Dariusz Pawlicki

 

O jeziorach na przykładzie Jeziora

 

 „Co nie jest biografią, nie istnieje”,

 Stanisław Brzozowski

    

     Akwen, o którym mowa jest w tytule, jak najbardziej rzeczywisty, nie wystąpi pod swą nazwą. Pozostanie Jeziorem. Albowiem nazwać, to znaczy wyróżnić, ograniczyć, skonkretyzować. A nie jest to ‒ w tym konkretnym przypadku ‒ moim zamiarem.

     Słownik języka polskiego opublikowany przez PWN w 1978 r. podaje, że jezioro to „naturalne zagłębienie lądu tworzące zbiornik wodny, nie mający połączenia z morzem” (sięgnięcie po nowsze wydanie tego słownika jest najzupełniej zbędne – sens tego hasła nie zmienił się). Wymienia również dwa przykładowe rodzaje jezior: morenowe i rynnowe. A także informuje, że jezioro może być m.in. „głębokie, rozległe, malownicze”.

 

     Zacytowałem powyższą informację, mimo tego, że zdecydowana większość ludzi nie miałaby problemów z określeniem, przynajmniej mniej więcej, czym jest jezioro (z pewnością większe problemy pojawiłyby się, gdyby rzecz dotyczyła np. jeziora rynnowego). Ale już w trakcie pisania pierwszych zdań niniejszego szkicu, zadałem sobie nagle pytanie: czy jeziorem jest tylko woda (wraz z tym, co w niej się znajduje; zarówno ożywionym jak i nieożywionym) wypełniająca owo „naturalne zagłębienie lądu”, czy też należy brać pod uwagę warstwę ziemi jakiejś grubości, która pełni rolę swoistej ogromnej misy, wazy? Z jednej bowiem strony np. mówimy: „brudne jezioro” mając na uwadze zanieczyszczone jeziorne wody (jak również jego najbliższe otoczenie); „rozległe jezioro”, które to określenie dotyczy rozmiarów akwenu. Z drugiej zaś strony określamy jakieś jezioro mianem pięknego. Wtedy mamy na uwadze zarówno stan wody (wystarczy, że nie wydziela ona nieprzyjemnej woni), jak i chociażby jej barwę. Ale zwracamy wówczas uwagę także na jego najbliższe otoczenie np. ścianę malowniczego, nadbrzeżnego lasu albo skały o interesujących kształtach przeglądające się w jego toni. Lecz na tę ocenę walorów estetycznych naturalnych zbiorników wodnych, wpływ ma również dominujący kolor nieba. Bo to jego błękit bądź szarość ma wpływ na barwę jeziornej (i nie tylko) toni.

     Powyższe pytanie pozostawiłem bez odpowiedzi. Prawdę mówiąc, wcale jej nie szukałem.

*

     Jezioro, któremu chcę w tym tekście poświęcić szczególnie wiele uwagi, ma powierzchnię 16,1 hektara. Tak więc jest mikroskopijne w porównaniu z największymi akwenami leżącymi w krainie, która jest mi szczególnie bliska, np. z jeziorem Selmęt Wielki o powierzchni 1262 hektarów. Choć do najmniejszych nie należy - w odległości ok. 400 metrów na północ od niego, znajduje się, chociażby zbiornik o połowę od niego mniejszy. A najgłębsze miejsce, jakie znajduje się w Jeziorze, leży ledwie 5,3 metra pod powierzchnią wody. Jest to prawie nic, jeśli weźmie się pod uwagę 73 metry – tyle bowiem wynosi największa głębokość jeziora Wigry położonego ok. 10 kilometrów na zachód od Jeziora.

     Jezioro w połowie obramowane jest starym lasem. Dominują w nim sosny i świerki. Lecz bezpośrednio nad wodą, co jest naturalne, rosną wyłącznie olsze i wierzby. Sam zaś las jest najbardziej północno-wschodnim fragmentem rozległej Puszczy Augustowskiej.

 

o jeziorach1

Jezioro, fot. Dariusz Pawlicki

 

     Piszę o tym akwenie, gdyż z żadnym innym nie miałem, jak i nie mam, tak częstego kontaktu, zarówno wzrokowego jak i dotykowego. Żadne inne nie gościło i nie gości tak często w moich myślach. I nic w tym względzie najprawdopodobniej nie zmieni się. Choć muszę przyznać, iż nie jestem, że tak powiem, człowiekiem jeziornym, ani też w ogóle wodnym. Na przykład nie wędkuję. Przed wielu laty podjąłem jedynie dwie-trzy krótkotrwałe próby w tym zakresie. Natomiast przeżyłem, jako uczeń ostatnich klas szkoły podstawowej, okres namiętnego, mającego miejsce podczas kilku kolejnych wakacji letnich, łapania raków. I to właśnie w Jeziorze. Były to raki stawowe nazywane żartobliwie krawcami. To dlatego, że dwoje posiadanych przez nie szczypiec, jest dłuższych i smuklejszych od tych, w które wyposażeni są kowale czyli raki szlachetne.

     Z tym, że obok chwytania tych skorupiaków, pociągała mnie atmosfera temu towarzysząca. Wyprawy nad jezioro odbywały się bowiem o zmroku, który zapadał późno, gdyż miało to miejsce, jak wspomniałem, latem. Do tego, każdorazowo przechodziło się przez bagno. A przeszło trzydzieści lat temu było w nim o wiele więcej wody niż obecnie. To dlatego kobierzec mchów torfowców był taki gruby. Uginał się pod nami, gdy szliśmy prawie niewidocznymi ścieżkami. Wysoko nad lasem, ku któremu się kierowaliśmy, tkwił księżyc. I był on prawie zawsze widoczny, gdyż łowy na te skorupiaki należały do udanych, gdy niebo było tylko nieco zachmurzone, a noc ciepła. Tak więc chłód, ale także deszcz, sprawiał, że nie miało sensu iść nad Jezioro. Chyba, że jego obserwacja w czasie takiej właśnie pogody, miała stanowić cel sam w sobie.

     Każdy z uczestników wyprawy, na nogach mający buty gumowe, niósł duże wiadro i latarkę elektryczną (niektórzy w kieszeni mieli zapasową baterię albo żaróweczkę).

     Raki łapaliśmy przy wschodnim i południowym brzegu, gdzie woda jest płytsza, a dno piaszczyste, przez co raki były dobrze widoczne. Należało je chwytać zaraz po tym, gdy zobaczyło się je w świetle latarki. Mogły bowiem odpłynąć w głąb jeziora. Należało działać szybko i zdecydowanie. Najlepiej było zacisnąć kciuk i palec wskazujący na tułowiu skorupiaka. Wtedy nie mógł wykorzystać swych szczypiec. Bo gdy do tego doszło, niedoszły łowca klął bądź syczał z bólu. Do tego, w takiej sytuacji najczęściej musiał obejść się smakiem. Teraz, gdy piszę te słowa, dziwię się, że rak jest symbolem m. in. niezdecydowania, powolności. Z niezdecydowanymi i powolnymi rakami nie miałem bowiem do czynienia.

     Powrót znad Jeziora z łapania raków, niemal w środku nocy, też miał w sobie coś niezwykłego dla bardzo młodego człowieka, jakim wówczas byłem. Normalnie bowiem o tej porze spałem; i to od dawna. Ważne dla mnie też było uczestnictwo we swoistej wspólnocie z osobami starszymi, które zawsze stanowiły większość uczestników owych wypraw.

    

     Dominującym składnikiem śniadania spożywanego po krótszym nim zwykle śnie, niezmiennie były raki. Leżały w dużych stertach na okazałych, białych talerzach. I były... czerwone. Początkowo nie wiedziałem, co jest przyczyną zmiany koloru ich pancerzy, które, gdy w sieni zostawialiśmy wiadra ze zdobyczą, wciąż były ciemnozielono-ciemnobrązowe. Stosunkowo szybko dowiedziałem się jednak, że owa czerwień jest wynikiem... gotowania (raki gotowało się z dużą ilością świeżego kopru dla dodania dodatkowego aromatu delikatnemu, smacznemu mięsu). Ta informacja nie spowodowała żadnych zmian w moim stosunku do nocnych wypraw nad jezioro, jak i spożywania raków. Aż pewnego ranka, po raz pierwszy zobaczyłem jak dziesiątki skorupiaków są wrzucane do wielkiego garnka z wrzącą wodą. I ten widok wstrząsnął mną. Momentalnie podjąłem decyzję o niejedzeniu raków (i pozostałem przy niej). Choć jeszcze kilkakrotnie je łapałem. Lecz moją zdobycz po zakończeniu łowów każdorazowo wypuszczałem do Jeziora. Towarzyszyły temu żartobliwo-ironiczne komentarze ze strony pozostałych członków rodziny. Potem zrezygnowałem jednak i z tej formy rakołapania.

     Na okres wypraw po skorupiaki przypadały również inne formy moich „kontaktów” z Jeziorem. Wtedy bowiem pływałem po nim w pontonie, obchodziłem je dookoła w poszukiwaniu śladów obecności bobrów. Jego powierzchnię lustrowałem zaś nie tylko z chęci zauważenia tych gryzoni bądź innych zwierząt, lecz również dla niego samego. Szczególnie często miało to miejsce, a obserwacje były długie, gdy zbliżała się pora wyjazdu ze Wsi, której część leżała nad Jeziorem. Wtedy to siadywałem na wysokim, zachodnim brzegu, pośród okazałych sosen i świerków. Widać było stamtąd prawie całe jezioro.

     To chyba wtedy po raz pierwszy pojawiło się we mnie przeczucie, że „gdy widzimy wodę w formie stawu lub jeziora [...] czas jest postrzegany jako zawsze ten sam, niezmienny i nieruchomy. Reprezentuje chwilę, która jest jednocześnie wiecznością [...]” (Estetyka czterech żywiołów, pod red. Krystyny Wilkoszewskiej;

Universitas, Kraków 2002).

     Uświadomienie sobie tego miało niewątpliwie źródło w fakcie, że nad Jezioro przyjeżdżałem w latach szkolnych rokrocznie, na miesiąc. W ciągu roku poprzedzającego kolejny przyjazd, dostrzegałem zmiany w sobie, na przykład w swej fizjonomii (to był m. in. okres dojrzewania). Po powrocie nad Jezioro, zauważałem je również w jego otoczeniu. Chociażby w tym, że niektóre drzewa leżały zwalone bądź zniknęły w ogóle. Z kolei po upływie kilku latach, zwłaszcza, kiedy niewiele było opadów, widać było, że zmienił się nieco kształt Jeziora, które jest polodowcowe. Opadło bowiem lustro wody. Ale woda w nim wciąż była ta sama, niezmienna.

*

     W powieści Kraina wód Grahama Swifta występuje znamienne ‒ ze względu na temat tego szkicu ‒ zdanie: „Bo woda i rozmyślanie kojarzą się z sobą” (Wydawnictwo GiG, Warszawa 1992). I trudno chyba z nim się nie zgodzić. Szczególnie wtedy, gdy pod uwagę weźmie się miejscowości leżące nad wodą. Ich mieszkańcy, przebywając na molach, nabrzeżach lub bulwarach, poświęcają wiele uwagi falującej bądź przepływającej wodzie. A jeśli nie spoglądają w jej toń, to przebywając w pobliżu mają ją chociaż w zasięgu wzroku. Bo oba rodzaje kontaktu sprzyjają zamyśleniu, kontemplacji, spojrzeniu w głąb siebie. Nie bez powodu wodę, i to od dawna, uważa się za zwierciadło duszy. Mówi o tym np. Johann Wolfgang von Goethe: „Duszo ludzka, jakżeś podobna do wody” (wiersz Gesang der Geister über den Wassern).

                                                            

     W pogodne dni, patrząc z zachodniego brzegu Jeziora można widzieć (można, gdyż nie każdy kto patrzy, widzi) szczególnie dużo odbijających się w wodzie pni drzew. I to nie tylko dlatego, iż są one dorodne, ale że brzeg ów jest zarówno wysoki, jak i stosunkowo stromy. W wodzie innych części Jeziora odbijają się jedynie wierzchołki drzew albo nadbrzeżne zarośla trzcinowe bądź kalmusowe¹. Odbicia owych szczegółów sprawiają, iż Jezioro, jak każdy inny akwen, pełni funkcję wielkiego lustra. A jest ono bardzo szczególne, gdyż przegląda się w nim także niebo. Gdy chmury wiszące nad Jeziorem są ciemne, ono ciemnieje. Gdy zaś nieboskłon jest jasny, błękitny, wówczas ono jaśnieje, nawet błękitnieje.

     Henry D. Thoreau w Waldenie pisze: „Jezioro jest najpiękniejszym i najbardziej wyrazistym elementem krajobrazu. To oko ziemi, w które zaglądając, mierzymy głębię własnej natury. Nadwodne drzewa na brzegu to wiotkie, obramowujące jezioro rzęsy, a leśne pagórki i skały dookoła to jego lustrzane brwi” (PIW, Warszawa 1991).

     Nie wiem, czy właśnie jezioro jest najpiękniejszym elementem krajobrazu. Zresztą nie potrafiłbym wskazać jaki, moim zdaniem, element pejzażu zasługuje na miano najpiękniejszego. Poprzestanę więc na stwierdzeniu, z którym, jak sądzę, zgodzi się ogromna większość ludzi: jezioro jest jednym z najpiękniejszych składników krajobrazu.

     Półtora wieku po tym, jak Thoreau zapisał przytoczony powyżej pogląd, w eseju Oczami jezior Ryszard Sawicki („Twórczość”; 5, 2006) nawiązuje do kwestii jeziora jako oka. Z tym, że patrzy on na to w szerszym kontekście. Chodzi już bowiem nie tylko o człowieka patrzącego w oczy Ziemi, czyli jeziora. Lecz oto, że z jednej strony „niebo patrzy na ziemię całym swym wielkim okiem”, a z drugiej, iż ziemia patrzy w niebo mnóstwem oczu, wśród których są jeziora. Jednym zaś z nich jest Jezioro.

                                                                    

     Naszą wiedzę o jeziorach rozszerzy również Słownik symboli, tego czy innego autora. Na przykład z dzieła napisanego przez Juana Eduardo Cirlota dowiemy się, chociażby, że dawni Irlandczycy i Bretończycy wierzyli (może niektórzy wierzą nadal), iż kraina zmarłych znajduje się w głębinach jezior (także oceanu, tego oczywiście, nad którym żyli). Albo, że jezioro „w legendach arturiańskich zostało złączone z czarodziejską mocą kobiet, poprzez żeńską symbolikę wody, a w szerszym zakresie – z otchłanią, śmiercią i tajemniczą nocną podróżą Słońca (uznaną za fakt na podstawie obserwacji ‘znikania’ zachodzącego Słońca pod wodą)” (Znak, Kraków 2000). Wyczytamy również, iż według mitów „bóg Dionizos wchodzi do świata zmarłych przez jezioro”. A „tafla jeziora stała się symbolem lustra pozwalającego się przenikać w obu kierunkach, sugerującym kontemplowanie jej z góry” przez żywych „i obserwowanie z dołu przez duchy zamieszkujące, jak wierzono, w pałacach zdobionych klejnotami”. Ta wiara, w połączeniu z celtyckim zwyczajem oddawania duchom trofeów, jest wyjaśnieniem ważnego dla Legend o królu Arturze, związku łączącego Panią Jeziora i miecz Ekskalibur.  

     Z kolei np. z Leksykonu mitologii; mitów ludów i narodów świata Gerharda J. Bellingera uzyskamy informację o wodnikach. A są one według wierzeń Słowian (zachodnich i wschodnich) demonami wodnymi. Może nimi stać się topielec i dziecko, które zostało wyklęte przez matkę. Owi mieszkańcy jezior, stawów, rzek, starają się wciągnąć ludzi do wody, aby ich utopić (przypuszczam, że po to, aby więcej było wodników); przyjmują postać ryby lub człowieka o długich, zielonych włosach (MUZA SA, Warszawa 2003).

     Niewykluczone, że właśnie o wodniku pomyślał stary Wróblewski z Jeziork (zdarzenie miało miejsce przeszło czterdzieści lat temu, gdy wodniki znacznie liczniej niż obecnie, zamieszkiwały nasze wody, wówczas znacznie czystsze). A pomyślał o nim niedługo po tym, jak przyjechał do wodopoju wozem, na którym leżał wielki pojemnik na wodę. Koń natychmiast zaczął łapczywie pić (mimo zmierzchu wciąż było bardzo ciepło). Zaś on zapalił papierosa. Lecz zdążył się nim tylko kilka razy zaciągnąć. Tuż obok niego, z głośnym pluskiem, nagle poczęła się bowiem wynurzać z wody jakaś postać. Wróblewskiemu papieros wypadł z ust, a on sam osunął się do Jeziora.

     Ambulans przyjechał zbyt późno. Lekarzowi pozostało tylko stwierdzić zgon.

     Gdyby krowy nie odczuwały tego dnia wyjątkowego pragnienia, stary Wróblewski pewnie nie pojechałby do wodopoju po raz drugi. I wiele wskazuje na to, iż mimo kłopotów z sercem pożyłby jeszcze. Może krócej, może dłużej, ale pożyłby. Z kolei, gdyby Jesionowski mieszkający nad samym Jeziorem, nie spojrzał akurat przez okno, nie ujrzałby na drodze wozu konnego z zamontowanym metalowym zbiornikiem. A gdyby nie zobaczył, nie pobiegłby w kierunku wodopoju, trzymając długą plastikową rurkę, przygotowaną wcześniej.

*

     Od mniej więcej trzydziestu lat trwa proces odwracania się Wsi od Jeziora, nad którym leży (akwen jak i miejscowość noszą zresztą tę samą nazwę). Tym, co szczególnie rzuca się w oczy, gdy rzeczywistość konfrontuje się ze wspomnieniami i dawnymi zdjęciami, jest to, iż kiedyś nad jeziorem było o wiele więcej domostw (także budynków gospodarczych). Obecnie zaś, nie dość, że jest ich mniej, to jeszcze większość z nich jest opuszczona lub, co najwyżej, zamieszkiwana w okresie letnim. Zaś na Jeziorze można zobaczyć jedną, jedyną łódkę; wcześniej i pod tym względem, było zupełnie inaczej. Nie łapie się już raków. Nie przyjeżdża się do wodopoju po wodę, ani nie przyprowadza do niego koni i krów z pobliskich pastwisk. O wiele rzadziej zażywa się kąpieli w Jeziorze, albo w nim się myje. Zdecydowanie mniej urządza się też nad jego brzegach imprez towarzyskich. Nikt nie trudzi się przy wyrywaniu z grząskiego gruntu korzeni kalmusu (wykorzystuje się je w przemyśle farmaceutycznym). A powodem tego jest tzw. postęp cywilizacyjny. Sprawił on m. in., że pojawiły się inne sposoby zdobywania środków do życia, wśród których nie brakuje zdecydowanie mniej praco- i czasochłonnych; w kolejnych domach urządzana jest łazienka; każde gospodarstwo ma studnię odpowiedniej głębokości (często z hydroforem); oglądanie telewizora (każda rodzina ma przynajmniej jeden) zastępuje rozmowę z drugim, trzecim... człowiekiem itd., itp.  

*

     Niewielkim ciekiem (nosi on banalną nazwę: Rów) Jezioro od północy połączone jest z jeziorem Karolinek, od zachodu zaś z jeziorem Płaskim. A poprzez to drugie oraz Kociołek i Miałkie, z rzeczką Pawłówką (jej dolny fragment nosi nazwę: Gremzdówka). Ta z kolei jest lewym dopływem Czarnej Hańczy. To właśnie dzięki wykorzystaniu sieci tych wodnych połączeń, bobry na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku powróciły nad Jezioro po długiej nieobecności.

     Obserwowałem je na nim wielokrotnie. Najczęściej w miejscu, w którym wspomniana struga wypływa z niego, kierując się ku jezioru Płaskiemu. Lecz znacznie częściej zauważałem ślady ich obecności. Przede wszystkim w postaci ściętych nadbrzeżnych drzew bądź pniaków, na których były widoczne ślady pozostawione przez bobrowe siekacze.

     Żeremie powstało tylko jedno. W przypadku Jeziora bobry wolały bowiem zamieszkiwać nory wygrzebane przez siebie w zachodnim, wysokim brzegu. To dlatego poruszając się ścieżką biegnąca wzdłuż tego brzegu należało zachować ostrożność. Możliwe było bowiem to, że przynajmniej pod jedną nogą (w przypadku obu było to mało prawdopodobne) mogła zapaść się ziemia. Po uwolnieniu stopy z pułapki, można było snuć wyobrażenia na temat reakcji bobra lub też całej bobrowej rodziny na nagłe pojawienie się w norze niezwykłego intruza.

     To właśnie u tego brzegu, w płytkiej wodzie, zauważyłem kiedyś martwego bobra. W roku następnym leżały w tym miejscu tylko kości.

       Na brzegach Jeziora oprócz bobrów żyją piżmowce. Często w bezpośrednim sąsiedztwie tych pierwszych.

       Natomiast na powierzchni Jeziora można obserwować perkozy dwuczube, kaczki krzyżówki i cyranki, łyski, kurki wodne, łabędzie nieme; przy brzegach czaple siwe. Bardzo rzadko, ale jednak, można zauważyć nad Jeziorem orły bieliki. Często zaś pojawiają się rybołowy, które w jego wodach łowią ryby. Wśród nich najwięcej jest płoci, piskorzy, krasnopiór i uklei; mniej szczupaków, okoni, leszczy, karasi, linów; niewiele węgorzy tudzież sumów. Jezioro nigdy jednak nie było zasobne w ryby.

    

     Żadne opowieści nie wspominają o żyjącym w Jeziorze jakimś tajemniczym stworzeniu. Nie tak jak w przypadku oddalonego od niego o 4 km, w kierunku północno-wschodnim, jeziora Białego. W jego wodach żyje podobno Coś. Przynajmniej niektórzy starsi mieszkańcy mówią o tym Czymś. Stykali się bowiem kiedyś ze śladami jego obecności. Są też podobno i tacy, którzy stworzenie to widzieli. Młodsi do tych wybrańców już nie należą. Co można chyba tłumaczyć tym, że owo Coś stało się niezmiernie ostrożne albo, że w wodach Białego już nie żyje (z różnych powodów).

     Jeszcze dwa lata temu opowiadano, że jezioro Kociołek (kilkuhektarowy zaledwie akwen), a także kilka innych, większych, z nim połączonych, też Coś zamieszkuje. O jego obecności świadczył niezwykły, co pewien czas dobywający się z wody, bardzo donośny, jakby ryk krowy. Słyszalny był w promieniu nawet 3 kilometrów. Jego głośność sprawiała, iż ludzie sądzili, że wydaje go jakieś duże, niezwykłe stworzenie.

     Aż wiosną ubiegłego roku, jeden z moich braci ciotecznych, Filip, zresztą zapalony rybak, jak również znawca ptaków krajowych, łowił ryby, właśnie nad Kociołkiem. I odkrył wtedy, iż źródłem owego zdumiewającego dźwięku jest... ptak. A konkretnie – samiec niewielkiego bąka, który w porze godowej, przypadającej na wiosnę, daje w ten sposób znać samicy o swojej obecności.

     Bąki prowadzą bardzo skryty tryb życia, zamieszkując gęste, trudno dostępne wodne zarośla, z których nie sposób ich zresztą wypłoszyć. Są to do tego ptaki bardzo rzadkie, coraz rzadsze.

*

     Zamarznięte Jezioro szczególnie przykuwa moją uwagę. Tym, co mnie w nim szczególnie intryguje, kiedy pokryte jest śniegiem (szczególnie świeżym), to jego nieskazitelna płaskość. Do tego dochodzi świadomość chodzenia po... wodzie. Jest ona wprawdzie szczególnego rodzaju, została bowiem zamieniona w ciało stałe, lecz równocześnie nie przestała być częścią Jeziora.

 

o jeziorach2

Jezioro, fot. Dariusz Pawlicki

 

     W moim przypadku (nie jestem z pewnością w tym odosobniony), nawet wówczas, gdy od dłuższego czasu panują duże mrozy, każdemu wejściu na lód towarzyszy niepokój. Później, w miarę poruszania się po nim, zmniejsza się on. Nigdy jednak nie opuszcza mnie całkowicie. Utrzymuje się na takim poziomie, że nie mogę, choćbym bardzo się starał, zapomnieć o nim. Przypomina mi też o tym, co może, ale nie musi, stać się. Lecz mimo wszystko odczuwam przyjemność w chodzeniu po zamarzniętym Jeziorze.

                                                                                  

     Na śniegu przykrywającym lód można z rana obserwować przebieg ścieżek, wcześniej wydeptanych przez sarny. Kiedy to dla skrócenia drogi przeszły po zamarzniętym Jeziorze. Niekiedy widać też tropy dzików tudzież lisów. Zdarzają się również ślady pozostawione przez wilki.

    Na początku wiosny rozpoczyna się powolny lub, przeciwnie, szybki proces znikania lodu dotąd skuwającego Jezioro. Początkiem tego procesu są wyciszone albo bardzo donośne trzaski, huki, niekiedy swoiste jęki, jakie towarzyszą pękaniu lodu. A następnie -ocieraniu się, napieraniu na siebie, jak też na brzeg, wielkich fragmentów popękanej tafli lodowej. To właśnie wtedy mówi się: lody ruszyły (choć jest to określenie trafniejsze w odniesieniu do lodu skuwającego rzeki).

     W tym to okresie często widać krążące wysoko na niebie żurawie. Ich klangor niesie się daleko. Dla starożytnych Greków ich krzyki wiosną były wezwaniem do siewu. A u schyłku lata – do żniw.

     Gdy widzę je w czasie pierwszej z powyższych pór, przez moją głowę jedynie przeleci (i szybko uleci) myśl, iż w mitach żuraw występuje jako ten, który odprowadza dusze zmarłych do miejsca przeznaczenia, czyli psychopomp (innym jest np. bocian). To dlatego, że „żywi się m. in. stworzeniami żyjącymi w glebie, a więc należącymi do świata podziemnego, do dziedziny zmarłych”. Co innego u schyłku lata, gdy żurawie odlatują, zapowiadając rychłe nadejście jesieni, która choć piękna, jest jednak porą wielkiego umierania. Wówczas to myśl o wspomnianej roli przypisywanej tym ptakom, krąży pośród moim innych myśli, towarzyszy mi.

*

     Zimą wędkarze są o wiele bardziej zauważalni niż latem. Nie skrywa ich bowiem nadbrzeżna roślinność. A na lodzie, najczęściej przysypanym śniegiem, są dobrze widoczni, gdy przechadzają się bądź siedzą obok otworów wywierconych w tafli lodowej. Ich obecność zdradzają też składane krzesełka i wiadra plastikowe (najczęściej intensywnie kolorowe). Rozmiary tych drugich są niejednokrotnie odbiciem nadziei, jakie towarzyszyły wędkarzom tuż przed wyjściem z domu.

*

     Wielokrotnie musiałem widzieć blask księżyca odbijający się na nieruchomej powierzchni Jeziora. Ale tego nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam żadnych konkretnych obserwacji księżyca zawisłego nad Jeziorem, jakie niewątpliwie były czynione przeze mnie przed wielu laty. Potem nastąpiła kilkuletnia przerwa. Lecz ubiegłego roku, na przełomie lata i jesieni, szedłem późnym wieczorem drogą przebiegającą bardzo blisko Jeziora. I zobaczyłem księżyc (do pełni brakowało dwóch, trzech nocy) wysoko nad taflą wody. Blask, jaki rzucał na nią, był niezwykle długi. Zatrzymałem się. Powodem tego był zachwyt. I może gdyby to, co widziałem, było utrwalone, powiedzmy, na pocztówce, uznałbym to za kicz (może tak by było, może...). Lecz ów widok, że tak powiem, dział się na moich oczach, i był pięknem samym w sobie. O takim właśnie pięknym widoku, który tworzy satelita Ziemi i woda, dwa elementy zdecydowanie dominujące nad całym otoczeniem, pisze Adam Mickiewicz w balladzie Świteź:

 

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice,

Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,

I dwa obaczysz księżyce.

 

     Jezioro Świteź to oczywiście nie Jezioro. Każdy akwen zresztą jest inny. Co innego księżyc, on, rzecz jasna, jest ten sam (inny być, nie może), aczkolwiek równocześnie jednak jest inny. Zmienia się bowiem jego kształt.

     W rezultacie lektury Słownika symboli Władysława Kopalińskiego (Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2006) przyszły mi na myśl pewne istoty związane ze śródlądowymi wodami. Istoty zresztą nie z tego świata, a które jak najbardziej mogłem spotkać wspomnianego, późnego wieczoru, gdy przechodziłem nad Jeziorem. Chodzi mi o rusałki, to jest wodne boginki, nimfy. Te trzy słowa: rusałki, boginki, nimfy, mogą wywoływać pozytywne skojarzenia. Lecz będą one błędne. Istoty te są bowiem ze wszech miar groźne. Niewykluczone, że jest to wynikiem tego, iż powstają z dusz zmarłych śmiercią nienaturalną kobiet i dziewczynek. W noce nowiu rusałki opuszczają jeziora i rzeki, aby tańczyć w korowodach. Nie tylko wtedy potrafią być dla ludzi groźne. Ich przeraźliwy śmiech może zabić. A ten, kto nie rozwiąże zadanej przez nie zagadki, znajdzie się w ich mocy.

     Pamiętać należy o Świteziance, tytułowej bohaterce kolejnej znanej ballady Mickiewiczowskiej. Owa rusałka zamieszkująca jezioro Świteź, o którym dopiero co była mowa, zakochała się w młodym strzelcu. Przyniosła mu jednak śmierć.

     To, że w rusałkach zakochiwali się mężczyźni, a przynajmniej nie były one im obojętne, nie powinno dziwić. Mają one bowiem postać pięknej dziewczyny o długich włosach. Ich głowy, co jest ważne (niech to będzie ostrzeżeniem), zdobi zielony wianek upleciony z wodnych roślin.

     Jeśli chodzi o wodę jako zagrożenie, to w przypadku Greków starożytnych, nie ograniczało się ono do możliwości utonięcia. Bardziej obawiali się oni tego, że woda zabije również duszę (i to naprawdę będzie śmierć). Ta bowiem ma naturę ognistą. Zastanawia w takim razie fakt, że w życiu Greków tak wielką rolę odgrywało morze, przemieszczanie się po nim (nie dla przyjemności jednak). Tym bardziej zastanawia, że zdecydowaną większość żeglarzy zawsze przecież stanowili ludzie wolni. Ale wody z tych właśnie powodów, bali się nie tylko mieszkańcy Grecji. Bo zawarta w Psalmie 68 (17) prośba jest wynikiem obawy przed zagaszeniem duszy: „Niech mnie nie zatapia nawałność wody i nie pożera mnie głębina, ani niech nie zawiera nade mną studnia otworu swego!”.

*

     Słońce wespół z Jeziorem nie tworzy tak sugestywnego widoku, przyciągającego mimowolnie wzrok. Ustępuje pod tym względem, moim oczywiście zdaniem, odnotowanemu w poprzednim ustępie zestawieniu: księżyc i woda. Światło dzienne zdradza bowiem obecność nazbyt wielu innych elementów, przez co uwaga obserwatora zostaje rozproszona. I chociażby był on mało spostrzegawczy, to zauważy również niebo usiane, bądź nie, chmurami, zadrzewione brzegi, ścianę wysokiego lasu, fragment Wsi położonej nad Jeziorem. Obraz taki, jak najbardziej, przyciągnie wzrok. Ale nie zatrzyma go długo na sobie. Byłoby inaczej, gdyby zachodzące Słońce ginęło za niskim i bezdrzewnym brzegiem Jeziora. Odnosiłoby się wówczas wrażenie, że Słońce powoli zanurza się w wodzie. Taki widok stałby się czymś w rodzaju magnesu. Przy sprzyjającej pogodzie, każdorazowo robiłby bowiem niezwykłe wrażenie.

*

     Mój Dziadek (od urodzenia mieszkający we Wsi, nad Jeziorem) nie przynależał do Jeziora. Jego światem był bowiem przede wszystkim las. I to nie tylko dlatego, że był on wszędzie. Lecz przede wszystkim w rezultacie zżycia się z nim od najmłodszych lat. Ryb więc nie łowił, choć lubił je jeść, szczególnie smażone płotki i wędzone węgorze. W Jeziorze nie pływał. Ale najprawdopodobniej, gdy był dzieckiem, młodym człowiekiem, było inaczej. Natomiast ja mojego Dziadka poznałem, chyba można tak powiedzieć, gdy miał on już pięćdziesiąt dwa lata. Babcia była o cztery lata od niego młodsza. Także dla niej Jezioro nie stanowiło niczego szczególnego (zresztą trudno, aby jezioro było czymś szczególnym w krainie, gdzie jezior jest więcej niż wiosek). Tak jak zresztą i las zaczynający się dwieście metrów od domu. Nie utrwaliła zresztą ich, to znaczy Jeziora i owego lasu, farbami olejnymi na żadnym płótnie lub kawałku płyty pilśniowej. W przeciwieństwie do kwitnących łąk, ogrodów i sadów, którym poświęcała wyjątkowo dużo uwagi.

     Ale w rodzinie mam kilku zapalonych wędkarzy, którzy ryby łowią także zimą. Są zainteresowani pod tym względem także wodami Jeziora. Ja, jak już wspomniałem, wędkarzem nie jestem. Ale Jezioru, jego wodom jak i bezpośredniemu otoczeniu przyglądam się często. Okazji ku temu, na szczęście, mi nie brakuje. I aby było tak dalej.

______________________________

     ¹ Kalmus – regionalna nazwa tataraku.    

 

Pin It