Zdzisław Antolski - Złote lata kieleckiej literatury (1)

 

 

antolski zdzislaw

 

1.

Kielce epoki gierkowskiej miały swój dziennik „Słowo Ludu”, który był organem partyjnym, a także własną popołudniówkę, czyli „Echo Dnia” oraz miesięcznik społeczno-kulturalny „Przemiany”. We wszystkich tych pismach było miejsce na twórczość miejscowych literatów. Dziennik „Słowo Ludu” miał sobotni dodatek, w którym publikowano wiersze, opowiadania, felietony i recenzje, to samo w popołudniówce „Echo Dnia”. W miesięczniku „Przemiany” ukazywały się fragmenty prozy, wiersze, a Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy wykupił (za pieniądze opiekuna, czyli ZMS) kolorowe wkładki, na których prezentowano poszczególnych autorów.

 

Po zakwalifikowaniu mojego wiersza do almanachu „Bazar Poetycki, Debiuty” w 1974 r. i hucznym wieczorze w Klubie Dziennikarza”, przeszedłem „na ty” z wieloma literatami kieleckimi, z Ryszardem Miernikiem, Bogdanem Pasternakiem, Henrykiem Jachimowskim i Zbigniewem Nosalem, Poznałem także koleżanki i kolegów z „Bazaru”. Małgorzatę Gołąbek, Jana Stępnia, Marka Gosudarskiego, Leszka Kumańskiego, Staszka Stanika i wielu, wielu innych. Z Józkiem Grochowiną znałem się już wcześniej ze studiów WSP w Kielcach, a z Adamem Ochwanowskim odnowiłem bardzo starą znajomość, bo sięgającą aż do czasów przedszkola w Złotej Pińczowskiej, gdzie moi rodzice byli nauczycielami w miejscowej szkole. Później był „Bazar 2”, publikacje w prasie, m. in w kultowym „Radarze”, następnie działalność w Korespondencyjnym Klubie Młodych Pisarzy i w Klubie Literackim, do którego zapisał mnie Ryszard Miernik. Klub Literacki w Kielcach powstał zaraz po wojnie, należeli do niego tak znani pisarze, jak Julian Rogoziński czy Józef Ozga-Michalski (pierwszy prezes) oraz Józef Morton (redaktor naczelny „Gazety Kieleckiej”).Klub Literacki wydawał miesięcznik kulturalny „Cychry” (na wzór przedwojennego, znakomitego pisma regionalnego, pisma „Radostowa”).

Największym osiągnięciem edytorskim Klubu Literackiego w Kielcach po wojnie, była „Antologia Współczesnej Liryki Świętokrzyskiej”. Która ukazała się w 1947 r. Zawierała ona wiersze autorów, którzy debiutowali jeszcze przed wojną, wielu z nich w antologii „Gołoborze” (1938). Byli wśród nich m. In. Stanisław Czernik, Jan Gajzler, Jan Maria Gisges, Jerzy Krzeczowski, Stanisław Piętak, Stanisław Młodożeniec…

Podczas mojej pracy w Ośrodku Kultury Literackiej miałem przedziwnych gości, różnych oryginałów, zajmujących się literaturą. Zjawiła się kiedyś pani z plikiem wierszy, prosząc o radę. Podczas rozmowy o literaturze, opowiedział mi o swoim życiu prywatnym. Mianowicie była żoną milicjanta, który ją bił. Pani postanowiła się zemścić, zdradzając go z jakimś poetą. Tu popatrzyła na mnie porozumiewawczo. Jako że nie była w moim guście i niezbyt lubię takie odważne kobiety, skierowałem rozmowę z powrotem na tory literackie, Za kilka dni pani oznajmiłam, że już znalazła odpowiedniego poetę, z którym dokonała zemsty na mężu, wobec czego rezygnuje z moich konsultacji.

2.

O istnieniu Andrzeja Lenartowskiego, Kielce dowiedziały się w 1976 roku, kiedy to w warszawskim piśmie „Nowe Książki” ukazał się jego tekst pt. „Drepcząc uparcie w miejscu”, będący recenzją z dwóch, ostatnio wydanych zbiorów wierszy, kieleckich poetów: Stanisława Nyczaja i Bogdana Pasternaka. Jak sam tytuł wskazuje, była to druzgocząca diagnoza, a wiersze kieleckich „mandarynów pióra”, porównano do płodów „średnio uzdolnionego licealisty”, o ile dobrze pamiętam. Środowisko piszących było wstrząśnięte i zmieszane, ukazały się polemiki we wszystkich niemal pismach miejscowych. Boguś Pasternak przy świadkach, przysięgał zemstę autorowi paszkwilu. - A jeśli to jakiś kielecki student - odgrażał się przy kawiarnianym stoliku - to już ja go urządzę, na pewno nie dostanie dyplomu.

Pogróżki luminarza kieleckiej literatury były przedwczesne i niegroźne, bo okazało się, że autor krytycznej recenzji, to absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, ale nic mu zrobić nie można, ponieważ pracuje na cmentarzu jako Mistrz Ceremonii Pogrzebowej. Wkrótce okazało się, że była to nie jedyna jego praca, bo zatrudniał się w niezliczonej ilości instytucji, między innymi w kamieniołomach a także jako wychowawca w Domach Dziecka, co po latach zaowocowało sztuką teatralną „Bidul”, wielokrotnie nagradzaną i inscenizowaną w teatrze telewizji.

Jednak wówczas nie przywiązywałem do tego epizodu wagi. Afera z recenzją wydawała mi się mało istotna i banalna, ot ktoś wreszcie napisał prawdę, o której wszyscy dobrze wiedzieli, ale woleli jej zbyt głośno nie mówić. Zbyt byłem wówczas zafascynowany pewną poetką i zaangażowany w krótkotrwałe małżeństwo a następnie przygotowanie debiutanckiego zbiorku wierszy „Samosąd”, który ukazał się w 1979 r, w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, w serii, którą redagował Mieczysław Mączka.

Po rozwodzie siedziałem w domu z rodzicami i nudziłem się, a czas spędzałem w teatralnej knajpce, zwanej malowniczo „Dziurką”. Było tam raptem sześć małych stolików, ale tłok był wielki. Siadywali w niej literaci, plastycy i aktorzy. I pewnie tam spotkałem Andrzeja Lenartowskiego, który okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem i zaprosił mnie do siebie do pracy, czyli na cmentarz w Cedzynie.

Co ciekawe, Bogdan Pasternak wybaczył mu tę nieszczęsną negatywną recenzję, a co więcej, panowie zaprzyjaźnili się bardzo, co skutkowało potem konkretnymi wspólnymi działaniami przez długie lata. Najpierw wspólnie pracowali w Klubie „Sołtyki”, żeby później przenieść się do Klubu Środowisk Twórczych „Pałacyk Zielińskiego”, gdzie wydawano pismo „Plotkarka”.

Pewnego dnia wybrałem się więc na cmentarz w Cedzynie, odwiedzić pisarza Andrzeja Lenartowskiego, a miałem niedaleko, bo mój blok na ulicy Szczecińskiej, znajdował się na obrzeżach miasta, niedaleko wzgórza, skąd młody Żeromski, uczeń gimnazjum, tęsknie wypatrywał Ciekot, swojej rodzinnej wsi. Barak na cmentarzu, w którym urzędował Andrzej Lenartowski, sprawiał przykre wrażenie, choć pracownicy pogrzebowi mieli dobry humor (czarny), a alkohol tam płynął strumieniami. Wrażenia z tej pracy Lenartowski wykorzystał w książce „Listy z grobów dziecinnych”. Wysłuchałem anegdoty o mistrzu ceremonii (nie wiem, czy chodziło o Andrzeja) który będąc pod wpływem alkoholu wpadł do świeżo wykopanego grobu, ale nie stracił kontenansu i otrzepawszy z grubsza ubranie, wygłaszał pompatycznie dalej swoją mowę. Zebrani na pogrzebie ludzie, bliscy i dalsi znajomi, musieli się pochylać nad mistrzem ceremonii, aby go usłyszeć. Następnie mistrza wyciągnięto z dołu, a na jego miejsce wjechała trumna. Tam też widziałem po raz pierwszy i ostatni w życiu, psa alkoholika, który ze swojej miski chłeptał wódkę czystą na widocznego po nim kaca. Na pewno więc tego ognistego płynu chłopcom nie brakowało.

Jakoś polubiliśmy się chyba z Andrzejem Lenartowskim, tak przynajmniej czułem, tak mi się wydawało. Pojechałem go odwiedzić w jego ciasnym mieszkaniu w bloku, poznałem jego bardzo sympatyczną żonę – Masię. Pokój zawalony książkami, w przedpokoju półki z czasopismami, roczniki „Dialogu”, „Twórczości”. Poszliśmy na piwo nad Zalew. Andrzej opowiadał o swoich studiach, twierdził, że poznał Adama Michnika, który podobno się jąkał, o czym wówczas nawet nie wiedziałem. Wszak w PRL Adam Michnik nie występował w telewizji. Zabawne jednak było to, że Andrzej również się jąkał, przymykając przy tym zabawnie oczy i podnosząc w górę głowę. Dużo mi opowiadał o literaturze, o swoich wymaganiach. Jakoś się uzupełnialiśmy, bo on był apodyktyczny w swoich sądach, miał narcystyczny rys w osobowości. Mianowicie bardzo chętnie wszystkich krytykował, ale na swoim punkcie był przewrażliwiony, łatwo się obrażał. Kiedy czuł się urażony, wówczas milczał i odchodził, jak jakiś śmieszny, małoletni brzdąc, któremu zniszczono zabawkę. Tymczasem ja byłem lękliwy, niepewny siebie i chętnie się podporządkowywałem silnym osobowościom. Cóż, gubiło mnie to, zwłaszcza w stosunkach z kobietami.

Andrzej złościł się na kieleckich literatów, że zamknęli się w swoim grajdołku, że nie czytają czasopism literackich, nie znają nowości książkowych, nie mają pojęcia, co dzieje się w świecie literackim, ważniejsze są dla nich miejscowe plotki kawiarniane, niż ostatnia książka Janusza Głowackiego, czy nowy zbiór wierszy Zbigniewa Herberta.

3.

Na początku lat 80. ub. wieku sytuacja w kulturze kieleckiej była znakomita. Dzięki staraniom Ryszarda Miernika, poety, prozaika i rzeźbiarza, który pełnił wówczas funkcję szefa wydziału kultury w Urzędzie Miejskim, powstał Klub Środowisk Twórczych w zabytkowej kamienicy Sołtyki. Był to jakby substytut Klubu Dziennikarza, który władze partyjne zamknęły, uważając, że robi on złą sławę władzom miasta, z powodu szerzącego się tam pijaństwa. Tuż przed zamknięciem Klubu ukazał się szyderczy i „demaskatorski” artykuł Anny Krawieckiej, opisujący skandaliczne, jałowe intelektualnie i tonące w alkoholu, imprezy kulturalne.

W Klubie „Sołtyki” wrzała praca, odbyło się wiele spotkań autorskich i imprez kulturalnym, a częstym gościem bywał krytyk, Tadeusz J. Żółciński, z Warszawy. Znajdował się tam też na stryszku Klub Jazzowy, w którym występował Włodek „Kinior” Kiniorski i późniejszy sędzia Trybunału Konstytucyjnego, Jan Stępień. Szefem Sołtyków został poeta i dziennikarz, Bogdan Pasternak. Pracowali wraz z nim: Andrzej Lenartowski, Wit Hamera, Andrzej Konopacki i inni. A na parterze był bardzo długi barek alkoholowy, w kształcie półksiężyca, oblegany przez artystów wszelkiej maści, a także kielecką „prywatną inicjatywę”, która stawiała biednym artystom będącym w potrzebie.

Oprócz „Sołtyków” powołano do życia Ośrodek Kultury Literackiej, który gromadził dorobek miejscowych literatów, pamiątki po nich, prowadził działalność wydawniczą, urządzał spotkania autorskie. Pracowałem tam kilka lat, wspólnie z Ryszardem, który po 1980 r. utracił swojego stanowisko w Urzędzie Miejskim. Podobno partia po stanie wojennym zwierała szeregi i Rysiek był zbyt miękki.

Ośrodek Kultury Literackiej znajdował się na parterze kamienicy przy ulicy Wspólnej. Natomiast na piętrze miał siedzibę nowo powstały Kielecki Oddział Wydawnictwa Łódzkiego. Prowadzili go: Henryk Jachimowski i Stanisław Nyczaj. Jako redaktor techniczny, który później opracowywał graficznie „Plotkarkę” i rysował okładki, pracował u nich Andrzej Jędraszczak, który studia kończył w Moskwie. Zaprzyjaźniłem się z nim i niejedno popołudnie przegadaliśmy przy piwie. Pracowały tam również dwie wspaniałe, piękne i mądre dziewczyny, nie pozbawione poczucia humoru, a mianowicie: Monika Henke i Marysia Mudryk, z którymi nieraz sobie pogadałem, na poważnie i na wesoło. W tym oddziale Wydawnictwa Łódzkiego opublikowałem trzy zbiorki wierszy „Sam w tłumie” (1980), „Do snu przebieram się za sobowtóra” (1981) i „Okolicę Józefa” (1985). Za ten ostatni zbiór wierszy dostałem Nagrodę im. Andrzeja Bursy w Krakowie. Andrzej Lenartowski wydał u nich zbiory „Rozkład” (1983), (Nagroda im. Piętaka) i „Zaproszenie do piekła” (1988), za który również, podobnie jak ja, dostał Nagrodę im. Bursy. Dzięki temu wydawnictwu, środowisko kieleckie wzbogaciło się o wiele książek. Niestety, po 89 filia upadła jak i jej macierzyste Wydawnictwo Łódzkie.

Przygotowywano także ośrodek rzeźbiarski na wzgórzu dawnych kamieniołomów „Wietrznia”. Budowano gmach Centrum Kultury Literackiej i szykowano do otwarcia amfiteatr na Kadzielni.

A poza tym w mieście działało około 30 Klubów osiedlowych i branżowych, co było wynikiem swoistej mody w latach 60. Najważniejsze z nich, które często urządzały pisarzom spotkania autorskie to: Klub „Wiedza”, Klub Nauczyciela, Klub empik, Klub Dziennikarza (na który płaciło – ciekawostka - Towarzystwo Przyjaźni Polsko–Chińskiej), Klub handlowców „Merkury”, słynny z tego, że działał w nim Kabaret „Yeti”)

c.d.n.

Zdzisław Antolski

.

.

 

 

Pin It