych przeprowadzek, bo każde podniesienie czynszu o 50 groszy za lokal, który zajmowaliśmy, powodowało przeprowadzkę. I tak zniknęliśmy z mieszkania u Drwięgowej (Ten dom jeszcze stoi „przy błoniach” naprzeciw szczytowej, południowej ściany byłego domu partii PZPR, a dzisiejszej siedziby starostwa). Przenieśliśmy się wtedy do domu Romankowa na ulicę Konfederacką. Pamiętam to dokładnie, bo staruszek gospodarz gościnnie karmił mnie kukurydzą opalaną w piecu. I do dzisiaj lubię ten rodzaj potrawy, którą przekładałem nad inne, pomimo zastrzeżeń i podsuwania mi pod nos szynki, parówek i salcesonu od Kameckiego (dzisiaj ekskluzywny skład meblowy). Dlaczego akurat od Kameckiego z drugiej strony miasta, daleko od nas? Tato był uparty, stąd pewno te ciągłe przeprowadzki starych ciężkich dębowych mebli, chociaż wieść gminna głosiła słusznie, że dwie przeprowadzki dają straty jak w czasie pożaru. Ten idiotyczny upór tkwił w nim chyba po przodkach, jakichś szlachciurach spod Odessy (Mogę się założyć, że gdyby dokładnie przeglądnąć książkę telefoniczną tego miasta, to znalazłoby się tam moje nazwisko.). Moje nazwisko według legendy rodzinnej wskazywałoby Odessę jako punkt, skąd przodkowie przenieśli się do Kątów koło Oleska na Ukrainie. Stąd z kolei po odchowaniu jednego pokolenia podczas pierwszej wojny światowej zostali przesiedleni do Żywca. Po wojnie nie było do czego wracać, zakupiona kiedyś resztówka dworska z czterdziestoma hektarami została zniszczona, stosunki z Ukraińcami „susidkami” się pogorszyły, chociaż nie do tego stopnia, jak w 1944 roku na Wołyniu, dochodziło jednak do bójek i różnych „wkińmy im”. Przytomnie dziadkowie Kłaczyńscy sprzedali to wszystko za marne pieniądze i powrócili do Żywca. W rodzinie było dużo dzieci, dziadek Jan, ojciec mojego ojca objął gospodarstwo rolne sióstr zakonnych i tam pozostał do śmierci. Okoliczności nie znam i nie wiem nawet, gdzie leży na żywieckim cmentarzu.

Gdzieś tak w tym czasie rodzina się podzieliła, jedna jej część z mamą ojca Janiną, wdową, z domu Kośnierzewską, pozostała w Żywcu, gdzie matka ojca i jej siostra Haniszowa (mówiono na nią ciotka Haniszowa) dawały lekcje. Pamiętam ciotkę Haniszową ciągle ubraną na czarno, ciągle w żałobie po zmarłym mężu.

Mąż ciotki Hanisz, według mojego ojca „dusza człowiek”, był rządcą w kluczu hrabiego Skarbka. Pod koniec swojej pracy, jeszcze przed pierwszą wojną światową, hrabia Skarbek zapożyczył się u niego na olbrzymią sumę; w owych czasach nie używano w takich transakcjach papierowych pieniędzy, a srebrne i złote korony i ruble, które Hanisz tezauryzował w kuferku. Kiedy hrabia zwrócił się do niego o pożyczkę, przyniósł po prostu kuferek i przeliczył mu całą jego zawartość, a była spora. Nie było mowy o spisywaniu jakiejś umowy czy też rewersu. Hrabia był utracjuszem i człowiekiem bardzo zabawowym, ale był hrabią. Te pieniądze puścił w ruch i tak zastała go pierwsza wojna światowa. Hrabia poszedł wojować do huzarów i w odmętach pierwszej wojny zniknął, a Hanisz spokojny o swoje pieniądze po wojnie zgłosił się do hrabiny Skarbkowej po zwrot pożyczki, którą zaciągnął u niego jej mąż. Jakież było jego zdziwienie i przerażenie, kiedy hrabina odmówiła jakiejkolwiek rekompensaty za interesy męża, co więcej: natychmiast wyrzuciła Hanisza za drzwi jako wydrwigrosza. I tak ciotka Haniszowa już jako wdowa wróciła do siostry do Żywca.

Mówiłem już, że gdzieś w tym czasie rodzina się podzieliła. Matka ojca, a moja babka Janina z szóstką dzieci, dziewczynek — dwie z nich były już zamężne — pozostała w Żywcu i mieszkała na ulicy Komorowskich, gdzie ja przyszedłem na świat. Mój ojciec skończył szkołę realną, poszedł do wojska, a kiedy wrócił jako podoficer otrzymał posadę kancelisty w Sądzie Grodzkim w Mielcu, gdzie wiernie dotrwał do emerytury.

Był to 1931 rok. Ojciec miał wtedy 27 lat. Z tego okresu życia ojca pochodziła leżąca u nas w domu pamiątka z rajdu „Szlakiem Kadrówki”, która niestety została zniszczona przez bawiące się dzieci w czasie okupacji niemieckiej. Ojciec pozostał już w Mielcu do końca życia i chyba nie wyobrażał sobie innego miejsca na ziemi.

U Romankowa mieszkaliśmy w pokoju i kuchni, dwóch pomieszczeniach prawie równych rozmiarami. Okno tej kuchni wychodziło na podwórze, a dużego pokoju — na ulicę Konfederacką. Ten dom nadal istnieje. Nawet bywałem w nim jako młody człowiek. Mieszkaliśmy tam aż do konfliktu o byle co, a potem przenieśliśmy się do pięknego mieszkania na Mikołaja Reja (dom stoi do dzisiaj), będącego wtedy własnością pani Kundysowej.

Na Konfederackiej podczas spaceru pierwszy raz w życiu widziałem żywą hrabinę Oborską. Zapuściliśmy się w ulicę Legionów. W alei prowadzącej od pałacyku do drogi ugrupowała się jak do zdjęcia hrabina w długiej aż do ziemi ciemnej sukni, hrabia, jakaś kobieta, jakiś młody człowiek..., pies i pawie, paw z rozłożonym ogonem i kilka pawic.

Pomijając te atrakcje, powinienem wspomnieć o mojej pasji wędkarstwa. Zapomniałem dotąd powiedzieć, że mój tata był zawołanym wędkarzem (wtedy mówiło się rybakiem), zaś samo wędkarstwo traktowało się jako sposób na uzupełnienie domowej kuchni. Wlokłem się za ojcem z jakimś tam kijem i kiedy zarzucał wędkę, zarzucałem i ja swój sprzęt. A miejsc do łowienia ryb było wtedy bardzo dużo. Tutaj, gdzie dzisiaj stoją budynki stacji benzynowej Orlenu i serwisu Opla były dwa olbrzymie stawy, zwane stawami Majki. Po prawej stronie drogi był staw o powierzchni hektara, bardzo głęboki w którym podobno utopiły się konie z wozem. Po drugiej stronie drogi były dwa mniejsze stawy równie głębokie, a poniżej, pod mostem (drewnianym) jeszcze jeden głęboki staw. Niżej od tych stawów dalej w dół rzeki był długi na ponad sto metrów i szeroki na trzydzieści metrów tak zwany staw Kazany, leżący na polu burmistrza Kazany, w którym dzięki burmistrzowskiej wspaniałomyślności łowił kto chciał i kto nie chciał. Zresztą wokół rzeki pełno było różnych stawów i stawków leżących na chłopskich i dworskich polach. Te, które leżały w obrębie kępy, czyli wierzbowych (wiklinowych) krzaków, nazywano skrzyniami. Pełno było ryb w tych stawach, skrzyniach i dołach. Buszowali w nich mieszkańcy nadrzecza i dzielnicy miasta zwanej Zawale.

W tym czasie, o którym opowiadam, Mielec nie miał już nawet pozostałości wałów, ale wieść gminna o nich donosiła. Mój wujek, który pochodził ze starej mieszczańskiej rodziny Rymanowskich — piernikarzy zbierał od starych ludzi różne ciekawostki dotyczące miasta i opowiadał interesująco. Najczęściej odbywało się to wtedy, kiedy przychodził do mojej ciotki Staszki w okresie narzeczeńskim i jego opowiadania zapamiętałem. Były wspaniałą rozrywką, przecież nie było radia, a o telewizji nikt nie marzył w Polsce, no może, ale na pewno nie w naszej mieścinie. Stąd zaopatrzony byłem w różne wiadomości historyczne, między innymi właśnie o tych wałach, od których pochodzi nazwa dzielnicy, już teraz Zawale. Wujek, który ukończył warszawską WSH, właśnie miał iść do pracy w Bolesławiu nad Wisłą. Był tam sekretarzem gminy, czyli rządził całą gminą, bo wójt był prawie że piśmienny.

Otóż z wielką satysfakcją mówił, że w 1846 roku mieszczanie mieleccy zamknęli bramy w wałach i obsadzili same wały, kiedy pod miasto nadeszły hordy okolicznych chłopów zbroczonych krwią panów Polaków z okolicznych dworów, tych, którzy nie schronili się za mieleckimi wałami i bramami. Rozpoczęta awantura skończyła się jak nożem uciął po strzale z hakownicy, który to strzał uśmiercił jakiegoś prowodyra i gromada się wycofała, tym bardziej, że zajęli się dworem w Wojsławiu i jego właścicielem Wielowiejskim, którego uśmiercili. Nie było lekko.

Po rzezi galicyjskiej do naszych (moich) czasów w okolicy zostały trzy dwory. Jeden za Wisłoką, który spłonął w 1944 roku, kiedy Niemcy bronili się za rzeką, a Rosjanie naciskali w kierunku Wisły. Zostały po nim tylko stawy z karasiami, a także dwa czy trzy czworaki, w których mieszkali fornale.

Na miejscu tych stawów stoją dzisiaj domy i wille. Dwa z tych dworów: Oborskich i Gardulskiego ocalały. Oborskich, w którym jest dzisiaj Muzeum Regionalne w Mielcu i Gardulskiego, którego losy warte są opisania, bo jest to przykład tego, jak nowe władze potrafiły się bezczelnie skorumpować, nie zwracając uwagi na sprawiedliwość ludzką i boską.

W czasach gierkowskich, w których wytwórnia samolotów przynosiła piękne dochody… władze „podarowały” fabryce pałac Rejów w Przecławiu, prawie spalony po dwukrotnym pożarze wywołanym przez Centralę Nasienną, która tam się mieściła i dworek Gardulskiego w Wojsławiu, pamiętający rabację i zabójstwo właściciela. Fabryka samolotów jak zawsze solidna, prowadzona od lat przez dyrektora Ryczaja, człowieka z powiatu mieleckiego i wrażliwego na bogactwa historyczne, wywiązała się i w ciągu dwóch lat trudny remont został zakończony.

Pod koniec PRL-u WSK zabrała się do remontu dworku Gardulskiego, który był w dobrym stanie, bo mieszkał w nim właściciel, a po jego śmierci dopilnowywała go pozostająca w tym dworku gospodyni. W tym stanie dotrwał do lat pięćdziesiątych, a po śmierci gospodyni dopilnowywali obiektu jej krewni. Pod koniec lat siedemdziesiątych rozpoczął się remont dworku, który już był nadszarpnięty zębem czasu. Niemniej tak dworek jak okoliczny kilkuhektarowy nadrzeczny park stanowiły zamknięty obiekt należący do Skarbu Państwa. Przekazany Zakładowi WSK Mielec dworek zaczęto remontować — jak pisałem — w latach siedemdziesiątych. Remont odbywał się według zaleceń konserwatora zabytków. Nad remontującymi stał przedstawiciel konserwatora i każda belka wyjęta ze ściany była nasycana środkami grzybobójczymi, ubytki zabezpieczano płynnym plastykiem i dopiero tak przygotowaną umieszczano w ścianie. Zbiegło się to z transformacją polityczną, powstał chaos, którego resztki Morawiecki likwiduje do dzisiaj i ludzie czekają na wybory jak na wybawienie i słuchają różnych Petru, Schetyn i Anglika Roztockiego, który mieni się Polakiem, bo dobrze mówi po Polsku o receptach na praworządność i że nie ma „piniędzy na pińcet plus”, ten Polak.

Ale zostawmy infamisów i wróćmy do losów dworku Gardulskiego. Kiedy zniszczono WSK, na życzenie nowego dyrektora i podobno Pana Boga; zabrakło pieniędzy na wszystko i nawet Pan Bóg się opamiętał i chwycił za głowę, co to się stało z kwitnącym zakładem; zaczęto ratować, co się dało i stworzono Specjalną Strefę Ekonomiczną. I tak na miejsce kwitnącego zakładu, w którym pracowało dwadzieścia trzy tysiące ludzi powstał zlepek firm, którym ulżono w podatkach. Mogły one pieniądze wywozić do swoich krajów za to, że dały niektórym Polakom pracę w Polsce na miejscu za poniżającą płacę.

A dworek? Dworek ktoś kupił. Ten ktoś najpierw zwoził materiały i dworek ówczesnym władzom długo „wisiał”, bo miały ważniejsze sprawy na głowie, a Polska w tym czasie prawie wyemigrowała, bo zaczęła z głodu zdychać. Natomiast nowy właściciel dworku Gardulskiego w tym czasie dawał sobie radę jak ryba w wodzie i po zwiezieniu materiałów ogrodził teren parku dworskiego szczelnym murowanym płotem z żelazną bramą na środku muru, którego to ogrodzenia ten zabytkowy obiekt nigdy nie miał. Aby ktoś nie narzekał, że jest tu coś nie w porządku ze strony konserwatora zabytków na bramie (szczelnej) postawiono strażnika, uzbrojonego, a jakże. W ramach konserwacji zabytków dworek rozwalono, bo widocznie nie podobał się nowemu właścicielowi. Jak to tak? Rozwalono? Pytam w Urzędzie Miasta. Tam w ogóle nic nie wiedzą, nawet nikt tam nie był na wycieczce. Ale wie pan, jeżeli to zabytek, to Przemyśl będzie wiedział. Dzwonię do Przemyśla do Inspektoratu Zabytków, który wyręcza w tej sprawie województwo, bo po reformie administracji w miejscach dawnych województw zostały równie liczne, a może liczniejsze Inspektoraty Od Różnych Spraw. W Tarnobrzegu weterynaria, w Przemyślu zabytki, gdzieś tam ochrona środowiska itd., itp.

Kiedy próbowałem porozmawiać o trującym cały Mielec zakładzie Kronospan, w Ochronie Środowiska w Rzeszowie natrafiłem na cztery bariery: Wojewódzki Wydział Ochrony Środowiska, Inspektorat Ochrony Środowiska w Rzeszowie, Inspektorat Ochrony Środowiska w Tarnobrzegu i Wydział Ochrony Środowiska w Mielcu, w którym pouczono mnie, żeby nie zajmować się sprawami, na których się nie znam i zaraz zrozumiałem, że Kronospan jest firmą nie do ruszenia, której w zakresie ochrony środowiska wszystko wolno. Nich se dzieci kaszlą.

  Przemyśl oczywiście skierował mnie do Tarnobrzega. Dzwonię do Tarnobrzega. Jadę do Tarnobrzega, bo to przecież blisko. W Tarnobrzegu jakiś pan informuje mnie, żebym był ostrożnym, bo tym dworkiem interesuje się Warszawa. Pytam o właściciela. O to proszę zapytać w Mielcu.

I tak jest do dzisiaj. Właściciele, czyli: Starostwo w Mielcu, Urząd Miasta w Mielcu, Urząd Gminy w Mielcu, nie wiedzą, do kogo należy znajdujący się w ich obrębie dworek. Konfidencjonalnie ktoś tam szepce, że minister Grad, ale to nic pewnego. Naprzeciw szczelnie zamkniętej bramy wybudowano wysoki blok, do niego przytulono przeniesiony stary dworek Gardulskiego i tak dano ukłon w stronę historii i ochrony zabytków. Narobiono szkód w drzewostanie (stuletnie dęby i lipy).

Wróćmy do mojego dzieciństwa i pasji wędkarskiej, której i ja zacząłem ulegać. Ojciec z błyszczem (dzisiaj to się nazywa błyskiem) w stawie Majki łowił szczupaki, które prawie codziennie przynosił do domu. Moje zdobycze były mniejsze, bo cóż można złowić na kijek ozdobiony jedwabną nitką DMC z zagiętą szpilką. Niemniej dotrzymywałem mu pola. To mi wystarczyło. Matka i służąca Władka smażyły te ryby, stosując recepturę pani Frejowej. Narzekały, bo ojciec w pasji wędkarskiej brnął przez bezdroża nad stawami i rzeką nie przebierając. Czyszczeniem ubrania zajmowały się kobiety.

 

Rozdział II

W 1937 roku nieoczekiwanie ciotka Staszka siostra mamy otrzymała pracę w szkole w województwie kieleckim we wsi Wilczkowice koło Radoszyc. Ciotka zabrała mnie ze sobą, bo nie wyobrażałem sobie bez niej życia. Tak się jakoś złożyło, że zawsze widziałem ciotkę Staszkę obok siebie, miłą dziewczynę tuż po seminaryjnej maturze. Była młodą nauczycielką bez pracy.

Ta praca odsuwała się od niej, bo już, już miała mieć angaż, ale zawsze zdążyła ją wyprzedzić córka jakiegoś legionisty i musiała dalej czekać w kolejce.

Ale wróćmy do naszej egzystencji u Romankowa na ulicy Konfederackiej, gdzie czasami podczas spacerów widywałem hrabiostwo Oborskich, a czasami samego hrabiego Oborskiego cwałującego konno. Hrabiostwo miało też samochód strzelający podczas jazdy jak z karabinu. Hrabia był głuchoniemy. Szkolony był w Belgii zapewne w języku francuskim, ale fantazję miał hrabiowską i dlatego okoliczna dzieciarnia nazywała go Beblokiem. Polował w swoich lasach i po 1936 roku, kiedy zakupiono od niego tereny pod fabrykę samolotów PZL i lotnisko, kupił jakiś niemiecki samochód na miejsce tego strzelającego jak z karabinu. Nie na długo jednak, bo był hazardzistą. Poszedł o zakład, że przejedzie nim przez Wisłokę i ugrzązł, uszkodził w szaleńczym zapale silnik i wołami go wyciągali. To wszystko znam z opowiadań, bo ludzie ogromnie interesowali się hrabiowską działalnością i jego dziwactwami, które przeszły do legendy. O nim dalej, bo zrządzeniem losu zetknąłem się z hrabiowską rodziną w latach 1948-1949. Jeszcze o tym opowiem.

Jak grom spadła na nasz dom decyzja mojego taty. Nadszedł czas przeprowadzki. Łączyła się zapewne z próbą poprawienia naszego losu. Ojciec wpadł na pomysł, by założyć sklep z włóczką wełnianą, taką, z jakiej robi się swetry i skarpety zimowe. Wówczas była to decyzja samobójcza, bo w naszym miasteczku handel był w rękach żydowskich. A jakże miało inaczej być, kiedy w Mielcu, czy w pobliskim Radomyślu (tam też był Sąd Grodzki) ludność pochodzenia żydowskiego przeważała nad ludnością polską. No więc wynajmuje się lokal, sprowadza z Bielska włóczkę, znak fabryczny „trójkąt w kole”. Dlaczego pamiętam tan znak? Dlatego, że jak szedłem z mamą do sklepu masarskiego małe Żydzięta biegły za nami wołając: „Znak fabryczny trójkąt w kole!” A przed sklepem z dwóch stron stała smolistooka pikieta w czarnych myckach, która łapała za guzik podchodzące do naszego sklepu osoby i wyjaśniała, że „u Kłaczyńskich wełna jest zleżała, że sweter zrobiony z tej wełny się rozlatuje” itd. Cała zabawa trwała chyba ze trzy miesiące. Bankructwo! Mamie pozostały poniewierające się w szufladzie w stoliku w czasie wojny druki weksli, które zniknęły w czasie trzytygodniowego ostrzału Mielca w 1944 roku przez artylerię niemiecką zainstalowaną w Podleszanach, Książnicach i Goleszowie. Nasze mieszkanie, pozbawione dachu przez chyba niecelny szrapnel, służyło za kwatery artylerzystom, a my siedzieliśmy w kamienicy naprzeciw w piwnicach. Potem, kiedy Mielec był ostrzeliwany przez pół roku (do sowieckiej ofensywy 13-14 stycznia), u nas przy końcu ulicy Kościuszki nie było ostrzału, bo pociski (jak taki uderzał w ulicę, to wyrywał dziurę od chodnika do chodnika) miały tor w kierunku na lotnisko.

Ostatnie podpaliły szkołę powszechną „Pod zegarem” i zrujnowały aptekę Pawlikowskiego. Potem przyszła tak zwana wolność, co uzewnętrzniło się zajęciem budynku gestapo przez Urząd Bezpieczeństwa, do którego należał brat mojego kolegi S. i znajomy chłopak, prawie karzełek T. Ale przedtem rozbroili przy pomocy NKWD jakąś policję, którą założyli akowcy. W akowskiej policji był znajomy mi chłopak, syn nauczyciela, którego dom zbombardował niemiecki samolot tuż po wejściu Ruskich. Tego Zbyszka Maziarzewskiego to znałem i pamiętałem, bo w 1943 roku (Niemcy pozwalali na takie zbytki) przyjechał do Mielca cyrk, wprawdzie bez zwierząt i pogromcy, ale za to z rozkładanym ringiem do uprawiania boksu. Zbyszek Maziarzewski pojawił się w tych walkach i do dzisiaj pamiętam zawołania z ringu: „Bokser cyrkowy Rudi zwyciężył przez techniczny k.o.!” Zbyszek Maziarzewski dawał sobie radę z tymi bokserami i nawet zwyciężył jakiegoś Murzyna, czy nie Murzyna (bo coś mi się wydawał ten zawodnik tylko robiący za Murzyna). Ale nazywano go Murzynem, a do tego dodawano Jumbo i należał do drużyny cyrkowej. Po tej małej ale koniecznej dygresji wracam znowu do Kundysowej.

Ale zaraz podeszła nasza sąsiadka przez ulicę. Stała tam Rózia Ś., która mi się bardzo podobała. Rózia miała dwa długie warkocze puszczone na plecy. Mówiono, że myje te warkocze w rumianku i płucze w kwiecie lipowym. Na jej widok Władzia wydęła wargi, ale Rózia nic sobie z tego nie robiła. Ta Rózia tak mi się podobała i lubiłem, kiedy do nas przychodziła, a robiła to najczęściej wtedy, kiedy do ojca przychodził kolega, który pracował w Starostwie i dobrze zarabiał.

Rózia przychodziła do nas i wcześniej, bo przyjaźniła się z ciotką Staszką. Pamiętam, jeszcze mieszkaliśmy u Drwięgowej, że nie podobały się jej moje oczy i cały czas drwiła ze mnie: „Kto to widział, mieć takie czarne oczy jak Cygan czy Murzyn? Wymyj je, bo nie wypada, żeby chłopczyk chodził z takimi oczami”. I ja głupi poszedłem do balii, w której prała akurat praczka Żmudzina i wymyłem sobie oczy. Skutek był katastrofalny i obydwie, Świątkówna i Graczyńska, która też przychodziła do ciotki, porwały mnie i płukały mi te oczy wodą i dotykały wilgotną chusteczką.

Te objęcia, szczególnie Świątkównej, pamiętałem długo pomimo pieczenia spojówek. Pamiętałem ją cieplutką i pachnącą, widocznie już wtedy byłem wrażliwy na wdzięki kobiece. W rzeczywistości spałem tylko z kobietami, to znaczy z mamą i ciotką Staszką. Spanie z ojcem nie wchodziło w grę i kiedy raz byłem do tego zmuszany, bo ktoś przyjechał (nie pamiętam tych nocnych potrzeb i konfiguracji, w każdym razie było to na innym mieszkaniu, chyba u Gesinga) i położono mnie z ojcem, to brzydziłem się fizycznie jego ciała i odgradzałem się od niego kołdrą, aż tato się zezłościł i dał mi w tyłek.

Ciągnie mnie Władka za rękę, lecimy z miasta, aż się pocę, złoszczę się.

— Dlaczego tak się śpieszymy? — wołam.

A Władka mi odpowiada, że ma ważną sprawę. Wyrwałem jej w końcu rękę i pobiegłem na drugą stronę ulicy, ale to było już koło tego szewca Ryniewicza. Władka weszła w drzwi, a ja za nią, bo mnie ciekawiło, co też przyniosła. Wszedłem cicho, żeby mama nie wołała „stary maleńki”, bo zawsze tak było, jak podsłuchiwałem.

Władka na mnie nie zwraca uwagi, tylko trzepie:

— Żeby pani wiedziała, co Rózia Ś. na mieście narobiła. U Łojczyka!

Mama zaraz pyta:

— Co? Gdzie? Rózia? A cóż ona może narobić?

— Akurat kupowałam szwajcarski ser, tak jak pani kazała. Albo u Łojczyka, albo u Brąglewicza. Do Brąglewicza daleko mi się wydawało, bo nic od Kameckiego nie miałam brać.

Mama się zezłościła:

— Co ty za głupstwa wygadujesz?! O Rózi miałaś mówić!

— No właśnie mówię. Wchodzę po ten ser, a tu widzę Rózię przy telefonie. Pięćdziesiąt groszy kładzie na ladzie i za telefon chwyta. Co mnie obchodzi, ale przecież żebym nawet nie chciała, to mi w uszy wlatuje… A ona mówi do słuchawki: „Proszę ze starostwem!” I za chwilę znowu do słuchawki: „Tu Dramzowa”. Zgłupiałam, a tam z drugiej strony pewnie sekretarka albo kto, a Rózia: „Z panem Kulczyńskim proszę!” I zaraz mi się przypomniało, że ten pan Kulczyński często teraz u nas przesiaduje i ta Rózia też, a raz to patrzę, a oni za ręce się trzymają, ale zaraz się puścili.

— O! — mówi mama — Byle co to chlapiesz od razu, a taką ważną rzecz to trzymasz przy sobie.

— Miałam powiedzieć, ale mi zeszło… Ale niech pani prezeska słucha. Zaraz bym mężowi powiedziała, bo by go przy tych karpiach ostrzegł. Przecież on mógłby ojcem jej być, a nie za rękę ją trzymać. No, właśnie, a on złapał słuchawkę z drugiej strony, mówi: „Słucham”. A ta, żebym co złego nie powiedziała, gada: „Tu Dramzowa! Mam ważną sprawę, czekam u Łojczyka!” On pewno coś powiedział i ona znowu, że czeka, i odłożyła słuchawkę. No to myślę sobie, kupię ten ser, a że starostwo niedaleko, to jak to coś jest ważne, to on zaraz przyleci, o nim to różne rzeczy gadają, bo stary kawaler i pono kapitan, a ma duże mieszkanie i służącą, i rower ma, i kajak w hangarze nad Wisłoką…

— To wiem — mówi mama. — Ale co dalej?

— Anim się obejrzała, a o tę Dramzową, to go od dawna posądzają, bo to starego ma męża, jeździ po nim jak po łysej kobyle. Dałam pięć groszy Włodziowi, godom: „Idź do budki do Flura i kup parę karmelków!” Poszedł, a tu już jest ten pan Kulczyński i złazi z roweru, a Rózia do niego: „Ty taki owaki, nie szukaj, bo tej pani nie ma!” I kapelusz mu zwaliła i za łeba. „Ty chamie — krzyczy — za moją niewinność, za moją za przeproszeniem cnotę!” Musiało tam być coś między nimi. Ludzie się zbiegli, podrapała mu twarz. Siadł szybko na rower i pojechał. No i lecieliśmy z Włodkiem z tą nowiną.

Słyszę jak mama mnie z kuchni i woła:

— Włodusiu! Włodziu!

To poszedłem do pokoju, gdzie miałem konia na biegunach w sarniej skórze i stamtąd wołam:

— Tu jestem, na koniu sobie jeżdżę.

A mama mówi do Władki:

— Tej panny to ty do nas nie wpuszczaj. Powiedz jej raz na zawsze, że po tym co usłyszałaś, co to pani powiedziała, że lepiej by do nas nie przychodziła!

Siedzę sobie spokojnie na koniku i słyszę, że ktoś stuka do drzwi. Idę do kuchni i mówię:

— Władziu, ktoś puka.

Władzia otwiera, a za drzwiami Rózia. Władzia jej nie wpuszcza.

Rózia pyta:

— Dlaczego nie puszczasz?

A Władzia:

Bo po tym skandalu, coś urządziła pod Łojczykiem z panem Kulczyńskim, to pani zakazała cię wpuszczać do nas.

A ta jak się rozedrze:

— Wielkie mi państwo! Kłaczyńscy nie wpuszczają mnie do siebie! A czy oni wiedzą, że ja ich do siebie też nie będę wpuszczać?

I słyszę jak się otwierają drzwi do Kundysowej i ona z córką wychodzi na korytarz. I ta Rózia drze się do nich:

— Widziała pani Kundysowa? Groszem nie śmierdzą, a do siebie nie puszczają. Prezeska! A czy ona wie, że za parę dni będzie prezeską połowy Związku Rezerwistów i właśnie to jej przyszłam powiedzieć, bo oficerowie się odłączają od tej całej Rodziny i zakładają swój związek. Rodzina Oficerów Rezerwy. Wielka prezeska! Jak się ma męża plutonowego, to się zostaje prezeską związku kaprali i plutonowych! A czy ty wiesz, że ja za dwa tygodnie wychodzę za oficera? Za kapitana! Nie za żadnego porucznika! I wtedy zobaczymy, kto do kogo będzie wpuszczany!

I zatupało po schodach. A córka tej Kundysowej mówi:

— Ona nawet za generała jak wyjdzie, to zawsze będzie Rózią.

A w to wszystko wszedł tata. A mama na tatę:

— To przez ciebie wszystko! Żebyś więcej tego Kulczyńskiego do nas tu nie sprowadzał.

A tato:

— Pani Kundysowa podniosła nam czynsz o dwa złote. Ma jakąś rodzinę inżyniera z tej fabryki. Już będą ruszać z produkcją.

— Inżynierowa… Fi! — jęknęła mama. — Znam takie inżynierowe. Mąż po szkole Wawelberga, a ona inżynierowa!

— Ale zarabiają dobrze! Najwyżej to i ty pójdziesz do pracy. Ten adwokat Verstanding dwa razy mnie już zaczepiał. Pewnoś się mu pochwaliła!

— Nie! To kolega Nemera z Żywca!

I tato:

— Zanim gdzie pójdziesz, to pakujcie się. Przenosimy się na Borek. Pokój z kuchnią i korytarz i ganek. Gospodarz nazywa się Gesing. Był policjantem, teraz jest na emeryturze. Niestety, Władziu, będziemy musieli się rozstać. Włodek do ochronki, my oboje pracujemy.

A Władzia:

— Ja się ta nie boję. Nachodziła mnie taka baba, co stręczy do roboty. Nidzinierowa weźmie mnie i da złotówkę więcej. A właśnie, co tu nakrzyczała ta Rózia… Że już pani nie będzie prezeską, bo oficery mają mieć osobną rodzinę.

Mama machnęła ręką.

— I osobne dzieci! Świat głupieje!

Siedzi mama, podparła łokcie na stole, zapatrzyła się w okno, to balkonowe. Siedzi, siedzi, potem znowu i znowu się śmieje, a potem rym na podłogę.

— Mamo, nie umieraj! — ja wyję. Ojciec podtyka jej pod nos ocet, Władka trzyma ją pod pachy. — Mamo, nie umieraj!

W ogóle to mama miała swoje ambicje, gorzej, że te ambicje koncentrowała na mnie — w przeciwieństwie do ciotki Stachy, która nie traktowała mnie jak dorosłego, a jak dziecko. Czasem mi przyrżnęła, jak już nie mogła inaczej, tak jak wtedy, kiedy zacząłem jej wyliczać to, czego nauczyłem się w kukurydzy. Mama zawsze usiłowała wjeżdżać mi na ambit, a i Wieśkowi także, ale Wiesiek przyjmował taką linię obrony, że w ten sposób nic nie uzyskiwała. No, nie, u mnie przynajmniej to uzyskiwała tyle, że miałem wyrzuty sumienia, a Wiesław? Ha! ha! ha! — ten to potrafił! Od małego taki był, kiedy zaczął z łąki, gdzie schodziły się wszystkie Ziętki, Jadachy, Deblessemy, Pogody, Droby, Kobosy i Bóg wie, kto jeszcze, a czasami nawet Lidka K., od której bywało lekko jechało wódką, bo Niemcy się tam zbiegali gromadami do niej i do jej matki i całe to towarzystwo języka nie oszczędzało. Czternastolatki to opowiadali, że jej mama żąda za przysługę pięć papierosów. Wiesiek, jak go nazywali Wiesiadło, pozwalał sobie z przezwiskami i byłem świadkiem takiej rozmowy mamy z Wiesiadłem.

— Wiesiuniu — mówi mama — jak ty tak mówisz, to Bozia płacze i Jezusek, ten, co jabłuszko trzyma, płacze i święty Józef płacze i do nieba się nie dostaniesz, tylko do piekła, tak jak ten chłopczyk, o którym ci opowiadałam… Bozia to wszystko widzi.

Wiesiadło słuchał, słuchał, zębami wargę przyciskał i nauki mamy brał poważnie. Raz po takich naukach patrzę za nim, co on robi, a może ze trzy lata miał. U Rymanowskiej to było, za Niemców. Wyszedł sobie, siedzę, książkę czytam, a on wszedł cichutko, stanął przed obrazem, tym, co święci przed chwilą za jego zberezieństwa płakali, stanął, patrzy na ten obraz, mama w kuchni obiad gotuje, a on do tego obrazu mówi cicho:

— Dupa, dupa, dupa! — a potem: — Pierdolić! Pierdolić! Pierdolić!

Musiał wypróbować, czy Matka Boska rzeczywiście płacze.

Ze mną było inaczej. Pamiętam tuż przed wojną, bo Staszka już była u nas, mieliśmy jechać do Bolesławia do Jaśka Rymanowskiego, bo on już się tam przygotowywał na nasz przyjazd.

A kto się spodziewał wojny? Był festyn na święto morza, czy coś takiego i poszliśmy na ten festyn nad Wisłoką. Były deski na plaży, orkiestra, chór Rodziny Rezerwistów, bo to jeszcze było przed tym odłączeniem się oficerów rezerwy z Rodziny Rezerwistów. Gra orkiestra, stoją obok siebie mama i tata, na Wisłoce jakieś sztuki na krypie piaskarskiej pokazują, orkiestra gra i mama podchodzi do mnie i mówi:

— Widzisz tę parkę?

Ja mówię:

— Widzę.

A tańczyła taka dziewczynka w różowej sukience, może z osiem lat miała, z chłopakiem pewno z szóstej klasy — i nawet mi się to podobało, bo tak jak dorośli składnie tańczyli. Gdzie się spodziewałem, że zaraz polecimy do domu jak stadko gołębi, tylko Staszka zostanie, bo tańczyła z jakimś kolejarzem.

Mama pochyla się nade mną i mówi słodko:

— Włodeczku, mamusia cię prosi, podejdź do tej parki i odbij temu chłopakowi tę dziewczynkę.

— Jak? — pytam, bo tańczyć nie umiem, ta dziewucha o głowę ode mnie wyższa, nie mówiąc o chłopaku.

A mama nic, tylko mi szepce:

— Podejdź! Zaklaskaj w dłonie i ukłoń się.

Na nic innego nie potrafiłem się zdobyć, tylko powiedziałem:

— Nie pójdę!

No i się zaczęło. Najpierw pięćdziesiąt groszy, potem złotówka. Mama coraz bardziej wściekła, a jak skończyła na pięciu złotych, to wtrącił się tata, a tego tylko trzeba było mamie. Już, już zaczęła się chwytać za serce i tata zarządził: „Idziemy do domu!”

Tyle było z festynu. Oczywiście, mama ledwo przyszła do domu, to się jej oczy wywróciły, ocet pod nos. Potem się okazało, jak wujek Władek przyjechał, że to nie serce, a histeria. A za Niemców, to chociaż były nie takie sytuacje, to słabnąć mamie się nie śniło. A wyleczył ją wujek, bo jak jej się przydarzyło zasłabnąć, to wybuchał śmiechem i ten ocet sprzed nosa jej odstawiał. „Histeria — mówi — w domu nigdy nic takiego nie było”. I skończyły się zasłabnięcia.

Ojciec wraz z mieszkaniem wynajął grządkę w dużym ogrodzie, jaki miała gospodyni. Pamiętam pierwsze marchewki i rzodkiewki z tej grządki oraz królika białego z czerwonymi oczami, który tam kicał. Co się z nim stało, nie wiem, może został zjedzony, może jeszcze wtedy nie dorosłem do tego stanu świadomości, który rozróżniałby życie od śmierci, czy też możliwość przechodzenia z życia w śmierć. Mięso i wędliny, które na użytek domowy kupowano, nie skłaniały mnie do rozmyślań nad ich pochodzeniem. Raz tylko, kiedy w miednicy w kuchni leżały bezradnie duże klenie złowione „na śmigacza” (dzisiaj ta metoda łowienia na „koniki polne” jest niedozwolona) i Władka bezmyślnie paznokciem zdejmowała z któregoś łuski, rozbeczałem się, że go to przecież boli.

Ale akurat od strony tak zwanych Błoń (dzisiaj ten teren jest całkowicie zabudowany, a wtedy były tam duże powierzchnie wolne otoczone rzadko chałupami krytymi papą), usłyszałem silny huk dochodzący od ulicy Tarnobrzeskiej, gdzieś od domu gminnego. Władzia, nasza służąca wybiegła na balkon, który w tym pięknym mieszkaniu był od ulicy Mikołaja Reja. Krzyczy:

— Cyrk, cyrk przyjechał!

Ulicą jechała z hukiem dymiąca na czarno z grubego komina potężna machina. A ta machina ciągnęła wóz na sześciu kołach, zamknięty ze wszystkich stron, w którym — jak się potem okazało — był słoń. Za nią jechało jeszcze pięć okratowanych wozów ze lwami. Było to potężny grzywiasty samiec i pięć samic. W tych klatkach niewiele było widać, bo kraty były zasłonięte okiennicami. Dalsze wozy z dachami, kominkami i okienkami były wozami, w których mieszkali ludzie, a na końcu muł (to się potem okazało), bo wszyscy myśleli, że to osiołek. A jeszcze z tyłu jechała na rowerze wymalowana mocno dziewczyna w krótkich spodenkach, aż baby pluły, raz na dwóch kołach, raz na jednym tylnym.

Zaraz też zaczęto grodzić część błonia, a wieczorem zdjęto już okiennice z klatek z lwami i dano im jeść, a one zrobiły solidną awanturę przy tym mięsie, aż ich obsługa uspokajała długimi żelaznymi prętami. Po jedzeniu się uspokoiły i zaczęły ryczeć tak jakoś jakby ziewały. Grzywiasty samiec też dostał jeść, ale ten jadł na leżąco.

Zaraz obok rozłożono karuzelę i ten umundurowany pewno kierownik z wizerunkiem cyrku na piersi i napisem, który Władzia odczytała „cyrk Staniewskich” porozmawiał z chłopakami, którzy zbiegli się z całego miasta. Znajdował się wśród nich Sobusiak, który potem pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa, jakoś to było w 1947 roku, już po wojnie. Znałem go, bo on też ryby łowił, ale wprawdzie bez zezwolenia, i jak ojciec przychodził nad wodę, to on przenosił się w górę lub w dół rzeki, albo na inny staw. Był tam też i Knet z gminnego domu i inni, których nie znaliśmy.

 

Rozdział III

Jak już przyjechał ten cyrk z lwami, to mnie ciągnęło na dół. Musiałem zobaczyć, co tam się dzieje. Szczególnie podobał mi się słoń, do którego nie wolno było podchodzić i dawać mu jeść, bo stawał się niebezpieczny. Przy nim był specjalny pogromca w zawoju na głowie, który mówił po angielsku. Tłumaczka z dużymi piersiami w krótkich spodenkach tłumaczyła, że uderzenie słoniowej trąby może uśmiercić człowieka. Słoń był ponoć bardzo pamiętliwy i umiał wypatrzyć w tłumie człowieka, który mu kiedyś dokuczył. Potrafił się zemścić.

Tego słonia wyprowadzano po specjalnym pomoście. Brał udział w występach i nosił za głowę swojego pogromcę, który mieszkał z żoną, której tylko oczy było widać, bo twarz miała zasłoniętą jakimś kolorowym materiałem.

Podczas tresury lwów dziwiło mnie, że dyrektor ogłaszający tresurę nie mówi na poskramiacza pogromca, tylko dompteur. Nikt się tego słowa nie nauczył tylko ja. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to po niemiecku. Tak samo się pisało po francusku i angielsku. Rysiek O. próbował się nauczyć i nawet mu szło, ale do rana zapominał i od nowa się uczył. Był młodszy ode mnie o rok i żeby zapamiętać to do wieczora krzyczał:

— Dompter, dompter, dompter!

Wszyscy nas podziwiali, że znamy taką zagraniczną nazwę.

O. mieszkał z drugiej strony miasta koło elektrowni Rymanowskich. Jak się potem przekonałem, świeciło się u nich wieczorem światło elektryczne, a nie lampy naftowe. Ojciec O. był naczelnikiem urzędu skarbowego. Podsłuchałem, jak Rózia Ś. mówiła, że u O. jest fortepian, prawdziwy fortepian, a nie żadna tam fisharmonia czy pianino. A babka Ryśka O. nazywała się dziwacznie Topór-Kamińska, tylko że jej mąż, starszy człowiek nie wychodził już z domu. Ten pan naczelnik był oficerem i chodził w wysokich błyszczących butach. Miał kochankę, córkę ich sąsiadów, noszącą imię Helenka i wszyscy o tym wiedzieli. Żona tego naczelnika była bardzo szczupła, pewno dlatego, że się martwiła. Raz zrobiła tej kochance scenę na mieście, bo akurat kupił Helence jakąś taką torebkę, że nawet hrabina z dworu takiej nie miała.

Przez tą Rózię, to ciągle wpadałem w kłopoty, chociaż lubiłem kiedy ona przychodziła. Kiedy ten cyrk przyjechał i mama była taka dumna z tego mojego domptera i nawet O. zaczepiła mamę na ulicy i zgadały się o mnie i o Ryśku. Zaraz po tym miałem awanturę, bo spytałem, mamy co to jest kochanka. To było w domu w salonie, gdzie wisiał święty obraz z Matką Boską i Dzieciątkiem Jezus, trzymającym jabłko przy gołej piersi. Obok stał święty Józef z brodą i też wyciągał rękę do tego jabłka. I zaraz mama odwróciła się do mnie, chwilę się we mnie wpatrywała i spytała:

— Skąd ty to słowo znasz?

Ja się przestraszyłem, bo rzuciła to tonem nie wróżącym niczego dobrego, więc zaplątałem się i rzekłem, że jakaś kobieta przed cyrkiem tak mówiła. I pokazywała na swoją córkę: „O, taka nieduża i ma kochanka!”

A mama powiedziała:

— Nie kłam! Kto kłamie, ten kradnie! Matka Boska się patrzy! A ty kłamiesz!

Popatrzyłem na obraz. Matka Boska ani nie drgnęła, ale coś tak jakby się skrzywiła, więc rozpłakałem się.

— To ta Rózia znosi ciągle bajki do Władki i do Staszki!

I mama też zaczęła płakać, bo teraz ciągle wypłakiwała oczy, choć ta historia ze sklepem z włóczką już się skończyła i już nawet nie wołały za nami Żydzięta: „Znak fabryczny trójkąt w kole”. To nas bardzo kosztowało i trzeba było weksle płacić.

Nasza służąca Władzia miała ze mną krzyż pański. Bardzo lubiłem jej śpiewy, a miała bogaty repertuar głównie weselnych pieśni, które wykonywała dzwoniącym sopranem, nie załamującym się przy wysokich tonach. Była muzykalna, a na malutkiej harmonijce ustnej potrafiła wygrać różne melodie. Kiedy przyjechał cyrk Staniewskich ze słoniem i lwami, no i z tym dompteurem, który lewą rękę miał mniej władną od prawej, wygojoną pamiątką po jakimś nieposłusznym lwie, naszym oczom zaprezentowała się cyrkówka w długiej sukni i z wielkim dekoltem. Śpiewała ona:

„Są cztery dziury, są cztery dziury,

jedna dla męża, druga dla księdza,

trzecia dla wojaka, czwarta dla żebraka.

Są cztery dziury, są!

Mąż mnie pocałuje,

ksiądz mnie wyspowiada,

wojak salutuje,

żebrak dzięki składa!”

Ani się obejrzałem, a Władzia, jak tylko przyszła do domu, już to śpiewała. Szybko wpadła jej ta przyśpiewka w ucho. Mamy nie było, siedziałem w kuchni i słuchałem rozśpiewanej Władki. Przeszła ona zaraz do piosenek smutnych, którymi nigdy wcześniej się nie popisywała i zasłuchałem się tak, że aż mi się broda zaczęła trząść. No, bo jak tu nie płakać, kiedy śpiewała:

„Malowany słup, malowany słup,

szła dziewczynka szybkim krokiem,

szła dziewczynka szybkim krokiem,

na swej mamy grób, na swej mamy grób.

Czy ty mamo śpisz, czy ty mamo śpisz,

gdybyś wstała z grobu swego,

widziałabyś coś nowego,

drugą mamę mam, drugą mamę mam.

Druga mama krzyczy, bije,

tylko z ojcem dobrze żyje,

drugą mamę mam...”

Siedziałem cicho i łzy mi same z oczu płynęły, ale nie szlochałem, bo nie chciałem jej przerywać. A ona śpiewała:

„O gwiazdeczko, coś błyszczała

gdym ja ujrzał świat.

O gwiazdeczko moja mała

promyczek twój zgasł.

Ach, dlaczego ty nie płoniesz

jak za dawnych lat,

gdym na matki bujał łonie

w malowanych snach.

Teraz idę do mogiły,

gdzie matka spoczywa,

płaczę, wołam co mam siły,

nikt się nie odzywa.

Tylko wicher smutny szumi

i trawka się chwieje

i nikt tego nie zrozumie,

co się w sercu dzieje.”

Wtedy już rozbeczałem się na całe gardło. Władzia złapała mnie na ręce i zaczęła uspokajać, bo nie chciała, żeby mama zobaczyła mnie zapłakanego. A ja przestałem chlipać i mówię:

— Śpiewaj dalej o tej gwiazdeczce i o tym malowanym słupie!

— Nie będę ci śpiewać, bo ryczysz i mama będzie się złościć.

— Śpiewaj!

I rozryczałem się jak należy. Na to ona:

— Są cztery dziury!..

— Nie chcę! O tym słupie i gwiazdeczce, co błyszczała.

I wrzeszczę, omal nie wychodząc z siebie.

I Władzia:

— Teraz idę do mogiły gdzie matka spoczywa. Płaczę, wołam z całej siły, nikt się nie odzywa!

I znowu fala łez. A na to wchodzi mama.

— Dlaczego on tak ryczy?! Co mu zrobiłaś?!

— Ale! Zrobiłam! — najeżyła się Władzia. — Chce, żebym mu śpiewała, a potem ryczy. — I ona się rozpłakała.

No i mama zrozumiała, że Władka nie zrobiła mi krzywdy. Powiedziała tylko:

— Uczuciowy jest... tak jak jego dziadek, on jak śpiewał piosenki swego dzieciństwa, to też miał łzy w oczach.

O tych piosenkach to kiedyś napiszę, gdy będę wspominał dziadka Piotra Nurko, którego Niemcy wykończyli w 1944 roku.

A na razie odbywała się przeprowadzka i przez dwa dni nie omijały nas kłopoty. Miano odebrać buty od szewca Ryniewicza, bo obiecywał, że już są na „kopitku”. Obiecywał tak od paru dni, ale w końcu Kundysowa, która do nas przyszła ostrzegła mamę: „Niech pani nawet se nie marzy, moje leżały u tego oszusta trzy miesiące i pewno przepił. To samo będzie z pani sandałkami!” Ten Ryniewicz miał taki ładny murowany dom (tego domu już nie ma, widocznie zupełnie nowy murowany dom rozebrano).

W przeprowadzce brały udział wszystkie pracujące u nas kobiety: Cieślina posługaczka, Żmudzina praczka, Martykowa sprzątaczka, bo mama bardzo utyła i ważyła osiemdziesiąt kilo, więc nie mogła sprzątać. Była też obsługa platformy, a Żmudzina wzięła ze sobą swojego syna Bolka, który przychodził do mnie się bawić. Zawsze przy tym zjadł ze mną śniadanie, bardzo go zresztą lubiłem. Kiedy już obaj byliśmy dorosłymi, to udawał, że mnie nie zna, uporczywie nie odpowiadał na mój ukłon, pewno wstydził się, że jego matka Żmudzina u nas prała.

Jechałem obok niego na kolanach Żmudziny, a dalej stał kwiatek filodendron. Żmudzina zajęła się rozmową z babami, aż jeden z chłopów zwrócił jej uwagę, żeby tego kwiatka pilnowała, bo się złamie. Zezłościła się i tak jakoś powiedziała: „A niech tam, mom w dupie!” Ja to słowo usłyszałem pierwszy raz, bo u nas w domu bardzo przestrzegano czystości mowy. I cały czas podczas drogi wydawało mi się, że od Żmudziny śmierdzi. Wstałem z jej kolan i przeniosłem się do Cieśliny. Była gruba, jowialna i zwierzyła się kiedyś mamie, że należy do socjalistów. Jak odjeżdżaliśmy, wyszła córka Kundysowej. Kundysowa była bogata i córkę kształciła za granicą. Rózia mówiła, że w Paryżu. Obie z córką nie różniły się od siebie, tylko córka nazywała się Terlecka. Jak jej się kłaniałem, to mnie głaskała po głowie, aż mi się włosy jeżyły.

No i przenieśliśmy się do tego mieszkania prawie na wsi, na Borek.

Gospodarz był policjantem i nazywał się Gesing. Jego żona, wysoka i gruba kobieta miała z nim już trzy córki starsze ode mnie. Jej pociechy zaczęły mnie wypytywać, gdzie się urodziłem, a ja odrzekłem zgodnie z prawdą, że w Żywcu i dodałem, że na Komorowskich.

— To gdzie to jest? — padło ich następne pytanie.

Trudno mi było określić gdzie, ale wpadłem na pomysł, że gdzieś w górach.

— To ty jesteś góral? — wrzeszczały. I jedna zaraz poleciała do domu. Przyniosła obrazek, na którym góral z ciupagą kucał, a przed nim kręciła się dziewczyna w kwieciście zdobionej spódnicy i chustce w kwiaty. — Masz takie ubranie? — pytały.

No i co miałem mówić? Zdobyłem się na wybieg i powiedziałem, że zostało u babci. Rzekłem, że babcia przyjedzie, to przywiezie.

Gdzieś za trzy tygodnie babcia przyjechała. Akurat zbiegło się to z tym, że u gospodarzy gospodyni urodziła dziecko, bo ona taka gruba była przez to, że w niej było dziecko. Zaraz na drugi dzień to niemowlę umarło i poszedłem z jego siostrami modlić się, bo może parę kroków i była kapliczka z Matką Boską i Bernardką. Ta kapliczka do dzisiaj tam stoi. Została tak solidnie zbudowana, że nawet wojna jej nie zaszkodziła. Pewno i teraz w maju kobiety przy niej śpiewają.

Babcia pojechała, bo odwiedziła tylko wujka Władka, jej syna, gdzieś w Skierniewicach. Wujek skończył trzy lata Politechniki Lwowskiej. Na więcej nie miał pieniędzy. Przed ostatnim egzaminem odszedł i nie został inżynierem. Ale babcia mówiła, że mimo to dobrze się miał. Mieszkał u adwokata Żyda. Zaprzyjaźnił się bardzo z żoną tego adwokata. Była ona artystką. Namalowała jego portret, który do dzisiaj jest w naszej rodzinie. A wujek zginął ze swoją żoną w czasie wojny i nawet nie wiemy, gdzie leżą. Ale na razie dobrze się tam miał. Z hrabiami polował, co mojej mamie się nie podobało. Uważała, że by z hrabiami polować, trzeba mieć duże pieniądze, aby móc z nimi w karty grać. Miał nawet żenić się z hrabianką, ale narobił długów i żona tego adwokata, a nazywała się Rena Beerowa, bo tak się podpisała na tym portrecie, odwiozła go do nas. Raz ją w życiu widziałem, a potem drugi na weselu ciotki Staszki. Przywiozła wtedy dużo wujkowych rzeczy, między innymi jakąś kurtkę zieloną myśliwską. Odwiozła też psa do polowania, legawca, który gdy wujka zobaczył omal nie oszalał ze szczęścia, aż się wujek rozpłakał.

Rena Beerowa mówiła, że jak wujek z nią odjechał, to ten pies, a nazywał się Trop, uciekł od jej męża z domu i dwa tygodnie go nie było. Kiedy ona przyjechała do Jędrzejowa z powrotem, to on akurat wrócił z tej wędrówki chudy taki, jakby chory, ale okazało się, że upolował zająca i zjadł, a w nocy wyrzygał. I tu u nas wujek poszedł do pracy za mierniczego do PZL-u, bo studiował miernictwo.

Ale to było później, bo na razie siedział tam koło Warszawy, a mama grubiała, grubiała i urodziła dziecko, Wieśka (Wiesława), którego początkowo nienawidziłem. Ale znowu mieliśmy służącą — Staszkę K. Była z Chorzelowa i miała czternaście lat. Płaciło się jej pięć złotych miesięcznie i dawało jedzenie, a ponadto każdego miesiąca mama dorzucała jej sukienkę czy sweter. Dziewczyna była zawsze z tego zadowolona i jak co dostała, to całowała mamę w rękę. Ja tę Staszkę polubiłem i jak ciotka Staszka pojechała do pracy do Wilczkowic, to z nią spałem. A najbardziej to lubiłem z nią spać wtedy, kiedy rodzice szli do kina, a Staszka bawiła się ze mną i sięgała mi do piżamy.

Raz mama nakarmiła Wieśka i poszła z tatą na ryby. Wrócili szybko, bo nad wodą się pokłócili.

Mama wołała: „Przestań już machać, daj, teraz ja rzucę!” Zabrała ojcu wędkę z błyszczem. A to było nad Wisłoką, która wtedy była rzeką rybną. Rzuciła raz, rzuciła drugi raz, a tu nagle jak się trzepnie jakiś potwór w nurcie, aż ją woda ochlapała. Mama rzuciła kij, a ojciec złapał się za głowę i krzyknął: „Wywabiłaś bolenia!” Złapał wędkę i zaczął rzucać błyszczem. Ale boleń już nie wyszedł, więc wrócili do domu, bo ojciec wiedział, że go mama spłoszyła. Za to rankiem o godzinie czwartej, i to dosłownie na klęczkach, żeby nie robić hałasu, był nad rzeką.

Po kilku rzutach boleń wziął. Niedaleko łowił ten S., co później był w UB i pomógł ojcu wyciągnąć go na brzeg. Miał boleń z pięć kilogramów i ojciec powiedział: „Jakie miałem przy sobie papierosy, to chłopakowi dałem, bo bez jego pomocy tego smoka bym nie wyciągnął!” Duży stół kuchenny ryba zajmowała na prawie całą długość: głowa z jednej strony, a ogon z drugiej.

(…)

Pin It