Zdzisław Antolski

 

O PISARSTWIE TADEUSZA ZUBIŃSKIEGO (1953 – 2018)

 

 

Śmierć na prowincji

jaizubinski2Mój sąsiad na łamach pisma „Radostowa”, Tadeusz Zubiński, prozaik, eseista i felietonista zmarł nagle na wiosnę, tuż przed Wielkanocą, w Aninie pod Warszawą, czekając na operację serca. Pisałem o twórczości Zubińskiego na łamach wielu czasopism („Twórczość”, „Fraza”, „Radostowa”) i dziś chciałbym jakoś podsumować w niniejszym szkicu moje spostrzeżenia na temat tej niezwykłej prozy.

Tadeusz Zubiński, ten robiący karierę prozaik i publicysta, niezwykle płodny, któremu z ust wyfruwały książki, jedna po drugiej, przybył do Kielc na początku lat 90. jako gwiazda literatury polskiej pierwszej wielkości, bezwzględny krytyk i autorytet niekwestionowany, autor opromieniony publikacjami w stołecznej „Twórczości”,. prestiżowym miesięczniku, gdzie pokazywała się sama elita elit, creme de la creme literatury rodzimej, zaprzyjaźniony nawet z redaktorem naczelnym tegoż periodyku, znanym i uznanym poetą, Bohdanem Zadurą.

 

Zubiński zawiódł się na Kielcach uważał, że jemu się wszystko należy, mieszkanie, praca i druk książek, miejscowi literaci powinni mu służyć i chodzić przed nim na dwóch łapkach, a jeśli tak nie będzie, to on już im pokaże, przede wszystkim opisze ich szyderczo w swojej książce „Rzymska wojna”. Sądził, że środowisko kieleckie uwzięło się na niego, zazdrościło mu sukcesów i specjalnie go sekowano, utrudniano druk itp. Według mnie to bzdury, po prostu nie był tu znany, pojawił się nagle jak diabełek z pudełka zwanego Bydgoszcz, w dodatku z wielkimi fochami i pretensjami.

Najdotkliwiej oberwał jego rodak z Suchedniowa, Ryszard Miernik, który był Zubińskiemu bardzo życzliwy, ale system się zmienił i Miernik, niegdyś w PRL, prominentny dygnitarz, teraz niewiele mógł mu pomóc w kwestiach materialnych. Zubiński opisał go bardzo kpiarsko, niemal szyderczo, choć trudno nie zauważyć odrobiny sentymentu. Jednak uważał Ryszarda za słabego prozaika, a w „Rzymskiej wojnie” przedwcześnie go uśmiercił. Pisał tu i ówdzie, że przyjaźń z Miernikiem zerwał z powodu „różnicy potencjałów” pisarskich, sugerując swoją wielkość a Miernika małość, choć nie sądzę, aby ta różnica była tak wielka jak kazała to Zubińskiemu widzieć jego własna pycha. Przed kielecką premierą „Rzymskiej wojny” telefonowałem na prośbę Tadeusza, który akurat był u mnie z wizytą, do Rysia Miernika, żeby przyszedł na spotkanie do Klubu „Civitas Christiana”. Jednak Ryszard Miernik powiedział zdecydowanie, że nie przyjdzie i nie chce mieć z Zubińskim nic wspólnego, nie chce go znać i nie chce czytać jego książek. W dodatku twierdził, że Zubiński ukradł mu wiele cennych pozycji z jego biblioteki, czemu Tadeusz zaprzeczał. Nie dziwię się Ryśkowi Miernikowi, był bardzo szczery, cenił sobie męską przyjaźń, wcześniej przyjaźnił się z rzeźbiarzami: Jurkiem Fronczykiem i Gutkiem Hadyną, nie przypuszczał, że Zubiński potraktuje go jak materiał pisarski, w dodatku tak lekceważąco.

Miernik czuł się przez Zubińskiego wykorzystany, zdradzony i wystawiony do wiatru. Bo istotnie, co potwierdzam swoim doświadczeniem, że z Zubińskim przyjaźń była niemożliwa. Nie przyjaźnił się z nikim, każdego wyśmiewał i obsmarowywał i mnie też obiecywał, że mnie wyszydzi na lamach nowej książki, którą pisze, ale niestety, nie zdążył. Wielka to strata dla polskiej i kieleckiej literatury. A chętnie bym o sobie poczytał w książce Zubińskiego, co przyszłoby mi o tyle łatwo, że w jego oceny ludzi nigdy nie wierzyłem i zawsze uważałem je za krzywdzące i przesadzone. Ale pośmiać się było można, choć zawsze łatwiej śmiać się z innych niż z samego siebie.

Zubiński był u mnie w domu kilka razy, przywoził jakiś kawior, uśmiechał się i robił za przyjaciela. Liczył, ze załatwię mu dotację na druk książki u burmistrza Suchedniowa. Jednak tak się nie stało, mimo że wiele razy prosiłem burmistrza, sprawa została załatwiona odmownie. Tadeusz się wściekł, napisał do mnie kilka bardzo obraźliwych maili z niewybrednymi wyzwiskami, pokazując istną furię osobnika o narcystycznej osobowości, zakochanego w swojej wielkości,, wymachując „Kodeksem Boziewicza”, któremu jakobym się przeciwstawił A ja mu przecież niczego nie obiecywałem, własnego kapitału nie mam, książkę bym mu oczywiście wydał, gdyby znalazły się środki. Samego Boziewicza nie czytałem z powodu trudności w nabyciu dzieła. Nie wydaje mi się jednak, żeby sam Zubiński był taką chodzącą reklamą Kodeksu i człowiekiem bez zarzutu. Wiele razy wypowiadał się w jak najgorszych słowach o wszystkich swoich znajomych, nie wyłączając tych, którzy mu bardzo pomogli w karierze literackiej załatwiając dotacje i pisząc recenzje.

Byłem już wówczas po napisaniu kilku ważnych recenzji z książek Zubińskiego, opublikowanych w „Twórczości” i „Frazie, a także na lamach „Radostowej”. Szykowałem się do napisania całej książki krytyczno-literackiej o jego pisarstwie. Ale kiedy zwyzywal mnie i obraził w majlowej korespondencji – olałem go. Przestałem o nim pisać. Dopiero w tym roku, jakaś przemożna sila kazała mi przeczytać „Wewnętrzne morze” i napisać recenzję. Nie napisałem w niej jednak wszystkiego. Nie wspomniałem, że w tekście powieści Zubińskiego, odkryłem fragmenty moich opowiadań opublikowanych w Internecie, lekko tylko zmienionych albo wcale. Czemu Zubiński tak uczynił? Może wynikało to z jego charakteru, bo uważał, ze wszystko mu wolno, a może to jego praktyka pisarska? Wszak używał do swoich książek postaci z pisarstwa Odojewskiego, np. postać Ferdynanda Uxakowskiego, która pojawia się w „Górach na niebie”.. Mnie np. proponował, żebym napisał dalszy ciąg jego powieści „Dawno i daleko”, ale nie zgodziłem się, to przecież powieść o Suchedniowie, który znam bardzo pobieżnie. Gdyby żył, pewnie bym go zapytał o przyczyny takiego procederu, który jednoznacznie kojarzy się z plagiatem, ale teraz, jaki to ma sens?

Miały też jego powieści swoje wady, na przykład brak jakiejkolwiek kompozycji, Zubiński pisał strumieniem świadomości, „jak leci”, nie dzielił swoich utworów na rozdziały. Przez to często one „się rozłaziły”. Mnie osobiście podobała się jego twórczość, archaiczny język, o którym krytyk Henryk Bereza pisał, że jest oparty o pastiszowość. Istotnie, język prozy Zubińskiego, który był jego wynalazkiem, był pastiszem, czyli wzorowany był na polskiej prozie dziewiętnastowiecznej, na Sienkiewiczu, Żeromskim, ale także na Odojewskim i Stryjkowskim. Nie był jego oryginalnym wynalazkiem, ale wniósł Tadeusz do niego wiele, miał indywidualne cechy, zwłaszcza w „Rzymskiej wojnie”, „Dawno i daleko” i w niedokończonej powieści „Śmierć na prowincji”, która nie wiem, czy kiedykolwiek się ukaże drukiem.

W 6 numerze "Twórczości" ukaże się moja recenzja z ostatniej powieści Tadeusza Zubińskiego "Morze wewnętrzne". Książka przeleżała u mnie na półce pół roku i jakoś nie miałem chęci jej recenzować. Nagle coś mnie zmusiło do szybkiego napisania recenzji, zresztą dość krytycznej (choć byłem zwolennikiem jego prozy i we wcześniejszych tekstach bardzo ją chwaliłem), pod tytułem: "Zubińskiego morze martwe" i wysłanie internetem do redakcji "Twórczości". Za dwa dni dowiedziałem się, że Zubiński zmarł w szpitalu w Aninie, czekając na operację serca, był moim rówieśnikiem. Bohdan Zadura, naczelny pisma, poradził mi, żeby nie zmieniać recenzji, tylko dodać post scriptum o jego śmierci. Tak też uczyniłem.

Cóż, nie napisałem panegiryku o Zubińskim, ale jego prozę zawsze bardzo ceniłem sobie i cenię nadal. A człowiekiem Tadeusz był niełatwym we współżyciu, miał trudny charakter. Jeszcze niedawno na łamach „Radostowej” snuł rozległe plany literackie. Niestety, śmierć nie zna litości. Tadeusz Zubiński zmarł 25.03 bieżącego roku w Aninie, pod Warszawą, ale pochowany został w Suchedniowie, który w swojej twórczości nazywał Wrzosowem. Na zawsze będzie się kojarzył z tym magicznym miasteczkiem, jak inni pisarze stąd pochodzący: Jan Gajzler, Gustaw Herling-Grudziński, Krzysztof Kąkolewski, Ryszard Miernik czy Stanisław Pająk.

 

Dawno i daleko

W książkach Tadeusza Zubińskiego akcja nie jest najważniejsza, a nawet rzekłbym nie jest wcale konieczna, całe piękno tej prozy, jej dramatyzm i napięcie zawarte są w języku, w autorskim stylu. Przez niego nie możemy się oderwać, jak urzeczeni, od lektury, do niego wracamy z utęsknieniem, kiedy odkładamy książkę, bo wołają nas codzienne obowiązki. Styl Zubińskiego działa na czytelnika jak narkotyk, opium lub jak alkohol, jak piękna kobieta na mężczyznę, jak pejzaż ukochanych stron rodzinnych, przenosi nas w inny nierzeczywisty wymiar, skąd lepiej widać także nasze własne życie, naszą przeszłość i drogę, jaką przebyliśmy. Czytasz książkę, a książka czyta ciebie. To jest właśnie magia sztuki. To sprawia, że jest rzeczywiście, nie tylko z bibliotecznej nalepki – literaturą piękna! No i to – tak mi bliskie – ukochanie rekwizytu, szczegółu z przeszłości, marka tytoniu fajkowego, nazwa papierosów lub piwa jeszcze z czasów carskich. Uwielbiam takie smaczki, one są solą i pieprzem opowieści z dawnych czasów.

Osobny akapit należy się opisom przyrody w prozie Zubińskiego. Wszyscy krytycy i czytelnicy zwracają na nie uwagę, niejako standardowo. Otóż opisy natury, w ogóle otoczenia nie tylko przyrody, ale przedmiotów martwych są w tym pisarstwie bardzo antropomorficzne, oddają stan ducha narratora. Przy tym są niezwykle oryginalne, autorskie, określające jego osobowość, nikt tak przed Zubińskim nie pisał oprócz może wielkich potów romantycznych, ale przecież w zupełnie innej formie i innym kontekście. Jednak jest w nich patos codzienności duchem z Mickiewicza, jakiś epicki oddech jak u Homera i kameralność wzięta z Choromańskiego. Widać także podobieństwo do opisów w prozie Zygmunta Haupta, który doskonale acz nie nachalnie potrafił oddać prawdę chwili poprzez opis otoczenia, a szczegół potrafił powiększyć z fotograficzną dokładnością, dając poprzez taki zabieg inny wymiar opisywanej rzeczywistości.

Myślę, że w swoich książkach prozatorskich Zubiński jest poetą, zarówno w warstwie wyczulenia na słowo, na opis przyrody, jak i na chwytanie nastroju chwili. Ktoś powiedział, że pierwiastek poetycki decyduje o wartości dzieła sztuki niezależnie od tego, czy to jest rzeźba, sztuka teatralna, powieść czy wiersz (wiadomo przecież, że nie we wszystkich wierszach znajdziemy poezję, jako metaforę rzeczywistości, alegorię, nastrój i wzruszenie) i myślę, że jest to prawda, która znakomicie się potwierdza w prozie Zubińskiego. Twórczość jego nasycona jest poezją, miłością do przedstawianego świata i to właśnie decyduje o jej wartości, wpływa na oryginalny styl, świadczy o wysokiej randze tego pisarstwa.

Henryk Bereza twierdzi, że w prozie Zubińskiego pobrzmiewają echa rosyjskich wielkich powieści. Być może w jakiejś mierze, zwłaszcza nastrój opowiadań Iwana Bunina. Ale jest tu dużo z polskiej prozy międzywojnia. Na przykład „Dawno i daleko” w pewnych fragmentach stosunku syna do ojca, przypomina „Niebo w płomieniach” Parandowskiego, ten sam problem dorastania, trudne relacje między pokoleniowe, dojrzewanie, biologiczne i umysłowe.

Powieść Zubińskiego „Dawno i daleko” nie mogłaby się nigdy ukazać w PRL-u i raczej nie ze względów politycznych. Te ostatecznie można-by ostatecznie ominąć, wykreślić kilka słów i linijek dotyczących Radia Wolna Europa czy partyzantów „Ponurego”, ale powieść suchedniowskiego autora to pomnik mieszczaństwa, jego mentalności, wrażliwości estetycznej, przywiązania do rodzinnej tradycji, tak naprawdę ostoi polskości. To zaprzeczenie zakłamanej mentalności peerelowskiej pełnej frazesów o „wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim” i o „budowie socjalistycznej ojczyzny”, podczas kiedy liczył się tylko cynizm, hipokryzja, łapówkarstwo i donosicielstwo na wielką skalę. Ileż to się w PRL-u naczytałem o drobnomieszczańskiej ideologii, drobnomieszczańskich gustach itp. Głównym, pamiętam, ideologiem anty-mieszczańskości był niejaki Kazimierz Kąkol i pismo „Argumenty”. Powieść Zubińskiego nie mogłaby się ukazać za całokształt, a nie za jakieś niecenzuralne wtręty, za ideologię, za pochwałę bibelotu, obrzędu gry w brydża, umiejętności palenia fajki, kultu wykształcenia, za umiejętność dobierania krawata do koszuli i butów do garnituru, a także poważniej za cnotę oszczędzania, podziwu dla solidności rzeczy i fachowości ludzi, za pochwałę talentów, których nie powinno się marnować, za ciekawość świata i ludzi, za chęć dochodzenia prawdy i dzielenia włosa na czworo. Dla młodszych to się pewnie wyda niepojęte, ale – tak właśnie było. Ze znanych mi ludzi w PRL-u, którzy uosabiali te cnoty, na pewno jednym z pierwszych był Jerzy Stępień, późniejszy senator i sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Człowiek wszechstronnie oczytany, a przy tym pełen szacunku dla każdej istoty. Ciekawy świata i innych ludzi. A teraz czytam powieść T. Zubińskiego i widzę galerię typów mieszczańskich z ich wadami i zaletami, którzy czasem mnie zachwycają, a czasem mierżą.

Pisałem o zaletach mieszczaństwa, więc trzeba także o wadach – snobizm, pycha, wynoszenie się nad „wieśniactwo” (za to właśnie chłopi nie cierpieli „gulonów”), kabotynizm, naśladowanie szlachty, hipokryzja i w ogóle cały ten, że tak powiem „dulszczyzm”. Ale też kiedy zniszczono ziemiaństwo, zabrakło mieszczaństwa, a duchowieństwo skapcaniało w komunie, to cóż nam zostało z dawnej Polski? Chociaż przecież dzisiejsze chłopstwo jest przez komunizm zupełnie odmienione, a i mieszczaństwo dzisiejsze nie przypomina tego mieszczaństwa opisanego przez Zubińskiego. Ja widziałem relikty przedwojennych chłopów i widziałem jak giną pod toporem komunizmu i Zubiński widział przemianę, żeby nie powiedzieć duchową „zagładę” mieszczaństwa. Stan dzisiejszy tych warstw opisze ktoś inny za powiedzmy 20, 30 lat i my już tego nie doczekamy. My tylko możemy powtarzać za Mickiewiczem – ostatni taki mieszczanin, ostatni taki chłop. Choć pewnie i to przesada literacka.

Czytam powieść Tadeusza Zubińskiego i zastanawiam się czy jeszcze w Polsce ktoś mówi takim językiem jak inteligenccy bohaterowie jego prozy? Znałem kilku przedwojennych nauczycieli, w tym pana Turschmidta z Probołowic, który w latach 60. chodził w przedwojennych pumpach, a na nogach nosił białe getry (rodzaj ochraniacza), gazety „Słowo Ludu” nie czytał, bo on był wszak inteligentem. Wszyscy oni narzekali, że język ulega zepsuciu, bo Polacy zaczęli mówić jak bohater piosenki Młynarskiego „Jesteśmy na wczasach…”, jakimś żargonem, w którym przekleństwo na k… zaczęło spełniać rolę zamiennika, za każdy przymiotnik. Po co ładnie mówić? To się nie opłacało. Człowiek uchodził za dziwaka, frajera, cudaka, niezgułę…

Polska proza powojenna została zdominowana najpierw przez socrealizm imitujący mowę robotników, przez język marginesu społecznego (opowiadania Hłaski, Nowakowskiego), następnie przez język chłopski (Kawalec, Nowak), a brakło języka środka, czyli inteligentów po maturze z rodowodem ideowym przedwojennym i słuchem językowym wykształconym na Żeromskim. Posługujących się polszczyzną, z braku innego określenia powiem – kulturalną. Chciałem tylko zwrócić uwagę jak wielkim powodzeniem cieszyły się swego czasu pogadanki Jerzego Waldorffa, nie tylko na tematy muzyczne, otóż Waldorff mówił właśnie językiem człowieka kulturalnego, a nie jakiegoś chłoporobotnika, czy Matysiaka z powieści radiowej.

Zubiński zafascynowany jest dwudziestoleciem międzywojennym, jako krainą ładu (także ładu moralnego). Polska tamtych lat, mimo szalonych trudności, zawinionych przez nas, ale również „dzięki” różnym szykanom, jakim nie szczędzili nam sąsiedzi, była jednak krajem europejskim, kontrasty społeczne były wówczas w całej Europie czymś zwyczajnym, kryzysem ekonomicznym objęty był cały świat. Oczywiście Zubińskiego oburzają granice międzyklasowe w międzywojniu, niemądra polityka wobec mniejszości narodowych, na co patrzy z oddalenia jako znawca krajów nadbałtyckich, ale jednak w małym Wrzosowie był to jakiś porządek społeczny, sprawiedliwy czy też nie, to już inna sprawa. Dopiero późnej nadszedł czas cywilizacji waciaka i gumofilców, pierwszych sekretarzy i obowiązkowych pochodów i czynów społecznych, świat jeszcze bardziej absurdalny, stąd Wrzosów jakby go odrzucił albo raczej zignorował. Stąd próba rekonstrukcji losów Nikodema Dyzmy w Łyskowie, który to bohater literacki pojawia się także w mikropowieści „Goście stołu pańskiego”, jako bohater literacki, razem ze swoim prawdziwym ojcem, czyli Dołęgą-Mostowiczem.

W miarę lektury mój entuzjazm wobec powieści „Dawno i daleko” nieco się zmniejszył. Po pierwsze zauważyłem, że jeśli autor pisze poważną powieść dziewiętnastowieczną na kilkaset stron, to powinien jednak zadbać o ty, by była ona podzielona na rozdziały. Znacznie ułatwiłoby to życie czytelnikowi. Choć to pewnie kłóciłoby się z zamierzonym tokiem narracji, który ma pokazać upływ czasu. Więc wycofuję się z tych pretensji, tutaj autor ma prawo do swojej wizji i koncepcji utworu. Powieść dziewiętnastowieczna? W jakimś sensie, ale nie do końca. Jeśli chodzi o fabułę, to zapowiadana przez całą powieść rozmowa między głównym bohaterem Filipem a demonicznym Dibluthem okazała się w moim rozumieniu całkowitym niewypałem, a jej poziom bardzo banalny. Może za dużo sobie obiecywałem, zbyt chciałem odczytać intencje autora? Zbytnio zaangażowałem się w powieść, chciałem ją współtworzyć? A przecież do tej rozmowy dąży jakby cała narracja, czytelnik jest na to wydarzenie przygotowywany – i niewiele się dzieje. Wygląda na to, że Dibluth jeszcze się pojawi na kartach nowych książek Zubińskiego, że jeszcze odegra jakąś rolę. Jednak autor, który ma taką szeroką wizję swojego pisarstwa, taką epicką panoramą losów swoich bohaterów, i patrzy tak perspektywicznie, jak Tadeusz Zubiński, ma do tego prawo. Zakończenie powieści „Dawno i daleko” otwiera horyzonty na dalsze losy jej bohaterów. Zwiększa nasz czytelniczy apetyt. I rzeczywiście, Dibluth pojawia się na łamach powieści „Śmierć na prowincji”, której fragmenty autor publikował w prasie i w Internecie. Mam nadzieję, ze ta książka ukaże się już po śmierci autora.

Natomiast opis poety-rzeźbiarza Miernika – pychota! Samo zakończenie jest jakieś przypadkowe, ale w końcu takie jest przecież życie, nie dba o puenty. Jedna z internautek napisała, że miała wrażenie, że autor poszedł sobie zrobić kawę i jak wróci to będzie pisał dalej. Dobre przeczucie miała ta dziewczyna, bo jest już następny tom z tego cyklu pt. „Opowieści wrzosowskie”. Będę jeszcze o tej książce pisał w przyszłości, bo po prostu jest to tak gęsta proza, że nie zdołałem jej jeszcze przetrawić.

W „Opowieściach Wrzosowskich” znajdziemy tych samych bohaterów co w „Dawno i daleko”, ale także postacie nowe, a łączy ich właśnie to miejsce magiczne – Wrzosów czyli realny Suchedniów. Poruszanie tych samych spraw z innej zupełnie strony, w relacji z sytuacją polityczną w Europie. Mamy tu i I wojnę, i międzywojnie. Opowiadanie „Un petit accident” to małe arcydziełko ukazujące w pigułce okres międzywojnia jako zjawisko kulturowe i obyczajowe.. Myślę, że mogłaby się podpisać pod nim z pewnymi wariacjami losów i zdarzeń np. moja nieżyjąca już teściowa, mieszkanka przedwojennego Lwowa, studentka potem żona ziemianina spod Włoszczowy. Te same zdarzenia, symbole, mentalność.

Na zakończenie chciałbym wyrazić radość, że pojawił się w naszej Krainie Świętokrzyskiej prozaik, który piórem włada jak Wołodyjowski szablą. Dość już mam „pisarzy”, którzy nie szanują matki naszej, mowy ojczystej, którym słoń na ucho nadepnął i nie czują ani muzyki języka, ani nie rozumieją jego logiki, a napędza ich jedynie własna ambicja, choć nie mają wiele do powiedzenia. Zanim sięgnąłem po powieść „Dawno i daleko” przeczytałem jedną z poprzednich powieści Zubińskiego „Góry na niebie”. Nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, choć widziałem zalety pióra autora, ale jakby nie wykorzystane do końca, talent nie rozkwitły, może i temat, pogrom kielecki, wydał mi się zbyt powierzchownie, tendencyjnie i propagandowo opisany. Była to jakby zapowiedź, embrion prozatorski. Ale od tej właśnie powieści nastał złoty okres w twórczości Zubińskiego. Jakby złapał drugi oddech, jakby nastąpiła inna odsłona jego talentu, nawet przeze mnie nie przeczuwana. Ukazało się wiele książek tego autora, dobrze przyjętych przez krytykę.

 

Kielecka wojna

Czytelnicy ostatnich książek T. Zubińskiego, zwłaszcza „Opowieści Wrzosowskich”, czy „Ognia przy drodze”, przyzwyczajeni do dziewiętnastowiecznej narracji, pełnej metafor i potoczystej frazy autora, będą srodze zawiedzeni biorąc do ręki jego ostatnią powieść pt.”Rzymska wojna”. Jest to pamiętnik pisarza z czasów transformacji ustrojowej, dziennik egotysty, proza rozedrgana emocjonalnie i stylistycznie, zapis fobii i urazów (znacznie mniej sympatii i ciepłych uczuć). Jest to tzw, proza środowiskowa, z kluczem, z prawdziwymi postaciami, chociaż jak to w dobrej literaturze bywa zaszyfrowanymi, ale nie o to w tej prozie chodzi, nie o jakieś niskie pobudki i rozliczanie się z kolegami, ale o wizję rzeczywistości. Już na samym początku powieści główny bohater i zarazem narrator rozpoczyna swoją „rzymską wojnę”, czyli walkę szlachetności z barbarzyństwem i chamstwem otaczającego go świata.

Napisałem do Tadeusza:

- Powiem Ci, że moją pierwszą myślą, kiedy czytam „Rzymską wojnę”, a jeszcze nie skończyłem, jest, że tak wysoko poszybowałeś ostatnimi książkami, że zajmowanie się jakimiś podrzędnymi redaktorami Piątkami i Styczyńskimi – to jest dla ciebie literacki „mezalians”. Chociaż uważam, że książka jest potrzebna i wartościowa, świetnie napisana, ale jednak ten temat grajdołka trochę obniża jej ciężar gatunkowy.

Tadeusz mi odpisał:

- Zawsze trzeba do przodu, czy mezalians – nie wiem? Grajdołek to też nasze życie, ja na zawsze pozostanę chłopakiem z Wrzosowa a nie z Londynu, Rygi czy Pragi czy nie daj Boże z Warszawy, i to byłby dla mnie prawdziwy literacki totalny mezalians, ale zaznaczam tylko w tym ostatnim warszawskim przypadku. Ty zawsze będziesz Zdziśkiem z Ponidzia.

Zawiązanie akcji „Rzymskiej wojny” przedstawia się z grubsza tak – do „zapyziałego miasteczka” przyjeżdża z żoną pisarz w wieku średnim. Wcześniej mieszkał w Bombarzycach na północy kraju. Dlaczego opuścił tamto miasto i przeniósł się w rodzinne Góry Świętokrzyskie (pochodzi z miasteczka Wrzosów) nie wiadomo. Sam twierdzi, ze w poszukiwaniu lepszego życia. Dostaje pracę urzędniczą w magistracie, gdzie rządzi groteskowo operetkowy prezydent o nazwisku Tupień. Pracę otrzymuje w wyniku protekcji, mianowicie w jego sprawie dzwoni do prezydenta redaktor Zwada z Warszawy, redaktor naczelny prestiżowego pisma literackiego „Gust”, przedstawiając naszego pisarza jako „objawienie”. Pracę tę rychło traci, bo nie dał komu trzeba łapówki. Uświadamia mu tę prawdę jego starszy przyjaciel i mentor, przewodnik po „zapyziałym miasteczku”, krajan wrzosowianin, pisarz i rzeźbiarz starszego pokolenia – To postać byłego działacza, rzeźbiarza, wrzosowianina, a jak wiadomo Wrzosów to Suchedniów. Bardzo mi ta postać przypomina Miernika. No więc kombinuję – Miernik + piernik = Piernicki? Trochę wg. mnie ta postać literacka potraktowana lekceważąco, choć i z fascynacją, ale kogo główny bohater o imieniu Filip nie traktuje lekko lekceważąco? Chyba tylko swoją ostatnią miłość, poznaną na Inflantach.

Poeta Bogumił z powieści Zubińskiego „Rzymska wojna” mieszka na 10 piętrze wieżowca przy kościele garnizonowym w „zapyziałym miasteczku”. W biblioteczce poety zza szyby widać nastroszone brwi figurki (czy też malunku) Marszałka Piłsudskiego. Główny bohater książki – pisarz Filip zastanawia się, od kiedy to Marszałkowi u poety Bogumiła wolno? Wcześniej pewnie tu świecił łysiną generał Walter Świerczewski. Otóż widać, że Filip tu przyjezdny z Wrzosowa i nie zna miejscowych stosunków. Nie wie nawet, że poeta Bogumił, Bogumiłem został dopiero po 89. Wcześniej, żeby nie drażnić towarzyszy z Komitetu występował jako poeta Bogdan, a w porywach miłości do nowoczesności – nawet Bohdanem się zwał. Na cześć piosenkarza Łazuki chyba?

Jak tylko zetknąłem się z pisarstwem Zubińskiego zauważyłem, że ma on niesamowitą umiejętność opisania człowieka w kilku zdaniach a nawet w kilku słowach. Jest to cecha dobrego rysownika karykaturzysty, który w kilku kreskach zawrze charakterystyczne rysy, będące odzwierciedleniem temperamentu modela. Ot, dla przykładu taki opis z wizyty bohatera w redakcji pisma „Gust” (jak można domniemywać, chodzi o warszawską „Twórczość”): „Krytyk Szukalski, okazały mężczyzna i sardoniczny charakter z kamienną, skandynawską, jędrną twarzą…” Dwa razy w życiu rozmawiałem z krytykiem Leszkiem Bugajskim, ale ten opis pasuje do niego niesamowicie. Natychmiast na kliszy pamięci wyświetla mi się sylwetka i twarz pana Leszka, tak dokładnie uchwycona i w kilku słowach narysowana przez Zubińskiego. Mogę iść o zakład z każdym i z samym Zubińskim nawet, że tak można opisać tylko i wyłącznie p. Bugajskiego. To samo dotyczy osoby Stefana Pastuszewskiego, pisarza z Bydgoszczy, czy Ryszarda Miernika z Kielc.

Czasem odnoszę wrażenie, ze w swoim zapale i talencie satyrycznego portretowania Zubiński posuwa się za daleko i zwyczajnie ludzi obraża. Zwłaszcza opis osoby pisarza „o zoologicznym nazwisku” (chodzi o Staszka Pająka) bardzo jadowity. Ja też mam na sumieniu kilka opowiadań satyrycznych z życia środowiska. Pisałem je jednak, żeby pokazać zabawne sytuacje, a nie dokuczyć osobom, no, może jeszcze, żeby odgryźć się pewnemu literatowi. Niska chęć zemsty, przyznaję, więcej nie będę. Ale i tak od strony poety Adama doszły mnie słuchy, ze za ostro. No to co powiedzieć o pisaniu Zubińskiego?

Oto opis: „Kolejny wrzosowski literat – również Stanisław, o zoologicznym nazwisku, umiarkowanie uzdolniony: tylko dusza i kości i spiczasta czaszka, w kusej marynarce, podrygując jakby go buty piły – cykał zdjęcia. Zaś redaktor miesięcznika ,, który periodycznie odżywa, aby po dwóch trzech numerach zapaść w zapaść, niski, taki beczkowaty, z brodą, w jaką tandetni malarze lubują wyposażać ściętą głowę świętego Jana Chrzciciela na tacy, i z tatarskimi okrągłymi oczyma, szczytując do wysokiego (w dwójnasób dla niego) na czubkach butów piał: – Ależ panie prezydencie, przecież ja nie jestem żaden hoplarz!.

A jeszcze pani Zofia Korzeńska mówiła mi, ze znaleźć się w tej menażerii Zubińskiego to honor i zaszczyt. Dziękuję bardzo, już ja wolę NIE. I gratuluję sobie i winszuję, że nie bywam i się nie udzielam, dzięki czemu umknąłem przed skalpelem Zubińskiego, które to narzędzie on nazywa klawiaturą komputera. W przeciwnym razie zostałbym wypatroszony, odarty ze skóry wyprawiony, wypchany i wystawiony na widok publiczny w książce „Rzymska wojna”.

Na początku lat 90. wycofałem się całkowicie z kieleckiego życia literackiego, w sensie bywania na zebraniach, które były coraz bardziej jałowe i uczestnictwa w odwiecznych dyskusjach o „roli i znaczeniu kieleckiego środowiska literackiego”. Był to rok zwycięstwa SLD z Leszkiem Millerem na czele pod hasłami „powrotu do normalności”, co wielu wyborców rozumiało jako powrót do PRL. Oczywiście były to nadzieje złudne, jakich ja nie podzielałem i Miller budował nadal wytrwale nasz siermiężny kapitalizm. W PRL żyliśmy stadnie, bo do tego zmuszał system. Trzeba było żyć jak w jakimś „kołchozie literackim”, wzajemnie pisać sobie recenzje, ustawiać się w kolejce do Wydawnictwa Łódzkiego, które to wydawnictwo mieliśmy przydzielone z centralnego rozdzielnika, a nawet pracować w jednej instytucji kulturalnej, żeby zwiększyć „siłę rażenia” i uniknąć coraz powszechniejszego ukrytego bezrobocia i móc jeszcze tworzyć. A przecież była to sytuacja gorsza niż w latach stalinowskich, kiedy każdy pisarz miał prawo do wydania jednej książki rocznie a państwo ludowe miało obowiązek mu ją wydać. Tymczasem trzymam w dłoniach powieść Tadeusza Zubińskiego „Rzymska wojna”, która w dużej mierze poświęcona jest właśnie kieleckiemu środowisku literackiemu. Marnemu, małemu, ale jednak. Chcąc nie chcąc jako recenzent musiałem wrócić do pewnych wątków mojego życiorysu, o jakich chciałem raczej zapomnieć. Wrócić do tego, co nazwałem na własny użytek „kanibalizmem literackim” czyli opowieści o kolegach, ich wadach i zaletach.

Jednak Zubińskiemu trzeba przyznać, że nie chodzi mu tylko o to, żeby kolegów zgnoić i poniżyć (a przynajmniej nie tylko o to), a w najlepszym razie wyszydzić, on chciał pokazać Polskę w czasach przemian ustrojowych, tworzenie się nowych klik, układów i komeraży. Głównym bohaterem „Rzymskiej wojny” jest pisarz Filip, ten sam Filip, którego dzieciństwo i wczesną młodość poznaliśmy w powieści „Dawno i daleko”. Filip jest niesłychanie znerwicowany, ironiczny, niecierpliwy, sardoniczny i krytycznie do otoczenia nastawiony, a czasami wręcz kabotyński. Zwłaszcza do miejscowego środowiska literackiego. Sądzi, ze jest dla tubylców zagrożeniem, bo wszak „korytko jest krótkie”. Jego obawy się potwierdzają, bo nie ukazuje się na temat jego twórczości recenzja, nie dostaje stypendium i traci pracę. Przekonany jest, że jest na niego „szlaban”. Filip tymczasem w Polsce odnosi sukces za sukcesem, drukuje w najlepszych pismach i w najlepszych wydawnictwach. Cóż z tego, kiedy wieści o tym docierają do „zapyziałego miasteczka” z opóźnieniem lub wcale i nikt nie pada na kolana przed jego geniuszem. Kamieniem obrazy jest ignorancja pani z księgarni, która nie wie, że znana seria wydawnicza, w której drukuje Filip, to nie seria geograficzna (‘Wyspy zaczarowane”, w rzeczywistości „archipelagi”, ale literacka).

W efekcie Filip przez cała książkę chodzi „wściekły”, sfrustrowany i rozczarowany, co odbija się na jego widzeniu rzeczywistości i ludzi. Aż trudno uwierzyć jak cierpliwa i wyrozumiała dla jego fochów jest jego żona Krystyna, którą on traktuje obojętnie i wszystko wskazuje na to, że małżeństwo się rozpadnie z winy Filipa, a właściwie jego rosnącej obojętności wobec żony. Czy to „kryzys wieku średniego”, czy frustracje twórcze, nie wiadomo. Filip zrobił karierę późno z powodu PRL, a także z powodu swoje działalności opozycyjnej. Jest rozczarowany rzeczywistością polityczną i gospodarczą kraju, czuje się w mieście niepotrzebny i zbędny. W mieście, gdzie nie ceni się ludzi kultury, a pisarzy chyba najmniej. Winni są zresztą nie tylko niefachowi urzędnicy (jeden nawet nie wie, że oprócz ZLP istnieje w Polsce druga organizacja zrzeszająca pisarzy – Stowarzyszenie Pisarzy Polskich) sami pisarze, których jest za dużo, nie ma ostrych kryteriów wartości.

„Rzymska wojna” dzieje się w czasach transformacji, jest już co prawda po szoku spowodowanym planem Balcerowicza, ale panuje bezrobocie, bieda, marazm. Szerzy się wszechwładna korupcja. W kraju rozrasta się kasta urzędników. Wszędzie, na każdym kroku mamy urzędników, głupich, niekompetentnych, aroganckich. Rozmnażają się oni poprzez rodzinne klany i znajomości. Korupcją przesiąknięte jest też życie polityczne, za miejsce na liście wyborczej trzeba płacić. Również w pracy panuje „polityczny mobbing”, trzeba wyznawać poglądy swojego szefa, a najlepiej zapisać się do jego partii. Nowy „trynd” to konieczność posiadania wyższego wykształcenia, dzięki czemu Filip i jemu podobni za pieniądze piszą na boku prace magisterskie dla nowej klasy biurokratycznej.

„Rzymska wojna” wykazuje wiele podobieństw z powieścią „Promień” Stefana Żeromskiego. Podobny bohater, który czegoś szuka, chciałby coś zrobić, ale wszystkie jego plany rozbijają się szarzyznę, bezwład umysłowy i marazm małego miasteczka. Nikomu tu się nic nie chce, wszyscy są „ustawieni”, rządzą wszechwładne kliki, urzędnicy chcą mieć święty spokój. Żeromski chciał w Kielcach zakładać gazetę literacką, próbowała to także zrobić Zofia Nałkowska. Wszystkie inicjatywy rozbijały się o twardy mur obojętności, inercji, wrogości wobec „innych”. Czy to obraz przerysowany, karykaturalny?

No i te nieśmiertelne słowa z „Promienia”: – My już mamy gazetę i drugiej nam nie potrzeba. My już mamy teatr itp. My już mamy kulturę, sztukę. Samowystarczalni. To jest to.

jaizubinskiMożna mówić, że Zubiński walczy w obronie honoru, jak napisano na skrzydełku jego książki, można mówić, że po conradowsku „wymierza światu sprawiedliwość”, ale można też po gombrowiczowsku stwierdzić, że każde pisanie to „walka o swoją wybitność”. Walka z całym światem, oczywiście. Choć stąd już tylko krok do „kanibalizmu literackiego”, czyli zjadliwego opisywania rodziny, znajomych w celach literackich, a może i pozaliterackich. Może ktoś powiedzieć, ze robił to już Marcel Proust w swoim dziele „W poszukiwaniu straconego czasu”, ale wydaje mi się, że Proustowi chodziło głównie o poznanie siebie. O co chodzi Zubińskiemu – nie wiem, czy o prawdę czy o zemstę?. Różewicz jednak ostrzegał: „Kochani ludożercy / nie zjadajmy się Dobrze / bo nie zmartwychwstaniemy / Naprawdę” (List do ludożerców).

Mam też pretensje do Zubińskiego, że przy opisie swoich bohaterów skupia się tylko na ich karykaturalnie przedstawionej fizyczności, a nie „zstępuje do głębi”. To nie jest ani sprawiedliwe, ani prawdziwe dla ich oceny. Ale też nasze życie jest takie, że innych poznajemy powierzchownie, naskórkowo, kierując się tylko ich zewnętrznością. Sami jednak czujemy się pokrzywdzeni, kiedy inni też nas tak postrzegają. Brak tutaj logiki i pachnie hipokryzją. Wszystko w porządku, kiedy bohater walczy z głupotą, protekcją, grafomanią i snobizmem, gorzej, kiedy skupia się na niedostatkach urody swoich oponentów.

Mówi się, że Zubiński w swoim pisaniu jest dziewiętnastowieczny, że jego proza przypomina twórczość Iwana Bunina i innych wielkich rosyjskich prozaików tamtego stulecia. Ale w swojej ostatniej książce Zubiński przypomina atmosferą raczej Gogola i jego „Martwe dusze” niż powieści Bunina. Jest to powieść satyryczna, z charakterystycznymi przerysowaniami, ale również bardzo gorzka i realistyczna.

Ironia w tej prozie zawarta jest już groteskowym tytule, który ma oznaczać walkę szlachetności z barbarzyństwem. Otóż ani główny bohater nie jest tak szlachetny za jakiego się podaje, ani jego przeciwnicy tak znów bardzo nie różnią się od niego. Głównym jego przeciwnikiem są chamstwo, głupota, korupcja i marazm umysłowy. W tym sensie jest to rzeczywiście „wojna rzymska”.

 

Morze wewnętrzne

Mitologiczny Narcyz zakochał się w swoim odbiciu w lustrze wody, natomiast Tadeusz Zubiński zapałał uczuciem do swojego literackiego odbicia, czyli Filipa Mirskiego z miasteczka Wrzosów, najważniejszego miejsca we Wszechświecie. Nie wątpię, że Narcyz czerpał olbrzymią przyjemność z wpatrywania się w swoje odbicie, ale dla postronnych obserwatorów musiało to być zwyczajnie nudne. Żeby nie było nudnie, Filip Mirski jest cały czas w podróży, to go generalnie różni od mitologicznego Narcyza, który tkwił w miejscu. Dla swojego wędrowania znalazł nawet intelektualne uzasadnienie: „Wie pan sam, że taka jest różnica pomiędzy autorami, że pisarz pisze z życia, a literat z literatury. Moim zdaniem, wszystkiego w życiu trzeba spróbować, posmakować, doświadczyć. Każdy ból i każdą rozkosz zaliczyć. Nigdy nie ukrywałem, że na przykład sprzątałem plażę w Parnawie, pracowałem w tartaku pod Dyneburgiem”.

Jednak w czasie tych swoich licznych podróży, Mirski cały czas gada tylko o sobie, o swoim przebogatym wnętrzu, o swoich podbojach erotycznych, biesiadach z kumplami i sukcesach literackich. Pojawiają się też strzępy życiorysu, jakieś obrazki z przeszłości, a wszystko bardzo chaotycznie wymieszane, jak w pralce automatycznej. Choć właściwie jest to współczesny „człowiek bez właściwości”, który nie ma wykrystalizowanych poglądów politycznych, społecznych ani religijnych, popisuje się tylko erudycją i sypie cytatami jak z rękawa. .Sam dla siebie jest jedyną wartością. Kocha siebie, innymi pogardza lub ich lekceważy. Bałwochwalca własnej wykreowanej sylwetki, jak to Narcyz.

Jego epizod solidarnościowy, to czas zmarnowany na pisanie jakichś patriotyczno-historycznych bzdur, zamiast epokowych powieści, do jakich Mirski został stworzony ze swoim gigantycznym talentem. Znudzony, zaplątany w Historię. W Londynie odczuwa „monotonną pustkę, martwotę” i właściwie nie wiadomo po co tam pojechał, chyba żeby się chwalić po powrocie, gdzie on nie był i czego nie widział. Bo Mirski wszystko robi na pokaz, po to żeby to później opisać swoim oryginalnym językiem „mistrza prozy”. Na nudę emigracji najlepszy jest seks, no i tu Mirski też jest oczywiście mistrzem, choć czasem cierpi na „niedomogi”, ha ha.

Zastanawiałem się podczas lektury, czemu ta książka Zubińskiego jest tak śmiertelnie nudna? Przecież „Dawno i daleko”, powieść, w której po raz pierwszy chyba występuje młodziutki Filip Mirski, urzekła mnie swoją poezją, nastrojowością, klimatem miejsca polskiej prowincji. Tam bohaterowie byli prawdziwi, mieli swoją psychologię, sprawdzali się w działaniu. Otóż w „Morzu” tego nie ma, bohaterowie tylko gadają, pusta retoryka, autor nawet nie opisał dobrze ich wyglądu, są tylko przechwałki podstarzałego dandysa. Już w powieści z kluczem „Rzymska wojna” widać było owe pretensje Narratora do całego świata, że nie osiągnął sukcesu na miarę swoich wymagań i oczekiwań. Bohater eksternalizował swoje wewnętrzne rozczarowania i porażki na otaczający go świat i ludzi, którzy chcieli dla niego jak najlepiej, a zostali potraktowani okrutnie i niesprawiedliwie. Znany jest taki typ psychologiczny człowieka, który za swoje porażki wini wszystkich wokół, tylko nie siebie. On jest nieskończenie idealny i doskonały, a winni są inni. Jakie to proste i łatwe, prawda?. „Morze wewnętrzne” to w pewnym sensie kontynuacja tamtej powieści, również pod względem pretensji do świata.

W „Morzu” - „obrazki i ciekawostki emigracyjne” z Anglii, znane, banalne, ograne i nudne jak flaki z olejem. A potem nagły przeskok do Czech i znów nie wiadomo, czym są te zapiski: dziennik podróży, pobieżna relacja, bo na pewno nie proza literacka. Zubiński się powtarza, już wszystko znamy, choćby z jego poprzednich książek, tych fikcyjnych prozatorsko i tych przewodników turystycznych. Żeglowanie po wewnętrznym martwym morzu? Strach przed ciszą, nieobecnością? Sztuczny cyklon? A potem Niemcy i Holandia, wszystko telegraficznie, na pośpiech i w zawrotnym tempie.

Oj chyba za dużo tych grzybów w barszcz, przesadził tym razem Mirski-Zubiński, przejadło się… Widać, że książka była pisana w pośpiechu, a poszczególne segmenty fastrygowano, bo na porządne szycie czasu nie starczyło. Tu nawet mistrzostwo języka nie uratowało książki, która jest jakimś postmodernistycznym workiem na wszystko: literacki reportaż, powieść dokumentalna, mini-esej, dziennik podróży, wspomnienia erotyczne męża swoich żon. Tylko gdzie, niegdzie, jak kępki kwiatów na pustyni, słynne jego opisy przyrody, w których zaklęto ludzki los, oczekiwanie na szczęście i poezję dnia i nocy.

A poza tym nuda znerwicowanego, pełnego pretensji do świata faceta z napisem na czole „pisarz”, intelektualisty we własnym mniemaniu. Wewnętrzne morze martwe. Stanowczo stać Zubińskiego na coś lepszego. Cenię sobie jego pisarstwo (oprócz kilku ewidentnie „puszczonych” powieści) i mam nadzieję, że w następnej książce pokaże lwi pazur.

Post scriptum

Powyższą recenzję napisałem w dniu 23 marca br. i wysłałem Internetem do redakcji „Twórczości”, a dwa dni później dowiedziałem się, że Tadeusz Zubiński nie żyje. Z początku łudziłem się, że to być może drastyczny dowcip Tadeusza, ale wkrótce Liliana, Jego była żona, potwierdziła, że Tadeusz zmarł 25 bm. wieczorem, w szpitalu w Aninie, czekając na operację zastawki serca.

Był pisarzem dużej rangi, pierwszym takim na Ziemi Świętokrzyskiej od czasów Stefana Żeromskiego i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Stworzył swój własny język, swój styl opowieści, a to dużo, to bardzo dużo… Nie był łatwym partnerem w naszej znajomości, ale wiele mu zawdzięczam, zarówno jeśli chodzi o krytykę literacką, do której mnie poganiał, jak i twórczość prozatorską, do której usilnie zachęcał.

Spoczął w Suchedniowie-Wrzosowie. Nie mogło być inaczej. Żegnaj.

 

Zdzisław Antolski

.

 

Pin It