Michał Majewski




ODNALEŹĆ SIEBIE

 

                                                                                                                                                                                 

1.    VICTOR

Ryszard Stryjec
Ryszard Stryjec
Było to gdzieś w połowie pierwszej klasy liceum, jakoś tak wczesną jesienią, kiedy to po przybyciu do nowej szkoły poznawaliśmy się nawzajem i zawiązywaliśmy liczne znajomości, z których niektóre miały przetrwać całe lata, owocując przyjaźniami trwalszymi niż stal, będącymi wartością samą w sobie, której nie kupiłoby się za żadne pieniądze tego świata.

Tak zawsze bywa, kiedy przychodzi się do nowej szkoły. Wszyscy wiemy, jak to wygląda.

W naszym przypadku nie było inaczej.

Młodzieńcza intuicja rzadko się myli – każdy z nas wyczuwał szybko bratnią duszę lub kogoś, kogo należało omijać szerokim łukiem albo też i takich, w których tkwiła jakaś niewypowiedziana tajemnica, przedziwny mrok, spowity w zacięte, uporczywe milczenie, co razem sprawiało, że oddzielała ich od nas, wesołych i beztroskich, niewidzialna bariera i chłodny, nieokreślony dystans, którego nikt na siłę nie skracał, bo prawdę mówiąc, nikomu na tym nie zależało. Każdy wie, o czym mówię. Chodzi mi o to, co powszechnie zwie się sympatią lub antypatią.

Czasem od pierwszych minut wyczuwamy, że kogoś lubimy, coś w nim pociąga nas, zachwyca, intryguje i przyciąga, albo, patrząc na drugą stronę medalu, pojawia się nagle przedziwna niechęć i kłębowisko jakichś nienazwanych, negatywnych, mętnych odczuć, które wnet skutecznie odpychając nas od „złego obiektu”, każą sklasyfikować go jako wroga, lub przynajmniej kogoś nieciekawego, na kogo szkoda czasu i zachodu, bo z tego i tak przyjaźni nie będzie…

 

Tak właśnie wyglądał przypadek Victora.

Przypadek osobliwy, nieprzeciętny.

To poniekąd o nim ta historia.

Gdzieś także i o mnie.

 

O nas, i o innych. I o tym, że w życiu nigdy nic nie wiadomo na pewno. To jedyna pewność, jaką mamy. Pewność w braku pewności. Nie ma nic stałego i uświęconego prawem dania raz na zawsze – wszystko płynie jak rzeka miliona tajemnic i każdego dnia zmienia się w czasie i przestrzeni, ulegając wiecznym przemianom i naturalnej dynamice, która czyni nasze losy trudnymi do przewidzenia, i tym samym nakazuje naturalną pokorę wobec rzeczy, które nas, zwykłych ludzi, przerastają i są zagadką nie do rozwiązania, co z kolei czyni nas bezbronnymi wobec bezlitosnego przeznaczenia i jego przewrotnej potęgi.

Kto wtedy wiedział, że okres liceum dla wielu z nas będzie ostatnią chwilą beztroski?

Któż mógł przewidzieć, że niebawem coś odejdzie w niebyt na zawsze, stając się historią?

Czy ktoś z nas czuł, że to swoiste pożegnanie lat wesołych i pozbawionych bólu?

Nigdy nie poznałem myśli Victora.

Jeśli istnieje zadanie nie do rozwiązania z wieloma niewiadomymi, on nim właśnie był.

Nie miałem pojęcia, co dzieje się w jego głowie. Z pewnością nic przyjemnego, skoro tkwiła w niej para smutnych, przerażająco przygnębionych, brązowych oczu, spoglądających na wszystko chłodno i bez emocji, jak gdyby nie było w nich wcale życia, była za to nieskończona pustka, jaką można dostrzec bez trudu na marmurowych twarzach posągów, i cierpienie, wyraźne, wyczuwalne, wręcz namacalne w swej dziwacznej głębi…

Nikt z nas go nie lubił.

Napawał nas jakimś dusznym niepokojem. Nikt z nas nigdy nie dowiedział się, co on o tym wszystkim myślał i jak nas postrzegał. Wzdrygaliśmy się na myśl o tym, co w nim siedzi i kim jest naprawdę, i ten smutek, który był wówczas nim, odpychał nas od niego, jak od czegoś, czego lepiej nie poznawać i od czego lepiej trzymać się jak najdalej, jak od dziwnej, zakaźnej choroby, która może zainfekować nasze zdrowe ciała i umysły, by pewnego dnia upodobnić nas do niego…

Trochę się go baliśmy – nie jako człowieka, lecz jako tajemnicy. To, co nosił w swym sercu i duszy było jak wiatr – nie widziało się tego, lecz czuło. Miał w sobie coś, co nazwałbym dziś „obszarem, na który nie ma wstępu”. Przez jakiś czas nikt tej granicy nie przekroczył. Ale nic nie trwa wiecznie, pamiętacie? Życie nie znosi próżni. To musiało kiedyś pęknąć, ale o tym później.

On był naprawdę dziwny, dziwny i nieodgadniony.

Mało mówił, prawie wcale – tylko wtedy, kiedy musiał. Najczęściej uporczywie milczał, stojąc gdzieś samotnie na korytarzu, w trakcie przerwy, podczas, gdy my wybuchaliśmy co chwila gromkim, ogłuszającym śmiechem, radośni i swobodni niczym zdrowe tchnienie młodości, i kiedy potem byliśmy już wszyscy w klasie, on cicho zajmował ostatnią ławkę, jakby nie chcąc zwracać na siebie uwagi, bo w głębi czuł, że to ośla ławka, jemu tylko pisana, dla niego stworzona, w której nikt za żadne pieniądze tego świata nie usiadłby z nim, nawet, gdyby mu grożono, w taki lub inny sposób…

Nikt z nas nie chciał być Victorem.

Nikt nie chciał upaść tak nisko. Nikt nawet nie wiedział, co pod pojęciem „upadku” rozumiał, ale ochoczo i gorliwie słał wrogie spojrzenia w kierunku „nieproszonego gościa.” Proste i jakże okrutne. Okrutne jak myślenie młodych. Jak młodość, która chce tylko zabawy i użycia, i kiedy widzi odmienność, atakuje i szydzi, chociaż do końca nie wie, co atakuje i co jest obiektem bezlitosnej drwiny.

„Elvis właśnie przyleciał z Chicago i nadal bolą go ramiona” – pamiętam jakby to było wczoraj, jakby zaledwie dzień wcześniej dowcip ten krążył wśród ludzi i budził nagłą, niepohamowaną wesołość. Lecz to było bardzo dawno temu i wszystkim, co teraz pamiętam i co mogę na ten temat rzec, to wspomnieć prosty fakt, że tylko Victor, jako jedyny, nie śmiał się wtedy, patrząc na nas dziwnie spod oka w niemym, nic niewyrażającym zdziwieniu, z pustką w oczach, która wyraźnie mówiła nam, że jego świat nie jest naszym i że nie jesteśmy z tej samej gliny.

My byliśmy w porządku, byliśmy ok. My z dobrych domów, elita szkoły. Kwiat młodzieży, nadzieja narodu. Przyszli panowie świata. Tak wówczas myśleliśmy. Wtedy, w liceum, w którym narodziła się ta nienawiść. W tych murach, na tych korytarzach, w tamtych klasach, za niemym przyzwoleniem nauczycieli – ludzi byle jakich, miałkich, powierzchownych, nie wartych zapamiętania.

Kiedy pod koniec roku szkolnego odbieraliśmy z dumą i triumfem w oczach nasze świadectwa z czerwonym paskiem i dużym, kolorowym dyplomem za bardzo dobre wyniki w nauce, on jako ostatni z ostatnich, z pustką na twarzy i utkwionym w ziemię smętnym, bezosobowym spojrzeniem pobitego sękatym kijem burego psa, brał w milczeniu to, co świadczyło boleśnie o tym, że daleko mu do nas, że jest mierny, słaby i jego nietęga głowa nie jest stworzona do nauki, może nie nadaje się do niczego – każdy z nas wiedział, że miał prawie same trójki i kilka mocno naciągniętych czwórek i było to wszystko, na co go było wtedy stać i co mógł osiągnąć własnymi siłami.

Nie będę wciskał kitu, jeśli powiem, że był gorzej niż przeciętny.

Był dla nas jak mdłe powietrze w środku lipca na betonowym, pełnym oleistych plam chodniku. W jego przypadku słowo „przeciętność” mogło zabrzmieć jak słaby, upadlający komplement, który wypowiedziany przez zjadliwego komentatora zjawisk pospolitych i nic nieznaczących, zabrzmiałby jak pochwała ociężałego słonia, który zatańczył nieudolnie i pokracznie taniec swego życia w przysłowiowym składzie porcelany, dewastując ją niemiłosiernie i skazując się na wieczne kpiny tych, którzy sztukę tańca mają w małym palcu i nie znają pojęcia litości.

Jak my wtedy. Jak my, dumni i wielcy, nowocześni chłopcy – nadzieja ludzkości.

Litość? A co to było? Abstrakt? Słowo z innego języka? Bzdura czy żart? Coś w tym stylu.

Nikt nas nie nauczył, że tak można.

Nikt nie myślał wiele o nim.

A on? Śmiał zbyć nas milczeniem? Mieliśmy dać mu szansę, powiedzieć, że jest jednym z nas, choć nigdy nie był? Po co? A niby, czemu? Nawet nie wiedzieliśmy, czy w ogóle nas dostrzegał. Stąd brała się ta nienawiść. Stąd i z jego inności. Z tego, że patrzył na nas bez emocji, chłodno i bez podziwu.

Tak, bez podziwu. Pragnęliśmy go – to pewne, rzecz jasna! Aby pewnego dnia uznał naszą wyższość! Byliśmy przecież solą tej ziemi! My, lwy przyszłości, ludzie, którzy kiedyś wezmą w posiadanie ten kraj! Nam należał się podziw i głów pochylenie! A jednak znalazł się ktoś, kto nas nie zauważył, choć widział nas codziennie. Zignorował nas i nasze ego. Puste powietrze – o to czym dla niego byliśmy! Po prostu był na nas ślepy i głuchy. Pustka? Tak?

To my dla niego! My, wtedy, w tamtym liceum. Nie widział nas.

Żył swoim własnym, wewnętrznym życiem, w którym nie było miejsca dla obcych.

Wychodził po lekcjach sam, nie mówiąc nic.

Szedł potem w dół, po długich, kamiennych schodach, wiodących do dzielnicy nad rzeką.

Tam mieszkał.

Zawsze sam – i przed lekcjami, i po nich.

Nigdy nie widziano go z żadną inną osobą.

Smutny, choć wzbudzający agresję, przygnębiony, choć niewzbudzający litości, spokojny, choć wokół niego gotowało się, cichy, choć proszący, by poznać, jak brzmi ludzki krzyk.

Kim był? Kim był naprawdę? Kim był Victor?

Pewnego dnia ktoś na to wpadł…

Niechcąco, niby przez przypadek.

Zbieg okoliczności? Może…Wiecie, o czym mówię – tego nikt z nas nie planował.

Tego nie można było ukartować. To po prostu się stało. Kiedy dokładnie? Myślę, że wiosną, w pierwszej klasie. To musiało być właśnie wtedy. Tamtej wiosny. Takich rzeczy się nie zapomina.

Była powódź, pamiętacie? Gwałtowna, brutalna, nieprzewidywalna. Te obrazy śnią mi się do dziś. Rano budzę się mokry od potu. Czasem w nocy wołam o pomoc…Z lękiem, jakiego nigdy nie doświadczyliście.

Woda zaatakowała wszystko, co stało na jej drodze. Była żółta, brudna i podła. Płynęły martwe krowy, konie i wyrwane z korzeniami drzewa.

Któregoś dnia, kiedy stałem na brzegu i patrzyłem na cały ten horror, obok mnie przepłynął jakiś fioletowy, rozkładający się, sinawy topielec…

Padały metalowe mosty, grube wały i zalewane były całe osiedla. Prawdziwy kataklizm, pogrom, masakra. Piekło bywa tuż obok. Zalało tych, co mieszkali niżej. Tam, nad samą rzeką. Niżej niż my, ludzie z miasta. My nie ucierpieliśmy. Nasi ojcowie mieli na to wzgląd – potrafili wyczuć, że rzeka może kiedyś wylać i narobić problemów tym, którzy mieszkali w jej pobliżu. Nigdy nic nie wiadomo. Z żywiołem nie ma żartów. To trzeba mieć w garści, albo się przegra. Ale z tym się człowiek rodzi – albo jest się twardzielem, albo jest się nikim.

To ma się w sobie – jest się panem sytuacji lub jej ofiarą. Nasi ojcowie wiedzieli, co z tym fantem zrobić.

Dlatego zalało dom Victora, a nie nasz.

Jego dosięgła ta koszmarna powódź. Woda daje do myślenia. Uświadamia człowiekowi jego bezradność i słabość wobec siły natury. I wtedy wiesz, że coś tu poszło nie tak. Nie masz już wątpliwości – ktoś traci, ktoś zyskuje.

Kiedy woda zaczęła z wolna opadać, pewnego dnia jeden z nas, Mac, przyszedłszy do szkoły, wyrzucił z siebie swobodnie potok słów:

- Wiecie kogo wczoraj widziałem w mojej okolicy?

- No kogo? Kogo? – odezwały się nagle ciekawskie głosy.

- Victora! Naszego Victora!

- No i?

- I złapałem go na tym, jak grzebał w śmietnikach i pakował coś do dużych, czarnych, foliowych toreb, które zawiązywał u góry sznurkiem. Wkładał tam butelki, papier i puszki po piwie czy innych napojach. Potem szedł z tym, objuczony jak jakiś wielbłąd, gdzieś przed siebie. Czyż to nie dziwne? Porąbane, nie?

- No… - odpowiedzieliśmy, jeszcze nie wiedząc, co o tym sądzić.

- I kiedy już to popakował w te worki, to poszedł z tym, jak z jakimś skarbem. Mówię wam to! Jak ze skarbem, który coś dla ciebie znaczy! Miał w sobie coś ze zwycięzcy. W szkole nigdy nie widzieliście go takiego! To było coś nowego! On potrafi się uśmiechać. Ja tak wyglądam, kiedy drapię sobie plecy w trakcie kąpieli taką specjalną szczotką ze złotą rączką, za którą mój stary zapłacił kupę forsy chyba w Meksyku czy gdzieś w tamtych stronach! – zapiał egzaltowanym altem Mac, ocierając dłonią pot z czoła, dysząc jakby przebiegł właśnie dziesięć kilometrów bez butów po kocich łbach.

- I co dalej? – zapytałem nagle, bo byłem po prostu ciekaw.

- Poszedł z tym wszystkim do skupu. Sprzedał butelki, papier i puszki. Jak to już zrobił, wrócił do domu. Schował pieniądze do kieszeni. Wiem to, bo szedłem za nim. Byłem ciekaw. Dziwne, nie? Jakieś podejrzane…

- Może…. – ktoś się odezwał.

- Sprawdzimy go? – spytał niespodziewanie Duży Mick.

- Że coś za tym stoi?

- No.

- Dobra.

- Zróbmy to któregoś dnia po budzie. Ja już wyłapałem tę porę, kiedy on zbiera te śmieci i je sprzedaje. To jest prawie zaraz po szkole. Możemy za nim pójść… - oznajmił Mac.

- Pójdziemy – zadecydowałem.

- Ok.

- Jutro?

- Jutro.

- Ciekawe…

- Zagadka, nie chłopaki?

- Najwyżej trochę poczekamy aż wyjdzie z domu. Może tam trochę posiedzieć – rzekł Mac.

- To nie problem.

- Pewnie – odpowiedzieli inni.

- No i fajnie.

- Wiecie, gdzie dokładnie mieszka? – zapytałem.

- Klonowa 15.

- Idziemy! – krzyknęli wszyscy.

- Ale każdy z innej strony, jasne? Żeby nas nie zauważył. Ten dom jest na rogu ulicy. Taki mały, żółty, z czarną bramą. Znam to miejsce – rzekłem. – Będziemy obserwować go z kilku miejsc naraz. Jak już ruszy, będziemy szli za nim, ale tak, jakbyśmy się wcale nie znali. I jeśli się odwróci, natychmiast i my się odwracamy – do ściany, w drugą stronę, gdziekolwiek. On nie może nas wyczuć. To jedyna szansa, żeby się czegoś o nim dowiedzieć. Wkurza mnie ta niepewność. Kto to? Czemu jest taki dziwaczny? Nie znamy go w ogóle. Chcę to zrobić. Mam jakąś ciekawość. On nas wodzi za nos. Ja nie powiem wam nawet dwóch zdań o nim. Dla mnie to znak zapytania. Nie wiem, kto to. Nie mogę go rozpracować.

- Trudno go wyczuć – rzekł Duży Mick.

- Tak… - odparli inni. – Jego trzeba odbadać.

- Więc to zrobimy.

- Tak. Na pewno.

- Jutro, jak ustalone – odrzekliśmy wszyscy spontanicznie.

- Po szkole.

- Pójdziemy za nim…

- Ale czad!

- I tak ma być!

Zrobiliśmy to, co zostało zaplanowane.

Gdy lekcje się skończyły, byliśmy gotowi do akcji – spokojni i pewni siebie.

Śledziliśmy Victora cały czas, aż do jego domu, gdzie zniknął na jakąś godzinę, by potem, nieoczekiwanie wyjść na ulicę z naręczem czarnych, plastikowych worków na śmiecie i ruszyć przed siebie krokiem pewnym, zdecydowanym, męskim…z nowym błyskiem w oku, jak gdyby za chwilę miał walczyć o wszystko.

Tym nas zaskoczył. Powalił na łopatki i przez chwilę trudno było cokolwiek powiedzieć.

Oszołomieni, patrzyliśmy…

Nie był w tamtej przedziwnej chwili tym niemrawym, zakompleksionym, zaszczutym przez nas i poniekąd także przez niektórych mniej kulturalnych, złośliwych i mało rozgarniętych nauczycieli chłopakiem, którego znaliśmy tak dobrze ze szkoły i który nie wiedział, co zrobić z oczami, kiedy się na niego patrzyło lub milczał uparcie, kiedy ktoś zadawał mu jakieś mało ważne pytania – teraz była w nim jakaś niepospolita siła i surowa determinacja, która szybko rzuciła się nam w oczy, i którą poczuliśmy jako coś, co zwykle towarzyszy poczynaniom prawdziwych mężczyzn, którzy doskonale wiedzą, czego chcą od życia i nigdy nie wahają się powalczyć, by to w końcu dostać, bez względu na konsekwencje.

Przez chwilę każdy z nas mu zazdrościł.

W jakiś nieokreślony bliżej sposób zaimponował nam, zaimponował i poruszył. On to w sobie miał – wtedy, tamtego dnia, kiedy go obserwowaliśmy. Był jak wojownik – tak o nim wówczas pomyślałem.

Kiedy tak na niego patrzeliśmy, jak szedł dumnie ulicą, wszyscy pojęliśmy, że to nie mały, przeciętny chłopiec - już nim nie był, to się nagle zatrzymało.

Gdzieś nieoczekiwanie, po wyjściu z naszej toksycznej budy przeistoczył się w dorosłego mężczyznę, który miał w głowie jakiś jasny i przejrzysty plan, miał go na pewno – widać to było w każdym jego ruchu, wyraźnie i ewidentnie, jak kroczył pewną stopą po twardym chodniku, twardym, jak życie człowieka, które było wokół nas i nie oszczędzało nikogo…

Nikogo? Może nie wszystkich. Nas tak, nas - nowoczesnych chłopców z dobrych rodzin - na pewno. My żyliśmy pod bezpiecznym kloszem. Ale czy i innych? Kim byli „ci inni?” Ilu z nich żyło między nami? Jak można było ich rozpoznać? Czy było to w ogóle możliwe?

Kiedy potem, ku potwornemu zdumieniu zauważyliśmy, że chodzi od śmietnika do śmietnika, jakby od tej czynności zależało całe jego życie, i wrzuca coś zapamiętale do swych czarnych, foliowych toreb (tym czymś były butelki, puszki i papier), gdzieś nagle uleciało nasze zaskoczenie, nasz chwilowy podziw dla jego „przemiany”, i to, że przez chwilę myśleliśmy o nim, jak o kimś twardym i męskim.

Teraz był dla nas znów tym Victorem, którego znaliśmy ze szkoły – nikim specjalnym, chodząca pustką i życiową miernotą.

Śmieciarzem.

Kloszardem.

Dziwakiem.

Patrzeliśmy na jego „proceder” z politowaniem i kpiąc sobie z tego, co ujrzeliśmy, wróciliśmy beznamiętnie do naszych domów, by następnego dnia zacząć coś, co miało na dłuższą metę zaowocować nieoczekiwanymi wydarzeniami, których żadną miarą nie można było już zatrzymać…

Pamiętam, że zaczął Ben.

Zawsze lubował się w ostrych żartach.

Był samorodnym prostakiem, którego wychowywała ulica.

Na ławce Victora postawił trzy puszki po piwie i położył obok kartkę, na której napisał:

„Śmieci dla śmieciarza”.

Na którejś z przerw ktoś podrzucił jakieś stare szmaty, podarty, zużyty lewy but oraz dwie gazety i flamastrem nabazgrał na krześle:

„Poszukuję czyściciela śmietnika”.

Potem była torba pełna butelek, jakieś wyczerpane baterie, okulary bez szkieł…

I objaśnienie, które napisano na kawałku gazety:

„Śmiecioholizm szkodzi!”

Innym razem pojawiła się rolka papieru toaletowego z napisem:

„Mam jeszcze kupę do zrobienia”.

Szczytem wszystkiego była wylana wprost na ławkę fasola z puszki i obok potężny opis:

„Jedz fasolę, kraj potrzebuje GAZU!!!”

Ciosem ostatecznym, absolutnie poniżej pasa, była postawiona zamiast krzesła pożółkła muszla klozetowa, którą ów prostak Ben skądś przytargał, opatrzona kretyńskim opisem:

„Poprowadź ten porcelanowy autobus, mistrzu!”

Pewnego dnia, kiedy wezwano mnie do psychologa szkolnego z powodu mojego, jak to ujęto, „nieodpowiedniego i skandalicznego stosunku do nauczycieli i obowiązków szkolnych”, doszło do apogeum…

Victor został dotkliwie pobity i wylądował u lekarza. Podobno upadając na ziemię coś sobie zrobił, bo chwilowo stracił głos. Sprawa wyglądała bardzo poważnie. Diabelnie nieciekawie.

Czasem wystarczy tak mało, by popełnić błąd, który może kosztować wiele…

Tego samego dnia dwóch naszych kolegów, Steve i Mark, wylecieli z hukiem ze szkoły z wilczym biletem za tę całą aferę. Do dziś nie wiem, jak dyrektor wpadł na to, że to była ich sprawka. Może ktoś doniósł? Ale kto i dlaczego? Jaki miałby w tym interes?

Wszystko nie trzymało się kupy…

Na jakiś czas temat Victora zszedł na dalszy plan, ale nie na długo…

To domagało się dalszego ciągu.

Życie jest brutalne i obnaża bezlitośnie wszystkie nasze tajemnice i frustracje w chwili najmniej oczekiwanej, co sprawia, że owo zaskoczenie jest dla nas formą gwałtownej psychicznej lewatywy.

Tym razem ja wkroczyłem do akcji i sprałem Victora, dając niepohamowany upust swym najniższym instynktom. Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Diabeł jest w nas, jest w nas podejrzanie często. Zaćmienie umysłu to nie dzieło człowieka.

Na drugi dzień byłem już niestety byłym uczniem naszego liceum – dyrektor z wrzaskiem i nienawiścią w oku, jakby miał na sobie metalowe kalesony, które mocno go cisnęły, wywalił mnie bezlitośnie na zbity pysk w trybie natychmiastowym, nie słuchając nawet moich lipnych tłumaczeń i ignorując moje dobrze udawane łzy, które były czystym fałszem i nędzną grą kogoś, kto brzytwy się chwyta, tylko po to, żeby uratować chwilowo skórę i niedługo potem wrócić do tego, co robił poprzednio z gorliwością godną potępienia…

I tym razem nie dowiedziałem się, kto doniósł…

Że tak sprawa wyglądała – nie wątpiłem ani przez chwilę.

Miałem poznać prawdę dopiero po wielu latach, kiedy jedna z moich licealnych koleżanek, obecnie znana i szanowana lekarka, spotkana przez mnie przypadkowo na mieście, zwierzyła mi się, że to ona doniosła na tamtych dwóch i na mnie, bo szkoda jej było tego biednego, stłamszonego, dziwacznego Victora i coś natychmiast kazało jej to uczynić. Nie czułem do niej żalu – wręcz przeciwnie – wdzięczność, bo zaczęła coś, co miało okazać się kolejnym rozdziałem mego burzliwego, dziwnego życia.

Kiedy dowiedziałem się całej reszty, poczułem się podle i nieciekawie.

Poczułem pewnie to, co on czuł wielokrotnie, chodząc do naszej toksycznej szkoły – wylęgarni wszelkiego zła i występku. Ale wtedy byłem już kimś innym – człowiekiem zmartwychwstałym, odrodzonym i nowym.

Żyłem już tylko przyszłością i tym, co mogę jeszcze zrobić dla innych…

Spojrzałem na świat nowymi oczami.

Lecz zanim to nastąpiło, miało minąć wiele lat, podczas których poszukiwałem na próżno mego miejsca w życiu i jego sensu. Skutek był żaden. Wciąż przegrywałem…

Pewnego dnia ta męka się skończyła.

Lecz zanim to nastąpiło, musiałem przejść ciężką i długą drogę. Ciernie życia często raniły mnie głęboko, jednak szedłem dalej. Dziś wiem, że było warto. Zawsze to już będę wiedział…

Bo czasem na zegarze naszego życie jest za pięć dwunasta…

 

 

2.    JA, WIECZNY WĘDROWIEC

Moja koleżanka opowiedziała mi wtedy, po wielu latach, z rozbrajającą szczerością, czemu na nas doniosła, co kazało jej to uczynić bez cienia wątpliwości. Była pewna, że musi to zrobić i to zrobiła. To był głos sumienia – tak to nazwała. Głos, którego się nie lekceważy. To nakaz.

Jej historia wstrząsnęła mną...

Kiedyś będąc przypadkowo w sklepie zauważyła w nim Victora, jak stał nieruchomo przy jednej z półek i patrzył beznamiętnie na czekolady, które piętrzyły się na wysokości jego oczu – patrzył długo i w miarę jak mijał czas, jego wzrok stawał się coraz bardziej smutny i pusty.

Wokół nie było nikogo – ruch w sklepie był znikomy.

Nagle ożywił się i drgnął. Obejrzawszy się kilka razy za siebie, gwałtownym ruchem sięgnął po słodycze i błyskawicznie wypchał nimi swe kieszenie aż po brzegi. Spokojnie podszedł do kasy i zapłacił tylko za chleb i masło, które miał w koszyku. Potem szybko zniknął. Nikt nie domyślił się niczego.

Nelly, bo tak nazywała się moja koleżanka, dodała, że wielokrotnie widziała w różnych sklepach, jak Victor kradł jedzenie.

Zawsze było to tylko jedzenie…

Miała przedziwne szczęście spotykać go i obserwować to, co robił.

Przypadek? Może jakaś forma zrządzenia losu.

Nigdy go nie wydała. Jego spotkał lepszy los niż nas, wyrzuconych dyscyplinarnie ze szkoły. Tu jej sumienie zadziałało inaczej. Czyżby jego grzech był mniejszy?

Kiedy po latach rozmawialiśmy, Nelly była już od dawna lubianą i cenioną lekarką w naszym mieście, jak jej matka i ojciec, którzy pracowali w pobliskim szpitalu – on jako chirurg, ona zaś jako anestezjolog – równie cieszący się powszechnym szacunkiem.

Od nich dowiedziała się całej prawdy o Victorze i jego matce…

Nie bezpośrednio. Pewnego dnia podsłuchała ich rozmowę. Takich historii nie zapomina się nigdy – wciąż brzmią w uszach, nawet po wielu latach. Są jak rana, która nie chce się zagoić.

Bo pewne rany nigdy się nie goją, a czas nie jest wcale najlepszym lekarzem – uczy tylko, jak żyć z cierpieniem i jak się z nim oswoić. Tylko tyle i aż tak dużo. Czas nie jest żadnym lekarstwem. Jest jedną z metod. Ból leczy się na wiele sposobów. Jednak nie każdy ból podda się skutecznie kuracji. Nie każdy i nie zawsze…

Nelly powiedziała mi wtedy szczerze i ze wzruszeniem w głosie, jak to było naprawdę z nim i jego matką, i kiedy tego słuchałem, błagałem w duchu, aby przestała, bo ja będę musiał z tym pozostać, a tego nie chciałem, będę zmuszony żyć z tą wiedzą, a to ciężar bolesny, jednak poznałem całą tę historię i wnet wiedziałem, dlaczego wtedy, w liceum, dyrektor dowiedział się od niej o naszych wybrykach i co zmusiło ją do tak stanowczego zachowania…

Na jej miejscu pewnie zrobiłbym to samo. Na pewno. Miała rację i czas zweryfikował jej krok jako słuszny. W ten oto sposób dane mi było poznać całą prawdę…

 

Lecz zanim to nastąpiło, minęło wiele lat, tysiące jałowych dni, w trakcie których bezskutecznie szukałem siebie i walczyłem z własnymi demonami, nawet nie czując, że od lat je w sobie noszę…

 

Kiedy wyrzucono mnie ze szkoły, tułałem po różnych innych, lepszych lub gorszych placówkach edukacyjnych, skąd także niebawem wylatywałem jak z procy za złe zachowanie, częste wagary i brak jakichkolwiek postępów w nauce, której szczerze nienawidziłem.

Dwa razy siedziałem w trzeciej klasie, bo nie zdałem.

Często wdawałem się w idiotyczne bójki, zbyt łatwo dając się sprowokować.

Brałem też chętnie udział w walkach bokserskich w profesjonalnych rękawicach, po lekcjach, na ostatnim piętrze domu, w którym mieszkał jeden z moich kolegów, którzy robili spontanicznie zrzutkę pieniężną i zwycięzca mógł zarobić wtedy trochę grosza, jeśli oczywiście wygrywał, a reszta miała dziką, zdrową radochę, że ogląda na żywo prawdziwy boks i że kto inny dostaje wycisk – ludzi zawsze pociągała przemoc…

Raz nazwałem pewną zdziwaczałą, niezdrowo nawiedzoną i bez przerwy chrząkającą nauczycielkę geografii „starą babą”, ponieważ nie podobała jej się moja dziwaczna, futurystyczna fryzura, za co natychmiast zawieszono mnie w obowiązkach ucznia, co oczywiście spłynęło po mnie jak po tłustej gęsi.

Kiedy indziej, podczas zwiedzania muzeum malarstwa, dla żartu przewróciłem wielki, zabytkowy obraz, przedstawiający jakąś mało mnie obchodzącą bitwę (była to chyba bitwa pod Poitiers, rozegrana między armią frankijską Karola Młota a dzikimi Arabami w 732r.), co nie umknęło uwadze naszej wychowawczyni, za co dostałem później potężną naganę i usłyszałem pełne oburzenia słowa, wypowiadane z pianą na ustach, że jestem wykolejonym degeneratem i powinienem się zacząć leczyć u specjalisty, na co odparłem ze stoickim spokojem, że sama powinna udać się do Instytutu Bieżnikowania Kory Mózgowej.

Miałem na koncie nawet zaśnięcie w teatrze – sztuka była do bani, autor też, nie mówiąc o żenującej i lichej grze aktorów, w których rzuciłem na koniec sztuczną szczęką, którą znalazłem dzień wcześniej obok pływalni, idąc rano do szkoły.

Zaliczyłem także fantastyczny, wręcz boski skok z okna pracowni chemicznej w zimę, w wielką, prawie dwumetrową zaspę, która znajdowała się na naszym boisku szkolnym, kiedy to założyłem się z kolegą, że czynność tę wykonam bez lęku i z odwagą w sercu, bez względu na ewentualne konsekwencje, których nie brałem, rzecz jasna, pod uwagę.

Zawsze miałem ciężki, przytłaczający, impulsywny charakter. Taki młody, gniewny – buntownik bez powodu. Dzikie spojrzenie, dzikie myśli, dziki ja. Kontakt ze mną przypominał pokraczne chodzenie po polu minowym. Po prostu szedłem pod prąd. Mało obchodziło mnie to, co inni o mnie myślą. I to mnie napędzało.

Podczas, gdy inni odczuwali coś na kształt „instynktu stadnego”, ciesząc się życiem w rówieśniczych grupach, ja uporczywie kultywowałem swoją odrębność i odmienność, czując się zawsze i wszędzie indywidualistą i kimś niezdolnym do funkcjonowania w zespołach ludzkich, z których zawsze starałem się jak najszybciej wyodrębnić.

Byłem niezależny i bezkompromisowy – nikomu się nie kłaniałem.

Miałem sztywny kark i perswadowanie mi czegoś wbrew mej woli przypominało jazdę na martwym koniu, który nawet mocno smagany po zadzie, nie chciał ruszyć się z miejsca…

Zawsze musiałem mieć rację i zadawałem się tylko z tymi, którzy byli mi pochlebcami i poddawali się bez szemrania mojej despotycznej naturze.

Znajomych i tzw. przyjaciół nigdy mi nie brakowało.

Miałem jakąś złą charyzmę, która w sposób niemal magnetyczny ściągała do mnie typy słabe, uległe i poszukujące siły.

Trudno było zdobyć moją sympatię, lecz bardzo łatwo było ją stracić.

Od dobrego słowa (było ono rzadkością w mych ustach) do kopniaka przechodziłem niezwykle lekko i gładko, nie odczuwając przy tym jakichkolwiek wyrzutów sumienia.

Nikt nigdy nie dał mi rady – ani nauczyciele, z których się śmiałem w nos i których się nie bałem, ani ojciec, który mnie samotnie wychowywał po tym, jak moja matka uciekła pewnego dnia z kraju z jakimś bogatym Arabem, porzucając nas obu jak parę zdartych, brązowych butów, niewartych funta kłaków. Słabo ją pamiętałem, bo opuściła dom, kiedy miałem sześć lat. Była dla mnie jak sen sprzed dnia narodzin. Może to i lepiej.

Zrazu dopytywałem się ojca o nią dość często, o to, czemu jej nie ma z nami w domu, i zadając mu te wszystkie trudne pytania widziałem jakiś nieprzypadkowo smutny błysk w jego oczach, bo kiedy mi potem tłumaczył, że wyjechała w daleką podróż, która będzie długo trwała, ten jego wzrok mówił mi w jakiś niepojęty i niewyjaśniony sposób, że prawda jest inna i w tej chwili nie mogę jej poznać, gdyż jestem za mały, by to zrozumieć, ponieważ tylko dorośli znają się na takich sprawach.

Któregoś popołudnia zapytałem o nią po raz ostatni…

Nigdy już nie wracałem do tego tematu.

Jak to w życiu bywa prawdy dowiedziałem się od kolegów ze szkoły, w sposób brutalny i odarty z jakiejkolwiek tajemniczości…

Tego dnia ktoś dostał ode mnie solidne lanie.

Choć to nie była jego wina, że moja matka zwiała od nas z tamtym Arabem, bardzo mnie ta cała sprawa zabolała, zwłaszcza fakt, że poza mną wszyscy już od dawna wiedzieli o jej postępku i mieli o czym szemrać za moimi plecami, co później zdarzało się bardzo rzadko i raczej sporadycznie, gdyż wiązało się ściśle z tym, że moja pięść błyskawicznie lądowała na szczęce lub nosie takiego mądrali, który powinien pilnować własnego interesu, zamiast brać na zęby życie innych ludzi.

W tamtym czasie byłem naprawdę zły, zły na cały świat, zły na ojca za to, że nie potrafił utrzymać matki przy sobie i niebawem uroiłem sobie, że to właśnie on ponosi całą winę za jej fatalny wybór…

Ktoś tu musiał zawinić i tym kimś był dla mnie on.

Nasze wzajemne stosunki stały się wówczas bardzo napięte i potężne spięcie wisiało od wielu dni ciężko w powietrzu, bowiem przestałem ostentacyjnie na znak protestu i potępienia odzywać się do niego, chodzić do szkoły, choć byłem w klasie maturalnej i był już prawie koniec roku oraz słuchać jakichkolwiek jego poleceń.

Były dni, kiedy życzyłem mu jak najgorzej – tak było, przyznaję…

Miałem w głowie bardzo mroczne pragnienia. Diabelski cień kładł się szeroko na moim umyśle i duszy. Tonąłem w moim własnym piekle. Zewsząd rechotały demony, upiory, szkaradne i zarazem piękne straszydła…

- Nie czekaj, nie czekaj… - zdawały się szeptać.

- Ruszaj w drogę, uciekaj, biegnij… - chwilami miałem wrażenie, że ktoś do mnie mówi.

Ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, akurat kończył się rok szkolny i za kilka dni miała być matura, podjąłem kolejną przełomową decyzję – na złość ojcu nie przystąpię do egzaminu dojrzałości!

Tak też zrobiłem.

Nie zmusił mnie do tego – nie był w stanie. Krzyczał, tłumaczył, prosił. Nawet posunął się do przekupstwa – obiecał, że kupi mi fantastyczny, wyczynowy rower, jeśli tylko zgodzę się iść na maturę. Mogę dostać bodaj same trójki, ale muszę spróbować.

W jego oczach pojawiał się wtedy często ten sam smutny i przykry błysk, który widywałem już wcześniej, kiedy pytałem go matkę…

Im bardziej nalegał, tym bardziej ja się zawzinałem.

Zależało mu na tym, zależało bardzo…

Byłem na to głuchy. Postawiłem na swoim. Wznosiłem mój mur nienawiści coraz wyżej i wyżej. Bez końca, jak opętany…

Któregoś pięknego, majowego dnia poszedłem do naszej znienawidzonej szkoły odebrać świadectwo ukończenia liceum i na tym miała na zawsze zakończyć się moja edukacja…

W domu zapanowało milczenie i nic nie mogło go już przerwać…

Kiedy w lipcu ojciec obchodził swoje urodziny, pamiętało o nim bardzo wiele osób – rodzina i przyjaciele – wszyscy oni składali mu najszczersze życzenia szczęścia i pomyślności, wszyscy oprócz mnie. Ja jeden zignorowałem ten dzień. On udał, że nic się nie stało, choć znałem go na tyle dobrze, aby mieć pewność, że bardzo go moje złośliwe zachowanie dotknęło.

Nie powiedział ani słowa…

Był najtwardszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem, ponieważ posiadał bardzo rzadką cechę – miał ogromne zdolności pedagogiczne i dyplomatyczne, albowiem natrafiając na odmienne zdanie i nie mogąc przekonać swego przeciwnika do swych racji, zgadzał się z nim, lecz czynił to tylko powierzchownie, ukrywając wewnątrz głębokie niezadowolenie, a nieraz nawet odrazę. Jednocześnie był człowiekiem wrażliwym i bardzo rodzinnym, nieco może nieufnym i długo obserwującym innych, trzymając się w rezerwie, aby w końcu wyrobić sobie jakieś o nich zdanie.

Czasem trudno było go zrozumieć: jako silny charakter – odważny i władczy – wobec innych potrafił wykorzystać wszystkie swe cechy, aby osiągnąć upragnione cele, które realizował z przedziwną łatwością, gdyż był człowiekiem czynu, operatywnym i dynamicznym, niewahającym się podjęcia jakiekolwiek ryzyka.

W stosunku do najbliższych – najpierw wobec żony, potem wobec mnie – okazywał niepojętą bezradność i słabość…

Nigdy tego nie zrozumiałem. Nie pytałem go o to. Nie odpowiedziałby mi. Wiem, że tak właśnie by się zachował.

Był bardzo religijny, choć nie była to jakaś bigoteria czy inny ciemnogród. Wierzył w Boga w sposób, w jaki powinno się to czynić.

Co niedziela chodziliśmy razem do kościoła, jako ludzie wierzący, jak większość obywateli naszego miasta, i nigdy nie opuściliśmy porannej mszy, nawet, gdy na dworze lał ulewny deszcz, lub sypał gęsty, puszysty śnieg.

Jakoś latem coś mi zaświtało w głowie – gwałtownie i nagle.

Mój bunt poszerzyłem i o tę sferę naszego wspólnego życia – przestałem uczęszczać do kościoła z prostej przyczyny – skoro ojciec tam chodził, ja nie mogłem, lecz gdyby on przestał, ja bym zaczął.

Uświadomiło mi to także, że z moją wiarą nie było najlepiej, skoro tak postąpiłem…

Jednak niespecjalnie się tym przejąłem.

Pewnego dnia poprosił mnie do swojego pokoju. Była zimna, sierpniowa noc, więc rozpalił w kominku. Wesoły ogień tańczył krwistą czerwienią, lecz nikomu z nas nie było do śmiechu…

Zwłaszcza jemu – miał to wyraźnie wypisane na twarzy.

- Siadaj przy stole – powiedział pewnym głosem i podniósł z podłogi pogrzebacz.

Czułem, że chce coś zrobić.

Wyglądał na bardzo zdecydowanego.

Czekałem…

- O co chodzi? – zapytałem nieco zaskoczony i lekko zaniepokojony widokiem metalowego przedmiotu w jego dłoni.

- Dlaczego to wszystko robisz? – padło pytanie jak cios młotem w potylicę.

- Co niby? – udawałem, że nie rozumiem.

- Wiesz, o czym mówię.

- Nie.

- Wiesz. Po co to wszystko? Nie masz jeszcze dość? To wszystko, na co cię stać, synu?

- Może – odparłem gburowatym tonem.

- To niewiele, to bardzo mało… Nie sądziłem, że będę musiał patrzeć na takie rzeczy. Byłeś kiedyś inny, dobry…

- Nie żartuj. Zawsze byłem i jestem sobą.

On popatrzył na mnie tym samym smutnym i przybitym spojrzeniem, które doskonale znałem z przeszłości i rzekł spokojnie, jakby chciał opowiedzieć mi o cudownej, przepięknej przyszłości, w którą wierzył, a która dla mnie nie istniała:

- Połóż rękę na stole…

- Że co?

- Połóż… - i powiedziawszy to wsadził pogrzebacz w ogień i trzymał go tak długo, aż jego koniec rozgrzał się do czerwoności. Wtedy trzymając go mocno w dłoni, podszedł do mnie.

Patrzył mi głęboko w oczy. Nie padło wtedy żadne słowo. Nie cofnąłem mej ręki – nadal tkwiła rozcapierzona na blacie stołu. Chciałem być twardzielem, kimś równym jemu…

On wówczas zaczął powoli zbliżać do niej piekielnie rozpalony koniec pogrzebacza…

Nie spieszył się, trwało to długo, całe wieki. Gdy rozżarzona końcówka była już kilka centymetrów od mojej dłoni, wtedy stała się rzecz niesamowita – ojciec błyskawicznie położył swoją wielką dłoń na mojej i stanowczym ruchem opuścił na nią żarzący się metal…

Zaskwierczało, zasyczało, w nozdrza uderzył mnie swąd spalonego ciała…

Patrzyłem z przerażeniem na koszmarny stygmat…

Ojciec nawet nie drgnął – spoglądał mi tylko w oczy z tym samym dławiącym gardło, niewypowiedzianym smutkiem…

- Dlaczego?! – zawołałem nagle, lecz on nie odpowiedział.

Podszedł bez pośpiechu do kominka i oparł o niego pogrzebacz. Potem wyszedł gdzieś na dwór. Całą noc nie spałem. On wrócił nad ranem i usłyszałem, że zaparzył sobie kawę.

Potem, gdy zwlokłem się z łóżka, dostrzegłem, że jakby nigdy nic, robi coś przy motorze na podwórzu. Wydało mi się to dziwne – zawsze miałem problemy ze zrozumieniem go.

Byliśmy z innej gliny.

Niestety…

Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że w ten sposób mnie pokonał. Pokonała mnie jego miłość. W ten drastyczny sposób chciał mi przekazać, jak bardzo mnie kocha i ile dla niego znaczę. Poczułem się szmatławym oszustem – nie byłem już mężczyzną. Nędznie go odgrywając, ujrzałem nagle prawdę. Mnie nie było. Od dawna byłem nikim…

Wtedy podjąłem decyzję…

Musiałem to zrobić, musiałem to zrobić, aby nie zwariować. Chciałem coś udowodnić sobie i jemu. Moje zdecydowanie zaskoczyło mnie samego. Uderzyłem twarzą w niewidzialną ścianę…

 

Wtedy zrobiłem to…

Bez wahania, bez cienia wątpliwości…

Desperacja też jest siłą.

 

Za pożyczone od kolegów pieniądze wyjechałem po cichu do Francji, do Paryża.

Kiedyś ktoś opowiadał mi, że jego brat wybrał takie życie. Teraz przypomniałem sobie tamtą historię. Postanowiłem zrobić to samo.

Po jakimś czasie zapukałem do drzwi jednego z punktów werbunkowych Legii Cudzoziemskiej…

Wszystkim, co zabrałem, była szczoteczka do zębów, trochę ubrań, dokumenty i zdjęcie ojca.

Byłem prawie bez grosza. Nie martwiło mnie to jednak. Marzyłem o tym, by dano mi „drugą szansę”. Czasem marzyłem też o śmierci. Wciąż nie bałem się marzyć. Przede wszystkim chciałem odnaleźć siebie i po raz pierwszy poznać siebie prawdziwego, wydobyć go z tej martwej, złej skorupy, pod którą gniła moja dusza. Tak naprawdę, tak do bólu. Moje życie musiało mieć jakiś sens.

Dotąd było oszustwem…

Marnym nieporozumieniem…

Zaszedłem w tym wszystkim za daleko.

W szkole miałem przez wiele lat francuski i teraz nagle okazał mi się niezwykle przydatny, wprawdzie i bez niego mogło mi się udać.

W Paryżu szybko odnalazłem punkt rekrutacyjny, w którym zadeklarowałem swą chęć przyjęcia do Legii i po zakwaterowaniu mnie i nakarmieniu, po paru dniach przewieziono mnie do Aubagne (około 15 kilometrów od Marsylii), gdzie szybko zostałem poddany serii testów psychotechnicznych i lekarskich, co zakończyło się dla mnie pomyślnie, choć na jedno miejsce przypadało ośmiu kandydatów.

Podpisano ze mną wstępny kontrakt.

Dostałem swoją „drugą szansę” – możliwość absolutnej zmiany dotychczasowego życia, poznania rzeczy nowych, o których mi się nawet nie śniło, zintegrowania się w zupełnie mi nieznanym środowisku. Obyło się bez zbędnych formalności administracyjnych. Dostałem dokumenty na nowe nazwisko.

Teraz nazywałem się Henry Le Bon i miałem obywatelstwo francuskie, co gwarantowało mi pełną anonimowość.

Ponieważ nie miałem ekstremistycznych przekonań politycznych, nie chodziło mi o pospolitą chęć zysku, ani też nie miałem tatuaży ani blizn po samookaleczeniu, specjalna komisja podjęła rychło decyzję o definitywnym przyjęciu mnie, co zakończyło się podpisaniem kontraktu na pięć lat.

Po czteromiesięcznym szkoleniu podstawowym w okolicach Tuluzy, zostałem przeniesiony do 2 Cudzoziemskiego Regimentu Powietrzno-Desantowego, należącego do 11 Brygady Powietrzno-Desantowej, do zielonych beretów, najbardziej prestiżowej jednostki Legii Cudzoziemskiej, owianej sławą i legendą, z którą potem wysłano mnie na wojnę w Algierii.

Był rok 1958…

Brałem udział w działaniach antypartyzanckich, walcząc o honor Francji.

Zobaczyłem wojnę na własne oczy, lecz nie uląkłem się – pokonałem strach.

Wtopiłem się łatwo i szybko w świat, w którym trzeba było przeżyć i nie dać się zabić.

To nie było miejsce dla zalęknionych mięczaków, ani romantyków z głowami w chmurach.

Poznałem, co to śmierć, bo widziałem ją wiele razy i otarłem się o nią sam pewnego, czerwcowego dnia, kiedy obok naszego oddziału wybuchła nagle bomba. Zginęło wtedy kilku moich kolegów Niemców i jeden Anglik. Dla nich ta przygoda się skończyła. Zapłacili najwyższą cenę. Co jakiś czas ginął jakiś bezimienny bohater, ktoś z nas. Ja sam miałem przedziwne szczęście „przechodzić między kulami” – przez całe pięć lat, kiedy to walczyłem w Algierii, biorąc udział w krwawych, zażartych walkach z wrogiem, nawet włos mi nie spadł z głowy, nawet nie nabiłem sobie małego siniaka. Wciąż żyłem. Oddychałem. Witałem kolejny dzień. Nie padłem na polu bitwy, choć mogło to nastąpić w każdej chwili.

Czyż to nie dziwne?

Będąc żołnierzem nigdy nie dopuściłem się czynu niegodnego legionisty – nigdy też nie uczyniłem niczego, co powracałoby później ciężkim wyrzutem sumienia…

Pierwszy raz w życiu byłem z siebie dumny. Już sobą nie gardziłem.

Gdzieś nagle zniknęła moja despotyczna, agresywna natura – wojna, umieranie i nieustanne rodzenie się każdego, następnego dnia do życia, nauczyło mnie wiele, więcej niż nauczyć by mogła jakakolwiek, nawet najlepsza szkoła.

Zmieniłem się nie do poznania…

Rozerwałem na kawałki martwą, złą skorupę, która mnie dotąd krępowała – mnie i moje człowieczeństwo. Teraz byłem bardziej spokojny, opanowany i szanowałem innych, nawet ich nie lubiąc lub nie podzielając ich poglądów. Tolerancja to bardzo trudna rzecz.

Ktoś mi powiedział na odchodnym, że chciałby kiedyś mieć takiego syna jak ja…

To było miłe i budujące.

Złagodniałem…

Spojrzałem na wszystko z innej strony. Oczami kogoś, w kim nie ma już gniewu.

Moja dzika natura potrzebowała takiej lekcji i cieszę się, że w porę poszedłem za głosem intuicji. Może trzeba przeżyć wstrząs, aby poczuć w sobie życie i zmartwychwstać z pustego, jałowego marazmu, który był niczym innym jak tylko marnowaniem cennego czasu?

Sam czasami nie wierzyłem, że udało mi się wyjść z tego cało. Na moich oczach padło tylu dzielnych, wartościowych chłopców, że można by z nich utworzyć małą armię.

Było wśród nich wielu weteranów kampanii w Indochinach, gdzie nie przyszło im spotkać się ze Stwórcą – do wiecznego snu mieli położyć się na wrogiej, afrykańskiej ziemi.

Im nie dane było wrócić do domu, mnie tak.

 

Byłem szczęściarzem.

Byłem mężczyzną…

 

W miarę, jak mój kontrakt dobiegał końca, coraz częściej myślałem o nim – o moim ojcu, którego zostawiłem w dalekim kraju w chwili, kiedy bliski byłem obłędu.

Wracałem do niego, trzymając w dłoni jego zdjęcie. Ktoś zrobił je dawno temu. Jego uśmiech – mogłem patrzeć na niego cały czas. Był szczery i bardzo naturalny. Była w nim cała jego szlachetność.

Niebawem szedłem już główną ulicą naszego miasta, opuściwszy Francję na zawsze.

Uczyniłem to w połowie maja 1963 roku, rok po tym, jak zakończyła się wojna algierska.

 

 

3.    NIEOCZEKIWANE…

Kiedy zobaczyłem ojca, poczułem potężny ścisk w gardle.

On przecierał oczy, jakbym był zjawą.

Gdy już je przetarł, dostrzegłem w nich łzy…

Wcale się nie zmienił – wypalony stygmat był teraz jasnoróżową blizną, pamiątką po złym czasie, którego nigdy nie powinno być.

Postawiłem mój plecak na ziemi i wtedy spontanicznie to się stało – padliśmy sobie w ramiona i jak dzieci, obaj zapłakaliśmy. Usiedliśmy na schodkach przed domem i patrzyliśmy na siebie bez końca.

Kiedy opowiedziałem mu później mą historię, przyjął to po swojemu – spokojnie i po męsku.

Czułem, że mi wybaczył, że przez te lata, kiedy mnie nie było, każdego dnia czekał na mój szczęśliwy powrót. Wielką radością było dla niego to, że się zmieniłem. Wyczuł to natychmiast i ja poczułem, że on to czuje. Ten czas beze mnie nie był dla niego łatwy. Setki razy stał w oknie w niemym oczekiwaniu, wypatrując mnie na próżno. Pomimo tego, że nie nadchodziłem, on wciąż miał nadzieję.

Nie pamiętam, jak to ująłem, ale powiedziałem mu, jak się wtedy czułem, i że musiałem umrzeć dla świata i dla siebie samego, aby się znów narodzić.

W jego spojrzeniu kryła się odpowiedź – był ze mnie dumny i podziwiał mnie tak, jak ja kiedyś podziwiałem jego za to, kim był i za cechy, których ja sam nie miałem.

Teraz byłem do niego podobny – po raz pierwszy w życiu.

- Wiesz co, synu? – powiedział nagle, gładząc mnie czule po ramieniu. – Często śnił mi się karabin – taki, czarny, maszynowy, z długą lufą… Czyż to nie dziwne? Pewnie miałeś taki, co?

Spojrzałem na niego wtedy i uśmiechnąłem się:

- Tak, dokładnie taki sam.

- Byłeś dobrym żołnierzem, prawda?

- Tak, tato, chyba tak…

- Możesz teraz spać spokojnie, hm?

- Mogę.

- To najważniejsze, że pokochałeś sam siebie. I w końcu zaakceptowałeś to, kim jesteś…

Bez tego zawsze byłbyś martwy…Nie zaszedłbyś daleko…

Jego słowa były świętą prawdą.

I wielką radością.

- Musiałem przejść przez to wszystko i gdybym miał raz jeszcze wybierać, zrobiłbym dokładnie to samo. Z małym wyjątkiem – powiedziałbym ci o tym przed wyjazdem.

- To miłe, co mówisz. Takiego cię zawsze chciałem, takiego sobie wymarzyłem. Dzięki, synu, dzięki, Mike… Ty naprawdę musiałeś tam pojechać.

- Tak – odparłem. – Nie było innej drogi…

- Nie było… - zakończył mój ojciec, łamiącym się głosem.

 

Lecz najważniejsze było dopiero przed nami…

Przede mną i przed nim…

I przed kimś jeszcze…

Nieoczekiwane…

 

Paradoksalnie wojna w Algierii nauczyła mnie miłości, szacunku dla drugiego człowieka i poświęcenia. To wyniosłem z pola bitwy i z pobytu w Legii Cudzoziemskiej, gdzie wpojono mi wiele szczytnych zasad, takich jak: honor, odwaga, ojczyzna, lojalność…

W końcu zrozumiałem, że można być jednocześnie dostojnym i skromnym, a na polu walki działać bez pasji i nienawiści, szanując pokonanych wrogów, do końca trwać przy zabitych i rannych kolegach, jako towarzyszach broni i braciach, którym należy się opieka i pomoc w najtrudniejszych chwilach zagrożenia życia, nawet za cenę własnego. To nie były dla mnie pusto brzmiące słowa. To określiło mnie i to, kim się dzięki nim stałem.

Poza odnalezieniem siebie i silnego poczucia godności własnej, odnalazłem coś jeszcze – Boga, od którego odwróciłem się w tak głupi i durny sposób w przypływie szczeniackiej złośliwości.

Często podczas walk, w ostrym ogniu, wśród wybuchów i umierających na moich oczach ludzi, w duchu modliłem się do Niego, żeby pozwolił mi przeżyć, żeby dał mi szansę być prawdziwym człowiekiem, i żebym mógł wrócić cało do rodzinnego domu i zobaczyć znów mego ojca…

Czułem, że nie jestem sam.

Ktoś Większy niż my wszyscy był wtedy ze mną i nie pozwolił, aby moi wrogowie zatriumfowali, odbierając mi życie…

Jestem dziś pewien, że Bóg jest tam, gdzie jest gorąca, żarliwa modlitwa, gdzie ktoś wzywa Jego imienia, będąc w śmiertelnym zagrożeniu, czując na plecach oddech diabła i wyczuwając w powietrzu lodowaty zapach śmierci.

Lecz nie tylko mnie Bóg pomógł przez te wszystkie lata – mój ojciec także otrzymał swój własny „prezent” od losu, którego na pewno jeszcze za mojego pobytu w kraju, wcale się nie spodziewał…

Pewnego dnia dostał urzędowe pismo, stwierdzające zgon jego małżonki, a mojej matki, która jak się okazało nie wyjechała wcale za granicę z tamtym Arabem. Nigdy nie opuściła kraju.

Ów egzotyczny kochanek zapewne pewnego, pięknego dnia, jakby nigdy nic, opuścił ją bezlitośnie, hołdując swym poligamicznym skłonnościom, i wtedy postradała zmysły, porzucona przez niego jak niepotrzebna, zużyta zabawka.

Przeczytawszy akt zgonu, ojciec postanowił pojechać do miasta, gdzie zmarła i dowiedzieć się czegoś bliżej. Tam usłyszał bolesną i szokującą prawdę o tym, że przez wiele lat przebywała w szpitalu psychiatrycznym, na oddziale dla chronicznie chorych pacjentów…

Nigdy nie wydała z siebie najmniejszego bodaj dźwięku – po prostu na zawsze zaniemówiła…

Ponoć miewała ataki szału, na przemian z zastyganiem w dziwnych pozach na całe tygodnie.

„Biedna kobieta… Nie miała tyle szczęścia w życiu, co my… Dokonała złego, fatalnego wyboru…Czasem wystarczy jeden, niefortunny ruch, aby całe życie legło w gruzach…

Piekło jest w ludziach…” – pomyślałem w przypływie litości.

Dziwne…

Zmarła tego samego dnia, kiedy wyjeżdżałem do Francji…

Data była ta sama…

Ojciec przez cały ten czas się nie ożenił.

Mógł przecież w każdej chwili unieważnić swoje małżeństwo. Chyba miał uraz do kobiet i nie umiał dać sobie z tym rady. Nie chciał przechodzić przez to samo raz jeszcze. Tak sobie pomyślałem. Każdy pomyślałby w ten sposób. I każdy pomyliłby się.

Ojciec miał inny plan, o wiele bardziej zaskakujący i niecodzienny.

Gdy w końcu go poznałem, poczułem, że miękną mi kolana…

Kilka miesięcy po tym, jak zniknąłem z domu, przyrzekł sobie, że jeśli nie wrócę do jego pięćdziesiątych urodzin, tj. do 17 lipca 1963 roku, on upoważni rodzinę do tego, aby po moim powrocie (zawsze wierzył, że pewnego dnia muszę wrócić) oddała mi klucze do naszego domu i akt darowizny, który zostanie sporządzony dokładnie w dniu jego urodzin, i w którym on uczyni mnie legalnym właścicielem całego swego majątku…

Jakże silną wiarę musiał mieć, skoro posunął się do takiego kroku. Jakże mocno musiał wierzyć, że rzeczywiście wrócę kiedyś do domu. Choć mógł pomyśleć, że go zawiodłem, uciekając potajemnie, jednak zaufał mi…

Powiedział mi prosto i jasno:

- Coś mi mówiło, że tak będzie, że Bóg mnie wysłucha… - rzekł przejęty.

I wysłuchał.

„Dum spiro, spero - Póki oddycham, nie tracę nadziei…”

Tak wtedy myślał. Tak na pewno było. On zawsze był prawdziwym twardzielem i nigdy nie przestał nim być. Pięć długich lat, spędzonych na czekaniu na syna, mogło złamać każdego…

On to wytrzymał. Lecz dlaczego teraz chciał przepisać wszystko na mnie? Skąd tak nieoczekiwana decyzja? Czyżby był śmiertelnie chory? Tak zazwyczaj czynią ludzie stojący nad grobem. Ludzie, którzy powoli gasną…

Wtedy powiedział mi wszystko, spokojnie, przyciszonym nieco głosem:

- Gdybyś nie wrócił przed lipcem, nie spotkałbyś mnie tu… Mnie by tu już nie było.

Byłbym bardzo daleko, w mieście B., dokąd się wybieram już od kilku lat… Moja decyzja jest nieodwołalna. Dawno temu podjęta. Nic już w niej nie zmienię. Jestem pewien, że jest właściwa i słuszna. Przez ten czas, kiedy byłeś poza domem, wiele się pozmieniało, wiele się zmieniło we mnie… W zasadzie wszystko.

- Nie rozumiem, co mówisz – byłem naprawdę mocno poruszony tymi zagadkowymi słowami.

Poczułem wtedy coś, co nazwałbym lękiem…

- Chodzi o to, że dużo myślałem, bardzo dużo…i czułem, że w moim życiu nastąpią zmiany, których jeszcze, kiedy tu byłeś, nie spodziewałem się. Ale nastąpiły. Same dokonały się w mym sercu i umyśle. To porwało mnie jak przedziwna rzeka. Poddałem się temu z radością.

Z wielką, nieopisaną radością. Sam tego do końca nie rozumiem i pewnie tak już zostanie. Coś we mnie rosło z dnia na dzień, coraz silniej i silniej. Wiedziałem, że muszę iść nową drogą, bo coś się kończyło, tak jak ty poszedłeś wtedy swoją…Dotarło do mnie, że przeżyłem już część swego życia w pewien sposób, który już mi nie wystarczał, już nie cieszył i pozostawiał jakąś gorycz niespełnienia. Chciałem otrzymać znak. Znak, mówiący mi, że mam rację i to wszystko będzie miało sens i nie jest tylko przejściowym stanem mego umysłu i duszy. Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy stawia się wszystko na jedną kartę. I czeka się na znak, na potwierdzenie…

- Nadal nie mówisz mi wszystkiego… - niecierpliwiłem się. – Dowiem się w końcu? Nie trzymaj mnie dłużej w niepewności.

Ojciec popatrzył na mnie poważnie i rzekł:

- Powiem ci w dzień mych pięćdziesiątych urodzin.

- Nie możesz od razu?

- Nie chcę…

Zrobił, jak powiedział. Nie dowiedziałem się niczego. Był uparty jak ja kiedyś. Nie naciskałem – to nic by nie dało. Potem nie pytałem już o to.

Ponieważ zarobiłem sporo w Legii przez te pięć lat, nie szukałem na razie pracy.

Mogłem sobie na to pozwolić.

Postanowiliśmy zrobić remont domu. Właściwie to był jego pomysł. Ojciec bardzo na to nalegał – widziałem to w jego oczach, słyszałem w pełnych pasji słowach. Chciał odmalować wszystko i wymienić okna na nowoczesne, bo te ponoć były już nieszczelne i zimą wpuszczały chłód do środka.

- Wszystko ma być jak nowe! – mawiał bez przerwy, podniecony.

- Ale nie jest źle. Zawsze bardzo dbałeś o nasz dom… - odpowiadałem mu wtenczas.

- Chcę ci go zostawić w doskonałym stanie… - wyrwało mu się któregoś dnia.

- Co to znaczy? Czy nie czujesz, że bez przerwy o tym myślę? O twoich dziwnych słowach?

Co ty planujesz, do czego zmierzasz? Nie dowiem się? To nie daje mi spokoju!

- Poczekaj… - rzekł jakby od niechcenia. – Już niedługo…

Zrobiliśmy ten remont, a potem…potem nadeszła ta przedziwna chwila.

Jego pięćdziesiąte urodziny – dzień, którego nigdy nie zapomnę.

Jego ostatnie urodziny w domu…

Wstał przede mną i spakował swoją walizkę, po cichu, nie robiąc zamieszania. Nie chciał mnie budzić. Oprócz tego, że zawsze był prawdziwym twardzielem, był także najdelikatniejszym mężczyzną, jakiego w życiu spotkałem.

Brał ze sobą naprawdę niewiele – tylko to, co niezbędne…

Nagle usłyszałem, że chodzi już po domu i natychmiast wyskoczyłem z łóżka.

Ubrałem się szybciej, niż to czyniłem na wojnie w Algierii, i po chwili byłem obok niego.

- Gotowy? – zapytał w sposób, w jaki pyta się często w sytuacjach, które mogą być dla innych wstrząsem.

- Tak.

- To jedziemy do notariusza – oznajmił.

Pojechaliśmy…

John Bayley, który był od zawsze notariuszem w naszym mieście i był już dość leciwym człowiekiem z potężną szopą siwych włosów na głowie, przywitał nas ciepło, bez żadnych oznak zdziwienia, czy zaskoczenia. Pewnie wiedział o wszystkim od dawna. Od wielu lat…

Jestem tego pewien.

Był tak spokojny, jak jest się, kiedy odgrywa się dobrze przygotowany spektakl.

Nie zawiódł nikt.

Tamtego dnia, 17 lipca 1963 roku, mój ojciec oddał mi wszystko, co zdobył w swym udanym, pełnym sukcesów i zwycięstw, dotychczasowym życiu, lekko i bez wahania, z naturalną radością, której szczerość powalała i nakazywała szacunek. Plon swej ciężkiej pracy…

Wszystko, co miał. Dostałem to tak, po prostu, zwyczajnie. Za darmo, za nic, nagle…

- To jest od tej pory twoje – powiedział, kiedy byliśmy z powrotem w samochodzie. – Dbaj o wszystko, jakbyś dbał o swego, własnego ojca… Miej na to oko. Jesteś prawdziwym mężczyzną. To będzie teraz twoje życie… Twój świat…

- Nadal nie wiem, co planujesz – głos łamał mi się, kiedy to mówiłem.

- Zawieź mnie na stację. Za godzinę mam pociąg do B. i nie mogę się spóźnić. Ktoś tam już na mnie czeka… - zakończył tajemniczo.

- Kto? – zapytałem z przerażeniem, jakiego ani razu nie poczułem na wojnie.

- Bóg… - odparł spokojnie.

- Jak to Bóg?

- Zwyczajnie.

- Nie rozumiem.

- Porzucam to życie. Za jakiś czas powiesz, że twój ojciec jest księdzem…

- Co?

- Resztę mego czasu na ziemi postanowiłem przeżyć inaczej. Służąc innym. Dostałem znak, na który czekałem tyle lat – wróciłeś cało do domu i od tamtej pory wiedziałem, że obieram właściwą drogę. Postaraj się mnie zrozumieć. Dziś już wiem, czym jest powołanie. To nie my wybieramy Boga, ale On nas…

- Naprawdę? Naprawdę to zrobisz?

- Tak. Chcę tego. Przygotowywałem się do tego dnia całe lata. Uszanuj moją decyzję… Ja też muszę umrzeć dla świata, by na nowo się narodzić… Nie rozstaję się z tobą. Będziemy się widywać, lecz może już nieco rzadziej…

Byłem z nim wtedy tak blisko, jak może być syn z ojcem. Choć traciłem go dla pospolitego, ziemskiego życia, był nadal i będzie zawsze przy mnie, gdziekolwiek dane mu będzie wyruszyć…

Pochyliłem głowę w szacunku dla jego decyzji…

Był zawsze twardzielem i w tamtej chwili udowodnił to jak nigdy dotąd.

- Kiedy cię znów zobaczę? – zapytałem jak zalęknione dziecko.

- Kiedy to będzie tylko możliwe. Będę przyjeżdżał do ciebie.

- Trzymaj się. Trzymaj się mocno…

- I ty też… - rzekł swoim matowym, spokojnym głosem, wspinając się lekko na podest pociągu. – I pamiętaj – jestem z tobą! Chwyć życie za kark i pnij się w górę! Wygrywaj! Lecz nigdy po trupach! Wiem, że zajdziesz daleko. Po prostu to wiem, synu! Nie jesteś inny ode mnie! Płynie w nas ta sama krew!

Potem odjechał, a ja usiadłem zdruzgotany na zimnym, betonowym chodniku naszego dworca kolejowego i płakałem jak ktoś, z kim życie obeszło się okrutnie, dając coś na krótką chwilę i odbierając. Było mi źle i nie było na to słów.

Gdy później byłem już w domu, odkryłem nagle, że na kuchennym stole leży jakaś paczka, zawinięta w szary papier.

Kiedy ją otworzyłem, znalazłem tam duży, drewniany krzyż i kartkę, zapisaną pismem mego ojca…

Pisał, że przez te pięć trudnych lat, kiedy mnie nie było w domu, nieustannie umierał ze strachu, tracił zmysły i modlił się codziennie, żeby nic mi się stało, gdziekolwiek wtedy byłem, żebym w końcu cało wrócił w rodzinne strony. I kiedy pewnego dnia stracił wiarę, że mnie jeszcze kiedykolwiek zobaczy żywego i uległ chwili zwątpienia, która spadła na niego jak diabelski grad mroku, wtedy stało się coś dziwnego i niepojętego – poczuł obok siebie przedziwny spokój i dobro, które zdawało się cicho szeptać do niego, że nic mi się nie stanie, że ocalę życie i wrócę do niego. Czuł to potem wielokrotnie. To nie odeszło, nie zniknęło, lecz pozostało z nim…

Z nikim o tym nie rozmawiał. To była jego osobista sprawa. Intymna i indywidualna.

Jeśli po drodze mijały lata, a on wciąż to czuł, czy można było mówić tu o zjawisku chwilowym i przejściowym? O projekcji własnych myśli na rzeczywistość? O przypadku i zbiegu okoliczności? O tym, że urojenia potrafią przypominać realne życie?

Mój ojciec wiedział, na co się decyduje i zawsze był gotów na każde poświęcenie. Nigdy nikogo nie zawiódł, kierując się zdrowym i naturalnym instynktem.

Nadszedł czas, kiedy zrozumiał wyraźnie, że nic nie jest wieczne i że życie ludzkie to ponadczasowa przemiana, nieskończona metamorfoza i uporczywe dążenie do celu, który każdy powinien sam sobie wyznaczyć.

On odnalazł swój…

Tej pewności nic nie mogło już podważyć. Osiągnął tym samym szczęście, którego od dawna poszukiwał. Ta pewność dała mu siłę.

Kiedy zrozumiał, że Bóg nie opuścił go przez te wszystkie, smutne lata, już wiedział, gdzie jest jego miejsce i do kogo należą jego dni i serce…

Jego decyzja stała się i moją – po raz kolejny pochyliłem głowę z szacunkiem.

 

 

4. MY WSZYSCY

Po kilku latach, które przeszły mi na spokojnej pracy w tartaku, postanowiłem nagle spróbować czegoś nowego – zebrawszy odpowiednią kwotę pieniędzy, nabyłem pewnego, pięknego dnia, jakby nigdy nic, moje byłe miejsce pracy i stałem się jego właścicielem.

Teraz miałem kilku pracowników i dużo czasu dla siebie. Mogłem posmakować innego życia.

Ojciec przyjeżdżał do mnie, kiedy tylko mógł – spełnił to, co obiecał.

Kiedy napisał mi, że niebawem odbędzie się jego msza prymicyjna, pojechałem do B. i z dumą wziąłem w niej udział.

Patrząc na niego z jednej z drzemiących w cichym uśpieniu ławek kościelnych, nadal nie wierzyłem, że ksiądz, który stoi na ołtarzu, to mój, własny ojciec…

Człowiek prawy i uczciwy, wielki i odważny. Człowiek nieprzeciętny…

Twardziel, prawdziwy mężczyzna, mój ideał, od teraz sługa boży – ksiądz Joseph…

Wzruszyłem się i trudno mi było wracać do domu, w którym go już nie było.

Na ścianie wisiał tylko drewniany krzyż, który mi zostawił w dniu swego wyjazdu.

Ilekroć na niego spoglądałem, widziałem jego twarz. Tęskniłem za nim, bo był daleko, w innym mieście, służąc innym, i teraz, po latach, zrozumiałem jak nigdy dotąd, kim jest ojciec i co oznacza dla syna i dla jego życia. Zwłaszcza, jeśli jest to dobry ojciec.

Jakiś czas go potem nie widziałem.

Nie mógł mnie odwiedzić. To przecież nie od niego zależało.

Wtedy, niby przypadkowo, w dzień, jakich wiele, ani lepszy, ani gorszy, spotkałem na ulicy Nelly, moją koleżankę z liceum, tę znaną w mieście lekarkę, która otworzyła mi szeroko oczy na wiele spraw z przeszłości.

Przede wszystkim na sprawę Victora…i jego matki.

Ta prawda mną wstrząsnęła.

Zrozumienie przychodzi czasem jak brutalny cios w skroń.

Wówczas zamęt w głowie staje się rzeczywistością…

On wtedy nie mógł inaczej, on nie miał wyjścia.

Odkąd zmarł jego ojciec, w domu zapanowała bieda i życie stało się koszmarem. My z dobrych rodzin nawet nie mogliśmy sobie wyobrazić, przez co oni przechodzili. Nieszczęścia zazwyczaj chodzą parami, więc któregoś dnia jego smutny świat stał się jeszcze bardziej czarny i ponury – w dzień, kiedy dowiedział się, że jego matka ma raka.

Pracowała gdzieś dorywczo za jakieś nędzne grosze, z trudem wiążąc koniec z końcem, bez szans na lepsze jutro. To nie wystarczało na jedzenie i rachunki.

Wtedy Victor zaczął zbierać puszki, butelki i gazety i sprzedawał to, aby pomóc swej matce.

Stał się małym ojcem rodziny – małym wojownikiem o zwykły, szary dzień.

Kiedy trzeba było, kiedy niewiele zarobił, kradł w sklepach…

Musiał to robić, bowiem dobro matki było dla niego najważniejsze.

Nagle życie zmusiło go do tego, aby błyskawicznie stać się dorosłym mężczyzną, odpowiedzialnym, twardym i opiekuńczym, biorącym większość codziennych ciężarów na siebie w sposób naturalny, bowiem nie miał innego wyjścia – nikt inny tego za niego nie mógł zrobić…

Matka miała tylko jego, a on miał tylko ją i całe to podłe, koszmarne życie w cieniu wiecznej, przytłaczającej biedy i jej nieuleczalnej choroby, która każdego dnia pożerała łapczywie i nieodwracalnie jakąś część jej wątłego, mizernego zdrowia, brutalnie przybliżając w czasie dzień tragicznego rozwiązania…

Nastąpiło ono pewnej nocy w szpitalu, w którym pracowali rodzice Nelly, rok po tym, jak wyjechałem do Francji…

Wówczas zgasło jej życie…

Razem z nim umarło coś w Victorze.

Na zawsze, bezpowrotnie, w ciągu małej, krótkiej chwili prawdy…

Przez jakiś czas nie widywano go wcale – prawdopodobnie miesiącami nie opuszczał domu, w którym szczelnie zaciągnął wszystkie zasłony…

Potem nagle pojawił się na cmentarzu, gdzie pochowano jego matkę.

Ktoś później mówił, że stał tam nieruchomo pół dnia i nawet na moment nie drgnął…

Któregoś dnia, kiedy chowano pana Stevensa, poczciwego, spokojnego aptekarza, który zmarł nagle na atak serca, wszyscy przybyli na pogrzeb zauważyli ku swemu zdziwieniu, że jednym z grabarzy jest…Victor, ten sam Victor, którego matka spoczęła w poświęconej ziemi jakiś czas temu…

Tak wyglądał jego ponury powrót do rzeczywistości. Takim było jego życie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji – działał jak automat, beznamiętnie i obojętnie. Podobno bardzo mało mówił, właściwie prawie wcale.

Poza pracą na cmentarzu, bardzo rzadko pojawiał się na mieście. Miał teraz długą brodę i wąsy i wyglądał jak zdziczały pustelnik. Nie miał zbyt wiele ubrań, a może po prostu mało go to obchodziło, że ma na sobie ciągle tę samą koszulę i nosi te same spodnie…

Tylko na pogrzeby ubierał się tak, jak nakazuje zwyczaj – jak na prawdziwego grabarza przystało…

Kiedyś, kiedy żyła jeszcze jego matka, był w naszym kościele ministrantem.

Widać było, że robi to bardzo chętnie i z przejęciem, jakiego nie widzieliśmy w szkole podczas lekcji, czy na przerwach.

Od jej śmierci nikt nigdy nie widział go już na niedzielnej mszy…

Nelly miała raz okazję z nim dłużej porozmawiać, tylko jeden, jedyny raz, kiedy to przypadkiem była na cmentarzu, by odwiedzić grób dziadka i wtedy zauważyła, że on siedzi na małej, drewnianej ławce, którą postawił przy mogile swej matki i patrzy pustym, nieruchomym wzrokiem na jej pośmiertny medalion.

Tego dnia nie było żadnych pogrzebów, więc pewnie miał dużo wolnego czasu i to właśnie skłoniło moją koleżankę, oprócz zwykłej chęci zamienienia z nim kilku słów, do zadania mu kilku pytań, które musiały ją nachodzić od dawna, skoro zdecydowała się na tę rozmowę.

Nawet nie poruszył się, kiedy cicho przysiadła się do niego, nawet na nią nie spojrzał.

Patrzył dalej przed siebie i milczał.

Nelly zapytała go wówczas, jak sobie radzi, po tym wszystkim, co przeszedł.

Cisza trwała – nie zareagował.

Ona nie zamierzała tak łatwo poddać się i zapytała, czy czegoś mu nie potrzeba, bo jeśli tak, to ona chętnie mu pomoże – niech tylko powie, o co chodzi.

Nie odpowiedział.

Przez chwilę i ona nic nie mówiła. Trwało to może minutę, może dwie. Nieoczekiwanie odezwał się, choć wcale na to nie liczyła:

- Tu jest moje miejsce. Nic mi nie trzeba. Wciąż jestem jej potrzebny. Będę tu przychodził codziennie, aż do końca mego życia. Mam tylko ją, a ona mnie…

I potem dodał, że nie wierzy już w Boga. Od dnia, kiedy zabrał mu matkę. Od chwili jej śmierci. Kiedy wcześniej stracił ojca, a później ją – gdzie wtedy był Bóg? Dlaczego go opuścił w chwili, kiedy on, mały, bezbronny chłopiec, najbardziej Go potrzebował?

Kiedy modlił się codziennie o zdrowie matki, o cud? Niczym nie zasłużył sobie na to, by spadły na niego te nieszczęścia. Dlaczego nie spadły na złych ludzi? Jeśli Bóg nie widział jego cierpienia wtedy, jego rozpaczliwego wołania o pomoc, to on nie wierzy w Niego teraz. Jedyną rzeczą, w jaką jeszcze wierzy, to śmierć…

To rzekł Victor. Poza tym nie odezwał się już ani słowem. Po prostu wstał i poszedł do domu.

Opowieść Nelly zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wciąż dźwięczała mi w uszach, nie dając spokoju. Myślałem o tym wszystkim, co mi powiedziała i czułem w sobie jakiś dziwny, nieokreślony i niewytłumaczalny niepokój, który nijak nie chciał mnie opuścić.

Niemal każdego dnia odkrywałem, że pierwszą myślą, jaką miałem po przebudzeniu, była przedziwna historia tego człowieka, który kiedyś żył nadzieją i miłością, walczył do samego końca, jak prawdziwy mężczyzna, a teraz oddychał jedynie śmiercią…

Choć tkwił w mojej głowie jak bolesny cierń, nie zdobyłem się na to, by spotkać się z nim.

Nie było to tchórzostwo – nazwać to w ten sposób byłoby wielkim uproszczeniem. Może była to pewna forma niemocy i obawa o śmieszność? Sam tego nie wiedziałem.

Jednak w życiu nie ma nic stałego – nic nie trwa wiecznie, bo podlega ciągłym zmianom, nic nie jest dane na zawsze, bo pojęcia „zawsze i na wieki wieków” są zwyczajną fikcją i nieprawdą.

Dziś coś mamy, jutro to tracimy. Dziś nie mamy nic, jutro świat jest nasz. Raz na wozie, raz pod wozem. Że tak właśnie to wszystko wygląda, wie każdy z nas. To, co istnieje naprawdę, to wieczny ruch – w nas i w naszej, człowieczej wędrówce po ziemi. Bo świat wciąż pędzi do przodu, nie znając pojęcia zastoju…

Kiedy pewnego dnia odwiedził mnie ojciec, zapytałem go:

- Pamiętasz Victora?

- Tak. Bardzo dobrze. Stracił matkę. Miała raka. Życie obeszło się z nim niezwykle okrutnie…

- Jest z nim niedobrze…

- Co masz na myśli? – spytał z troską w głosie mój ojciec.

- On tylko istnieje. Dawno temu umarł… - rzekłem z powagą i smutkiem.

- Załamał się?

- Gorzej…

- Czy można mu jakoś pomóc?

- Nie wiem. On stracił wiarę…

Słysząc te słowa, mój ojciec zasępił się i jakby mocno nad czymś rozmyślał…

Jakiś czas nic nie mówił.

Tylko powietrze drgało wokół nas…

Cisza, spokojna i nienarzucająca się.

Potem powiedział:

- Nigdy nie jest za późno, synu… Nigdy nie jest za daleko, by odnaleźć Boga. Skoro nam się to udało, może i jemu się uda? Czasem On daje nam bolesne, trudne i dotkliwe lekcje, ale my powinniśmy pamiętać, że może jest w tym bardzo głęboki sens – może są wśród nas tacy, którzy mają poznać Go poprzez cierpienie, upadek i powrót do życia…

Nie każdy dochodzi do wiary tą samą drogą. Może upadamy po to, by się później dźwigać jeszcze silniejszymi i twardszymi? I lepszymi, bo tak to może wszystko działa…

Nasze czyny za życia brzmią echem w wieczności. Musimy żyć naprawdę i nigdy się nie poddawać, bo kto się poddaje, temu diabeł podaje rękę…

 

 

I mówił tego dnia jeszcze wiele – o nim, o nas, o sobie, o życiu i o świecie. W każdym jego słowie była siła i moc. Powalająca wszechmoc i potęga prawdy. Bo prawda jest jedna, a pojęcie względności to bzdura.

Siedziałem i jak zaczarowany, słuchałem…

A on opowiadał z pasją, uśmiechnięty, szczęśliwy i wolny. Zawsze lubił o czymś opowiadać.

Umiał to robić doskonale. Temat nie był ważny. Promieniował własnym, dobrym światłem.

Był taki od zawsze, odkąd pamiętam. Nigdy nie udawał kogoś, kim nie był. To nie było w jego stylu – nie przyszłoby mu to nawet to głowy. Niezmiennie szedł własną, przejrzystą i ściśle określoną drogą. Wiem, że sprawdziłby się na każdym odcinku życia, gdziekolwiek los by go rzucił. Bo uczciwość to skarb i on go posiadł. I odwagę, która idzie w parze z nią.

Wtedy pomyślałem też, że jest najsilniejszym i jednocześnie najdelikatniejszym mężczyzną, jakiego w całym swoim życiu spotkałem i właśnie w tamtej chwili wiedziałem już wszystko…

Kiedy mu potem o tym powiedziałem, odrzekł spokojnie, po swojemu:

- Wiedziałem, że mnie o to poprosisz. Wiedziałem o tym od samego początku…

Uśmiechnąłem się…

Spojrzałem na niego i poczułem, czym jest istota dobra.

Ja także czegoś byłem pewny, jak rzadko bywa się w życiu.

Rzadko lub czasem nigdy…

Jeśli istniał ktoś, kto mógł jakoś pomóc Victorowi, lub komukolwiek innemu w podobnym do jego położeniu, tą osobą mógł być tylko jeden człowiek…

Jeden, jedyny…

Mój ojciec…

Ksiądz Joseph…

 

 2010-06-17


Pin It