Michał Piętniewicz



"Sam wśród ludzi" Stanisława Brzozowskiego.

Kilka własnych, wstępnych rozpoznań i intuicji.

 

PiętniewiczCzytam Brzozowskiego „Sam wśród ludzi”, genialne. Nieprawdopodobne zagęszczenie stylu, szeroki oddech, szeroka fraza, głęboka, gęsta filozofia, polskie problemy, katolicyzm, Kościół, polskość, szlachta, folwark, dwór, zaścianek. Niepozbawiona elementów ciepła: Trawka wygrzewa się przy kominku. Niepozbawiona elementów tragiczności, duchowo rozdarta, po młodopolsku rozdarta, ale daleka od pretensji jakiejkolwiek. Brzozowski to geniusz. Przeczytałem jak do tej pory 300 stron i jestem pod wielkim wrażeniem. Wcielenie się i tożsamość. Utożsamienie, ale poety.

 

Inaczej utożsamia się ze swoim światem poeta, inaczej prozaik. Poeta utożsamia się zmysłowo, prozaik intelektualnie, różnica między kreacją poprzez dotknięcie, a kreacją poprzez refleksyjne zapośredniczenie. Różnica między bezpośredniością doznania a kreacją poprzez dystans.

Więc Brzozowski to jest dla mnie poeta myśli, poeta refleksji, poeta zapośredniczenia, który łączy te porządki jakby przeciwne: czyli zmysłów oraz intelektu. U niego refleksja jest dotykalna zmysłowo, żyje jakby poprzez bezpośrednie doznanie, jest to myśl i refleksja żywa, na biegunie strukturalnego ułożenia, wykoncypowania, wymyślenia, wyłożenia w sposób uporządkowany.

Bo Brzozowski nie tyle jest uporządkowany (niczym akademiccy nudziarze), ale właśnie niebywale konsekwentny i spójny w swojej poetyce, co wynika zapewne nie tylko z wewnętrznego żaru, ale rzekłbym z oceanicznych obszarów wewnętrznej lawy, która kazała jemu przyswajać niebywałe połacie wiedzy, i tę wiedzę z siebie na zasadzie strumienia pełnego żaru wylewać, bo przecież chyba często pisał w gorączce. Więc ta jego ziemskość nieprawdopodobna jest nieziemska i dlatego Polska tam i polskość jest nie tylko katolicka, ale może nawet Chrystusowa, mesjańska, cudowna i cudotwórcza, to jest odwołanie do mesjańskiego romantyzmu i nie tylko do Mickiewicza, ale mnie się wydaje, że przede wszystkim do Norwida.

Więc jest to pisanie w rzeczywistości silnie zanurzone i poprzez tę rzeczywistość, doznanie epifanicznej transcendencji, jakby tylko w racjonalnej myśli mieszkał prawdziwy Bóg (tutaj znowu przytaczam za Simone Weil). Jakby tylko w rzeczywistości i poprzez ciało prawdziwie przeżyte można było zmartwychwstać już tu, na ziemi (myśl taka pojawia się w powieści „Sam wśród ludzi”). Romantyczny strumień świadomości, tak bym określił znaczne ustępy tej powieści Brzozowskiego. Romantyczny strumień świadomości, który przy całej literackości swojej jest przecież niebywale filozoficzny, ale filozoficzny po polsku: czyli w pewnym sensie społeczny, polityczny, narodowy. Filozoficzny po polsku, czyli również specyficznie egzystencjalny, gdzie dwa bieguny dochodzą do głosu i w tym rozdarciu jest spójność: rozpaczy i tragizmu oraz wielkiego, ekstatycznego uniesienia, na zasadzie szału, wylewu, pędu, galopu. Więc miłość jest szałem zarazem i tragizmem, wielkim, wzniosłym uczuciem, które prowadzi do śmierci i grobu, ale zawsze w sposób wzniosły, patetyczny, piękny. Miłość nie łaknie spokoju, podobnie życie nie może być spokojne, ale jest nieustającym ruchem po nieosiągalny skarb, jakkolwiek on się nazywa: Polska, Chrystus, idea. Poszukiwacze idei to bowiem bohaterowie powieści Brzozowskiego jak mnie się zdaje, gotowi za tę ideę umrzeć szlachetnie i wzniośle, nie wstydzący się swoich uczuć i wzniosłości, ale na ołtarzu ognia i pragnień, dający całych siebie, umierający za to, w co wierzą całymi sobą. Więc jeśli spalać się, to tylko wewnętrznym żarem, który bezpośrednio płynie z rzeczywistości. To połączenie tego, co wewnętrzne i zewnętrzne na zasadzie żarliwej dialektyki coincidentia oppositorum, może to jest sekret jego geniuszu? Albo po prostu: najpierw rzeczywistość, przy czym rzeczywistość odczuwana i postrzegana wewnętrznie. Więc zniesiona jest tak naprawdę u Brzozowskiego opozycja między wnętrzem i zewnętrzem, w zasadzie na gruncie polskim dekonstrukcja już wtedy została przeprowadzona i gdyby Derrida znał Brzozowskiego, miałby u niego potężny dług.

Przeczytałem powieść „Sam wśród ludzi” Brzozowskiego. Odczucie pierwsze i na świeżo: wielka książka, wielka literatura. Tak jak mówiłem: nie porządek jest w niej najważniejszy ale wewnętrzna konsekwencja. W zasadzie można by tę powieść przeanalizować właśnie pod tym kątem: ile razy słowo „wewnątrz” i „wewnętrzny” w powieści się pojawia. Mam odczucie, że w przypadku książki „Sam wśród ludzi” można mówić o specyficznym rodzaju monologu wewnętrznego. Ta powieść w pewien sposób, o czym już była mowa, jest wewnętrznym strumieniem myśli i strumieniem pamiętania.

Dodać trzeba: strumieniem żywym. Samotność w tej powieści jest przeżywana bardzo silnie i na wskroś istotnie, dlatego nie sposób tutaj mówić o załamaniu i rozpaczy, ale o nieustannym przezwyciężaniu i załamania i rozpaczy. To jest w pewnym sensie na wskroś chrześcijańskie myślenie. Dobra tutaj paralela z tym, co napisał Tischner w „Filozofii dramatu”: porównanie dwóch określeń: pierwsze, słynne, duńskiego filozofa: „choroba na śmierć” i to, drugie, przeciwstawne, pełne chrześcijańskiej nadziei i szczęścia, które wprowadza Tischner: „tężyzna na życie”. Prawda, zda się według tego, co przeczytałem u Brzozowskiego, istnieć w krzyżu. To Chrystus jako nie tylko centrum polskości, ale w ogóle centrum całego świata i wszechświata, jest tutaj postacią kluczową, postacią najważniejszą. Chrystus, wiara, idea, Kościół. Przy czym właśnie te dwa sformułowania: „choroba na śmierć” i „tężyzna na życie” istnieją w powieści jako harmonia przeciwieństw. Tutaj znowu powracam do problemu dialektyki przeciwieństw. Choroba na śmierć nie jest prosto przeciwstawiona tężyźnie na życie. Cała ta powieść opowiada bowiem trochę o rozpaczy, jeszcze bardziej może o śmierci, ale w sposób, jeżeli to nie zabrzmi źle: tęgi, zdrowy, rumiany i czerstwy (co nie znaczy poczciwy, jowialny, ponieważ tam jest olbrzymia sublimacja, subtelność i niesłychane zniuansowanie, nie to nie jest opowieść o szlachcicu na zagrodzie, ale o prawdziwym, polskim intelektualiście). To tak jakby zmagać się ze swoją chorobą, przekleństwem, grzechem, odrzuceniem, wykluczeniem, w sposób heroiczny, wzniosły, patetyczny i piękny. Tak jakby narracja dotycząca cierpienia była tegoż cierpienia zaprzeczeniem: dla mnie esencja tej powieści, może choć trochę to przybliża specyfikę pisania Brzozowskiego. Ale czy wobec tego o cierpieniu możemy mówić w wypadku tej powieści? Wydaje mi się to pytanie trudnym, w pewnym sensie nieprzezwyciężalnym i aporetycznym, jakby na życiodajnej sprzeczności była zbudowana powieść „Sam wśród ludzi”. Dlatego choć nie sposób nie zauważyć, że przeciwieństwa i dychotomie występują u Brzozowskiego, one jakby grają w „jedno”, albo zostają zniesione. To, co jest, jest życiem samym, tegoż życia zapisem jako strumienia żywej, czującej i myślącej narracji. Mówiłem już: u Brzozowskiego myśl jest żywa, oddycha, pragnie, czuje. W myślę tę można empatycznie wczuć się, poddać się jej konsekwentnemu na sposób niebywale żelazny i twardy, biegowi.

Zaznaczyć jeszcze i dodać trzeba, że tam pojawiają wiele razy odniesienia polityczne, ale zamiast polityczne może należałoby mówić: ideowe. Polityka nie jest tak ważna jak historia idei politycznych. W zasadzie w całości ta książka poświęcona jest idei. Idee to nie abstrakcja, ale myśl żyjąca, myśl, która nieubłaganie biegnie do śmierci (życia).

„Lecz ta moja myśl niemile może w twych uszach zaważyła, a ja urażać ciebie nie chcę. Jedno tylko jeszcze spojrzenie: w milczeniu stoję teraz na waszym progu, na progu wszystkich rzeczy; nie myślałem jeszcze wczoraj, że tak mi się dusza rozrzewni. Czy dziecko moje nie płacze? Może teraz czuje mój cień nad kołyską. Dalej przecież właściwie idę, niżbym w śmierć tylko się od was oddalał”.

Pin It