Jan Stanisław Kiczor

 

 

Jerzy  Czaplicki  - ciut nietypowy, genialny baryton

 

czaplicki1

 

Jerzy Czaplicki - śpiewak. Fotografia portretowa 1935 r. Fot: nieznany.
Ze zbiorów NAC   (Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji)
Sygnatura: 1-K-7679

 

    Urodził się w Warszawie 24 kwietnia 1902 roku. Jego matka, Stanisława Woyniczówna, była dobrze zapowiadającą się śpiewaczką (mezzosopran), niemniej po wyjściu za mąż, poświęciła się domowi i podjęła decyzję o przerwaniu swojej rozpoczynającej się kariery. Jej mężem został Władysław Czaplicki – lekarz. Matka, mimo wszystko, swoje muzyczne pasje „przelała” na syna Jerzego, widząc w nim i jego głosie (a znała się na tym) kontynuację swoich niespełnionych marzeń. Zachowując zatem tajemnicę przed mężem, postanowiła kształcić syna w kierunkach muzyczno-wokalnych.  Ojciec bowiem zgoła inną karierę dla syna obmyślał: wyobraźnią widział go w przyszłości inżynierem i zaplanował, że w odpowiednim czasie wyjedzie do Londynu studiować budowę okrętów.

 

    Jak później wspominał sam Czaplicki: - …karierę śpiewaka rozpocząłem przez przypadek. Kiedyś do rodzinnego Otwocka zjechała trupa artystów. Gdy nieoczekiwanie zaniemógł w zespole wokalista, ktoś z miejscowych organizatorów przypomniał sobie o młodym śpiewaku-amatorze, którego czym prędzej dokooptowano w brakujące miejsce w zespole i który bardzo się publiczności spodobał. Tym amatorem byłem ja. Zachęcony udanym wystąpieniem postanowiłem poświęcić się karierze śpiewaka…

 

czaplicki2

Jerzy Czaplicki i Grace Moore (zdjęcie z 1939 r.)

 

    Po owym „debiucie”, oczywiste stało się, że młody Jerzy rozpoczął naukę śpiewu u profesora Erazma Dłuskiego w warszawskim konserwatorium. Uczęszczał także na konsultacje do znakomitego pedagoga (i jak twierdzi wielu – najlepszego polskiego barytona z początków dwudziestego wieku) – Wacława Brzezińskiego, u którego, nawiasem mówiąc, pobierał nauki także Jan Kiepura, prawie rówieśnik Czaplickiego (Kiepura był o niecały miesiąc młodszy).

    Zatem nie do Londynu i nie po nauki ścisłe, a do Włoch, na dalsze studia wokalne, udał się młody Jerzy, który swoje życie postanowił związać z karierą śpiewaczą. Tak więc w 1924 roku możemy go spotkać w Mediolanie, kształcącego się początkowo Pod kierunkiem Ettorio Ventury, później zaś u Nadiny Gontaruk i Astolfia Pescii.  Na prawdziwej scenie operowej zadebiutował w 1928 roku w mieście Vigevano, koło Mediolanu, gdzie wystąpił w roli Alfa w Rycerskości wieśniaczej  Pietro Mascagniego.

 

czaplicki3

 

Nie można odmówić artyście krytycznego na siebie spojrzenia, bowiem nie poszedł za przykładem wielu opowiadając o sukcesie debiutu, o owacjach i zachwytach, a opowiada raczej jak, wskutek nieobycia scenicznego i pewnej łatwowierności, dał się „podpuścić”:

„…Wówczas nie miałem większego pojęcia o środkach wyrazu dramatycznego, więc dałem się łatwo namówić na chwyt, który w mniemaniu włoskich kolegów-śpiewaków miał zaostrzyć, w przenośni i dosłownie, dramaturgię jednej ze scen Rycerskości. Poradzono mi, bym ostrzył nóż o podeszwę, kiedy stoi przede mną tenor Turiddu, tłumaczący się śpiewem z uwiedzenia mojej scenicznej żony Loli. Miałem w ten sposób dać do zrozumienia, jaką to zemstę przygotowuję. Radę figlarzy wziąłem za dobrą monetę i efekt był taki, że publiczność ryknęła śmiechem. Dały się jednak także słyszeć okrzyki uznania. Otóż niektórzy przyjęli mój gest jako demonstrację trwałości bucików, a mieszkańcy Vigevano znani byli we Włoszech właśnie z produkcji obuwia…”

 

czaplicki4

Jerzy Czaplicki – pozdrowienia dla czytelników IKC 1938 r.

 

    W tym samym Vigevano Czaplicki wystąpił jeszcze w partii Sylwia w Pajacach Ruggero Leoncavalla. Następnie rozpoczął trasę koncertową, grając w większych i mniejszych miastach Włoch, a także Holandii, Francji. Jak opisuje tamten czas artysty Wacław Panek: „…Tak więc w latach 1928—1931, zanim powrócił na dłużej do rodzinnej Warszawy, występował między innymi w Teatro dal Verme w Mediolanie (Cyganeria, Madame Butterflay), w 1929 roku w Bergamo (Traviata, Pajace), potem w Marsylii i Lyonie, a przed przyjazdem do Polski w 1931 roku: w Hadze, Rotterdamie i Amsterdamie. Występy w Mediolanie, gdzie grał Marcellego w Cyganeriii , Konsula w Madame, wiążą się również z poznaniem pięknej śpiewaczki, Luizy Tapales, która uchodziła za Japonkę, choć — jak to sam Czaplicki określił — „w jej żyłach pulsowała domieszka krwi filipińskiej i hiszpańskiej”. Miłość od pierwszego wejrzenia i ślub, na który pan młody spóźnił się prawie godzinę, co stało się zapowiedzią nietrwałości związku, bowiem małżeństwo to trwało niecałe dwa lata…”

    Sam Mistrz wspomina: -  „Rozstaliśmy się oficjalnie na skutek niezgodności charakterów, ale naprawdę to przyczyną były konflikty wynikające stąd, że żona była już znaną solistką, a ja dopiero zdobywałem artystyczne ostrogi. Owocem tego związku jest córka, która zamieszkała z matką na Filipinach. Z Luizą śpiewałem w Madame Butterflay i uważam, że była najlepszą wykonawczynią tytułowej roli, z jaką się spotkałem kiedykolwiek podczas całej mojej kariery. A przecież śpiewałem także ze słynną Japonką, Tamaki Miura, która była pierwszą na scenach operowych świata japońską śpiewaczką występującą w partii Butterflay. Nie dorównywała również Luizie efektowna scenicznie, ale słabsza głosowo bardzo znana w świecie Japonka, Teiko Kiwa”.

    Wiosną roku 1931 Czaplicki powrócił do Warszawy, gdzie 17 czerwca tegoż roku, wraz z Ewą Bandrowska –Turską, wystąpił w roli tytułowej w Trawiacie  (opera Giuseppe Verdiego z 1853 roku, oparta na Damie kameliowej A. Dumasa).  Kompozytor, krytyk i profesor stołecznego Konserwatorium, tak ten fakt odnotował:  -  „Gościnnie wystąpił po raz pierwszy w Warszawie baryton Jerzy Czaplicki. Artysta ten obdarzony jest ładnym gatunkiem głosu o szlachetnym brzmieniu. Swoboda operowania frazą, wyjątkowo dobra dykcja, muzykalność, umiejętność osiągnięcia nastroju i wydobycia z partii właściwego wyrazu jest dowodem utalentowania śpiewaka”.

    Tu znów oddamy głos Wacławowi Pankowi: „…. Sytuacja była taka, że występy operowe, stojące zresztą pod znakiem zapytania, nie zapewniłyby mu nawet środków na utrzymanie.

Jako człowiek nie gardzący rozkoszami życia, odwiedzał z przyjaciółmi sławetną „Adrię”, renomowany nocny lokal, w którym kwitło życie towarzyskie i niejedno się zdarzyło. 

— Pewnej nocy w przystępie dobrego nastroju zanuciłem przy stoliku dość głośno refren włoskiej piosenki, którą grała akurat orkiestra Golda i Petersburskiego. Po zakończeniu utworu Petersburski podszedł do nas i poprosił, bym zaśpiewał na estradzie razem z orkiestrą.

Zaśpiewałem. Dostałem wielkie brawa. Przybiegł sam sławetny Moszkowicz, dyrektor „Adrii”. I zaproponował mi występy z nęcącą gażą 1500 złotych miesięcznie! Poczułem się krezusem...Dla Czaplickiego był to jeden z ważnych momentów zwrotnych w biografii, nie tylko ze względu na typ pracy, jakiej się podjął, ale również ze względu na jej konsekwencje. Na dwa lata wszedł w krąg muzyki popularnej, w nieco inny tryb życia. Pensja w „Adrii” była godziwa, lecz i praca ciężka, wymagająca żelaznego zdrowia. Śpiewał od dziewiątej wieczorem do trzeciej nad ranem. Ale — jak mówił — nie ma nic złego, co by na dobre nie wyszło.— Z czasem nabrałem kolosalnej wytrzymałości: w noc sylwestrową potrafiłem zaśpiewać osiemdziesiąt razy! W repertuarze miałem bodaj wszystkie szlagiery i znane piosenki włoskie. A codziennym śpiewaniem w „Adrii” wyrobiłem sobie wolumen głosowy, czyli tak zwane „mięso w głosie”. Dotąd posługiwałem się lirycznym barytonem, zaś po dwuletnich występach w „Adrii” ściemniła mi się barwa głosu. Poza tym osiągnąłem łatwość góry, którą we Włoszech atakowałem z niejaką bojaźnią. Tak więc, o paradoksie, praca w nocnym lokalu „dotarła” mi głos…”

    Wyśpiewując różne przeboje (Tak wiele dni), grając w filmach występując na różnych estradach, Czaplicki nie tracił z oczu swojego właściwego powołania i gdy tylko nadarzyła się okazja, w czerwcu 1932 roku pojechał do Wiednia na I Międzynarodowy Konkurs Śpiewaków i Skrzypków. Konkurencja była znaczna, bo do konkursu stanęło ponad pięciuset śpiewaków. Popularny IKC donosił, że ukrytym celem owego Konkursu było wyszukanie najpiękniejszego tenora. Że taki się jednak nie trafił, pierwszego miejsca w ogóle nie przyznano, za to drugie zdobył polski bas, lwowianin Edward Bender (zamordowany przez Niemców w czasie II Wojny Światowej), trzecią zaś właśnie baryton, Jerzy Czaplicki.

    Nie oznaczało to jednak, stałych  występów w Warszawie (choć zagrał jako Marceli w Cyganerii Pucciniego, a kilka dni później w roli Figara w Cyruliku sewilskim Rossiniego, zbierając znakomite recenzje krytyków i aplauz publiczności).  Sytuacja zmieniła się z chwilą, gdy dyrekcję Opery Warszawskiej  przejęła  Janina Karolewicz-Waydowa, która Jerzego Czaplickiego przyjęła na pełny etat w Operze i powierzała mu większość ról barytonowych.

 

czaplicki5

 

   Jak donoszą świadkowie tamtych czasów, a wiernie opisuje nieoceniony Wacław Panek: „… największym sukcesem Czaplickiego, w okresie jego występów na warszawskiej scenie był Don Carlos Verdiego, w którym śpiewał partię markiza Posy. Było to w lutym 1935 roku, kiedy Warszawa aż tryskała ważnymi zdarzeniami muzycznymi: Don Carlos z Wermińską i Czaplickim, pod dyrekcją Dołżyckiego — w Operze, w Filharmonii grał Szymanowski, a dyrygował Horenstein, w Konserwatorium — dwudziestodwuletni student, Witold Lutosławski, wykonywał na popisie po raz pierwszy własną sonatę fortepianową... nie mówiąc już o gościnnych występach murzyńskiej śpiewaczki Marion Andersen czy pianisty Beveridge’a Webstera.

    Wtedy też prof. Niewiadomski, pisał: „…„Partia Posy należy bezsprzecznie do najpiękniejszych, jakie barytoniści zawdzięczają Verdiemu. W Don Carlosie na scenie warszawskiej Posa staje się partią najpierwszą dzięki p. Czaplickiemu. Młody ten artysta w każdym calu rycerski, szlachetny, pełen zapału jest przy tym technicznie tak pewny głosu swego i muzykalności, że przez cały czas służą mu niewolniczo, wiernie i posłusznie, bo je umiał opanować i poddać swojemu wielkiemu z Bożej łaski talentowi”.

    A „Kurier Poranny” dodawał: „Jerzy Czaplicki miał ogromne powodzenie. Wiadomo przecież, iż wysokie tony tego świetnego śpiewaka są bezkonkurencyjne, a jego rozpęd porywa, niekiedy obezwładnia słuchacza”.

 

czaplicki6

Kadr z filmu: Fredek uszczęśliwia świat   Tadeusz Wesołowski, Jerzy Czaplicki, Karolina Lubieńska, Loda Halama i Alina Żeliska

 

    Po tych sukcesach, Czaplicki rozpoczął jakby nową erę w swoich występach. Mógłbym sucho opisać fakty, niemniej znów przytoczę obszerny cytat z Wacława Panka (po cóż silić się na coś, co ktoś dużo lepiej już wykonał): „…Po opuszczeniu Opery Warszawskiej następny sezon — 1936/37 — spędził Jerzy Czaplicki na artystycznych podróżach. Najpierw wyjechał na zagraniczne tournee do Niemiec, a potem do krajów bałtyckich. Do Berlina pojechał z grupą znanych naszych artystów (Halszka Buczyńska, Loda Halama, Jan Kiepura i Chór Dana z Mieczysławem Foggiem), gdzie jego występ spotkał się z wyjątkowo gorącym przyjęciem publiczności: „… Powiem dziś nieskromnie, że powodzenie rzeczywiście tego wieczoru nie opuszczało mnie. Zauważył to sam Kiepura, który— gdy wychodziłem na proscenium wywoływany przez publiczność — powiedział z niewyraźną miną: Idź, idź, po te swoje laury...”  W 1937 roku Czaplicki przyjechał do Lwowa, by wystąpić w Operze, której szefem muzycznym był wówczas Adam Didur, światowej sławy polski bas. Był to moment przełomowy w biografii Jerzego Czaplickiego, który po lwowskich występach w Damie pikowej, Cyruliku sewilskim i Rigoletcie,  nagle zmienił swój życiowy kurs — na Amerykę.   — Nazwisko Didura otwierało na drugiej półkuli muzyczne sezamy. „… Do chicagowskiej Opery zostałem zaangażowany na stały kontrakt — telegraficznie! — dzięki poleceniu Didura. Cóż przy magii tego nazwiska znaczyła odległość dzieląca Chicago od Lwowa. Wkrótce udałem się za ocean „Batorym”, na którym razem ze mną płynęła też na występy Loda Halama. Już w pół roku później zadebiutowałem na scenie Opery Chicagowskiej zaangażowany przez znaną agencję National Concert and Artist Company, której jednym z filarów był późniejszy „król amerykańskich impresariów”, Soi Hurok…”

 

czaplicki7

Jerzy Czaplicki

 

    Wyjechał do Ameryki „na trochę”, a został tam osiemnaście lat. W listopadzie 1937 roku Chicago City Opera Company wystawiła premierę Halki. Było to, jak podkreśla prasa polonijna, pierwsze wykonanie naszej opery narodowej przez zespół amerykański, a nie przez artystów polonijnych. Dwoje realizatorów zaproszono z Polski: dyrygenta Zdzisława Skubikowskiego z Warszawy i Lodę Halamę, która opracowała choreografię. Jedną z głównych ról — Janusza — grał też Polak, Jerzy Czaplicki, ale już jako kontraktowy solista opery chicagowskiej. 22 listopada 1937 roku dzienniki chicagowskie donoszą o sukcesie nowego barytona tutejszej Opery. „Chicago Herald and Examiner” pisze w nagłówku: „Czaplicki oklaskiwany”, a w recenzji: „Po raz pierwszy świetny polski baryton zagrał rolę Janusza w swoim dotąd krótkim, ale pełnym sukcesów engagement w Chicago Opera Company. Teraz rozumiemy, dlaczego jego rodzinna Warszawa oklaskiwała go entuzjastycznie”. Zaś w wydaniu „Chicago Daily News” z tego samego dnia czytamy, że „...świetny nowy polski baryton, George Czaplicki, był wspaniałym Januszem .Przed Halką — będącą w pewnym stopniu wizytówką Czaplickiego w oczach (a przede wszystkim uszach) publiczności amerykańskiej, której w tym sezonie po raz pierwszy prezentował się nowy baryton z Polski — otóż tydzień przed Halką w połowie listopada, występował jako Scarpia w Tosce. Po tym spektaklu każdy z recenzentów dopatrzył się czegoś innego. „Chicago Herald and Examiner” uznało, że „George Czaplicki jako Scarpia mistrzowsko naśladował w tej roli kreację zmarłego Scottiego”, zaś „Chicago American” zauważyło wręcz coś odwrotnego: „Scarpia, jakiego kreował polski baryton, zupełnie odbiega od tradycji (wykonań tej roli — przyp. W. P.) i zgadzam się z nową koncepcją sceniczną wprowadzoną przez tego młodego i zarazem uzdolnionego aktora i śpiewaka, którego sztuka wokalna odpowiada jego talentowi scenicznemu”. W grudniu Jerzy Czaplicki wystąpił w roli tytułowej Rigoletta. W tym momencie komplementy posypały się gęsto. Pisano mniej więcej w takim tonie, jak recenzent „Chicago Tribune”: „Rigoletto był wspaniały zarówno pod względem wokalnym, jak i dramatycznym. Było to mistrzostwo na najwyższym poziomie. Jest to najpiękniejszy, rozległy głos barytonowy, jaki pojawił się w naszej operze od czasu odejścia Cesare Formichi. Posiada wszystko, co powinien: gustowny styl kreacji wokalnych, dramatyczny ogień, dobrą aparycję i plastykę ruchu”.

    Amerykanie lubią wyrażać wartość pracy w przeliczeniu dolarowym. Jak cię cenią — tak cię wycenią. Czaplicki też tego nie ukrywał, jak w ciągu pierwszych sezonów pracy w Chicago Civic Opera zmieniało się jego honorarium: „… Sezon trwał wtedy tylko przez dwa miesiące, październik i listopad, więc przez resztę miesięcy odbywałem turnee po Ameryce Południowej, Kanadzie, czy  Puerto Rico. Jeżeli kogoś interesuje, ile w owych czasach zarabiał solista operowy w USA, chętnie zdradzę, jaką miałem stawkę. Początkowo poskąpiono mi doznań krezusa. Moja gaża wynosiła 250 dolarów tygodniowo. (Bilet do opery chicagowskiej kosztował od l do 4 dolarów „bez podatku!”, jak anonsowały gazety). W drugim sezonie dyrekcja podniosła mi stawkę o 100 dolarów. W trzecim sezonie, gdy zdobyłem już duże uznanie u publiczności i krytyki, zażądałem 350 dolarów... za jeden występ. Mój dyktat został przyjęty bez sprzeciwu i taką stawkę pobierałem do końca blisko sześcioletniego kontraktu…”

    W okresie swojego kontraktu chicagowskiego Jerzy Czaplicki był w zespole artystycznym Civic Opera jedynym barytonem, który śpiewał partie Wagnerowskie. Występował w Chicago w: Lohengrinie, Tannhäuserze, Tristanie i Izoldzie oraz Zmierzchu bogów. W utworach Ryszarda Wagnera spotykał się na scenie z legendarnymi już dziś odtwórcami muzyki mistrza z Bayreuth. Na przykład afisz Chicago City Opera Co. zapowiadający Tristana i Izoldę głosił, że śpiewają: Kirsten Flagstad, Gertrudę Wettergren, Lauritz Melchior i Jerzy Czaplicki.

    Po wybuchu wojny kilkakrotnie występował z obu braćmi Kiepurami: z Janem śpiewał między innymi w Tosce, Cyganerii, Aidzie, zaś z Władysławem między innymi w Strasznym dworze, wystawionym na scenie w Chicago Civic Opera pod dyrekcją Jerzego Bojanowskiego z udziałem solistów polskich i amerykańskich. W listopadzie 1941 roku chicagowski polonijny „Dziennik Związkowy Zgoda”, popierający sprzedaż polskich papierosów „Biały orzeł”, zamieścił zdjęcie obu Kiepurów i Czaplickiego pod następującym tytułem (pisownia oryginalna): „Chluby Polski i Świata, Trzej najznakomitsi Polscy śpiewacy”. A pod zdjęciem tekst następujący: „Jan Kiepura, Ladis Kiepura i Jerzy Czaplicki, udając się na gościnne występy do Porto Rico, zaopatrzyli się na drogę w papierosy White Eagle. Jerzy Czaplicki mówi: Te papierosy nawet gardłom śpiewaków nie szkodzą! Nauczymy całe Porto Rico palić tylko papierosy White Eagle. A co najważniejsze:

Rząd Polski ma dochód z każdego pudełka. My Polacy palimy tylko i wyłącznie papierosy WHITE EAGLE”.

 

czaplicki8

Jeden z najwybitniejszych polskich barytonów

 

 – Jerzy Czaplicki, w operze Rigoletto (Chicago 1941 r.)

    W 1942 roku Czaplicki był w zespole New York City Center Opera Company, śpiewając w Tosce i Traviacie w miastach wschodniego wybrzeża USA, następnie występował w Filadelfii jako członek Philadelphia La Scala Opera Company. Rok później odnotował Czaplicki ważny w swojej biografii artystycznej występ. Śpiewał swoją „koronną” rolę Scarpia w Tosce w Nowym Jorku podczas inauguracji City Center of Musie and Drama, nowoczesnego centrum muzyczno-teatralnego. Krytyk „New York Times”, Olin Dowues, uchodzący wówczas za największy autorytet recenzencki, napisał, że „od czasów wielkiego Antonio Scottiego nie było w Ameryce śpiewaka, który by tak wspaniale wykonał tę partię”. Czaplicki zaś, zapamiętał z tego wieczoru zgoła inną recenzję:

— Po spektaklu, w czasie którego wybrylantowana i smokingowo-frakowa publiczność wielokrotnie nagradzała mnie głośnymi i długimi brawami, do garderoby przyszła żona Szalapina. Gratulując sukcesu, obdarzyła mnie nie lada komplementem, porównując mój sposób gry aktorskiej do kunsztu jej słynnego męża: „Wy jedinstwiennyj artist, katoryj napominajet mnie majewo muza”.

    Rok później tenże sam „New York Times” po występach Czaplickiego w Carmen donosił, że „wybitnym osiągnięciem tego wieczoru była postać Escamilla śpiewana przez Georgea Czaplickiego, biegłego wokalnie i świetnego scenicznie, zagrana z wigorem i w dobrym guście”.

    Czaplicki o swoich sprawach prywatnych, nie mówił za wiele, ale też odnotowano jedną z jego wypowiedzi: „… Zupełnie oddzielny rozdział w mojej amerykańskiej karierze to występy ze słynną śpiewaczką, Grace Moore, z pochodzenia Irlandką, z którą łączyły mnie też później bliskie związki uczuciowe. Był to duży sopran liryczny i piękna kobieta. Dała się także poznać jako świetna aktorka filmowa w wielu filmach nakręconych w Hollywood. Gdy poznałem Grace, była u szczytu sławy. Jej nazwisko zapełniało sale koncertowe zarówno tą najbardziej wyrobioną publicznością, jak i zwykłymi miłośnikami pięknego śpiewu. Jeszcze zanim się z Grace zaręczyłem, występowałem z nią w kilku operach. Najpierw w Cyganerii. Na prośbę, ba!! na żądanie Grace musiałem szybko nauczyć się bardzo przeze mnie nie lubianej partii Lescauta w Manon.

    Małżeństwo z Grace Moore nie było mi jednak pisane. Śpiewaczka zginęła w lecie 1947 roku w katastrofie lotniczej, lecąc z Belgii do Szwecji. Samolot po starcie zapalił się i runął na ziemię. Pasażerowie zgorzeli. Szczątki Grace (z jej rzeczy osobistych rozpoznano tylko biżuterię) zostały pochowane w rodzinnym mieście w stanie Tennessee. Wiadomość o jej śmierci zastała mnie w Detroit na próbie Łucji z Lammermoor.  Doznałem szoku. Stało się to na dwa tygodnie przed planowaną datą naszego ślubu…”

    Trzy lata po śmierci narzeczonej Jerzy Czaplicki wycofał się ze sceny i zajął pedagogiką.

W Chicago otworzył w 1950 roku własne studio wokalne. Do Polski powrócił w 1967 roku, zamieszkał w Warszawie i założył rodzinę. Przez parę lat pracował jeszcze jako kierownik wokalny w Teatrze Wielkim.  Zostawił kontynuatorkę rodzinnych tradycji muzycznych: córka Joasia także w muzyce rozkochana, kształciła się w tym kierunku.

   Czaplicki miał w swoim repertuarze blisko czterdzieści partii operowych i niezliczoną liczbę piosenek. Był ulubieńcem publiczności i tej operowej, dziś nazwalibyśmy ją ekskluzywną, i tej masowej, która kupowała jego płyty z piosenkami. Po prostu ludzie lubili słuchać Jerzego Czaplickiego bez względu na to, co śpiewał...

*

Zmarł w Warszawie 19 kwietnia 1992 roku, na pięć dni przed swoimi dziewięćdziesiątymi urodzinami.

 

 

Korzystałem z:

  1. Jerzy Czaplicki – barytonowe refleksje  /Wacław Panek/
  2. Wikipedia
  3. Materiały prasowe różne, zasoby własne.

 

Pin It