Andrzej  Gronczewski

 

 

W  i  n  n  e    g  r  o  n  a 

 

Dla  Magdaleny

 

gronczewski fl              Z  San  Gimignano  do  Cellole, gdzie  romańskim snem  drzemie  kościół  między  cyprysami, zaledwie  trzy  kilometry. Nie  wolno  jednak  zapominać, że  odległość  w  linii  powietrznej  to  inny  dystans, niż  ten, jaki pokonać  trzeba  wśród  wzgórz  i  sierpniowego  upału. Grande  Silenzio. Droga  jest  pusta. Mieszkańcy  i  goście  tego  kraju  usnęli  chyba  w  dobroczynnym  letargu.

              Idziemy  cierpliwie, z  mozołem, pokonując  obłe  wzniesienia  i  łagodne  zakręty. Wspinamy  się  w  słonecznej  pokorze, doznając  trudu  każdego  kroku. Idziemy odwracając głowy ku  wieżom San  Gimignano, aby – według  reguły Juliana  Przybosia – każdym  nowym  krokiem    przesuwać  linię  według horyzontu. I  śledzić, jak  z  ogromnych  „kołysek  przestrzeni” musi „w niebo wstępować”  za  nami  kamienne, szaro złote, dantejskie  miasto.

              Idziemy  w słonecznym  potopie.  Nie  można  zdać  się  na  obłoki.  Daremnie  liczyć na  łaskę  cienia.  Wszelkie  formy  ziemi  są  tu  nachylone  ku  błękitowi. Ku  ciągłej, słonecznej  kąpieli.

              Powietrze  mieni  się  od  żaru. Wibruje, krysztali  się, topi, pulsuje. Nabiera  szklanej  przejrzystości  i  zyskuje  nagłą  ziarnistość. Dokonują  się  w  nim  stałe, jawne  procesy, tworząc  rozległą, nieogarniętą, widomą  płytę  do  patrzenia – dla  naszych  oczu.

              Musimy  szukać  ulgi  pośród  solarnego  nadmiaru. Co  to  właściwie  znaczy – odpocząć  na  krawędzi  winnicy  ?  Usiąść  przed  wielkimi  płatami  suchej, żółtobrązowej, w  twarde, grube  skiby  pokrojonej  ziemi,  gotowej  do  drugiego  lub trzeciego  plonu ?  I  mieć  za  plecami  niezliczone  hektary  winorośli, pełne  berylowych i  ciemnych, ciężkich,  gorących  kiści  winogron  ?  Słyszeć  niemal – w  ciszy  i  pustce  południa –  jak  pulsuje  sierpniową  dojrzałością  to  gigantyczne, toskańskie  laboratorium ?

              Człowiek  z  kraju  żyta, ziemniaka  i  jabłoni  doznaje  w  winnicy  takich  uczuć,  jak  ten, kto  znalazł  się  nagle  w  świątyniach  innej  wiary  i  nadziei. W  obszarze  odrębnych  łask  i  darów. W  innej  pogodzie  serca  i  myśli. W  sanktuariach  odmienionej – tej  samej – prawdy.

              Okrążony  przez  winnice, otoczony  przez  święto  nadmiaru, przez  słoneczną  całość – z  całości  owej, z  „wszystkości”  winnic  wybieram  jeden  wspaniały  wisior.  Kto  bowiem  wszystko  widzi, mało  przenika. Istota  całości  mieszka  w  drobinie,  w  ułamku  sumy. Tajemnicę  sumy  należy  wydzierać  z  fragmentu. Trzeba  zawierzyć  cząstce , szukając  całości.

              Zrywam  więc  kiść  wybraną. Moja  kiść  jest  ciężka, pełna  owocnej  płodności i barokowego  przepychu. Wydaje  się tak  bogata, jakby  zmaterializowała  się  w  niej – bez  reszty – idea  roślinnego  cudu baroku.

              Unoszę  kiść  ku  słońcu. Długo  ją  prześwietlam – dzięki  słonecznemu  rentgenowi. Wpatruję  się  w  słoneczne  ampułki. Uważnie  badam  splątane, winne  retorty. Śledzę  złociste, dostałe  krwiobiegi. To, co trzymam  w  dłoni, piękniejsze jest od winogron  namalowanych, od płócien wszystkich Flamandów.

              Szczęśliwa  ziemia, której  poeci  nie  zapominają  o  winnych  gronach. Nie  zapominają  nawet  wówczas, gdy  w  zaświatach budują  wielkie  obozy koncentracyjne,  czekające  na  tych, co  zbłądzili  i  grzeszyli. Dante – kreśląc  XXIV  pieśń  Czyśćca – musiał  mieć  przed  oczami  podobną  do  mojej  kiść  winogronową,  skoro  nie  omieszkał  ubarwić  księgi słowem  „la  Vernaccia”, słowem  i  dzisiaj  tak  żywym, szlachetnym, cennym  dla  wielu  spragnionych  ust  i  języków. Skoro  nie  utaił  imion  wina  z  okolic  San  Gimignano. Nie  znajdziecie  owych  imion  w  przekładzie  Edwarda  Porębowicza. Brakuje  ich  w  polskim  obszarze  Boskiej  Komedii.

              Mój  odruch  pogański. Mój  gest  słonecznego  szamana. Moje  uświęcenie winnych  gron... – i  nagłe  uczucie  wstydu, pokory, gniewu. Odkrywam  niespodziewaną  gorycz. Odsłaniam  własną, utajoną, uciążliwą, bezwinną – winę.

              Czemu  nie  umiem  cieszyć  się  pobytem  w  winnicy ? Dlaczego  ciągle  obracam  oczy  ku  dalekiemu  obszarowi ? Czemu trudna, gorzka, daremna  miłość  góruje  nad  słodyczą  przelotnej  wizyty ?  Dlaczego  jestem  w  winnicy, nie  będąc  w  niej  do  końca – w  sposób  wyłączny  i  absolutny ? Trwoniąc  czas  na  skargi, gorzkie  żale, ułomne  obrachunki ? Na  sumy  płynne  i  zagubione ?

              Gruby  tom  przypisów  należałoby  dołączyć  do  tych  zdań  nazbyt  esencjonalnych, aby  szyfry  polskiej  buchalterii  stały  się  jawne  i  choć  trochę  czytelne dla  innych  mieszkańców  Europy. Czy  biegły  tłumacz  jest  nam  bez  przerwy  potrzebny, także – w  sierpniowej  winnicy ?

              Uczucia  gościa  nie  zawsze  bywają  słodkie. Godzina  pogody  nie  równoważy  lat, jakie  przychodzi  spędzić  w  piwnicy  polskich listopadów. „Nie  dla  nas  winnic  stok...” – skarżył  się  Jarosław  Iwaszkiewicz, dawno  temu  formując  swą  Księgę  nocy.

              Wszystkie  rzeczowniki – jak  grona  na  dwu  skłóconych, równoległych  łodyżkach – osobliwie, demonstracyjnie  wiszą  w  tym  wierszu  piołunowym, całkowicie  posłuszne  wobec  symetrycznego  nakazu, wokół  osobnych  racji  skupione  i  widome. Jedne  wiążą  się  z  ciężarem  przekleństwa, drugie  mówią  o  przywileju  i  łasce.

              Na  polskiej  łodydze  znaczeń  mieści  się  to, co  „dla  nas”  uchwytne  i  dookolne. Na  drugiej  to, co trzeba  minąć  z  miłującą, choć gniewną  pokorą, bo  „nie dla  nas”  wybrane  i  przeznaczone. Nie  cytuję  wiersza. Mówię  o  jego  wewnętrznym  „rysunku”, który – tam, między  szeregami  winorośli – ujawnił  mi  się  ostro  dzięki  ruchomej  bibliotece  mojej  pamięci.

              Czy  rzeczywiście  muszę  być  nadal  skazany – w  zgodzie  z  wyrokiem  poety – na  cierpką  wierność ? Na  surowość  cegieł  i  nędzę  muru, okrytego  północnymi  liszajami ? Na  pospieszną  korozję  rzeczy  i  uczuć ? Na  rdzę  naszą, w  deszczu  i  chłodzie  umiłowaną ?  Na  błota  pór  roku  i  błota  inne ? Na  grząskie  taplaniny  naszej  duchowości ?  Na  jęki, zgrzyty, lamenty, bełkoty, uwięzłe  w  kole  krzywdy  i  zawsze  skażone  przez  wzrok, odwrócony  ku  wczorajszym  ranom ? Mam  być  ciągle  skazany  na  szorstkość  mowy ? Na  myśl, otępiałą  od  dosłownych  i  symbolicznych  alkoholi ?  Na  zdania, które  ciężko  opadają  ku  dnom  wieloimiennej  rozpaczy ? I  nie  może  ich  podnieść  daremny, śmieszny, kokieteryjny  motyl, zwinięty  w  znaku  zapytania ?  

              Graficzny  motyl  jako  tragarz. Jako  nikła  szansa  dla  ciężaru  niewiedzy, wahania, bólu  i  goryczy. Żałosne  to i beznadziejne. Tyle  już  razy  składałem  sobie  przysięgę, że  wszelkie  pytajniki  wygnam  poza  obszar  moich  kartek. Nie  zapomniałem  o  dawnych  przysięgach – w  toskańskiej  winnicy. Ale  i  tutaj  skazany  jestem  na  przekleństwo  własnych  pytań. Na  echa  i  powidoki  pytań  cudzych.

              Nie  umiem  rozstrzygnąć, czy  bliski  jest  mi  Bóg  wielkich  katedr, fresków, ciepłych  murów, roziskrzonych  mozaik ? Bóg  uśmiechu, który  wpisał  się  tak  czytelnie  w  teksty  hojnie  obdarowanej  ziemi ? Bóg  słodkich  instrumentów  i  harmonijnego  śpiewu ?

              Bóg – ścigany  przez  źrenice  śmiałych  wizjonerów ?  Ukształtowany  przez  widzące, formo twórcze  dłonie ? Obecny  w  lekkim, kwiatowym  kielichu  kopuł  katedralnych ? W czarnoksięskim  równaniu, wyjętym  przez  architektów – z  kosmosu  liczbowych  przypadków  i  możliwości ?

              Bóg  jako  suweren  powszechnie  podziwianych  domów  Boga ? Bóg  wielkich  obrazów, dzięki  którym  twarze  Boga – tu  namalowane – śnią  się  wszystkim  mieszkańcom  świata ?

              Czy  też  bliższy  jest  mi  Bóg  inny – ten  sam – rodzimy, który  snuje  się  po  wierszu  polskiego  wędrowca : „ w  domu  Bóg  jak  nocny  stróż” ? Bóg, nękany  przez  pogłos  naszego  kaszlu. Jękliwy – w  skrzypiącym, daremnie  płaczliwym  głosie  ludzi  starych. Spowity  w  polskie, zawsze  czerwone  bandaże. Oblegany  przez  tysiące  małych  próśb  domowych. Wplątany  w  nędzę  ciała, dla  którego  trudno  było  znaleźć  choć  godzinę  bezinteresownego  szacunku. Wdeptany  w  bagna  lęku  o  niezliczonych  twarzach. Przywoływany  w  mroku  listopadów  i  w  lasach  dziejowej  ciemności.

              Bóg  rąk  uniesionych  na  rozkaz – rąk  Ojca – pobielałych  na  białym  tle  kafli  bielańskiego  pieca. Rąk  zapamiętanych  wcześniej, zanim  jakiekolwiek  kamienie  mogły  ciężko  zwalić  się – na  dno  mojej  dziecinnej  pamięci.

              Jakie poufne, wstydliwe, gorzkie  bywa  szukanie  polskich  kluczy  i  bram  do  winnicy. Nie  są  to  klucze  z  chłodnego  metalu. Uformować  je  trzeba  z  marzeń, snów, tęsknot  i  głodów, ze  stopu  wierności  i  zdrady.

              Rok  temu  cały  dzień  strawiłem, by  snuć  się  z  Grażyną  po  wrześniowym  Torcello. By  włóczyć  się  wśród  oparu  mgły  i  powolnego  deszczu. Chciałem  odnaleźć  małą  winnicę, która  stała  się  już  winnicą  umarłych: winnicą  Hemingwaya, Iwaszkiewicza, Reny  Jeleńskiej, pani  Anny  Iwaszkiewiczowej. Tam  właśnie, jesienią, o  zmierzchu  późnych  lat  czterdziestych  pani  Anna  zerwała  pierwsze  w  swym  życiu  winne  grono, grono  z  prawdziwej  winnicy.

              Torcello  w  deszczu, za  kulisami  mgły,  z  obrzeżami  trzcin  bagiennych – wstyd  wyznać – przypominało  mi  Łosiowe  Błota. Gdyby, oczywiście, Łosiowe  Błota  oblane  były  weneckimi  wodami. Gdyby  na  ustronnej  łące  stała  wysoka, surowa, szaro-żółta, smutna, kamienna  wieża. Gdyby  pośród  moich  codziennych  przechadzek  mogła  się  wyłonić  katedra, z  której  wnętrza  ciągle  dobiega  wrzask, skowyt  i lament  Sądu  Ostatecznego.                  

              Autorowi  Podróży  do  Włoch  ta  okrutna, dantejska – sprzed  Dantego – mozaika  na  murze  katedry  ukazała  się  „jak  wyschnięta  winnica, pełna  jesiennych, zwarzonych  liści  i  fiołkowych  owoców”

               A  ja  widziałem  raczej  anioły  o  słodkich  twarzach. Anioły  owe – z  niewinną, błogą  miną – tak  sprawnie  tłuką  kijami  po  głowach  skazańców, wyłaniających  się  z  topieli  ognia  i  smoły, że  ich  daremny  jęk  unosi  się  tu  dookoła – nad  katedrą, nad  całą  wyspą  i  martwymi, sinymi  wodami.

              Wszystko  trwa, tożsame  i  niezmienne  od  lat  czterdziestych. Z  rąk  aniołów  nie  wypadły  długie  kije. Cień  Hemingwaya  przesuwa  się  na  tle  winnicy. Wędruje  po  ogrodzie  z  różanymi  pergolami. Cofa  się  do „Locanda  Cipriani”, zatrzymuje  przy  ogromnym  kominku  w  hollu. Patrzy  na  swoje, dawne, doczesne  zdjęcie, ulokowane  między  fotografiami  książąt, królów, prezydentów  i  aktorów. Cień, jeśli  potrafi, macha  gniewną  dłonią  cienia. Wolno, fachowo  i  stanowczo  żegluje  w  stronę  baru. Siada  tyłem  do  szklanej  ściany. Jeśli, co  zrozumiałe, cienie  mają  plecy  i  mogą  nadal  odwiedzać  takie  bary  szacowne, świątynne  i  zasobne, jak – kiedyś  i  dzisiaj – bar  Ciprianiego.

              I  nigdy  nie  będą  wiedzieli – ani  Hemingway, ani  jego  cień – że  tu, między  winnicą  i  różanym  ogrodem, między  wieżą, katedrą  i  hotelem  Ciprianiego, między  tronem  Atylli  i  rozrzuconymi  w  trawach  odłamkami  kolumn, na  cmentarzu  dawnej, zaniechanej  cywilizacji, jakiś  polski  pisarz  prowadził  z  nimi  długą, bolesną, niemą  rozmowę.

              „Otóż  to  wszystko, co  ja  piszę – mówił  Jarosław  Iwaszkiewicz – to  wszystko, co  odczuwałem  wówczas  w  tej  winnicy  obok  hotelu, jest  w  tak  doskonałej  sprzeczności  z  Hemingwayem, jest  tak  obce  jego  sztuce  i  tak  inne  od  jego  sztuki – że  to  rwanie  winnego  grona  odbywało  się  jak  gdyby  jakiś  obrządek  przeciwko  Hemingwayowi. Hania  nic  o  tym  nie  wie  do  dziś  dnia. Aleśmy  tam  szli  pomiędzy  krzakami  winnej  macicy  jak  ludzie  ubodzy, jak  żebracy  życia, którzy  nigdy  nie  zerwali  winnego  grona  z  krzaku  winnego, którzy  przybyli  z  kraju  piasków  i  wysokich, bezpłodnych, nie owocowych  drzew, które  szumią  całymi  nocami  i  które  są  gadatliwe  jak  sny”.

              W  mroku  tamtej, w  świetle  mojej  winnicy  muszę  z  pokorą  przyjąć  zdania  o  „żebrakach  życia”. Są  tym  cięższe, bardziej  wiarygodne, jątrzące, silniej  splamione  krwią  rozpaczy, im  hojniej  i  duchowo  okryty  znakami  przywilejów  wydawał  mi  się  ten, kto  dozwolił  nam  właśnie  spojrzeć  na  prawdę  dłoni  pełnych  i  dłoni  pustych.

              Kto  istotę  własnej  sztuki  skłonny  był  powiązać  z  dialektyką  bogactwa  i  nędzy. Kto  żywił  przekonanie, że  ziarenka  jego  słów  winny  mnożyć  się  z  rozpaczliwą, bezsenną  gotowością  i  energią.   

              Gotowością – do  czego ? Do  tego, by  można  było  zasypać  nimi  wszelkie  otchłanie, rozchylające  się  ciągle pod  naszymi  stopami, jak  otwiera  się  otchłań  Sądu  Ostatecznego  z  katedry  w  Torcello.

              „Hemingway  jest  małomówny  jak  ludzie  bogaci – powiada  cierpko  Iwaszkiewicz – ja  jestem  gadatliwy, bo  gadaniem  chcę  pokryć  moje  ubóstwo, ubóstwo  mojego  kraju  i  ubóstwo mojej  myśli. Jeszcze  nigdy  nie  czułem  się  tak  ubogi...” Nie  dość, że  zdegradował  własne  pisarstwo  i  mówienie, na  parter  „gadania”  mściwie  je  zepchnął, to  jeszcze  słowa  swoje  musiał  napisać  w  chwili, kiedy  wszystko  nicestwieje, kiedy  zaczerniona  kartka  szydzi  z  pisarza, świeci  powrotną  bielą  lub – w  najlepszym  razie – odsłania  nędzę  spłowiałego  fresku.

              Ten  sąd  chwili – nazbyt  może  widomy  w  humorystyce  bólu  i  skargi – nie  mógłby, jestem  pewien, zachwycić  naszych  wyznawców  religii  milczenia, orędowników  lakonizmu  tyleż  świadomego, co  bohaterskiego, ukrytego  zatem we  wszystkich  węzłach  myśli  i słowa. Norwid, Przyboś – wolno  mniemać – z  szacunkiem  minęliby  ów  akt  konfesji  i  skruchy. Nie  wybaczyliby  skazy  głosu,  wolnego  od  filtrów  sztuki.

              Nie  wiem, czy  Hemingway  byłby  skłonny  odpowiedzieć  przybyszowi  ze  Stawiska. Sztukę  słuchania  cenił  bardziej, niż  sztukę  rozmowy. W  przemilczeniu  i  zatajeniu  upatrywał  siłę  sztuki, bardziej  celową  niż  ta, jaka  łączy  się  z  darem  spowiedzi. „Ironia  i  litość”  wobec  siebie  kazała  mu  chować  się  za  gestem  żartu, za  odruchem  chłopca – tkwiącego  w  Królu  Lirze. O  rzeczach  ducha  lepiej  wtedy  mówić  słowami  monarchy, żołnierza, myśliwego, łowcy  wielkich  ryb, matadora.

              Ale – nie  odpowiadając  na  słowa  z  winnicy – musiałby  długo  o  nich  myśleć. Ziemia  ciągle  drży  pod  winnicami. Nie  lekceważy  się  ruchów  tektonicznych, które  dojrzewają  w  cudzym  pytaniu. Rygoru  milczenia – słyszę  jego  słowa – można  uczyć  się  wszędzie. A  jednak  łudzą  szaty  cesarskie  i  zwodzą  łachmany. Mijamy  się, mijamy  ciągle. Przechodzimy  obok  siebie  podejrzliwie  i  obojętnie – jakby  mijały  się  dwie  rozpacze, dwie  odmiany  bólu. Jakby  mijały  się  dwa  lodowce  osobne, dwa  sprzeczne  płomienie. Lub  raczej – mógłby  pomyśleć – dwie  ryby  głębinowe. Ryby  o  różnych  zdolnościach  do  życia  w  głębi.

              Pestka  rozpaczy  tężeje  w  owocu  każdego  bogactwa, w  jego  realności  i  fałszu. Wiemy  nadto  dobrze, że  rozpacz  Hemingwaya  była  głębsza  od  rozpaczy  Polaka. Czy  wolno  mierzyć  głębie  osobnych  rozpaczy ? Była  głębsza, bo  pierwotna, surowa, bezradna, bardziej  prosta  i  elementarna. Bo  gęstniała  przez  cale  dekady. Bo  uciekał  od  niej, maskując  formy  ucieczki.

              To, co  zabijał, okazało  się  wielekroć  mniejsze, niż  to, co  zabijało  jego. Niech  Bóg  wybaczy  mi  echo  Rilkeańskie. W  obszarze  winnicy  życia  nie  godzi  się  wyrokować, kto prawdziwie  bogaty ?  kto  ubogi ?  Trudno  ustalić  wektory  zazdrości. W  winnicy  zazdrość  jest  płonna. Nie  przystoi  tym, którzy  noszą  królewskie  płaszcze. I wiedzą, że  są  one  podszyte  kruchą, ulotną  pajęczyną.                                                                           

              Mój  błąd – w  czym  się  kryje ?  Może  w  tym, że  nazbyt  uparcie  kieruję  spojrzenie  w  stronę  obdarowanych ? By  przekonać  się, jak  łatwo  wypadają  dary – z  ich  szczęśliwej  dłoni ?

              W  winnicy  na  Torcello  odwiedzała  go  piękna, czarnowłosa  Wenecjanka. Chciał  jej  dać – tak  małomówny – najbardziej  wymowną  rzecz  o  miłości  późnej  i  testamentalnej. Ofiarował – w  istocie – gadaninę  mistrza. Ględzenie  bohatera  mitu. Gadaninę  w  innym, bardziej  upokarzającym  i  bardziej  skażonym  stylu, niż  ten, o  jakim  mógł  myśleć  gospodarz  Stawiska, okrutny  i  szyderczy  wobec  siebie.

              Czy  już  nikt  nie  zjawi  się  w  mojej  winnicy ? Nie  rozświetli  mroku – słonecznej  godziny ? Jakiś  filozof  tańczący, choćby  bez  maski  Dionizosa ?   I  bez  gromady  pijanych  dziewcząt, których  stopy, piersi  i  usta  umazane  są  winogronowym  miąższem  i  płynem ?

              Może  ktoś  zwyczajny – w  trudnej  niezwykłości, jaką  określa  szacunek  dla  zwykłości, dla  jej  wszelkich  darów – w epoce  zarazy  i potopu?

              Widzę  go, na  obrzeżach  innych  winnic. Na  drogach  Camargue  i Prowansji, tak  bliskich  Hemingwayowi, o  czym  mówią  stronice  Rajskiego  ogrodu.

              Obaj  zresztą – w  różnych  czasach – korzystali  z  tego  samego, czarodziejskiego  wehikułu. Wehikułu  młodych  i  wehikułu  mędrców. Eufemizm „w  różnych  czasach”  tak  trzeba  rozumieć, iż  działo  się  to  w  Europie  minionego, naszego  wieku – po  jednej  wielkiej  wojnie, między  wojnami, i  w  toku  drugiej, wielkiej  wojny. Należy  bowiem  przyjąć, że  dzieje  ludzkie  stały  się  obszarem  dotkliwego  nadmiaru. Są  równie  zatłoczone  faktami, jak  miasta – ludźmi, a  drogi – samochodami. Już  teraz  trzeba  godzić  się  pokornie  z  myślą, że  gigantyczne  przygody  tego  wieku  zamkną  się  kiedyś – po  upływie  paru  stuleci ? – w  skąpym  wersie, złożonym  z  jednego  rzeczownika, jednego  przymiotnika  i  dwu  liczebników.

              Że  dopiero  wówczas  będziemy  ofiarami  historii, pokrzywdzonymi  przez  nonszalanckie, lapidarne  protokoły. Musimy  uwzględnić, że  potomni  będą  błądzili  w  lesie  nazbyt  wielu  tragedii. W lesie  bardziej  okrutnym  i  szyderczym  od  lasu  Dantego. W  lesie, gdzie  nie  warto  liczyć  drzew. Nie  warto  gubić  się  pomiędzy  niezliczonymi  i  splątanymi  echami.

              Mój  wielki  imiennik  zrobił  niemal  wszystko, aby  uciec  przed  fałszem  martwej  liczby, przed  daremnością  uogólnienia  i  syntezy. W  zgodzie  z  absurdami  epoki – czyż  nie  była  epoką  dufnej, agresywnej  i  zwycięskiej  maszyny  ? – musiał  więc korzystać  z  wehikułu, dla  którego  siłę  napędową  stanowią  nadał  zwykłe, archaiczne  stopy, łydki  i uda, na  tylu  już  szlakach dziejowych  wypróbowane  i  skuteczne.

              Imiennik  mój  wspaniały. Myśliciel  na  rowerze. Ten, kto  idyllę  odkrył  w  ucieczce. Ucieczkę  przemienił  w  wycieczkę. Wycieczkę – w  podróż do granic  raju. Do  osobnego  raju, który umiał  znaleźć na  krawędziach  europejskiego  piekła.

              Swe  ruchome  święto  przeciwstawił  dzielnie – ruchomemu  piekłu. Głody  swe  przekształcił  w  rzetelne  uczty. Z  wielu  uczt  wysnuł  sens  i  smak nowych  głodów.

              Mędrzec  na  rowerze. Elegancki  i  naturalny, prosty  i pełen dystynkcji, jak  Marek  Aureliusz  na  koniu. Ten  bowiem, kto  łowi  myśli  konne, myśli  piesze  i  myśli  rowerowe, wynikające  poniekąd  z  ruchu  mięśni, z  szybkiego  krwiobiegu, z  żywego  oddechu, uśmiecha  się  częściej  i  bardziej  roztropnie, niż  ten, kto  łowi  myśli  inne, dalekie  od  łaski  ruchu i tlenu. Jego  mądrość  jest  więc uśmiechnięta. Bogatsza  o  uśmiech  wiedzy  jasnej, dotykalnej  i  życzliwej. Wiedzy, która  ulega  powietrznym  i  ziemskim  egzaminom. Wiedzy, która  ustala  się  zawsze – wobec  trybunału  widomych konkretów. Może  to   jedyny  suweren  młodości  polskiej – młodości  pełnej, dojrzałej, nie skłamanej ? Młodości  kosztownej  i  świątecznej – w  literaturze, która  dawno  temu  eksplodowała  pamiętną  Odą, i  szybko  wytupała  swe mizerne, poźniejsze , inne  tańce, gdy już  wygasła  radość  po  pierwszej  wojnie ?

              Obcy był  pokusom  rozpaczy, płynnego  smutku, bełkotowi  szyderstwa, pustego  i  daremnego. Don  Kichot  czynnej  urody  życia, który  obracał  swe  niewidzialne  kopie  przeciwko  alkoholistom  rozpadu, anarchii, skargi  i  płaczu, przeciwko  wiatrakom  naszego  bólu.

              Nie  lękał  się  własnej  mądrości – w  kulturze, która  nazbyt  ufa  mądrościom  cudzym. Nie  stronił  od  jej  pozornych  i  płochych  zaprzeczeń. Wiedział, przypominam, że  prawdziwa  mądrość bez  przerwy  drwi  z  siebie. Że  stawia  przed  sobą  podróżne  lustra. Że  kasuje  wieczorem  to, co  zadekretowała  o  świcie.

              Był  zawsze  przytomny, choć  ciągle  pijany. Był  odurzony  nadmiarem  widzialnego  świata. Był  olśniony  winnicą  świata, którą  odsłaniał  wszędzie. Był  okrążony  winnicą  dookolnego życia – bogatą  w  każdym  fenomenie, szczególe, winnym  krzaku, bezcenną – w  chwiejnej  kresce  cienia, w  plamie  słonecznego  żaru.

               Andrzej Bobkowski  nie był  naiwny, przeciwnie, jego  inteligencja –  dzięki  nagłym, ostrym  błyskom – wydaje  się  bardziej  żywa, giętka  i  trzeźwa, niż  inteligencja  wielkiego  H., co  mało  zresztą  mówi, bo  wielkość  artysty  nie  musi  być  braterska  wobec  inteligencji  potocznej  i  domokrążnej. Nad  inteligencją  wielkiego  I. także  niekiedy  górował, bo  inteligencja  owa, powtarzam, nie  musi  być  ani  żoną, ani  kochanką, ani  siostrą  codzienną  wielkiego  pisarza.

              Ile  razy – ten  mój  wędrowny  imiennik – szukał  postoju  w  winnicy. Ile  razy  otwierał  sakwy  na  podróżnym biwaku, który  raczej  biwakiem  poznania, delektacji, biwakiem młodej  i  samotnej  myśli  nazwać  trzeba. Może  nawet  biwakiem  metafizycznym, bo  nad  winnicami  otwiera  się  również  niebo nocy  i  gwiazd, niebo  uciszonych  pytań.   

                Rychło  przeczuł, że  winnica  to  dobry  azyl  w  krainie  dookolnej  dżumy. Że  to  doskonała, powietrzna  pracownia, idealna  do  tego, by rodziły  się  w  niej pierwsze  notatki, owe „szkice  piórkiem”, które – wbrew  starcowi  z  Jasnej  Polany – winny  nosić  tytuł, teraz  i  zawsze: Wojna  i  spokój .

              Wojna, niosąc  wiele  trudnych  i  gorzkich  zniewoleń, niesie  bowiem  także  pewną  odmianę  wolności. Zyskuje  się  ją  wobec  zdarzeń  drobnych  i  nużących, pełnych  rutyny  i  nudy. Z  naszych  ramion  tak  łatwo  opadają  wtedy  kurze  i  brudy  codzienności, zanim  nie  okryje  nas  inny  pył, realny  i  symboliczny. Pył  ruin, pył  zmiażdżonych  domów, katedr, mostów. Pył  dróg, zaludnionych  przez  ruchliwe  i  histeryczne  tłumy.

              Wojna, nim  dosięgnie  nas  pierwszą  kulą, bombą, ciężarem  pierwszej  kolby  karabinowej, świstem  pierwszego  bata, każe  najpierw  myśleć  o  wielkich, bolesnych  wakacjach. O doznaniu  mrocznej  swobody. O  uczuciu  nazbyt  szerokiego  i  groźnego  oddechu.

              Umiał  więc  odnaleźć  ów  egzotyczny, kosztowny, wczesny  „spokój”  wojny – na  wielu  swoich  biwakach, na  biwakach  filozofa, znajdując  odpowiednie  dla  nich  szczeliny, ukryte  między  historią  a  histerią. Umiał  korzystać  z  niespodziewanych  darów  i  cech  takiego „spokoju”.

              Krążył – jak złodziej bez winy –  wokół  opuszczonych  winnic. Kto  miał  być  ich  pilnym  stróżem, gdy  należało  czuwać  obok  tego, co  mieści  się  w  zasięgu  ciała ? Co  daje  się  zamknąć  w  szczupłym  węzełku ?  Nie  można  zabrać  z  sobą  winnicy. Nie  można  jej  przenieść –  jak  skarbu – w  inne  miejsce, choćby  to  była  winnica  najpiękniejsza, w  zenicie  swej  płodności, pełna  solarnych  klejnotów.

              Buszował  więc  po  osamotnionych  winnicach, wśród  zaniechanego, porzuconego  nadmiaru, jakby  znalazł  się  w  Sezamie, z  którego uciekli  właściciele, strażnicy  i  kapłani  winnego   przedsiębiorstwa, nie  zostawiając  ani  czujnej  warty, słowa  żadnego ani żadnego, widomego  zakazu.

              Inaczej – rozumiemy  to  mimochodem – wchodzi  się  do  osieroconego  domu, inaczej – do  pustej  winnicy. Ta  druga  przestrzeń  wydaje  się  bardziej  domem  Boga, niż  kwaterą  doczesnego  właściciela  albo  użytkownika. Domy  Boga  winny  być  wszędzie  otwarte. Wolne  od  przekleństwa  drzwi  i  klucza. Winny  być  gotowe  do  przyjęcia  nagłych  gości, do  obdzielenia  ich  słonecznymi  dobrami. Wiedział  o  tym  bezwinny, intelektualny  szabrownik, ani  razu  nie  doświadczając  konfuzji, jaka  łączyć  się  musi  z  gestem  włamania  i  plądrowania.

              Jadł  tedy  winogrona –  z  cudzej  winnicy. Może  w  krajach  nadmiaru  nie  trzeba  pytać  o  duchowe  i  realne  prawo  własności ? Może  i  do  tego  sprowadza  się  istota  natur młodych, że  doznaniem  nazbyt  szerokiej własności  ogarnia  wszystko, nie  widząc  różnicy  między  swoim  a  obcym ?                    

              Jadł  winogrona – bagatela  ! – pożerał  je  właściwie; miażdżył  je  w  szybkim, brawurowym  tempie, oddzierając  winne  grona  od  długich, hojnie  obarczonych  łodyg. Zjadał  je  poniekąd  w  sposób  czysty  i  absolutny, więc  bez  domieszki  niepotrzebnych  myśli. Choć  i  to  nie  jest  oczywiste, bowiem  każdym  ruchem  warg  i  zębów  nasilał  absurdalną  pewność, że  chce  pożreć  wszystkie  owoce.

              Tylko  w młodości  bywamy  szczęśliwymi  pretendentami  do  wszelkich  owoców  świata. Jedynie  wtedy  sekunduje  nam  wewnętrzny, bezgrzeszny  apetyt. Tylko  wówczas  sądzimy  naiwnie – w  głodzie  lat  dwudziestu – że  zdołamy  sprostać  wieloimiennym  obfitościom  ogrodu.

              Gubimy  tę  wiarę  stopniowo, lecz  nieodwołalnie. Tracimy  ją  z  biegiem  lat, coraz  częściej  widząc  ogrody  zamknięte, okolone  niedostępnymi  murami. I  myśląc  o  wielu  owocach, które  nie  uwierzytelnią  się  nigdy –  dzięki  sprawdzianowi  naszego  dotyku  i  próbie  naszych  ust.

              „Winnica  dotykała  rzeki. – pisze  Andrzej  Bobkowski – Najpierw  narwaliśmy  trochę  winogron, olbrzymich i  słodkich  i  zaczęliśmy  jeść. Leżę  na  trawie, poprzez  liście  drzew  prześwieca  białe  słońce, a  do  ust  wpycha  się  całą  kiść  i  ogryza  ją  jak  jabłko. To  całe  przeżycie, mógłbym  pisać  o  tym  na  dwudziestu  stronach. Ale  nie  wiem, czy  można  by  oddać  rozkosz  tych  chwil – trzeba  to  samemu  przeżyć, żeby  zrozumieć. To  wszystko  w  takich, właśnie  w  takich  okolicznościach  i  w  żadnych  innych.”

              „Na  dwudziestu  stronach... – wyznaje, łącząc  możliwość „rozumienia”  z  obowiązkiem  „przeżycia”, co  dowodzi, że  ogarnia  całą, subtelną  i  barbarzyńską  świąteczność  chwili. W  różnych  zresztą  miejscach  księgi  o  jedzeniu  winogron  opowiada, ten  nasz  ekspert  winogronowy, szabrownik  w  winnicach, coraz  bogatszy  o  wiedzę, jaką  zdobywa  cierpliwie, z  północy  ku  południowi  stanowczo  zmierzając.

              Już  sprawdził, że  smak  winogron  zależy  od  wysokości  winnicy  i  kąta  jej  nachylenia  ku  słońcu.  Daje  zatem  wyraz  drobnym, lecz  cennym  odkryciom: „Po  południu – mówi – rozkładamy  się  przy  drodze  i  jemy  podwieczorek. Na  deser  mamy  białe  winogrona, zerwane  w  krępej  winnicy  powyżej. Mają  smak  zupełnie  inny, niż  winogrona  z  nizin; są  jędrne  i  małe, orzeźwiająco  kwaskowate  i  pokryte  takim  puszkiem, jakby  wewnątrz  nich  panowała  temperatura  poniżej  zera”.

              A  potem  zjada  te  winogrona – jak  młode, szczęśliwe  zwierzę, które  szarpie  kawał  mięsa. Nie  po  polsku  je  pożera – muszę  dodać  szyderczo  i  skwapliwie – pożera  je  inaczej, w  obcy  sposób, uniwersalnie  jakoś, europejsko, radośnie, kosmopolitycznie, bezdziejowo, lekceważąc dialektykę. Żre  je  po  prostu,  zażera  młodo  i  ochoczo, zachłannie, sokiem  i  śmiechem  na  równi  się  zachłystując.                         

              Zjada  je, by  tak  rzec, dwoiście  surowe, to  znaczy  od  pierwszej  chwili  sposobne  do  zjadania, w  stanie  elementarnym, nie  wygłaskane  przez  erudycyjną  pieszczotę. Nie  doprawione  na  srebrnych  i  cynowych, uroczystych  misach  duchowości. Nie  draśnięte  jakąkolwiek  aluzją  symboliczną. Nie  wyzłocone  przez  myśl  smakosza, estety, i  spojrzenie  miłośnika  wielu  obrazów.

              Ile  młodych  buntów  ukazać  można  w  scenie  z winogronami. Ile  przekory  odsłonić – w  buncie  uciszonym. Ile  sensów  odkryć  w  tym, że  winogrona  owe  zjada  „tak  sobie”, po  gombrowiczowsku, w  pogardzie  dla  semantycznych  nadwyżek  i  brewerii. W  bezkorzennym,

 płochym, wdzięcznym  flircie  z  materią  owoców. Że  dławi  ją  bez  respektu  dla  duchowej  geografii  jedzenia. Że  nie  apeluje  do  śmiało  rozpiętych  łuków  tożsamości  i  analogii.

              W  słonecznej  winnicy  siedząc, nie  dostrzega  cieni  za  plecami. Żadnych  scenariuszy  polskich  nie  pamięta. Jeśli  wolno  tak  powiedzieć, zjada  winogrona  „dla  siebie”, całkiem  prywatnie, bez  widowni, gęstej  od  widm  i  upiorów, zjada  w  sposób  wyłączny  i  tryumfalny, innego  celu  nie  widząc.

              Nie  zjada  ich  ani  „przeciwko”  Francji, ani  „przeciwko”  Polsce. Nie  miażdży  ich  zębami – przeciwko  Wschodowi, ani  przeciwko Zachodowi. Wykluczając  szorstkie  „nie”  ze  słownika, oddala  również  proste  „tak”, całkiem  tu  zbędne  i  jałowe.

              Chytra  sztuka, ten  mój  imiennik  pogodny, który  swoje  biwaki  pośród  winnic  francuskich  lokalizował  ściśle  w  czasie  dziejowym  i  czasie  prywatnym. W  czasie  wymieszanych  i  splątanych  czasów, z  których  każdy  walczył  o  przewagę  nad  drugim, nie  uznając  wyrazistego, cudzego zwycięstwa.

              To  nie  był  jeszcze – godzi  się  zachować  precyzję  w  obszarach  kalendarzy – otwarty  czas  mojego  życia. Dopiero  za  miesiąc  rozchylę  oczy  i  pognębię  świat  pierwszym  płaczem. Ale  epizody  z  winnicy – epizody  wcześniejsze – obchodzą  mnie  tak  mocno, jakby  miały  stać  się  cząstkami  mojego, przyszłego, duchowego  życiorysu.

              Czy  nie  wiedział, że  Polak  musi  odegrać  w  winnicy  swą  polską, niemą  rolę ? Że  winien  się  przykładnie  zasmucić, zagubić – w  mrocznym  rytuale ? Nie  ominąłem  szacunku  dla  rodzimych  obrzędów. Odegrałem  tę  rolę  sam – zwięźle, w  skrótach  myśli, w  równaniach  skarg  i  nadziei. Odegrałem  dostojnie, modlitewnie, retorycznie. Odegrałem – dla  gorzkiej  repetycji – w  jego, w  innych, i  w  swoim  imieniu.

              A  on  nie  chciał  przyjąć  roli. I  to  właśnie  stało  się  jego  rolą: absolutna  odmowa  roli, odegrana  czysto, bezbłędnie – przez  świadomego  wirtuoza. Nie  ma  bowiem  milczeń, słów  i  gestów  bezwinnych, jeśli  żyje  się  literaturą  polską. On  ją  znał  wybornie – przysięgły  czytelnik, artysta  w  sztuce  czytania, najdoskonalszy  brat  piszącego, choć  wolał  nie  zdradzać  się  zbyt  pochopnie, nie  narzucać  z  tą  zażyłością, serdeczną  i  poufną.

              Musiał  więc  kiedyś  słyszeć  okrzyk Norwida. Owo  zdanie  o  prawdach  dziejowych, jakie  dostrzec  można  w  trefieniu  warkoczy. Musiał  rychło  pojąć, że  takie  sprawy  dziejowe  można  splątać  również – z  winogronową  kiścią. A  jednak  cofnął  się  przed  tymi  obowiązkami  i  szansami, barbarzyńca  śmielszy, dalekowzroczny, bardziej  stanowczy  od  innych  bluźnierców. Cofnął  się  znacząco; z  braku  bolesnej  teatralności wyłonił  i  ustanowił osobny  teatr. Odmową swoją, odmową  milczącą utorował poniekąd drogę  do Herbertowskiego, spóźnionego  Barbarzyńcy  w  ogrodzie.

              Kim  więc  jest  ? Tylko  człowiekiem, który  je  winogrona  w  południowej  winnicy. Jaka  to  wysoka  godność, prosta, zaszczytna, dostojna, ufna  i  pełna  obietnic, swoiście  przy  tym  andrusowska, figlarna  i  uśmiechnięta, gdy  waży się  jej  ciężar, i  stosuje  miary  polskie.

              Czy  po  to  usiadłem  w  winnicy  pod  San  Gimignano, by –- mnożąc  pytania – dotknąć  bezwiednie  tego  stosu  pacierzowego, w  którym  soki  polskie  mieszają  się  z  sokami  winnic  Europy, a ciężkie   miody  i  tęgie  wódki  wchodzą  w  kolizję – z  pogodnymi, świetlistymi  winami ? By  dotrzeć  do  tych  komórek  woli  i  pamięci  intymnej, w  których  to, co  najbliższe, parafialne, dookolne  zyskuje  jakość  powszechną  ? A  to, co  swojskie, regionalne  przekształca  się  w  ogólne  i  dostępne, łącząc  krew  rodzinną – z  krwią  całej  rodziny  człowieczej ?

              Czy  zatrzymałem  się  w  winnicy  po  to, by  śledzić  chrome  linie  naszych  kręgosłupów ? I  widmowe  sylwetki, różnymi  skazami  napiętnowane ?  By  z  toskańskiego  wzgórza  uciec  do  mateczników  idei, tak  solennie  okupowanych  przez  myśl  Norwida, Brzozowskiego, Gombrowicza  i  Miłosza ?

              Nie  mogę  pozwolić, aby  w  pustej  winnicy  okrążył  mnie  tłum  głosów  żarliwych, inkwizytorskich, gniewnych. Chór, nawykły  do  gorzkiego  dyskursu. Jeśli  w  winnicach  życia  można  swobodnie  wybierać  sąsiadów, choćby  na  chwilę  przywołując  ich  z  różnych  więzień  czasu,  w  jakich  zostali  zamknięci  wyrokiem  Boga  albo  przypadku, wybieram  jego  towarzystwo. Od  początku, raz  jeszcze, nie  lękając  się  znużenia, wolę  więc  ponowić  tę  próbę  i  scenę  „winogronową”, aby  w  procesie  repetycji  okazało  się, że  „to  samo”  jest  zawsze  „czymś  innym”, na  wyższym  piętrze  poznania  zlokalizowanym  i  uchwyconym.

              Słowa – przez  niego  związane – niosą  dźwięk  czysty, prawdomówny, wolny  od  zgrzytów  negacji. Od  myślicielskiej  chrypki, od  mędrkowań  dufnych  i  mrocznych. Kocham  jego  zdania  smagłe, przestronne, kapryśne. Wibrują  w  nim  strumienie  powietrza  i  ciepłe  oddechy  ziemi. Cenię  te  zdania, które  swój  kształt  wywodzą  z  elementarnych  doznań  głodu  i  pragnienia. Są  więc – w  tej  samej  mierze – legitymacją  trudu  fizycznego, co  wiarogodnego  odpoczynku – na  szczęśliwym, późnym  biwaku: „zerwałem  ciężką  kiść  czarnych  owoców, pokrytych  prześlicznym, sinawym  puszkiem. Wgryzłem  się  w  nie  spragniony – było  mi  gorąco  i  usta  miałem  wyschnięte. Niebo  już  pociemniało  i  tylko  nad  górami, w  stronie  słońca, było  jeszcze  popielato  błękitne. Wiał  wiatr. Siedziałem  na  rozgrzanym  kamieniu, patrzyłem  w  niebo  głaskany  gorącym  wiatrem, a  po  brodzie  ciekł  mi  purpurowy  sok  zerwanych  z  krzaka  winogron. Znowu  nic  nie  myślałem – jadłem  winogrona. Czułem  tylko, jak  intensywność  życia  zmogła  się  we  mnie  do  ostateczności. Czułem  swoją  młodość, przeżyłem  ją  w  tych  kilku  chwilach  tak, że  krew  powinna  była  mi  trysnąć  ze  wszystkich  por  i  pomieszać  się  z  sokiem  winogron. Złapałem  życie, na  moment, ale  wyraźnie. To  było  wspaniałe.”

              „Znowu  nic  nie  myślałem...” – odpowiada  mi  ta  pokusa  czynnej  bez – myślności, ten  krajobraz  duchowy  o  wielu  tłach  i  kulisach. Odpowiada  świąteczna, słodka  „próżnia”, tak  pogańsko, radośnie, bezwinnie  ulokowana  między  czynnymi  i  gorzkimi  myślami.

              Chodzi  o  stan  idealnego  zamieszkania  w  obszarze  chwili. O  zatarcie  doznań gościa, dzierżawcy, wizytatora – w ciągłych obrotach  miejsc  i możliwości : „...więc  jem  winogrona. Najważniejsze  jest  TERAZ  i  trzeba  się  nie  bać  wyssać  to  TERAZ  do  końca, potem  odrzucić  i  zastanowić  się, jakby  to  następne  TERAZ  wykorzystać”.

              Jakby  nie  „myślało  się” – przed  minutą – o diagnozach  Spenglera  i  zmierzchu  Europy. Jakby  nie  stało  się, z  konieczności, na  warcie  ginącego  świata. I  nie  było  kruchym, słabym  strażnikiem  siebie  samego, który  winien  odepchnąć, pokonać  tyle  zmór, cieni, lęków.

              Może  więc  nie  godzi  się  martwić  upadkami  i  zachodami  świata  dziejowego ? Może  lepiej  wpatrywać  się – w  zachód  słońca ? W  śmierć  jednego  dnia ? Bić  brawo  słońcu, aktorowi  doskonałemu ? Chciwie  patrzeć, jak  najpiękniej  schodzi  ze  sceny  nieba ?

              Wiele  razy  słyszałem  takie  brawa  na  plażach  Europy, nagłe  i  uroczyste, wśród  zmiennych  głosów  i  woni  morza, choć  szczególnie  wiarygodne  zdawały  mi  się  zawsze  w  Dębkach, blisko  mojej  Rzeki  dwóch  serc, w  sąsiedztwie  jej  ujścia, gdzie  składa  się  naiwne  obietnice  i  wyznania. Gdzie  chce  się  bez  reszty  zaufać  mądrym  pięknościom  ziemi, powietrza  i  wody. Gdzie  pragnie  się  zapomnieć  o  wszelkich  żywiołach  duchowych, ujarzmić  wstyd  zachwycenia, nasilić  wdzięczność  wobec  darów  dnia  i  godziny.

              Czym  jest  owo  „teraz”, jeśli  nie  formą  modlitwy ? Jej  nagą, młodzieńczą, bezsłowną, ślepą  odmianą  ? Jej  skupioną  energią ? Między  winnymi  gronami  nie  trzeba  liczyć  win  i  grzechów  własnych. Nie  trzeba  ich  pomnażać  o  winy  cudze. Boli  mnie  jednak, że  nie  umiem  już  wywołać  w  sobie  tego  ciśnienia  wewnętrznego,  tego  naporu  młodego  szaleństwa, zachwytu  i  wdzięczności, dzięki  któremu  nasza  krew  łączyć  się  może  z  sokiem  winogron.

              Od dawna  wietrzę  pewne  kłamstwa, uroszczenia  i  nadużycia jakie obecne  są  w  krążeniu  Don  Kichota i  jakich ścisły rejestr  trzeba skrupulatnie  sporządzić.

Andrzej  Gronczewski

                                                                          

Pin It