RYSZARD     TARWACKI

 

Teodora

<romans polsko - niemiecki>

 

Marc Chagall
Marc Chagall

 

 

                                        Motto:               

 

                                       - Pani, Twoja uroda, w antycznym krajobrazie 

                                                    rozbitych amfor, jedynie prawdziwa,

                                         jak sprzeczności, które dopełniają HARMONIĘ             

                                                    (…)

                                         Lecz dziś,  poza Tobą i mną

                                                    od początku nazywanie rzeczy (…)

                              Aleksander Nawrocki: Rilkego rozmowa ostatnia z poezją.

 

 

COCO  DE  MER

 

   Jechali  autem w deszczowy dzień. Wycieraczki skrzypiały po szybach. Kobieta powiedziała: To, co mówisz, wyzwala moją próżność  -  zachichotała.

   - Bo jesteś aniołem i zawsze masz dla mnie czas. Znikasz, kiedy jestem zajęty, ale ważne jest to, że patrzysz na moje rysunki, na moje obrazy i szkice z paskudnymi zwierzakami. I czytasz,  co o mnie piszą w gazetach. Każdą bzdurę we wszystkich językach. Dlatego jesteś jedyną kobietą, którą będę malował przez całe życie. Wszystkie galerie świata będą zapełnione Tobą!

   - Jak kozy i kury Chagalla?

   - Żadne kozy i kury!  Teodora, moja tylko, muza największego malarza Hiszpanii!

    Teodora śmiała się beztrosko.

   - To będzie cudowny akt! I będzie hołdem dla twojego ciała i dla twojej pięknej duszy.

   - Kiedy mi go pokażesz?

   - Jak skończę. Dlatego musisz mi pozować jeszcze przez sześć miesięcy. Przez sześć miesięcy będę cię rozbierał i to będzie dla mnie szczęśćcie! A kiedy już go zobaczysz, to albo przyjmiesz, albo odrzucisz. Jeżeli przyjmiesz, to będę miał prawo malować ciebie do późnej starości. Do kiedy będę miał siły trzymać pędzel w palcach. Ale tylko ja …

   -  Gdzie go wystawisz? – przerwała mu.

   - Nigdzie!                                          

   - Dlaczego?!

   - Bo jesteś moja i twój Londyński portret będzie stał w mojej pracowni, i nikt o nim się nie dowie, nigdy!

   -  Ty jesteś  chory!

   - Dopiero po mojej śmierci będziesz wystawiona w Prado. Zapiszę ten obraz galerii w Prado. Będziesz wisieć obok Mai malowanej ręką Goi. Będziesz tam wisieć do skończenia cywilizacji chrześcijańskiej, bo przecież  niebawem to nastąpi. Islamiści się gromadzą, bogacą …

   - Nie pozwolę!

    - Ty?

    -  Musisz być sławny za życia! –  zaprotestowała i uderzyła go w ramię.

                                                       

   Przyszła niespodziewanie. Czego raczej nie robiła, więc było jej głupio: Czy mogę wejść? – powiedziała w drzwiach.

   Wciągnął ją do środka. Ucałował, a ona dała mu owoc, który trzymała w ramionach: coco de mer” od jej męża Dietricha.

   Przyjrzał się niepewnie przedmiotowi o osobliwych kształtach. Musiał go trzymać oburącz, bo był duży i ciężki. Położył go wreszcie na stole i

powiedział z zachwytem:  Wygląda jak fragment kobiety od pasa w dół. To są chyba kokosowe bliźniaki albo jakiś biologiczny potwór!

   - Ty jesteś potwór!  To jest najbardziej erotyczny owoc na świecie. Dlatego ci go daję – powiedziała i zaśmiała się. Nagle zmieniła temat, jakby zawstydzona: Używany jest w Afryce, żeby drzwi nie trzaskały od przeciągów.

   - No, dobrze, już dobrze! Powiedz mi jeszcze coś o nim, a ja będę go pieścił ręką artysty, tak, o widzisz, i będę mówił, co widzę, no tak: Ma biodra Murzynki, wypukły brzuch, wzgórek Wenery i pokaźne pośladki… I jest w dotyku rzeczywiście erotyczny. 

   -  To jest owoc palmy, która rośnie jedynie na wyspie Praslin, na archipelagu Seszele – tłumaczyła  z lekkim wzruszeniem. Rosną też palmy w ogrodach botanicznych, ale są one niezwykle delikatne i trzeba na nie dosłownie chuchać, ale … mój drogi, ich prawdziwą ojczyzną jest Praslin. Tam rosną spontanicznie, od nasienia do dojrzałości sto lat i dopiero wtedy mają pierwsze kwiaty, i wtedy owocują… Tak, Praslin,  wyspa kokosów – kolosów! Stara legenda mówi, że podczas burzy dochodzi do aktu palmowych owoców męskich i  żeńskich. Ale kto śmiałby podpatrywać kokosowych kochanków, zostanie ukarany. Ogromny owoc spada i zabija. Dlatego nigdy nie ma świadków tego miłosnego spotkania. Największe palmowe owoce na świecie są tylko jedną z wielu atrakcji turystycznych na seszelskiej wyspie …

   -  Jesteś cudowna!  Byłaś na Seszelach?

   - Jeszcze nie, ale … na pewno tam pojadę... może z tobą… Seszele, Seszele, to najpiękniejszy  z archipelagów, składają się z blisko 120 wysp i wysepek na Oceanie Indyjskim, około 1200 kilometrów od brzegów Afryki. Na wielu z nich spotyka się skały sąsiadujące z piaszczystymi plażami. Ta sceneria przyciąga turystów, ale głownie filmowców kręcących filmy reklamowe i fabularne. Wiele firm kosmetycznych właśnie na tych plażach pokazuje swoje modelki reklamujące perfumy, kremy, dezodoranty czy szampony…

   - Kupię ci  jeszcze dziś!

   - Głupi jesteś! To kosztuje majątek!

   - Ty jesteś bezcenna! Ale mów o Seszelach, mów, tak pięknie…

 

 

   - Wiele tysięcy drzew porasta wyspę Praslin oraz Curieus, a owoce coco-de-mer były kiedyś dostępne jedynie dla możnych tego świata, bowiem były dosłownie na wagę złota. Jeden z cesarzy Niemiec daremnie oferował 125 kg złota za naczynie wycięte z „morskiego orzecha kokosowego”: orzechy coco były cenionym surowcem do produkcji napojów miłosnych i leków przeciw różnym chorobom, a monopol na handel nimi posiadał sułtan Maledywów. Przywożone do Europy okazy były przeważnie rozcinane, potem polerowane i oprawiane w złoto albo w srebro, żeby służyć jako puchary na książęcych i królewskich dworach. Dziś z dojrzały owoc trzeba zapłacić około 400 dolarów, ale ich zrywanie jest zabronione;  i co powiesz?

   - Już wszystko? Ty jesteś moim coco, coco-de mer!

   - A ty jesteś moją palmą; mówiąc o palmach, to chcę ci powiedzieć, że  drzewa coco sięgają wysokości sto stóp, chociaż nie jestem tego pewna, a liście mają rozmiary dużej sypialni…

   - Naszej – wtrącił Salvdor tak mimo chodem.

   - I wszystkie palmy są rozdzielnopłciowe; każda jest „mężczyzną” albo „kobietą”… Oczywiście w cudzysłowie…

   -  Bardzo słusznie, bo hermafrodyci są przeważnie głupi! – powiedział ze złością Salvador.                                                                                                                                                     

    Wróciła do przerwanej opowieści: Ale coco-de-mer, jak inne palmy, nie posługują się owadami, ani ptakami w czynności zapłodnienia. Ich ogromne liście na szczytach zginają wiatry i skłaniają ku sobie, a dzieje się to zwykle późnym wieczorem…

   - Jesteś też Szeherezadą; opowiadasz mi bajki, dlatego kocham cię! – zawołał i pociągnął ją na tapczan, na który upadli oboje zaśmiewając się. – Mów, mów jeszcze, proszę…

   - Nie, nie mogę mówić, bo mnie całujesz! – Próbowała wydostać się z jego ramion.

   - A właśnie, że możesz! Ja będę całował, a ty opowiadaj.

   - Kwiat męski, Salvdor, jest gruby, pałąkowaty i obsypany pyłem; chyba potężniejszy od narządu Złotego Cielca – zaśmiała się radośnie. – I penetruje kwiat kobiecy, który ma wygląd orchidei, a wszystko to dzieje się pod osłoną nocy, a Praslin jest bezludna. Mieszkają na niej tylko ptaki, nietoperze i kameleony… I po zapłodnieniu kobieca palma rodzi owoce, a kiedy owoce są dojrzałe, spadają na ziemię, oczywiście, albo do oceanu i wyglądają jak gotowe do miłości dziewczyny…

   - A powiedz mi, jaki jest jego atrybut miłosny?

   - Jeżeli złamiesz skorupę, to znajdziesz w środku  zielonkawy miąższ. Jest słodki, lepki i jest silnym afrodyzjakiem, jak kantarydy albo sproszkowany róg nosorożca. Jest także bogiem – powiedziała z naciskiem.

– W Indii są jeszcze świątynie jemu poświęcone. Jest bogiem płodności i bezdzietne kobiety modlą się do niego.

    - Ciebie powinni na tym ołtarzu postawić – powiedział.

   - Jesteś złośliwy!

   - Przepraszam, mów.

   - Kiedy przerywasz mi.

   - Jeszcze raz przepraszam.

   - Dojrzały owoc spada z czubka palmy do wody i prądy oceanu niosą go do Indii i ku wybrzeżom Afryki Wschodniej. Powstała więc legenda, że te erotyczne kokosy rodziły się na drzewach rosnących gdzieś o tysiące mil od lądu, w środku Oceanu Indyjskiego. Dlatego nazwano je: „coco de mer”:   

   - Czy najlepsze afrodyzjaki, jak wykwintne dania i wytworne perfumy, muszą mieć francuskie nazwy?

   -Gordon of Khortun, ten od reduty Gordona, był pierwszym Europejczykiem, który się tym owocem zainteresował i opisał go, ponieważ był przekonany, że znalazł biblijny owoc dobrego i złego. Uwierzył, że Seszele są rzeczywistym Rajem, i że właśnie tam Ewa zerwała owoc z palmy i podała Adamowi.

   Po chwili spytała: Podoba ci się bajka?

   - Ty też.

   - Musimy go rozłupać i zjeść. Spróbujemy, czy działa?

   - Wystarczysz mi  tylko, ty …

                                          

                                          CORRIDA

   Zabrała syna do National Galery. Było to jej sporadyczne zajęcie macierzyńskie. Aleksy zatrzymał się przed Rockeby Wenus, popatrzył na obraz i zapytał : Kim jest ta pani, mamo? Ona jest do ciebie podobna. Patrzę i myślę, że to ty jesteś na tym obrazie.

   - Nie, Aleksy, to nie jestem ja – oznajmiła i ucałowała syna, bo bardzo jej pochlebił. – Ta pani, synku, żyła dawno temu i już nie wszyscy pamiętają, kim ona była. Ale malarz, który ją sportretował, jest dziś sławny na całym świecie, bo był wielkim artystą.

   - Dlaczego był wielkim, mamo?

   - Bo pięknie malował.

   - A gdzie się urodził?

   - W Hiszpanii i nazywał się Velasgues.

   -  W Hiszpanii?

   - Tak.                                             

      - Dawno?

      - Tak, dawno.

      -  Ja nic nie wiem o Hiszpanii.

      - Hiszpania, to jest corrida, Alek… corrida i …

                                                           7

      - A co to jest, corrida?

    - Corrida? Corrida, to jest arena; dokoła tej areny siedzą ludzie i patrzą na byka  z pikami w grzbiecie, który oszalały pędzi na młodego człowieka, żeby go nadziać na rogi, a człowiek udaje, że się nie boi byka, macha czerwoną szmatą i zadowolony przestępuje z nogi na nogę, ale, tego nie da się opowiedzieć,  to trzeba zobaczyć…

 

     Walczył ze staromodnym kluczem, który nie chciał się przekręcić w  drzwiach.  Teodora rozglądała się po skwerku, na którym rosły wynędzniałe brzózki.  I tylko kilka listków kiwało się na ich wątłych gałązkach.  Wreszcie Salvador przekręcił klucz w zardzewiałym zamku i powiedział: Chodź, chodź… Uwielbiam cię!

   - Ja też, nawet gdybyś był specjalistą od mycia szyb.

   Śmiali się wchodząc do przestronnego, jasnego atelier, w którym było mnóstwo płócien.

   Objął ją troskliwie i prowadził jak dziecko, zawracał, przystawał, a ona

pochłaniała wszystko oczami, wreszcie zapytała: Dlaczego to wszystko jest nie skończone?

    - Eksperymentuję.

  Doprowadził ją do sztalug, na których stało płótno w części zakryte szmatą.

   - Wyjątkowo odrażające! Obrzydliwe i jakieś martwe – powiedziała zbolałym głosem. - Te ryby rozlazłe, oślizgłe… I oko parszywe! Wisi na sznurku, to chyba twój autoportret, a ryby? Czy one symbolizują ludzkość? No, tak ja to widzę. I ja nie chcę być tak przedstawiona. Nie zgadzam się! – zakrzyczała, a Salvdor milczał, tylko z lekka pochrząkiwał. – Ja chcę być tylko sobą, tak,  sobą, Salvador , i mam być piękna! I muszę byś do siebie podobna. To ma być obraz bajeczny, bez bzdurnych symboli! To ma być poezja! I nie zgodzę się za żadne skarby świata, aby moje oczy wyrastały z kocich ogonów!

   - Ale to nie jest malarstwo dla małych dzieci! – powiedział nie panując  nad głosem.

   Siadła na tapczanie i patrzyła na sterty rysunków, szkiców, które walały się byle gdzie, a głównie na podłodze i przedstawiały byki z rogami.

   - To są  jakieś twoje obsesje – podsumowała.

   Nic nie powiedział, tylko włożył koszulę, zapiął guziki, a wiążąc sznurowadła u butów zaczął mówić:  Miałem zaledwie osiem lat, kiedy umarła moja matka i zostałem sam. – usiadł przy niej, ale na podłodze. – Byliśmy biedni. Mieszkaliśmy w robotniczej dzielnicy Sevilli, zwanej wtedy La Macarena. Ojciec pił nałogowo i chodził na walki byków, to się nazywało, że jest Aficionado, miłośnikiem Tozzamachi, byków i corridy. Ja byłem nie tylko samotnym, ale i przeważnie głodnym, małym analfabetą.

 

 Nikomu nie przychodziło do głowy, żeby mnie czegoś uczyć. Czasami wchodziłem do kościoła, żeby porozmawiać z La Macarena, cudowną Madonną, na której cześć cała dzielnica tak się nazywała. Ubrana była w złote koronki i brokaty, a jej suknia posiana była klejnotami; najpiękniejsza z dziewic, ale i najpiękniejsza Seniorita; każdego roku w  Wielki Piątek niesiono ją na platformie, a dziesięciu siłaczy podpierało ją ramionami. Była w żałobie…

      Słuchała wpatrzona w Salvadora poprzez zapadający półmrok. Jego opowieść przyniosła wspomnienie jej własnego dzieciństwa. Zobaczyła  siebie, w Kolonii, kiedy miała sześć lat; biegała wokół ich wiejskiej chaty otoczonej klombami białych i czerwonych tulipanów, które posiewała babka; za płotem rosła rozłożysta, stara grusza, a na jej najwyższej gałęzi siedział  jej brat, jakoby jakiś przypadkowy turysta, z muskularnym torsem, nagi do pasa, bo było upalne lato i on wspaniały panował nad otoczeniem, i to było jej pierwsze ulotne wzruszenie i ono wpłynęło na jej przyszłe skłonności  artystyczne.

   On  zaś snuł opowieść: Prosiłem Madonnę o przyjaciela i ona dała mi Manuelito. Nie wiem, czemu on chciał ze mną rozmawiać, bo ja miałem dopiero dziesięć lat, ale on chciał i nauczył mnie czytać i pisać. Stał się też moim obrońcą. Już nikt od tej chwili nie śmiał mnie maltretować. Ale on był opętanym przez byki, tak, muszę to powiedzieć; był zwariowany na punkcie byków! Chodziliśmy codziennie do rzeźni i Manuelito bawił się tam niebezpiecznie z każdym byczkiem czy cielakiem. Włóczył się już od lat po różnych rzeźniach i wszyscy go tam znali, więc śmiali się tylko i pozwalali mu się bawić w matadora. A on miał naprawdę talent. Był bardzo dobry. Znał wszystkie passos i wykonywał je bezbłędnie. Wiedziałem, że zostanie wielkim espada.

  Wstał z podłogi. Siadł przy niej i głaskał jej udo. Jedwab dessous szeleścił pod jego palcami.

    - Głaszczesz mnie jak kota – powiedziała.   Nie zareagował na zaczepny ton, więc zapytała:  Czy został wielkim matadorem?

   - Nie, nie został – powiedział i włożył papierosa w jej usta. Przypalił jej, potem sobie. Pracownia była już pogrążona w ciemności i  widziała tylko żarzące się końce papierosów, i słyszała jego głos:- Pewnego dnia, w środku lata, Manuelito przybiegł podniecony i tylko wykrzyknął: O piątej Nowillada! Corrida!

    W Nowilladzie młodzi chłopcy, jakby czeladnicy, kształcili się walcząc z byczkami. I on jakimś cudem zdobył dwa bilety, więc poszliśmy na Plaza de Torros. To była moja pierwsza corrida…

   - Zapewne byłeś mocno podniecony – powiedziała, a jej ręka spoczywała na jego sercu i czuła pod palcami silne uderzenia tętna.

 

   - Tak, bardzo, bo uwielbiałem to widowisko!  Chociaż było krwawe, ale to nic. Być może to właśnie mnie podniecało. Tak, myślę teraz, że tak było; i wtedy jakiś byk rozpruł brzuch konia; kiszki wypadły na piasek, ale koń nie zarżał, nie zakwiczał, nie wydał żadnego głosu, bo struny głosowe miał przecięte:                           

 Nie wierzymy w ból ryby, bo ona podobno nie wydaje głosu, co nie jest prawdą, kiedy się ją żywcem kroi – wtrącił. Nagle Manuelito zerwał się i skoczył przez barierę. Już był na arenie. Klęczał naprzeciw loży prezydenta i prosił, aby mu pozwolił zmierzyć się z bykiem. Prezydent corridy widać w dobrym był humorze,  zresztą znał Manuelito od kiedy on był jeszcze wyrostkiem, więc dał mu szansę, o którą prosił: Rzucono mu pelerynę i szpadę… Ja wrzeszczałem, ryczałem… Wszyscy wstali z miejsc i też krzyczeli, wrzeszczeli! Machali rękami. Manuelito był moim  jedynym przyjacielem i wiedziałem, że wielki espada właśnie się narodził…

   Widziała w ciemności tylko zarys jego pięknej twarzy. On kończył opowieść: Wykonał bezbłędnie kilka passos… kilka przepisowych i podczas jednego byk wziął go na rogi… Straciłem przyjaciela, straciłem wiarę, potem zostałem architektem. Brałem udział w wojnie domowej. Porywałem dla sprawy ludzkie umysły i serca. Tak w każdym razie mówiono, ale ja już wtedy nie miałem  przyjaciela; no nie, naprawdę, bo to nie jest możliwe, aby kochać jeszcze raz… przyjaciela albo kobietę – powiedział po chwili namysłu i dodał: Może to jest łatwe dla ciebie, może dla innych, ale dla mnie to jest … zawsze bardzo trudne.

  

                               TO GŁUPIO, BORYS

   -  Przyjechałam i co mam robić? – powiedziała bez cienia uśmiechu. Pociągnęła duży haust wina. Była spragniona w taki upał. – Czy chcesz, żebym wyjechała? – Wiedziała, że już jej nie puści teraz, kiedy znów miał ją w łóżku. Był kompletnie nagi, nie licząc zegarka. Palił grube cygaro. Dzieliła ich tylko butelka białego wina zamówionego w recepcji.

   - Na jutro mam  umówioną inspekcję czegoś tam, gdzieś tam na całe rano, potem lunch z pułkownikami hiszpańskimi i wizytę w ich ambasadzie. Ale wieczorem będę musiał wrócić. Zabrakło mi konceptu, kiedy tak nagle zadzwoniłaś – Uścisnął ją mocno żylastym ramieniem, na którym leżała, więc zachichotała.

   W pokoju było gorąco i ciemno. Światła aut na Gran Via przebiegały sporadycznie po ścianach i suficie. Nic więcej nie miało znaczenia i było jej z tym dobrze.

   - Czy mnie jeszcze kochasz?

 

- Jeżeli cię kochałem rok temu, muszę cię kochać i dziś, ty niemożliwa kobieto! –  Znowu ją ścisnął twardym ramieniem. – Powinnaś mnie była uprzedzić. Nie byłoby tych ponurych komplikacji z Tatianą.

   - Nie wiedziałam, że przyjadę – powiedziała szczerze i pocałowała jego opalone ramię, potem je lekko ugryzła. – Czy dobrze, że przyjechałam?

   Borys spuścił żaluzje i zapalił światło. Ubierał się szybko z wojskową precyzją. Potem zapalił papierosa i przyglądał się jej z fotela, kiedy siedząc przed lustrem zapinała francuski węzeł i poprawiała makijaż.

   Pętali się od baru do baru, po tłumnych ulicach koło Puerta del Sol; jedli hiszpańskie przystawki zwane „tapas” i pili białe wino. Maria uwielbiała rzucać przedmiotami, kiedy była wstawiona. Przypominało to jej polski zwyczaj tłuczenia kieliszków przy ważnym toaście.

   Kiedy znalazła się wreszcie w hotelu o drugiej po północy, była kompletnie pijana. Upadła twarzą na łóżko i zasnęła.

   Po przemiłym śniadaniu na ocienionym tarasie pod pergolą Hotelu Zahara, poszła spacerkiem wzdłuż Fran Via. Oglądała luksusowe wystawy,

aż znalazła elegancki sklep jubilerski. Po chwili wahania, wybrała zegarek; był piękny i bardzo drogi. Miał złotą twarzyczkę udekorowaną cyframi z malutkich brylancików, a misterną bransoletkę zdobiły miniaturowe szafiry.

   Po powrocie do Cage Zahara zamówiła kawę i czekała aż przyjdzie po nią. Była tak uradowana swoim zegarkiem, że nie mogła od niego oczu oderwać. Po prostu była w nim zakochana; przez dwa lata nie miała zegarka. Skończył pić kawę i wziął jej łokieć w długie, kościste palce.    

   Przyglądała  mu się ze złością zmieszaną i szczerą sympatią.

Zabawne było obserwować jego przemianę tu w Madrycie; jego rozpiętą  koszulę koloru wiosennej trawy, którą nosił na amerykańską modłę – na zewnątrz spodni.

  Wyszli na ulicę: - Mam nadzieję, że zabrałaś ze sobą dość pieniędzy, nawet jeśli zapomniałaś o wszystkim innym. Nie możesz przecież chodzić cały czas w tej samej sukni – Borys mówił tonem agresywnym i wiedziała, że jedną z  jego żelaznych zasad było – nie dawać swoim kochankom kosztownych podarków. Był zawsze gotowy rujnować się dla nich w hotelach, restauracjach i podróżach, ale nie znosił, kiedy kobieta prosiła go o pożyczkę. Pomyślała, że przecież wszystko, co ze sobą miała, poszło na piękny zegarek. Z ukrywaną uciechą dała się więc prowadzić wśród madryckiego tłumu do najelegantszej drogerii.

- Ależ, mój drogi! – zawołała patrząc ze zdziwieniem na szczoteczkę do zębów, którą jej podarował. – Muszę też mieć pastę!

   

                                                    

    Kupił pastę i dał jej niechętnie jak wymuszony brylant, dlatego powiedziała z westchnienie: Dużo rzeczy mi potrzeba. Nie chcesz na pewno, abym wyglądała jak stara kobieta, kiedy jestem z tobą.

   Zgodził się pożyczyć jej pieniądze do czasu, kiedy będzie miała dostęp do własnych funduszów i kupiła dwie butelki perfum Shalimar Guerlaina i Mis Dior Diora, dwa tusze do rzęs, mydło i talk, też Diora, trzy pomadki do warg w trzech kolorach, kremy do twarzy i ciała na dzień i noc; grzebień, szczoteczkę do włosów i lusterko w oprawie z tartarugi, srebrną puderniczkę i papierośnicę, miniaturowe szpady i rapiery z Toledo dla Aleksa i laleczkę przedstawiającą matadora z czerwoną „capa” w ręku, a wszystko to miało być posłane do jej hotelu. Borys zapłacił, zapisał sumę, którą na nią wydał w notesie, wziął ją znów za łokieć i wyprowadził na ulicę w południowy skwar, ale na tym nie koniec; orgia wydawania pieniędzy dopiero się zaczęła, kiedy  Teodora bawiła się przymierzając niezliczone kostiumy i suknie, kapelusze i pantofle, wybierając najpiękniejszą ręcznie haftowaną bieliznę. Borys siedział wówczas w aksamitnych fotelach salonów mody i poddawał osądowi; jego decyzje były ostateczne, bo jego niezawodny gust równał się z jego bieżącą znajomością  strojów i mody damskiej. Po dwóch godzinach zabrakło mu gotówki. Zawołali taksówkę i pojechali do banku, gdzie jej pieniądze posłane telegraficznie z Londynu powinny już być.

      -  Moja droga… ale nie tutaj … - Borys wyszeptał i wyprostował się na widok pliku banknotów, które mu podała w obecności kasjera. 

   - To pojedźmy do mnie, do hotelu – zaproponowała. – Robi się coraz goręcej i pora lunchu się zbliża… Ale, Borys, pomyśl, co zrobisz, kiedy zderzymy się z twoją żoną?

   - Coś na pewno wymyślę na poczekaniu, nic się nie bój – powiedział spokojnie i uścisnął jej przedramię. Dodał jeszcze: - Tatiana jest tak daleka

 od wszelkich podejrzeń na ten temat, że nigdy w ogóle nie pomyśli, żeby coś pomyśleć.

   Żaluzje opuszczone na okna, by chronić przed żarem i światłem popołudnia, rzucały czarne i białe linie zamazując przylepione do nich kontury nagich ciał.  Zatrzymała spojrzenie na jego uchu, ale to chyba był błysk światła, bo sterczało w połowie między sufitem a jej twarzą.

   - Kiedy oddam ci pieniądze, to chcę zatrzymać dziesięć funtów. Zawsze chciałam, żeby mi ktoś raz w życiu zapłacił – powiedziała i odprężyła się pod  jego ciężarem, ale jej uwaga była wciąż jeszcze przypięta do jego ucha, które puchło niepomiernie w jej oczach i rosło  w swych konturach. Zapełniło już pół pokoju i wydawało się wciąż rosnąć jak diabelski grzyb, stwór morski.

     I wtedy nie wiedzieć czemu zobaczyła Salvadora. Przechodził ulicę. To była jakby rzeczywista wizja: Stąpał lekko po topniejącym asfalcie, jakby   na nim tańczył; jej serce zabiło mocniej, opuściło jedno uderzenie, zawahało się, a potem już ustaliło miarowy rytm i waliło jak młot. Ogarnięta paniką spuściła powieki i upiła z filiżanki łyk kawy; w rozdrganym  powietrzu popołudnia uśmiech Salvdora wkradł się w jej oczy na tle nieba wypalonego falą londyńskiego upału. Ten upał wyssał z palety wszystkie inne barwy i widziała go skomponowanego wyłącznie z błękitów. Niebo i jego koszula były bladoniebieskie. Dostrzegła cienie pod jego oczami i światło w czarnych włosach.

   - Szukałem cię – powiedział. – Czy mogę? - A jego niewielka ręka spoczęła lekko na białej powierzchni oparcia ozdobnego krzesła.

   - Bardzo proszę – powiedziała.

   Pocałował  ucałował jej rękę.  Ścisnął dłoń Borysa, który ograniczył się do mruknięcia i usiadł z nimi. Mężczyźni zaczęli jednocześnie coś mówić, skończyli i jednocześnie roześmiali się. Ona siedziała oszołomiona. Głowę miała pustą. Przyglądała im się bezmyślnie, z głupawym uśmiechem na ustach.

   Borys szybko się pożegnał, więc wsiedli do samochodu i pojechali na wieś.

   Świat był przezroczysty, ale chłodny w promieniach zachodzącego słońca.

   - Wracajmy już – powiedział Salvador. – Te wszystkie zielenie są depresyjne.

- Tak, tak, wracajmy, bo to tylko sen, mara, a miała być rzeczywistość – powiedziała i poszła na kolację.

   Teraz leżała w hotelowym łóżku zmęczona. Błędne światła Gran Via biegały po drabinie, żeby zniknąć w najdalszym rogu pokoju. Sherry było lodowato zimne. W środku kieliszka pływała zielona oliwka. Szkło zaszło parą. Palce jej zdrętwiały od dotyku. Wypiła łyk wytrawnego wina i zapaliła papierosa. Była sama o późnej godzinie na tarasie kawiarni. Kiedy

 podniosła oczy, wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze stał tuż przed jej stolikiem: - Mirra le, mirra le … guapa, bonita… - usłyszała, ale zgodnie z obyczajem – wiedziała o tym od Salvadora – spuściła skromnie powieki udając, że nic nie widzi i nie słyszy. Tyrada hiszpańskiej mowy trwała jeszcze chwilę i urwała się. Kiedy podniosła oczy nieznajomego już nie było.

   Podskoczyła na krześle i otworzyła usta ze zdumienia; Borys przepychał się do niej w ulicznym tłumie. Wyglądał jak pajac, a mała, pulchna kobieta trzymała się jego łokcia. Skoczyła na nogi i zawołała: - Tatiana, to jest zachwycające! To ja tu … co ja tu … - Była zaskoczona i się jąkała.

   Borys bez słowa tłumaczenia, powitania, zamówił trzy  szampany, a Teodora tłumaczyła, że przed wyjazdem do Afryki odbywa podróż po Europie. Tatiana złożyła ręce jak do modlitwy i położyła na jej kolanach, oczywiście pod stołem: Czy ona podejrzewa? Obserwowała ukradkiem twarz Tatiany, z której para piwnych oczu patrzyła na nią z dziecinnym zdumieniem: Zachowujemy się jak para bałkańskich koniokradów, jak szulerzy na Brighton molo, on i ja – pomyślała i nie mogła się uwolnić od grzecznej lecz banalnej rozmowy.

   Dzwonił telefon i natarczywy dźwięk pomieszał i pogmatwał jej sny. Obudziła się spocona, a serce skakało jak zrozpaczona ryba. Telefon wciąż dzwonił. Podniosła słuchawkę. Borys mówił szybko, a jego głos  świadczył o strapieniu: - Nie mogę być na śniadaniu u ciebie, bo muszę, tak, muszę Tatianę zawieźć na lotnisko. Będziemy nareszcie sami. Ta noc była bez ciebie…

   - Co się stało? Czy była może awantura?

   - Nic podobnego! Powiedziałem jej o moich wszystkich spotkaniach, które

przecież wymagać będą częstych wyjazdów z Madrytu, rozjazdów po całym kraju, więc ona postanowiła wrócić do siebie na wieś. Ona nie lubi być sama w obcym kraju. Nie jest przecież światową kobietą, jaką ty jesteś.

   - Czy myślisz, że coś podejrzewa? Wczoraj wieczorem na Gran Via … - nie skończyła zdania.

   - Absolutnie! W najdzikszych snach nie wpadłoby jej do głowy!

   - Kiedy się żegnałem dziś wieczór… -   Salvador zrobił pauzę, jakby szukał odpowiedniego słowa. To przecież miała być ich druga wspólna noc i  przyjęła go oficjalnie; chciała też pokazać swoim ubiorem i surowymi słowami, że to ich spotkanie jest oficjalne choćby na początek.

     Miało ożywić, rozpalić dopiero przyszłe poczynania miłosne. Dlatego spojrzała na niego uprzejmie, pytająco przez całą długość jej salonu i odwróciła spojrzenie. Obawiała się, że usłyszy za chwile coś, co może ich od siebie oddalić na zawsze.

   - Kiedy wychodziłem dziś wieczorem… - kontynuował starając się chwytać jej umykające spojrzenie – powiedziałem, że będę musiał całą noc

wędrować po Londynie … całą noc aż do świtu, bo dostałem zamówienie na duże malowidło ścienne z panoramą Londynu i potrzebne są mi impresje.

   Nie przerywała mu, bo nie chciała zmienić, czy zatrzymać biegu wypadków. Czekała tylko, co nastąpi. Ale była mocno zaskoczona jego brakiem taktu. Znajdowali się przecież już na takim  etapie, że każde niepotrzebne słowo albo nawet niezręczny gest mogły zaszkodzić. Nie rozumiała go, nie rozumiała dlaczego bez sensu ryzykuje tak dużo. Chyba, że ryzyko było mu potrzebne.

   - Kiedy się żegnałem… usłyszałem … „Mam nadzieję, że jest piękną Beatrice”… I ja nigdy w życiu nie będę hipokrytą   – mówił trzymając ją w ramionach. – I nigdy nie pozwolę bzdurnym drobiazgom życia sprofanować nas, rozłączyć…

   Słuchała z otwartymi oczami. Za oknem świtało.

                                      LONDYŃSKIE  SZALEŃSTWA

   Byli ze sobą w dzień i w nocy, rano i wieczorem, w jej mieszkaniu, w jej aucie, w pubach, w kinach i teatrach. Po całym Londynie zostawiali ślady swojej namiętności. I  nie widziała świata rzeczywistego, bo albo była z Salvadorem, albo o nim myślała. Myślała o nim,  kiedy się kąpała, lub kiedy patrzyła w lustro, kiedy plotkowała z przyjaciółkami. Myślała, kiedy prowadziła auto, a prowadzenie wozu długimi godzinami stało się jej manią, bo przecież zajmowało uwagę, myśli i pozwalało gubić się w marzeniach. Siedząc za kierownicą przemierzała niezliczone mile w czasie największego ruchu. Jeździła w centrum, lub do Richmondu, czy do Greenwich, tak w koło, nieświadoma, uśmiechnięta, popełniała wiele błędów i wykroczeń, które mogły ją kosztować grube pieniądze albo utratę prawa jazdy. Ni z tego ni z owego, w radosnym transie zjeżdżała z ronda w

 odwrotnym kierunku lub zapominała włączyć świateł podczas nocnej jazdy. I bywała zatrzymywana przez policję, ale wszelka surowość funkcjonariuszy topniała na widok jej radosnego uśmiechu i      zdumionego

spojrzenia: Ona była zakochana, to było widać po oczach. A w dodatku piękna cudzoziemka! Powiadano i Londyn kochał ją zakochaną, a ona kochała tylko Salvadora.

   Londyn był pełen ich śladów: On przyklęknął na Baker Street widząc jej samochód o piątej po południu. Na Kensington Garden czekał blisko Serpentyny udając, że przygląda się mewom i że jej nie poznaje, podczas gdy ona pozbywała się z trudem natrętnych znajomych. W Regent Park całował ją publicznie ku uciesze dzieciaków. Było dokładnie pięć po czwartej na kwadratowym zegarze.

   Jej główne zainteresowania były banalne: Jak i gdzie spotkać Salvadora? Jak tam dojechać na czas? Jak pomieścić między spotkania z nim, wszystkie inne obowiązki i znaleźć czas dla tych, których lubiła, kochała; nie znosiła albo potrzebowała. I te nigdy nie kończące się przyjęcia, na których musiała bywać, i sesje z fryzjerem, z kosmetyczką, krawcem, masażystą; wszystkie te niezliczone wymogi i obowiązki światowej kobiety. Dlatego musiała mieć zawsze samochód i w zależności od humorów i kaprysów Salvadora, musiała być wolna, kiedy chciał ją widzieć i znikać, kiedy już nie miał na nią ochoty.  Uzbrojona w cierpliwość, postanowiła dopasować się do jego napadów malowania, jego twórczych kaprysów, zamyśleń, zawodowych spotkań, jego nagłych nieprzewidywalnych okresów, kiedy koniecznie chciał być sam.

    Musiała też dostosować się do potrzeb i wymogów tego trudnego do zdefiniowania tabu, widma i chimery: Querido – szeptała – Amor, Coracon – nie bardzo rozumiejąc, czy te hiszpańskie słowa odnoszą się do kochanego mężczyzny, czy do jej po części  zaniedbywanego dziecka, a może do obu jednocześnie.

   Kiedy weszła do pokoju syna, żeby go ucałować na dobranoc, leżał płasko na plecach i oczy miał otwarte.

   -  Mama, kto to jest? – spytał.

   - Aleksy, to jest nasz przyjaciel, Hiszpan.

   - Lubię jego bajkę o lisie, ale… who is my dady?

   - Twój tatuś jest Dietrich i on jest teraz w Afryce… He will bring elephant tules, kiedy przyjedzie do nas…

   - Opowiedz mi bajkę o lisie.

   - Dlaczego o lisie?

   - Bo on mi opowiada zawsze o lisie.

   - Kto?

   - Nasz przyjaciel.

   - … O lisie, który nie cierpiał telefonów i nigdy nie chodził do budki, nigdy nie podnosił słuchawki, kiedy dzwonił telefon, nienawidził telefonów, wszystkich telefonów, tak bardzo, że chciał je wszystkie zniszczyć, ale nie wiedział jak to zrobić; więc myślał bardzo długo, jak to zrobić, żeby je wszystkie  popsuć i on wymyślił sposób, ale to był trudny sposób, bo kiedy  tylko przegryzł druty jednego telefonu, to ludzie kazali dać sobie drugi, potem jeszcze jeden i było ich więcej niż przedtem…

   - I co wtedy? – spytała  szeptem, żeby nie popsuć nastroju.

   - Lis poszedł do swojej nory i znowu myślał długo… aż zdecydował dowiedzieć się wszystko o telefonach, zupełnie wszystko, żeby potem je zniszczyć…

   - Lis był bardzo niegrzeczny – powiedziała.

   - Dopiero ktoś powiedział lisowi, że w środku ziemi jest ukryta  centrala, że w niej wszystkie druty się spotykają. Zaczął więc kopać; kopał i kopał łapami przez cały rok, i pod koniec roku dokopał się do środka ziemi, gdzie była ukryta wielka budka telefoniczna i wszystkie druty telefoniczne   świata z niej wychodziły. Lis wszedł do budki, pomieszał druty tak, że powstała z nich jedna olbrzymia, skłębiona kula. Jak tylko to zrobił, to zaraz uciekł, bo przecież był lisem. I kiedy wyszedł na powierzchnię ziemi, to wszystkie telefony dzwoniły, ale nikt nie mógł się dodzwonić… Bardzo go to ucieszyło i długo, długo się śmiał… Koniec bajki.

   -  Czemu ty, Aleks, nie lubisz telefonów?

    Ale on nic już nie powiedział. Objęła go opiekuńczo ramieniem i kołysząc śpiewała po polsku kołysankę, bo kołysanki znała tylko polskie. Jeszcze długo nie mógł zasnąć, więc długo śpiewała. Potem pomyślała o Salvadorze, który w pokoju obok czekał na nią.

   Leżeli zaplątani w ciemności. Noc była dla nich łaskawa.

   - Kocham cię, bo dajesz mi wieczność – powiedziała. Czuła go tylko

wzdłuż ciała i  pragnęła usłyszeć jego głos. Miał dwa głosy różne: jeden na

co dzień, który drażnił ją i drugi dochodzący z ciemności, głos miłości i tego głosu chciała wciąż słuchać.

   - Znałem cię przez całe moje życie… - urwał, ale tylko na chwilę. – Dlaczego nie spotkaliśmy się wcześniej? Czemu nie czekałem…

   Pocałowała jego ramię, bo było blisko jej ust.

   - Gdybyśmy się spotkali dużo wcześniej, to bylibyśmy sobą znudzeni – wyjaśniła i dodała – Teraz się sobą cieszymy, a nic nie jest tak nieżywe, jak miłość, która minęła. Nieaktualni kochankowie są śmieszni i żałośni, chyba że stają się przyjaciółmi.

   - Nie wiem.

   - Ale ja wiem! – powiedziała i przytuliła się do jego ramiona. – To bardzo dobrze, żeśmy się wcześniej nie spotkali – powtórzyła.

   - Nie wiem – upierał się. – Chociaż, to bardzo możliwe, że jesteśmy skazani na siebie.

   Chociaż poruszona jego słowami, pozostawała sceptyczna, bowiem była przekonana, że miłość, podobnie jak życie, jest tajemnicą i cudem, bezcenna

 dlatego, że od chwili poczęcia czai się w niej wirus zagłady. Chciała, aby było inaczej, ale wiedziała, że to co żyje musi umrzeć.

   W atelier było ciemno i atmosfera stawała się napięta.

   Teodora wyszła na środek salonu i rada, że koszmarne wytwory imaginacji Salvadora były niewidoczne, ale czuła, że pełzają, czają się pod ścianami. Wyszedł i on wreszcie z ciemności. Ukląkł przed nią. Dotknęła jego czoła opuszkami palców grając rolę królowej i lekko uderzyła go dłonią w ramię: Sir, Salvador – rzekła dostojnie.

    Zdjął wieczorowy płaszcz z jej ramion. Zarzucił na siebie jak pelerynę.

      - Musimy dziś dużo wypić! – zawołał.

      Butelka szampana czekała w puszcze po farbie napełnionej lodem.

      - Myślałam, że… - wtrąciła nieśmiało - …że dzisiaj wyjdziemy na miasto. Prosiłeś, żebym się ubrała wieczorowo.

      -  Bardzo ci na tym zależy? Zostańmy tu …

   Bez słowa położyła się na tapczanie i odprężona sięgnęła po papierosa. Wiedziała, gdzie je dla niej kładzie. Poszukała zapalniczki i paliła czekając na bieg wydarzeń.

      - Upijemy się dzisiaj! – Podał jej kieliszek.

      - Tak postanowiłeś?

      - Wypij i stłucz !

      Wypiła i złamała kieliszek o brzeg stolika. Wydał jękliwy dźwięk. Salvador zbił swój i zebrał okruchy szkła po obu.

      -  Czy potłuczemy wszystkie, a może i puste słoiki? Cóż to za okazja?! – spytała poważnie i  napiła się jeszcze szampana.

 

- Mona, teraz będę cię rozbierał – oświadczył i odpiął lśniący guzik ze sztucznych diamentów. – Musisz być dzisiaj całkowicie naga, naga, ale w pantofelkach, tak, obuta musisz bić zawsze! Bo gdybyś nie miała na sobie nic, nic… To byłabyś dla mnie tylko przedmiotem.

   Patrząc na efekty światła i cienia na własnej skórze; ciekawa była swojego ciała wynurzającego się z czarnej koronki. Odpinał guziczki powoli, kolejno, jeden po drugim… i zdawała sobie sprawę z elastyczności czasu; rozciągał sekundy i minuty w godziny. Czas puchł pod jego palcami i sięgał nieskończoności. Tylko on wiedział jak zatrzymać czas.

   Kiedy podniosła oczy patrzył na nią przenikliwie, obserwował. Pod jego uporczywym spojrzeniem  podniecenie rosło. Zakryła twarz rękami, więc całował jej usta pomiędzy palcami i obrysowywał palce końcem języka.

   - Musimy się kochać dziś jak nigdy przedtem – powiedział i jeszcze dodał: - To jest specjalna okazja.

   W ciemności, która na nią spłynęła, wydawało się jej, że połyka kulę ziemską, szybuje w przestrzeni. Palce jak korzenie olbrzymich drzew wrastały w glebę szukając po omacku oparcia. Wiedziała,  że jest morzem, ale była też małym okruchem, który w tym morzu pływał. I ten okruch rósł, wypełniał wszechświat, a Salvador pieścił z przerażającą determinacją owalne  zbocze biodra i jedwabiste wnętrze uda. Widziała swoje białe ciało obramowane czarnymi podwiązkami, ozdobne sprzączki połyskiwały.  Pochylił się nad nią i na  lewej piersi powtórzył pieszczotę końcem języka. Zobaczyła swój sutek, pod dotknięciem stwardniał i wyglądał jak naparstek, a  prawy przypominał malinkę.

    Ostrożnie, z namysłem wilgotny koniec języka zakreślał spirale, coraz dalej od centrum nabrzmiałej piersi, wreszcie przyssał się do gorącego łona i zapuszczał się coraz niżej, niżej… aż znalazł się u celu. Rozgarnął zmierzwione włosy i zanurzył  w miękki, śliski materiał; pracował zajadle, sumiennie…

   Ścisnęła go udami:  Salvador, kochany… kochany … - wyjęczała.

   Przez chwilę patrzył na jej twarz i odszedł do najbliższego rogu.                                     Brutalnie opuszczona, wstrząsnęły nią dreszcze. Podniosła głowę próbując  go zobaczyć tam, gdzie słyszała jego kroki, ale turkot rozsuwanej zasłony uprzedził nagły blask i potop światła zalał mieszkanie:

     W półpustynnym pejzażu białe światło przenikało wszystko dokoła, każdy detal i nasycone miłością ciało kobiety spoczywało leniwie na jedwabnej, pogniecionej pościeli, w pełnym nieładzie. Łoże było surowe, zwyczajne, żelazne, Z kamiennej gleby półpustyni wyrastało karłowate drzewo. I zdawało się, że zakwitło właśnie teraz; kwiaty jego były przepiękne.

    Owinięty wokół jej kostki ogon ślizgał się po piasku, a czarny wąż sunął wzdłuż jej uda i złożył głowę na jej brzuchu.

  Oczy miała zamglone, a włosy wypływały na koronki pościeli.. Małpa siedząca na poręczy fotela przeglądała się w wysadzanym klejnotami, owalnym lustrze, trzymała go w łapce. Na jej szyi połyskiwał sznur pereł. W kandelabrach paliły się jasnym płomieniem woskowe gromnice. Rozpruty zegar gubiąc wnętrzności szybował w powietrzu. Wąż odpoczywał. Lampart czaił się wśród ramion świecznika.

      Zawieszona w ciemności, na tratwie tapczanu, pozwalała symbolom przenikać do podświadomości; na przyszłość, zdumiona wrażliwością artysty, jego wiedzą. Ponad tym wszystkim chlubiła się i pławiła w zachwycie nad swoim ciałem.

   Zapomniała o jego istnieniu. Mrożąc oczy spróbowała go zobaczyć, ale nic nie widziała poza swoim wizerunkiem.

   Zamknęła oczy i pomyślała: Daje mi nieśmiertelność, tylko tę jedyną która mogę zrozumieć i czuję, że … czuję śmierć, tak to jest, tak to ona paraliżuje moje stopy, kolana, uda … tak, to ona i już jestem cała sztywna; ramiona też  drętwieją w pozycji ukrzyżowanej niewolnicy afrykańskiej… Jestem Chrisie, Afrodyta, która dla próżności zgodziła się umrzeć…

   - Teodoraaa! – jego głos był zgrzytem, bo zapomniała o jego istnieniu. Mrużąc oczy  spróbowała go zobaczyć z daleka, ale nic nie widziała poza swoim wizerunkiem. – Przyjrzyj się sobie dobrze, Mona! I zapamiętaj obraz swojego ciała. Nikt go nie będzie widział, nikt! Jak długo będziemy żyć! Ale po naszej śmierci będziesz znowu żyła w całej wspaniałości w … Prado…

    Strzał korka przywrócił jej świadomość rzeczywistości. Przez rzęsy dojrzała chwiejny płomyk świecy w dalekim kącie sali. Obraz znikł nagle, a koszmary i zwidy ukryte po kątach milczały jakby zaklęte.

   -  Mona Liza, moja tylko!  – Salvador puścił kilka kropel szampana na jej nagie piersi – Tym kończymy ceremonialną libację.

    Uśmiechnęła się niepewnie, bo niechętnie opuszczała swój świat narcystycznej fantazji. Ale już po chwili zdała sobie sprawę z obecności Salvadora.

      - Pij! – rozkazał podając jej puchar  i  jego cień  nakrył jej ciało.

      

         PRZED  LUSTREM

      Miała na nogach atłasowe pantofelki na wysokich obcasach, a poza tym była całkiem naga. Patrzyła na siebie w lustrze i akceptowała swoje odbicie, a kiedy podniosła ramiona, żeby wyjąć szpilki z paryskiego węzła, to czarne włosy rozsypały się jej na plecy, a piersi podniosły i sterczały wyniośle. Lubiła ten widok ze sterczącymi okazale piersiami.

       Obróciła się na plecach, aby zobaczyć swoje nogi; były długie i uda pełne, kolana wąskie, krągłe i płaskie, a łydki jak butelki szampana                                                         postawione szyjką w dół; biodra szerokie, ale szczupłe; kości miednicy wystawały z lekka  z obu stron brzucha pod opaloną skórą; talia krótka, bardzo wąska i mieściła się bez trudu Dietricha, który czasami starał się ją obejmować. Nic dziwnego, on miał długie, arystokratyczne ręce. Piersi były ciągle owalne, pomimo karmienia przez rok dziecka. Nie nosiła stanika; sutki małe i różowe. Linia pleców klasyczna, jakby wyjęta z „Rockeby Wenus” Velasqueza: Jestem pneumatyczna – powiedziała do siebie – Wyglądam, jakby mnie wyrzeźbił artysta, ale przed tym zawiązał sznurek wokoło pasa, kolan i kostek, i coś jeszcze to jej przypominało, ale wymykało się ze świadomości; uczyniła jeszcze parę grymasów, pokazała język swojemu odbiciu i rzuciła na odchodne pytanie:

   - Czy ja wyglądam na żonę ambasadora? I czy historyjka o gumowej lalce, którą opowiedział mi któryś z amantów, mogła być prawdziwa?  Czy to zabawne być kochanką brodatego kapitana okrętu w jego kapitańskiej kajucie pośród nocy?   A już rano wyprostowany  na drut stawart wypuści z niej powietrze i włoży do górnej szuflady, zdobionej mosiężnymi okuciami, komody kapitana Granta. Tak bardzo ładna, ale lekko spłaszczona gumowa lalka poleży zamknięta przez dzień, może nawet dwa, w szufladzie kochanka; niewolnica  jego pożądania, bo do miłości tylko stworzona; kochaj i milcz! Zabawka uwielbiana i porzucana…

    Próbowała jeszcze coś pomyśleć, ale fantazja zawodziła. Jedno było pewne      

      Zimowe światło gasło i Salvador odłożył pędzel. Maria pomyślała, że chce sprawdzić godzinę, ale on się rozmyślił. Ziewnęła szeroko, przeciągnęła dla rozprostowania kości i zdjęła nogę z drucianego rusztowania. Mimo  talentów Salvadora w robieniu metalowych konstrukcji, jej noga zdrętwiała podczas długiego pozowania.

   Przeniosła ciężar ciała na drugą nogę i zdjęła czerwony pantofel na wysokim obcasie z nogi, którą malował ,włożyła czarne, zamszowe czółenko. Jeszcze raz się przeciągnęła. Mięśnie palców zesztywniały i była lekko zdeprymowana, ale wiernie godzinami pozowała. A on, używając jej

ciała, detal po detalu nakładał koszmarne „arcydzieła” na płótno:

 Teraz ,właśnie malował jej nogę; udo, kolano, łydka, pęcina i stopa płynęły  nad wymarłą pustynią. I było to smutne, ale lepsze od portretu, na którym jej głowa i piersi – nie było szyi – wyrastały z krwawej rany pomiędzy łopatkami z jakiejś apokaliptycznej gadziny. Te szkice, rysunki i studia węglem cechował dar wrażliwości i warsztatowego mistrzostwa. Wierzyła, że gdyby wszystko inne zawiodło, to będzie i tak w nich żyła po wszystkie wieki pospołu z bykami.

   Zmęczona upadła na tapczan: Czym mam pomalować usta? – pomyślała. Nie kochali się jeszcze tego popołudnia i jeśli teraz zacznie makijaż, to będzie sygnał dla Salvadora, że zamierza niebawem go opuścić. Miała jeszcze tego wieczoru być na cocktail party, ale mogła się spóźnić albo w ogóle nie pójść. Przeprosić nazajutrz. Przy odrobinie szczęścia nikt nie zauważy, że jej nie ma. Spojrzała na Salvadora kątem oka; właśnie czyścił pędzel.

   Pomyślała nakładając na usta tłustą szminkę, że od bardzo dawna nie spotkali się wieczorem, przeważnie po południu: Czy zaczęły go osaczać domowe komplikacje? Nie miał ich, o ile się orientowała, jak dotąd i nie zachowywał się bojaźliwie, z łapczywością żonatego … Miała ochotę zapytać go, ale oczywiście nie mogła, nie chciała teraz, kiedy malował jej nogę. Była tak zdegustowana, że chciało jej się rzewnie zapłakać. Oparła się na ramieniu Salvadora, a on objął za szję.

   -  Salvador, chciałabym widzieć ciebie nocną porą, przy księżycu, wtedy właśnie …

   Jego ręka zesztywniała, potem rozluźniła się i powiedział:  Ale czy ty możesz?

   - Mogę, oczywiście! – I w tej chwili przywołała w myśli postać nieobecnego męża, Dietricha: Gdzie on jest teraz? W swojej rezydencji, czy może w buszu? Niech przyjedzie zaraz do Londynu.

    Nic nie powiedział, tylko pogłaskał jej ramię.

   - Chcę ciebie widzieć w nocy, twój profil na tle okna i twojego papierosa, kiedy się żarzy w ciemności.

     To prawda, że teraz zimą dni były krótkie i można było to wszystko zobaczyć późnym popołudniem, ale to już nie to samo. Zupełnie nie to, co chciała widzieć.

   - Chcę, żebyś przyszedł do mojego mieszkania i został na całą noc. Przecież nigdy nie widziałam cię, kiedy śpisz – powiedziała stanowczym tonem i wiedziała, że porusza się po krawędzi tabu, dlatego zamilkła.

   Salvador wstał i podszedł do umywalni obmyć ręce z farby.

   - Postaram się – powiedział, a ona zrozumiała, że uważa temat za skończony.

   - Która godzina? – Spojrzał na zegarek przelotnie, a może jej się tak zdawało? – W pół do piątej!

   Zarzuciła nurkową etolę, Zaczęła szukać rękawiczek,

   - Francuzi są naprawdę nieznośni ze swoimi przyjęciami o w pół do szóstej.

    – Powinnaś mi była powiedzieć. Byłbym cię kochał zamiast malować i ustrojona miłością, byłabyś piękna. A te wszystkie małpy dyplomatyczne mdlałyby z zazdrości! I trzymała się świetnie. Jak każda zakochana kobieta była nim naznaczona jak pieczęcią. Więc wyszła z pracowni na ulicę smutna. Nie wiedziała, co robić przez godzinę.

   Pierwszy sekretarz ambasady powitał ją kokieteryjnie marszcząc nos:

- Comment allez vous belle?! – Podniósł jej rękę do ust. – Pragnę też przedstawić nowego radcę handlowego monsieur Beauchamps.

   Niski, barczysty pan pochylił się nad jej ręką ze słowami: - Mes homages Madame. Nazywam się Jack Beauchamps, ale wszyscy mówią do mnie – Jack.

   Z uśmiechem radosnym spytała: - How do jou like London monsieur Beauchamps? – by ochronić się przed jego zaproszeniem do poufałości.

   - It is quaint! – powiedział i uśmiechnął się pobłażliwie, a mówił płynnie po angielsku z amerykańskim akcentem. Brzmiało to raczej nieznośnie w połączeniu z francuską intonacją, dlatego przestała go słuchać. Przecież dobrze znała ten typ gadatliwych dyplomatów, a „mr. Biczam” był „nałogowym” wielbicielem Stanów Zjednoczonych. Było mało atrakcyjne we francuskiej opcji niż w niemieckiej, holenderskiej czy włoskiej. Piła więc dużo szampana, a potem wyszła na kolację do włoskiej knajpy w Soho; „impromptu” skleconym towarzystwie, które około jedenastej zaczęło się rozchodzić.

   Nie miała jeszcze ochoty wracać do mieszkania, więc wsiadła do samochodu i pojechała do nowo otwartego klubu nieopodal Park Lane. Miała nadzieję spotkać tam Borysa.

   Był, oczywiście! Jak się tego spodziewała. Siedział w rogu przy małym stoliku, niepozorny i skulony. Nie wyglądał na biznesmena.

   Lokal, niedawno otwarty, był dyskretny i artystycznie urządzony. Publiczność składała się z oficerów gwardii i debiutantek ze szczyptą angielskich arystokratów, wschodnioeuropejskich emigrantów na dokładkę.

   Zamówili whisky i po namyśle porosili o sznycel wiedeński z sadzonym jajkiem.

   - Zobacz, kto  tu jest? – wyseplenił Borys, bo miał pełne usta mięsa, wskazując widelcem na drugi koniec małego lokalu.

   Dwa stoliki były zestawione, osiem ciasno wciśniętych. Przy największym bawiono się hałaśliwie; salwy śmiechu, okrzyki, klaskanie. To Filipek, pijany chirurg zabawiał towarzystwo. Jego czarna muszka była przekrzywiona na boki, a żakiet smokingowy wytarty i pognieciony –

 całował kobiety po rękach, a kiedy mężczyźni podawali mu swoje, całował je również czule i szeptał z lubieżną czułością: Jaka miękka, delikatna, mała i miłośnie całował olbrzyma o spuchniętej twarzy oseska.

   - Na kolana! – rozkazał olbrzym.

   Filip obsunął się na kolana i całował pokornie jego kwadratowe paluchy.

   Towarzystwo pękało ze śmiechu i piło różowego szampana.

   Odwróciła oczy od niesmacznego widowiska. Borys patrzył na nią, wreszcie rzekł z  ironią: Masz za miękkie serce, kochana … Z twoim obyciem nie powinno cię nic dziwić.

   - Maria napiła się whisky i stwierdziła:  Hołota! Oczywiście!

  

 

- Doprawdy? Przestań się oburzać! To sprawia mu przyjemność – skonstatował i zapalił Gauloisa. – Wygląda na to, że masz mdłości. Tylko nie zabrudź stołu; tutaj nie wypada, moja droga.

   - Ciekawe, kto płaci za tę skandaliczną zabawę? –spytała z furią,

   - Nie bądź głupia! Widziałem go, kiedy wchodził ; wymachiwał plikiem zielonych. Było w nim co najmniej dwieście funtów. Zarobił na skrobankach; łatwo przychodzi, łatwo odchodzi. Wszyscy są zadowoleni! A ten wyłuskany nie będzie skazany na psią dolę…

   - Hut up! Jesteś dziś wulgarny – chciała jeszcze coś wygarnąć Borysowi, ale zamilkła, bo pomyślała o nagłej ciszy jaka zapanowała w lokalu

   - Uważaj, bo … - Borys chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie próbując jednocześnie wcisnąć się przed nią, aby ją zasłonić.

   W środku parszywego lokalu Kanarek stał na stole, wysoko i groźnie, a jego ogolona głowa jaśniała w mrocznym świetle; na twarzy miał wściekły grymas pijackiej furii. Wywijał żelaznym krzesłem, jakby nic nie ważyło. Trzymał je za nogę; krążyło zakreślając coraz większe koła nad jego głową. W pijackim gniewie gotów był puścić je w każdej chwili, aby poleciało w przestraszone twarze i nikt nawet nie ośmielił się pisnąć. I nagle stało się coś niezwykłego, a publiczność struchlała; olbrzym zeskoczył ze stołu i był już przy niej na czworakach. Obcałował po rekach. Wreszcie podniósł powoli głowę i wyszeptał skamląc: Pani, pani baronowa wybaczy, ale to pani jedyna, tak jedyna, która może uczynić mnie człowiekiem, tak, to pani, baronowo…

   Odepchnęła powstrzymującą ją rękę Borysa i przemówiła do tej groźnej osoby, która trzymała jeszcze krzesło w ręce i zdawało się wszystkim, że może rzucić w nią, albo przed siebie kogokolwiek bądź: Przestań, bydlaku! Przestań w tej chwili – powiedziała ze spokojem, kiedy tak stała przy nim i wiedziała, że jest bezpieczna, że on nie może rzucić w nią krzesłem, bo jest zbyt pijany i nie do końca ja rozpoznaje: Przestań – powtórzyła – To ja, Teodora!

   Poznał ją, a przebłysk świadomości zamigotał w nabrzmiałych krwią oczach… Potrząsnął głową, jak zmoczony pies i opuścił głowę. Krzesło spadło na podłogę nie czyniąc szkody; zapewne schwyciły je czyjeś ręce.

   - Kanar, wstań i siadaj przy mnie – powiedziała z perswazją w głosie, jakby to był jej syn Aleks.

   Zwinął szerokie ramiona, spuścił głowę i usiadł przy niej.

   Powiedział po chwili: Kanarek chce się napić różowego szampana – i położył głowę na czarnym blacie stolika. – Tylko ty, pani, tylko ty – mówił łkając – pa… pamiętasz i ty wiesz, ty mmmnie zzznałaś od kiedy byłem mmmały … - bełkotał, więc podali mu czarnej kawy i kazali wieźć na Ealing do mieszkania.

 A kiedy Borys zaprowadził go na górę, to dużo czasu zabrało mu, żeby położyć go do łóżka. Czekała cierpliwie w samochodzie, a ponieważ pamiętała ostatni pobyt w atelier Salvadora, to prześladowała ją obecność tej sceny:

  

                                   W    KAPLICY

      Po kilku godzinach spędzonych w domu, czuła, że ani chwili nie zostanie tu. Chwyciła czarny koronkowy szal i wyjechała do miasta: Może powinnam się modlić – myślała. Ale nie miała wprawy. Nie modliła się od lat. Stosując jedynie możliwą terapię jechała przed siebie, bez celu. A prąd ruchu kołowego niósł ją. Konieczność koncentracji przy kierownicy działała jak narkotyk. 

   Wreszcie błogosławiony stan spłynął  niepostrzeżenie.    Klęczała w  mrocznej, chłodnej kaplicy:  Ekscelencjo, jestem w rozpaczy – wyznała  szeptem -  Zapach kadzidła przypomniał słodki swąd josticks z hinduskich przyjęć. Widziała tylko ostry profil głowy ukrytej w półmroku: - Jestem w rozpaczy – powtórzyła.  Straciłam wiarę… Chyba nie wierzę i … Nie wiem, po co tu przyszłam? Nie wierzę, tak i nie żałuję. Proszę mi wybaczyć, że zabieram czas…

   Profil  nie poruszył się.

   -  Ja, Teodora z Kolonii; i to jest moich siedem grzechów: jestem głupią, zabobonną kobietą, zarozumiałą, niewierną, lubię wypić w łóżku i się pieścić do rana , i lubię pieniądze, ale, ojcze kocham mojego syna, tak kocham Aleksego. Chyba strach o niego sprowadził mnie tu, dlatego proszę … Ojcze, żałuję za grzechy …

   -  Powiedz coś o sobie, jeżeli możesz.

   - Niczego nie żałuję, ojcze, niczego… I nie czuję żadnej skruchy. To jest szaleństwo! Szaleństwo! Może gdybym mogła, gdybym umiała się modlić. Przecież umiałam i wierzyłam … Moja mama była wierząca i prowadzała mnie, kiedy byłam dziewczynką do wiejskiego kościoła, tam daleko, daleko w Jonie Kolonii był mój dom z sosnowych bali i w tym drewnianym domu przyszłam na świat. Tam w Polsce, na  Joniec Kolonii; moja mama poznała Niemca, Maksa Kiesh i zakochała się w nim; dlaczego Niemca? Bo jego ojciec był niemieckim kupcem; przyjeżdżał do polskiej wsi kupić jakieś skóry cielęce, jakieś meble, bo on handlował wszystkim, no i tak poznał Annę Kosecką; zabrał ją ze sobą do Saksonii. Jeszcze przed wybuchem wojny zdążyli wrócić i wzięli ślub… I z tego powodu narodził się Maks: Polak i Niemiec, a Maks znowu pokochał moją matkę, Jadwigę z domu Makowska…       

   - Rozumiem, ale, to co nazywasz zabobonem, może być wiarą. Czy  wierzysz w zmartwychwstanie Jezusa?

  

    - Ekscelencjo… Maks po wojnie był ścigany przez Akowców, głównie, ukrywał się w słomianych stertach… I  wydostał się z  polskiego piekła. Mama przekupiła milicję i bezpiekę. Wyjechał do  niemieckiej Kolonii, gdzie było ich rodowe gniazdo. Przysyłał listy do mamy, prosił, aby zabrała mnie i brata Stefana… żeby przyjechała, żeby zostawiła wszystko;

 on jest bogaty, tylko żeby zabrała dzieci, bo tęskni, tak bardzo prosił, błagał, ale matka nie, nie i nie!… Ona zostaje w Polsce, bo tu na Kolonii jest jej dom… Nie, i nie pozwoliła mnie jechać i Stefanowi też, który wreszcie, po wielu latach studiował  na politechnice  …

    A po studiach podjął pracę w fabryce mebli… Pisuje do mnie  jakieś bzdury wierutne, że dygnitarzem jest partyjnym, ale paski parciane widzi przy sobie, kiedy się budzi… Paski parciane na rękach i nogach, i sufit wysoko sklepiony … Ojcze Wielebny,   mój brat, Stefan, pisze do mnie, do Londynu  o paskach parcianych; to jest jakieś psychiczne roz… rozwydrzenie: Sufit wysoko sklepiony, a cienie w szeregach po trzy, po trzy…   Paski parciane przy mnie i sufit wysoko sklepiony, a   cienie w szeregach po trzy… Rozejrzałem się po Sali… Drzwi były bez klamek, ogacone ciemną materią, skóropodobną. Na sąsiednim łóżku siedział gość,

przecierał oczy palcami, ziewnął, chrząknął, poprawił włosyręką i wpatrzył się we mnie; przez chwilę nasze spojrzenia zderzyły się: A niech cię piorun spali! To przecież Antoni Boruch, prezes „Solidarności” w Fabryce Mebli! Odwróciłem twarz i tak siedziałem odrętwiały wpatrzony w okno zakratowane, zalane porannym słońcem i te kraty widziały mi się jako cienie zwisających pędów asparagusa: To wszystko prawda, to nie jest sen – myślałem – jestem z prezesem Boruchem… Prezes  chrząknął, zachichotał i zawołał zaczepnie:     Stefan! To ty?

   Krew uderzyła mi do skroni, buchnęła do nóg, wreszcie drzwi się otwarły:

   - Co tu się dzieje?! Co wam dolega, wujek? – zapytał przystojny w drzwiach.

   - Papierosa, zapalić – powiedział prezes delikatnie.

   - Szczać! – zawołał  ktoś z sali.  I już chłopaki poderwali się z łóżek, ustawili w kolejce i pryskali, tupali bosymi piętami. Ja nie wstałem, nawet nie poruszyłem się. Wciąż leżałem zasłuchany w przyspieszone bicie serca, w muzykę szumów, szmerów za tym rozświetlonym oknem, za kratownicą cieniów z asparagusa i to światło uśpiło mnie, a śniło mi się, że Boruch przemawia do zgromadzonych w hali fabrycznej; stoi na podium ustawionym ze skrzynek telewizyjnych w surowym stanie i mówi zachrypłym głosem: Każdy kij ma dwa  końce, proszę was, ale ja jestem za wielkim ogniem, tym który ogrzewa nasze mieszkania, nasze lokale biur i  nasze serca i umysły… Dziś, proszę was, miło jest nam podpisać urzędowy papierek, poruszyć ambicje robotnika lub starszego referenta, ale co się  dzieje, kiedy ogień w piecu zgaśnie? Wszystkich nas diabli biorą i ludzkie twarze wykrzywiają się… Boruch machnął ręką i zszedł z mównicy, a wtedy ktoś szarpnął mnie za ramię.

   - E,  ty! Przyrosłeś?

   -  Stefan jestem … I  chcę  wyjaśnić, wytłumaczyć się…

   -  Wyłaź z wyra – powiedział przystojniak z płachtą papierów w ręce – Odpryskaj się do wiaderka i przemyj oczy – dorzucił w drzwiach. Nie poruszyłem się, bo mi się nie chciało, nic mi się nie chciało, a  prawdę mówiąc, chciałem się zapaść pod ziemię. Gdybym miał telefon pod ręką, to bym zadzwonił do sekretarza Bartuzina,  patrona „partyjnych bokserów”, ten na pewno coś by pomyślał, ale co? U Bartuzina też miałem kreskę za przemówienie przy wręczaniu dyplomów weteranom pracy: Natężyłem rozum, skupiłem się totalnie i przywołałem salę nabitą ludźmi; za stołem prezydialnym siedział dyrektor Zdzisław Szymański, po mojej prawej ręce; po lewej ręce sekretarz, Bartosik i jeszcze na przyczepkę prezes  Wierzba od drobnego rzemiosła, TW „SOWA”; sekretarz dzielnicowy , Bartuzin się mnie pyta:  A gdzie jest prezes Boruch?

   - Nie ma Bo… rucha – ja mówię i wstaję, wycieram pot z czoła, nos dokładnie wycieram chusteczką, składam chusteczkę i chowam do wewnętrznej kieszeni, i mówię już do zebranych, którzy siedzą wpatrzeni we mnie, ale o czym myślą? Tego ja nie wiem. Mogę się tylko domyślać, o czym myśli Szczepan: O panienkach pięknych jak anioły skrzydlate i że…  że jestem głupi palant! Ale ja mówię do zebranych, bo muszę skoro tu stoję, bo tu postawiła mnie  zjednoczona  Siła Narodu! Mówię: Otwierając dzisiejszą uroczystość, nasze uroczyste spot… kanie : Witam przybyłych gości… sekretarza dzielnicowego zjednoczonej partii… Witam zasłużonych, którzy siedzą z nami tu; zasłużonych dla  socjalistycznej fabryki, dla socjalistycznej Polski: I myślę sobie -  oni siedzą, a inni stoją  i myślami są z tymi, którzy też siedzieli w 1947/ 1948/ 1968/ 1976/ 1981/ 1983 i z całym narodem, który siedział i myślał o tych, którzy siedzą… nie stoją… a potem do nich strzelają bezpieki …  Nasze uroczyste spotkanie, towarzysze,  zbiega się … zbiega się … I jak „Kamień na kamieniu”   Myśliwskiego; jak „kamieni kupa i chuj… dupa,  do wody”… : Czuję, że się zapadam,  tracę grunt. Trzymam się stołu, wygładzam sukno czerwone, przewracam kartki jedna za drugą, powtarzam jeszcze dla zyskania czasu tylko w myślach: „chuj…  dupa i do wody „  i zbiega się, zbiega z myślącymi … towarzyszu sekretarzu …

   - Nie zbiega się… w ogóle … towarzyszu Stefanie - z całym narodem…  – powiedział sekretarz podając mi rękę na pożegnanie, kiedy staliśmy przed jego służbową wołgą.

     I znowu ktoś szarpnął mnie za ramię: - Ty, wstawaj! Napij się czarnego i wstawaj, wujek, bo każe  cię służbowym  batem … - postawił przede mną blaszany garnek.

   Zostałem sam i cienie kuliste pogasły. Szare sklepienie gniotło, wgniatało w żelazne łoże. Naciągnąłem pod brodę kraciasty koc i kończyłem to fatalne przemówienie: Jesteście, towarzysze, ofiarami – w myślach tylko – ofiarami gównianego  systemu – ofiarami pracy i obywatelskiej postawy, dlatego Rada Państwa i minister naszego resortu, no i kierownictwo związkowe w dowód … w dowód uszanowania przyznały wam odznaczenia państwowe i związkowe; Wam tutaj dziś zebranym w imieniu… w imieniu czynników politycznych i osobiście składam gratulacje…

      A może lepiej powiadomić Bolka Pietruszkę, żołnierza AK. On teraz już pewno jest pułkownikiem, a może i generałem  niezłomnym, bo zawsze był mocarny, choć napoleońskiego wzrostu… Z Bolkiem pasaliśmy krowy na Chrapach, a czasem w Łęgach. W rowie pancernym grało się w „niebo i piekło”, a krowy żerowały na całości; od lasu Grabskiego po torfowiska Chorlągów; chleba pajdkę posmarowaną cienko smalczykiem zagryzłeś albo i nie, ale byłeś u siebie, na swoim wśród łąk i lasów… Nie trapiły cię myśli o sprawozdaniach, planach produkcji i że jakiś tam dupek partyjny wejdzie albo będzie truł przez telefon, że masz to albo tamto! Że  flagi masz  wywiesić, a głównie te czerwone… i że ośrodek w Zgonie nie wykończony… I rzeczywiście, co z tym ośrodkiem?

 

      Kiedy zdałam maturę, napisałam do ojca, że jadę… Jestem dziś bardzo zmęczona, Ojcze Wielebny, wyczerpana… Chcę, żeby wszystko było jak dawniej, żeby czas się zatrzymał…

      - Gdybyś odważyła się zrezygnować, to może odzyskałabyś spokój – Usłyszała słowa, których się przestraszyła. – Zrezygnować z  Salvadora?  Nie, nie!  On jest moja jedyną wiecznością! - Zobaczyła siebie w roli niewiasty strojnej w korale i pióra.                                                  

    Pełzając przed fallicznym totemem na brzuchu ofiarowała swoje ciało prymitywnemu bóstwu; sprzedała swoją urodę, swoją młodość, ale okrutny fallus milczał. Patrzyła przerażona na kamienną twarz i widziała w niej rysy Salvadora.   - Nie mogę, ekscelencjo, on musi żyć i malować - Rozejrzała się dokoła, jak gdyby spodziewając się nagany ze strony malowanych świętych. I zobaczyła trzy zbite rzędy aut pełzających centymetr po centymetrze. Ugrzęzła w samym środku zatoru na Piccadylli. Gdy się wydostała i mogła jechać, marzenia wróciły, ale w innej tonacji: Zobaczyła go pośród wielu łóżek. Podparty wysoko na poduszkach wydawał się jej jakiś skurczony.

   – Wszystko będzie dobrze, będzie tak jak było – powiedziała czule.    Wyproszona opryskliwie przez siostrę, poszła posłuszna i pokorna.

 

   Zgrzyt hamulców przywołał ją do rzeczywistości. Wjechała na rondo Sloane Square prawym pasem, zamiast lewym. Wysoki i otyły boy zatarasował jej drogę. Stała w poprzek jezdni. Czekała zrezygnowana na wymówki, ale jak zwykle w podobnych sytuacjach jej szyk i uroda podparte literami CD zapobiegły komplikacjom. Groźny wyraz twarzy oficera ustąpił  i została wyprowadzona z zatoru.

   Kiedy jechała już wzdłuż Kings Road Chelsea, a której od trzech tygodni nie śmiała przekroczyć, bo była blisko mieszkania i pracowni Salvadora. Z

 duszą na ramieniu skręciła w boczną ulicę i wjechała do małego skweru.

Zaparkowała wóz i patrzyła przez kwadratowy plac porośnięty trawą na opuszczony budynek. Kiedy wysiadła, mały chłopak wybałuszył na nią oczy i wsadził dwa palce do ust. Przeszła przez  wytarty trawnik i zatrzymała się pod spaczonymi drzwiami. Mosiężna klamka błyszczała w bladym londyńskim słońcu. Onieśmielała ją swoim blaskiem. Wiedziała też, że czarna koronka na jej głowie była przesadna, zbyt dramatyczna: Wyglądam jak namiętna i łakoma Izabell  Goi – pomyślała i z bijącym sercem wyciągnęła rękę; dotknęła klamki. Drzwi  otworzyły się same, bezgłośnie, jak w filmie. Spodziewała się dziwacznych stworów, pajęczyn i szepcących posągów.

   Stał przed sztalugą w blednącym świetle zapadającego zmierzchu i malował. Kiedy ją zobaczył, zakręcił się wokół siebie. Przelotny grymas zastąpił mu uśmiech powitania. Chciał podbiec w jej stronę, ale zatrzymał go jej głos:  Salwador! – pomyślała, że krzyczy, ale to był tylko szept:

   Żyjesz?

                                  POWRÓT  Z  SAFARI

    Głośnik w rogu hangaru zadudnił: Uwaga! British Airways … British … Samolot z Jahanesburga, Nairobi, Chartumu, Rzymu … ląduje … your attenntion, pleas …

   Ujęła mokrą i lodowatą rękę syna w palce: Chodźmy, darling, zobaczyć jak ląduje – powiedziała drżąc jakby z zimna.

   Przywiózł trofea i dużo prezentów: naszyjnik Masai, tarczę i dzidę, ogon koński z rogową rączką służącą do odganiania much, pokaźnej wielkości kokos, zwany „coco de mer” i krotki bat z Karthum dla Aleksa. Inne cenne rzeczy miały nadejść pocztą lotniczą. 

   Aleks nie wypuszczał bata z ręki. Biegał  po salonie i skakał po niemal zdemolowanym mieszkaniu, a gdy mu się już wszystko znudziło, poszedł do łazienki, aby zasypywać ojca pytaniami, bo ten właśnie się golił. Przez resztę wieczoru snuł opowieści przygodowe. Maria słuchała siedząc w teatralnej pozie na foteliku i udawała, że ją to bawi, ale nie słyszała ani słowa, bo nienawidziła w przypływie złości pedantycznego, gardłowego głosu Dietricha, jego akcentu wyższości i dumy: Ja tego nie wytrzymam! Nie zniosę! – krzyczała  do siebie. – Rzucę czymś o ścianę albo się zaraz rozpłaczę! – Zbladła i zamknęła oczy z przerażenia.

   - Mein Kaetzchen  niedobrze się dziś czuje? – przemówił i muskularnymi ramionami objął ją w pasie.

   - To nic, nic, my darling – wyszeptała z bólem.

   Weszła do sypialni grubo po północy. Leżał rozluźniony. Jego pierś i ramiona w bladym świetle nocnej lampy jawiły się niemal czarne na tle białej pościeli. Położyła się obok na kołdrze i wiedziała, że w czarnym, koronkowym desabile’, z rozpuszczonymi włosami jest podniecająca, nawet dla własnego męża. Milczeli  przez jakiś czas. Ona pierwsza odważyła się przemówić: Miałeś miłosne przygody?

   Roześmiał się i oznajmił: Zawsze taka sama, żartobliwa, niedyskretna Polka z Kolinii.

   - Pytam poważnie, Dietrich, chcę wiedzieć, czy miałeś kobiety?

   - Oczywiście i wszystkie szalały za mną!

   - I hebanowe Murzynki?

   - Głównie Hinduski.

   Podparła się łokciami, żeby go lepiej widzieć. Oczy błyszczały jej w półmroku.

   Przy śniadaniu powiedziała panując nad głosem: Wiesz, darling, kocham mężczyznę i chcę być z nim.- Miała łzy w oczach i złościło ją, że się trzęsie.

   - Ty się tym nie martw, bo przecież to nie jest pierwszy raz – powiedział i nie miał zamiaru roztrząsać sprawy na poważnie.

   - Ale ja go kocham!

   - I ja ciebie rozumiem, tylko powiedz mi:  Kto to jest?

   - To nie ma nic do rzeczy.

   -  Więc po co mi mówisz? – spytał  i zaczął jeść. Po chwili powiedział rzeczowo: Czy chodzi o rozwód?

   - Nie, chcę żeby wszystko było po staremu, jakby nic się nie stało.

   - Rozumiem; zapewne ten jegomość jest artystą bez grosza. – Spojrzał na nią z oburzeniem.  - Czy mam rację?

   - To nie jest temat do rozmowy. Ja go kocham! -  oświadczyła i  wstała. Oczy miała we łzach.

  • - Ach tak, kochasz – powiedział i zaraz dodał  - Ale ja nie pozwolę na skandal! Zwłaszcza teraz, kiedy … - urwał  i zaczął smarować kawałek tostu.
  • - –  Tobie się teraz tylko wydaje, że kochasz … ale to minie z czasem. Zapomnisz o nim w Afryce. To jest fascynujący  świat! Ty jesteś dla Afryki stworzona i będziesz tam jak nigdy przedtem szczęśliwa, zapewniam.

   - Nie mogę, Dietrich, nie chcę!

   Zerwał się z krzykiem: Du bist verrucht gerozolen! Sie ist Wahusinnig! Ty oszalałaś! Jak śmiesz mi  mówić! Ty i twoje kretyńskie romanse! Ty … Freifrau von Kersten … Maria, moja żona! Zapominasz o swoich obowiązkach, o pozycji… O moich i swoich przodkach z Koloniidla przypomnienia: Matka Lizy  pochodziła ze zdeklasowanej szlachty mazowieckiej; znaczyli się herbem „Gawron”, a jej ojcem był  Niemiec, Maks Kiesh,  który po roku 1945 cudem przedostał się do rodzinnego Freiburga;  rzecz zdumiewająca, ale pomogli mu byli partyzanci AK. Do niego dojechała Maria, ale dopiero po odwilży w 1956.                                                           

- I am sory, Dietrich – powiedziała cicho i jakby skruszona. – Postaram się później dojechać. Jak tylko się uwolnię.

   - All right – powiedział i zabrał się do jedzenia. Posilony wrócił do tematu. – So be it … Uważam sprawę za załatwioną. Oczywiście, Aleksa zostawiam, jest twój, ale … ostrzegam; moja cierpliwość ma granice. Jeżeli nie przyjedziesz do sześciu miesięcy, przyślesz mi Aleksego jako zakładnika. Ty

przyjedziesz w trzy miesiące po nim. Daję ci tyle czasu, jak ciężarnej

słonicy. Nie przyjedziesz, nie wyślę ani grosza. To będzie ciekawy eksperyment. Zobaczymy, jak długo twoja „wielka miłość” przetrwa na

piętnastu funtach tygodniowo. Ty jesteś przyzwyczajona do luksusu, mein Kaetzchen.

                                                   

                                    AFRYKAŃSKIE SŁONIE

   - Przyjadę – powiedziała. – Nie dla pieniędzy. Nie chciałam. Nie wiedziałam. To był wypadek. Cegła mi spadła…

   - Well – wszedł jej w słowo i wypił łyk kawy. – So be it them. Ale powinnaś mi była powiedzieć dzisiejszej nocy – dodał.  – I am not Sames Forsyth i nie wyobrażam sobie, abym mógł mieć kogoś na własność.

   - To nie potrwa długo – oznajmiła.

   - Zawiadom mnie, jak już będzie po wszystkim.

                                                        

 

                                                        EPILOG

 

 

   Po wyjeździe męża, Teodora spotykała Salvadora tak, jak wtedy, kiedy Dietrich był w Londynie. Czy to była kobieca perwersja, czy mądrość? Ale nie powiedziała, że jej mąż jest już w Afryce. Nie zaprosiła go do swojego mieszkania i nie wyjawiła, że jest teraz żoną ambasadora. Zresztą jego to nic nie obchodziło.

   Teodora von Kersten , z domu Kiesh, zginęła w wypadku samochodowym pod Kapsztadem (kwiecień 2005) i pochowana  w rodzinnym grobie jej ojca, w Kolonii.

    Przed tragicznym zdarzeniem wysłała list z Sout Africa do brata, jakoby powodowana tęsknotą do dalekiego kraju:

      Kochany,  Stefan  – pisała – my będąc w morskiej drodze, a Twój list ląduje u nas na Przylądku Dobrej Nadziei. Dziękuję za niego. Będąc w różnych stronach świata, to przedstawiam sobie nasze wiejskie życie na Joniec Kolonii, jakbym je widziała w „starym kinie” albo w teatrze. Wracamy do Niemiec w kwietniu. Do Polski mamy zamiar dotrzeć na sadzenie ziemniaków. Cieszę się na palenie ogniska, na polskiej ziemi, gdzie się urodziłam. Będziemy znowu słuchać starych lip i szumu wody spadającej ze stawideł przy młynie.

 

   Załączam foto malowanych przeze mnie w oleju słoneczników, afrykańskich gęsi, które uchowałam od małego.

 

Twoja Teodora 

    ''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''

     Fragmenty powieści przygotowywanej do druku                                                 

 

Pin It