Dwugłos: Dariusz Nowacki, Andrzej Śnioszek o Donacie Kirschu

 

Maria Wollenberg-Kluza
Maria Wollenberg-Kluza

 

 

 

 

Dariusz Nowacki

 

           O czym liście szumiały

           W czterdziestą rocznicę debiutu Donata Kirscha

 

1.

Wiosną 1977 roku ukazała się debiutancka powieść Donata Kirscha Liście croatoan. Pisana była, o czym informują daty pod tekstem, w latach 1971–1974; w roku 1975 została wyróżniona III nagrodą w konkursie na debiut powieściowy zorganizowanym przez Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik”. Oczywiście to, że w chwili podjęcia pracy literackiej autor był osiemnastolatkiem, wzbudzało dodatkową ciekawość; dodatkową, ponieważ inne okoliczności przesądziły o tym, że debiutanckie wystąpienie Kirscha nie mogło podówczas pozostać bez echa. Jak bowiem w jednej ze swych notacji wspomnieniowych zauważył Janusz Anderman: „W tamtych czasach zainteresowanie literaturą podsycały nawet najdrobniejsze gazety i dziesięć tysięcy książek [nakład Liści… – D.N.], dostępnych również w wiejskich księgarniach, rozeszło się natychmiast”. Przywołując te słowa, bynajmniej nie chcę zasugerować, że Kirsch był skazany na sukces. Pragnę jedynie przypomnieć, iż w tamtych warunkach debiutant otrzymywał osobliwą premię za samo pojawienie się na scenie literackiej.

    Po pierwsze, nowa polska proza była przedmiotem szczególnej troski, i to nie tylko krytycznoliterackiej, lecz bez mała obywatelskiej; w połowie lat siedemdziesiątych nieprzerwanie i chyba dość obsesyjnie „zaklinana”, a następnie „rozliczana”. Dlatego o każdym prozatorskim debiucie z tamtych lat można powiedzieć – przesadzając tylko odrobinę – że był na wagę złota, w tym rozumieniu, że wiązał się z nadzieją na powieściowe spełnienie, za jakie uważano pojawienie się utworu odzwierciedlającego przemiany zachodzące w świadomości współczesnych Polaków, utrwalającego społeczny obraz świata[1]. Innymi słowy, debiutanckie wystąpienie nie było bynajmniej rozpatrywane w kategoriach indywidualnej inicjatywy artystycznej (powieść jako wyraz osobistej ekspresji lub efekt kaprysu); zawsze wiązało się z jakąś szerszą i, jak mniemano, doniosłą społecznie sprawą, a więc – niejako automatycznie – musiało zostać „sprawdzone”, „rozpatrzone na tle” (stanu młodej literatury, dorobku pokolenia, wiodących tendencji czy pisarskich skłonności).

    Po wtóre, do czego nawiązał Anderman, infrastruktura prasowa (czasopiśmiennicza) była na tyle podówczas rozbudowana, że każdy debiutant – zwłaszcza ten, który ogłaszał swój utwór w dużym i renomowanym wydawnictwie (SW „Czytelnik” była taką oficyną) – mógł liczyć na obfite komentarze; spotykał się z reakcją poniekąd obowiązkową. W związku z Liśćmi croatoan ukazało się zatem kilkanaście recenzji, i to w dwóch rzutach: bezpośrednio po premierze i po tym, jak wyróżniono powieść Kirscha Nagrodą im. Wilhelma Macha (za najlepszy debiut prozatorski roku 1977)[2]. Co zaś się tyczy nakładu (10 tysięcy egzemplarzy), był on w tamtych latach nakładem podstawowym i raczej skromnym – Zabawa w głuchy telefon

(1976), debiutancka książka Andermana, a więc tego, który o sprawie przypomniał, również ukazała się w takiej właśnie liczbie egzemplarzy. Na temat dostępności obu tych tytułów (Anderman, Kirsch) w wiejskich księgarniach nie mam żadnej wiedzy.

2.

Powtórzymy: powieściowe debiuty w tamtej epoce „sprawdzano” skrupulatnie, żaden nie mógł zniknąć z pola widzenia. Szybko więc odkryto, że rzecz Kirscha to – by posłużyć się nagłówkiem recenzji napisanej przez Włodzimierza Boleckiego – inny debiut („w sensie narracyjnym najbardziej oryginalnie napisany debiut ostatnich lat”[3]). Ponieważ Liście croatoan stawiały lekturowy opór, równie szybko do debiutu Kirscha przylgnęła opinia powieści trudnej,

problematycznej, niewygodnej w krytycznej obróbce. Kiedy jednak uważnie się wczytamy w najwcześniejsze reakcje na Liście…, zauważymy, że recenzenci nie tylko stanęli na wysokości zadania, lecz także okazali się wielce pomysłowi; pojawił się imponujący zestaw konceptów interpretacyjnych, istna parada asocjacji i powinowactw, przy których użyciu próbowano zapanować nad tym oryginalnym, mającym znamiona eksperymentu literackiego wystąpieniem. Działo się tak zapewne nie dlatego, że ówczesny reżim krytycznoliteracki zakazywał manifestowania bezradności (żaden utwór nie mógł zostać odrzucony), lecz z dość oczywistego powodu, o którym pisał Umberto Eco:

każdy tekst chce dostarczać przyjemności poprzez uprawnione odczytanie. Narrator powieści w odcinkach pragnie czytelnika, który umie wzdychać i ronić łzy, Robbe-Grillet pragnie czytelnika zdolnego docenić powieść przyszłości, obaj natomiast życzą sobie kogoś, kto odczuwa przyjemność podczas czytania.

   Liście croatoan były tedy czytane wedle dostępnych podówczas procedur czy metodyk lektury, z ambicją przedstawienia – by nawiązać do słów Eco – uprawnionego odczytania, być może nawet zorientowanego na przyjemność. Legenda Liści croatoan jako dzieła stawiającego niezwykły opór powstała wiele lat później. Oczywiście zaraz po premierze książki mówiono o poważnym wyzwaniu lekturowym – stąd wczesna łatka powieści trudniej, ale nikt nie dramatyzował z tego powodu, nie znam takich świadectw. Nie manifestowano więc nastawień – jeśli wolno tak powiedzieć – masochistycznych, nie wydobywano sprawy umęczenia czy dyskomfortu czytelnika. To przyszło – powtórzmy – później.

   W rolę strażnika owej legendy wszedł, ceniony skądinąd prozaik i wytrawny publicysta, Jerzy Sosnowski. Znam co najmniej trzy jego wypowiedzi, w których zdemonizował, a nawet zhorroryzował debiut Kirscha; nie wykluczam, że istnieją też inne – przez niego wyartykułowane, a mnie nieznane. Pierwsza wypowiedź pochodzi z okresu, kiedy był redaktorem działu kultury „Gazety Wyborczej”. W ramach rubryki, w której prezentował zawartość czasopism kulturalnych, omówił, wespół z Danutą Sosnowską, zawartość lipcowego numeru „Twórczości” z roku 1993; ozdobą tego numeru był obszerny esej Barbary Robakiewicz, przynoszący całościową, opartą na kluczu gnostyckim interpretację Liści croatoan. Sosnowski skonstatował wówczas, że interesujący nas debiut „był najbardziej kontrowersyjną książką z tzw. kręgu »Twórczości« – orientacji literackiej promowanej przez Henryka Berezę”; powiadomił, że „książka Kirscha sprowokowała najgwałtowniejsze dyskusje: wywołała gorące zachwyty bądź protesty”[4].

   Cóż, niewiele się tu zgadza: honor pierwszego skandalisty, wszak chodzi o wywołanie największych kontrowersji, jest dość wątpliwy. Moim zdaniem palmę pierwszeństwa należy przyznać innemu autorowi z kręgu „Twórczości” – Markowi Słykowi, jako autorowi głośnej swego czasu trylogii (W barszczu przygód, 1980; W rosole powikłań, 1982; W krupniku rozstrzygnięć, 1986)[5]. Wątpliwości dotyczą także „najgwałtowniejszych dyskusji”. Owszem, po premierze Liści… pojawiło się kilka wypowiedzi naznaczonych dystansem, czasami nieskrywaną niechęcią do debiutu Kirscha[6], ale nie sposób stwierdzić, że znawcy literatury skoczyli sobie wtedy do gardeł. To legenda w czystej postaci, nawiasem mówiąc, wykorzystana w nocie o autorze, umieszczonej na skrzydełku drugiej i jak dotąd ostatniej powieści Kirscha. Czytamy tam o pisarzu, że 

przed wyjazdem z kraju [w 1981 roku Kirsch osiadł na stałe w USA – D.N.] opublikował wybitną [sic!] powieść Liście croatoan, która stała się wydarzeniem i przyczyną burzy wśród polskich literaturoznawców, wywołując namiętne spory i przywodząc recenzentów to do zachwytu, to do słów potępienia[7].

Po raz wtóry Sosnowski zdemonizował Liście… w jednym z felietonów drukowanych na łamach „Więzi”. Tutaj pojawił się kluczowy motyw – nieludzkiego sprawdzianu zafundowanego sobie we wczesnej młodości. Otóż warszawski pisarz wspomina tam o swoim niezwykłym doświadczeniu lekturowym – piętnastoletniego czytelnika (był nim w roku 1977), który dość przypadkowo natknął się, zaraz po premierze, na powieść Kirscha, a ta okazała się „propozycją najradykalniejszą”. Felietonista notuje: „Kiedy po latach wspominam kształt narracji, nie potrafię zrozumieć, jakim cudem dałem sobie z nią radę”3. To samo wspomnienie z lata 1977 roku wykorzystał w swojej powieści zatytułowanej Sen sów. I ten właśnie przykład (trzeci na mojej liście) jest najciekawszy, ponieważ zawiera sporo nieścisłości oraz odsyła do programu literackiego, jaki z myślą o sobie sformułował Sosnowski, obierając za negatywny punkt odniesienia „legendarne” dzieło Kirscha.

   Sen sów ma za bohatera Jarosława Wolskiego; to figura bardziej autobiografizująca niż jawnie autobiograficzna, ale na pewno obdarzona cechami i przekonaniami pisarza. Opowieść to – nakładające się na siebie, niezróżnicowane pod względem czasu, stopione w jedno – wspomnienia z wakacji spędzanych przez wiele lat z rzędu w Kołobrzegu. Jarko, bo tak jest nazywany bohater, to nad wyraz wrażliwy młodzieniec o rozbuchanych ambicjach artystycznych, przygotowujący się do kariery pisarskiej. W sekwencji, w której Jarko ma lat piętnaście, pojawiają się Liście croatoan, choć bez ujawniania tytułu powieści. Oto na półce kołobrzeskiej biblioteki chłopiec znajduje „zieloną broszurę, na której skrzydełku znalazł informację, że to interesujący debiut, prezentujący awangardowy nurt polskiej powieści”[8].

   Znów prawie nic się nie zgadza. Trudno bowiem przyjąć, że książka, której druk ukończono – przepisuję ze stopki – w kwietniu 1977, w lipcu lub sierpniu tegoż roku była dostępna w prowincjonalnych bibliotekach, i to na półce „ostatnio zwrócone”, co przecież znaczy, że Jarko nie był pierwszym czytelnikiem tego egzemplarza. Owszem, książka ma zieloną okładkę, ale bynajmniej nie jest broszurą, ani, jak zanotował Anderman, „grubym tomem”[9]; słowo „broszura” nie może być pomyłką (wewnątrztekstową), gdyż pojawia się także na kolejnej stronie, kilkanaście zdań później. Pierwsza i jedyna edycja Liści… nie zawiera też żadnej informacji o rzekomo „awangardowym” charakterze tej publikacji (poza lapidarną notką o autorze, okładka o niczym nie powiadamia; nie ma tam żadnych rekomendacji).

   Dalej pojawia się dość precyzyjne streszczenie zawartości fabularnej Liści croatoan, co może, a nawet musi oznaczać, że piętnastolatek doskonale sobie z „awangardową” powieścią poradził, choć niewątpliwie sporo wysiłku w to włożył; po prostu zaparł się i dał radę. Narrator, który przemawia w imieniu chłopca, myli się tylko co do jednego drobiazgu: w krytycznym momencie opowieści Maria nie dlatego schroniła się w ramionach brata, że „nieopodal uderzył

piorun” (s. 149), lecz dlatego, jak wiemy, że przestraszyła się myszy. Jeszcze dalej natykamy się na coś, co wywołuje zdumienie. Otóż Jarko odkrył w Liściach… dziwne szeregi znaków: zwielokrotnioną literę „z” (jakby się klawisz zaciął) oraz „tekst co pewien czas zakłócany lit?erówkkkami lub innego rodzaju przejawami entropii” (s. 150). Tych zabiegów, rzecz jasna, u Kirscha nie ma. Wiemy natomiast, po co je Sosnowski zmyślił – chodziło mu o to, żeby przedstawić orientację „awangardową” (w prozie) jako pomyłkę, ślepą uliczkę. Jarko jeszcze przez chwilę męczył się z prozatorską ekstrawagancją („tym razem były to Góry nad czarnym morzem”, s. 209), rozważając perspektywę naśladowania metod „awangardowych” we własnej chłopięcej prozie, po czym podjął ostateczną decyzję: „Żadnego pisania automatycznego, nigdy więcej; pełna kontrola” (s. 232).

   Stosunek Jerzego Sosnowskiego do debiutu Donata Kirscha wydaje się tedy dość skomplikowany. Z jednej strony warszawski autor „straszy” (chyba przede wszystkim samego siebie) tym utworem jako „propozycją najradykalniejszą”, z drugiej strony chwali się, że zmierzył się z nim jako piętnastolatek i że wyszedł z tej konfrontacji wzmocniony, potwierdził swoje kompetencje czytelnicze i przeszedł pomyślnie próbę charakteru (nigdy nie rezygnować).

W krótkim posłowiu zamykającym Sen sów powiada o naszej powieści: „trochę się [z nią – D.N.] droczę, jednak nie umiem jej zapomnieć: mimo upływu dekad pozostaję wciąż pełen uznania” (s. 266). Nade wszystko jednak nie może się zdecydować co do skali trudności. Powtórzmy: streszcza rzecz bez mała perfekcyjnie (zob. s. 148–149) i być może zaskoczony gładkością parafrazy, wkłada w Liście… rozwiązania, których w oryginale nie ma. Swojego „dobrego rozumienia” bynajmniej nie ogranicza do fabuły – nadrzędny narrator, bo raczej nie młodziutki Jarko, potrafi rozpoznać zabiegi formalne zastosowane przez Kirscha i ich funkcje (topologia zamiast chronologii, zmiany instancji nadawczych nawet w obrębie jednego zdania

itd. – zob. s. 149–150).

3.

Skoro z Liśćmi croatoan poradził sobie powieściowy dzieciak, trudno doprawdy pojąć, skąd się wzięło obiegowe przeświadczenie, że mamy do czynienia z tekstem nie do oswojenia. Jestem przekonany, że o inną przeszkodę tu chodzi. Na jej trop naprowadzają początkowe partie wspomnianej rozprawy Barbary Robakiewicz, która między innymi notuje, że krytycy, którzy uznali Liście… za powieść „niezrozumiałą i pretensjonalną”, „uskarżali się na niemożność wykrycia, wręcz nieobecność przesłania”[10]. I o to właśnie toczy się gra (od samego początku się toczyła!) – nie o zrozumienie, co też zdarzyło się na letnisku w trakcie trzech lipcowych dni 1971 roku, co te wypadki poprzedziło i jakie były późniejsze losy Dawida; także nie o zrozumienie pomniejszych motywów czy symboliki (na przykład roślinnej), o rolę czy to pozostałych, tj. nie licząc Dawida i Marii, letników, czy to trzech ni to mentorów, ni to przyjaciół głównego bohatera (Laporte, Kataliński, Rotadier). Gra toczy się o ów sens globalny – nie tylko o ten zwany przesłaniem, lecz także o kod Liści croatoan, ukryty w powieści Kirscha klucz, który pozwoli na złamanie szyfru. Otóż twierdzę, że tych ostatnich, szyfru i pasującego doń klucza, po prostu nie ma, że Liście croatoan są powieścią pozornej tajemnicy, a już na pewno nie została w książce zdeponowana – jakkolwiek rozumiana – wiedza tajemna, mistyka, jakieś głębsze „coś”.

   Zacznijmy od tego, że interpretatorom – tym najbardziej wnikliwym i ambitnym, takim jak Robakiewicz – umyka prosty fakt: Liście… napisał bystry licealista z Tarnowskich Gór (nieco później początkujący i niezbyt pilny student fizyki z Krakowa). Kapitału intelektualnego, jaki wykorzystał w swojej pierwszej powieści, nie można chyba nazwać imponującym. Podobnie rzecz się ma z zapleczem estetycznym lub z tym, co zwykliśmy nazywać świadomością literacką. Dość powiedzieć, że fundamentalne nieporozumienie, będące zresztą zalążkiem śmiałej egzegezy Robakiewicz, wzięło się z doboru cytatów (zwłaszcza jednego z nich) pochodzących z dwu popularnych, chętnie czytanych przez młodzież licealną dojrzewającą na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku książek.

   Kirsch – przypomnijmy – wyjął cytaty ze zbioru reportaży Stanisława Mierzeńskiego Amerykanie (1. wyd. – 1964; materiał zrazu drukowany w tygodniku „Świat”) i popularnego opracowania Wyprawy wikingów (wyd. pol. – 1972) pióra Farleya Mowata. Wyimki te stały się mottami otwierającymi każdy z czterech rozdziałów powieści. Co istotniejsze, z woli autora stanowią quasi-komentarze odnoszące się do historii Dawida, a w niektórych sytuacjach „wchodzą” nawet w fabułę (na przykład jedną z kochanek bohatera jest Virginia, będąca wcieleniem Wirginii Dare, pierwszego dziecka osadników urodzonego w Ameryce). Warto przyjrzeć się sprawie dokładniej i zarazem powiadomić, na czym polega nieporozumienie.

   Układ jest taki: po wyimku pochodzącym z Amerykanów (rozdział Stary kraj) dostajemy cytację zaczerpniętą z Wypraw wikingów (rozdział Podróż), a następnie dwukrotnie wyimki z tej samej książki Mierzeńskiego (rozdziały Wyspa oraz Drewno). Wszystkie odnoszą się do tajemniczego zniknięcia angielskich osadników z Roanoke, wyspy u wybrzeży Karoliny Północnej (Amerykanie sygnują tę zagadkę jako Lost Colony Mystery). Pierwsze i czwarte motto słabo się odnosi do historii z osadnikami, ponieważ sir Walter Releigh miał tyle wspólnego z osadnictwem na Roanoke, że sfinansował wyprawę; nie on pierwszą kolonię w Ameryce Północnej założył, a został ścięty (ostatnie zdanie pierwszego motta) za coś zupełnie innego. Ale najważniejsza jest inna pomyłka starego reportera i dziennikarza (objechał USA w latach 1959–1960 jako stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej), zawarta w motcie czwartym,

która w dużej mierze „ustawiła” opowieść Kirscha: słowo „Croatoan” (powinno się używać wielkiej litery, także w tytule utworu) bynajmniej nie jest tajemnicze czy – jak chciał Mierzeński, a za nim tarnogórski debiutant – o niewyjaśnionym do dziś znaczeniu. Croatoan to nazwa sąsiedniej wyspy (dziś Hatteras Island), na którą ewakuowali się osadnicy, i jednocześnie nazwa tubylczego ludu (Kroatanie). Ów napis – pozostawiony zresztą nie na drzewie, lecz na belce stanowiącej palisadę ogrodzenia fortu – był po prostu wskazówką, dokąd udali się Anglicy po opuszczeniu pierwotnej osady. Problem w tym, że dopiero w ostatnich latach ustalono, co z mieszkańcami Roanoke się stało[11]; wcześniej było to przedmiotem mniej lub bardziej „sensacyjnych” spekulacji. Podkreślmy: zagadką były ich dalsze losy, nie zaś inskrypcja wyryta na belce.

   Piszę o tym wszystkim nie dlatego, żeby manifestować podejrzanie łatwą w epoce wyszukiwarki Google przenikliwość, by nie powiedzieć: małpią zręczność „klikacza”. Chodzi mi wyłącznie o to, że poszukiwanie kodu Liści… poprzez „rozgryzanie” tajemnicy croatoan (lub Croatoan) prowadzi na manowce. Kiedy Robakiewicz pisała swój – okazały i przełomowy w obrębie „kirschologii” – esej, nie dysponowała oczywiście dzisiejszymi możliwościami w zakresie dostępu do wiedzy o Roanoke. Gnostycka wykładnia badaczki, zasadniczo ufundowana na poszukiwaniu słów kluczy z rdzeniem „kro”, bynajmniej nie jawi mi się dziś jako eksces interpretacyjny; przeciwnie – szczerze podziwiam autorkę za jej egzegetyczne zaangażowanie, autentyczną pasję włożoną w wyjawienie szyfru rzekomo wmontowanego w kreację Kirscha i „sterującego” jej najgłębszymi sensami. Jednak zasadniczo ruch jest fałszywy – w debiucie tarnogórzanina nie ma tajemnicy.

4.

Lektura komentarzy sformułowanych z pewnego dystansu (nie w recenzjach, raczej w późniejszych szkicach) wydaje się nad wyraz pouczająca. Dlaczego? Ano dlatego, że powiadamia o ambicjach komentatorów, ich interpretacyjnym rozmachu. Z próbą włączenia Liści… w szerokie projekty myślowe bądź estetyczne – by dać choć jeden przykład – mamy do czynienia w rozważaniach Stanisława Piskora. Pisał on o „przeniesieniu zasady widzenia peryferyjnego z impresjonistycznego malarstwa do prozy”[12] (dowodem w sprawie ma być nazwisko Renoira, które kilkakrotnie w Liściach… się pojawia) oraz o rozstrzygnięciach obecnych w powieści Kirscha, „których nie można nie skojarzyć z buddyzmem zen czy europejskim ekwiwalentem tej doktryny – panteizmem”[13].

   Nie zamierzam polemizować z przytoczonymi tu rozpoznaniami, mimo że nie czuję się przekonany. Chcę tylko zrozumieć, skąd się wzięło nastawienie krytyków polegające na ustanawianiu – jeśli wolno tak powiedzieć – efektownych głębi, wynajdowaniu ekskluzywnych kontekstów interpretacyjnych. Kiedy się dziś na te operacje patrzy, trudno się łagodnie nie uśmiechnąć. Wszak zaplecze erudycyjne, którym dysponował młodziutki Kirsch, wydaje się nie tylko skromne, ale przede wszystkim „standardowe”, w głównej mierze ukształtowane przez ówczesne mody. W epoce wczesnego Gierka przez pewne teksty kultury musiał przejść każdy wrażliwy i intelektualnie rozbudzony licealista (musiał, jeśli nie chciał zostać wykluczony z dobrego – rówieśniczego – towarzystwa).

   Skąd zatem wzięły się inspiracje kontrkulturowe, w tym mgliste wyobrażenie na temat buddyzmu, którym się zafascynowali i który przerobili na własną modłę amerykańscy hipisi? Najpewniej z ówczesnych lektur, wszak każdy wtedy czytał takie pozycje, jak Drogi kontrkultury (1975) Aldony Janowskiej czy Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej (1972) Kazimierza Jankowskiego, nie mówiąc o dziesiątkach przystępnych materiałów prasowych poświęconych tej problematyce. Z kolei nazwiska pisarzy niezobowiązująco wplecione w tkankę powieści Kirscha bynajmniej nie zostały podporządkowane aluzyjności, nie wzięły się z chęci „dialogowania” z nimi; informują raczej o ówczesnych modach czytelniczych (jak to się kiedyś mówiło: w kręgach młodej inteligencji). Stąd Borges, Camus, Eliot, Pound, Blake i Tolkien na przyczepkę. Podobnie sprawy się przedstawiają, jeśli chodzi o obecność Renoira (powszechna w tamtych czasach miłość do malarstwa francuskich impresjonistów, podziwianych oczywiście poprzez kontakt z kiepskiej jakości reprodukcjami, bo przecież nie w trakcie wizyt w Luwrze) bądź twórców muzyki rockowej – tu między innymi Jethro Tull, The Rolling Stones, Frank Zappa, Leonard Cohen, a przede wszystkim ukochany zespół bohatera powieści, czyli The Moody Blues. Ale czy ze wsłuchiwania się bohatera w piosenki śpiewane przez tę brytyjską grupę coś wynika? Sądzę, że niewiele[14], gdyż cała rzecz sprowadza się ostatecznie do prostej, pokoleniowej identyfikacji. Kirsch za pośrednictwem Dawida najpewniej chciał nam dać do zrozumienia, że odczuwa – jak wielu innych młodych ludzi mieszkających w Polsce Ludowej początku lat siedemdziesiątych – duchową więź ze swoimi ulubieńcami (literackimi, muzycznymi, malarskimi).

5.

Układy czy zależności pokoleniowe, do których przed chwilą nawiązałem, mają kapitalne znaczenie. Bo jeżeli z czymś wypada dziś skojarzyć Liście croatoan, to przecież nie z naciąganą czy zgoła fałszywą legendą powieści niezrozumiałej, lecz przede wszystkim z przekorną odrębnością tego wystąpienia.

   Sprawa przedstawia się nader interesująco – Kirsch sporządził inny, niż się spodziewano, portret młodego inteligenta, umieszczając opowieść o nim niejako poza wymiarem społeczno-politycznym pojmowanym jako sieć zależności i konfliktów nadających kształt współczesności. Dawid, główny bohater Liści…, to postać świadomie odseparowana od idiomu lokalności, wolna od ciśnień „tu i teraz”. Kiedy włącza radio, z głośnika nie sączy się piosenka – dajmy na to – Jerzego Połomskiego czy Ireny Santor, lecz Question The Moody Blues lub Weasels Ripped My Flesh Zappy. Kiedy popada w zadumę, jego myśli rezonują z ideami, które znalazł w interesujących go pismach. Czytamy:

Dawid pod urokiem wizji pana Blake’a i legendy J.R.R. Tolkiena ZATRACIŁ na dni kilkanaście poczucie rzeczywistości. […] Było mu nadzwyczaj dobrze wśród słów, z których każde mogło być borgesowskim „słowem universum” i zdań, z których każde mogło zawierać (tak myślał, przekonany przez pana Borgesa) znaczenie poematu chińskiego poety, cesarskiego niewolnika. […] Każda zmiana jest zmianą języka, myślał szeptem Dawid, czytając, a raczej przerzucając „Księgi Urizena”. […] Szukał już tego, co Eliot nazywał ubóstwem w porównaniu ze świadomością rejonu Morza Śródziemnego i Dawid mocno zapragnął zobaczyć tamto morze, morze świata, jak lubił pompatycznie sobie powtarzać (szeptem oczywiście, szeptem)[15].

   To, co się przydarza Dawidowi, czy też to, jak bohater ten na kartach powieści Kirscha funkcjonuje, można od biedy nazwać ucieczką w prywatność; zaiste nietypowa to emigracja wewnętrzna, dezercja o bardzo ciekawych konturach. Dawid bowiem nie oddaje się marzycielstwu, nie przebywa w, jakkolwiek rozumianych, światach równoległych bądź zastępczych, ale od pierwszej do ostatniej strony Liści… zawzięcie i – mówmy sobie prawdę: raczej mętnie – teoretyzuje. Pyta więc o proces uobecniania przeszłości, pracę pamięci, meandry i sposoby odczuwania czasu, przeróżne deformacje w obrębie świadomości, konflikt między „prawdą” doświadczenia i „nieprawdą” ułożonej ex post opowieści o tym doświadczeniu oraz o inne zjawiska tego rodzaju. Najdziwniejsze jest jednak to, że nieznany jest cel tych rozbuchanych, przeprowadzonych na ogromną skalę rozważań. Owszem, na poziomie fabuły mamy sprawę owych trzech dni lipca, kwestię nad wyraz intymną, krążącą przecież wokół motywu – nie do końca wypowiedzianego zresztą – nielegalnej (kazirodczej) miłości brata i siostry. Główny bohater wydaje się do tego stopnia przejęty tym jednym (trzydniowym) wycinkiem własnego życia, że kluczowa w jego biografii zagadka (co właściwie zaszło na letnisku?) staje się jego obsesją, tyle że nie w ujęciu psychologicznym, lecz – by tak rzec – teoriopoznawczym. Widać zatem wyraźnie, że Donat Kirsch postawił na zaskakujący model prozatorskiego eskapizmu; zaskakujący, kiedy przyszłoby go zestawić z oczekiwaniami tamtej publiczności czytającej, ale zarazem dość oczywisty, kiedy pomyśli się tak o praktykach literackiego modernizmu, jak i modernistycznych koncepcjach literatury. Ostatecznie bowiem Kirsch nawiązał do idei autonomii wypowiedzi artystycznej, wybrał sposób/tryb ekspresji wolny od społecznych zobowiązań, wymykający się kryterium użyteczności itd. To zaś, że przy okazji na chwilę ożywił tradycję literatury eksperymentalnej („awangardowej” – jak chciał Jerzy Sosnowski), również czyni go „użytkownikiem” modernistycznych paradygmatów.

   Podejrzewam, że całkiem życzliwe przyjęcie przez krytykę (ściślej: przez znakomitą większość opiniodawców) Liści croatoan po trosze mogło wynikać z sympatii, jaką wypowiadający się wówczas recenzenci poczuli do młodziutkiego pisarza z Tarnowskich Gór. Mogli oni – pofantazjujmy odrobinę – pomyśleć o debiutancie: ależ im pokazał! Komu? Oczywiście tym wszystkim, którzy w tamtej epoce nagabywali prozaików, zwłaszcza początkujących, o świata przedstawianie, do znudzenia przypominali o pisarskich obowiązkach polegających na dostarczaniu celnych i pojemnych diagnoz powieściowych, efektownych i przekonujących obrazów literackich, w których przejrzymy się jak w zwierciadle, a więc wreszcie zostaniemy usatysfakcjonowani.

 

[1]          Pouczająca pod tym względem jest lektura artykułów zebranych w tomie Licytacja. Szkice o nowej literaturze (Warszawa 1981). Mimo że wypowiedzieli się w nim krytycy o różnych orientacjach i podsumowali doświadczenia prozatorskie drugiej połowy lat siedemdziesiątych z rozmaitych perspektyw, ich niespełnione bądź spełnione ledwie połowicznie oczekiwania względem młodej prozy wydają się zadziwiająco zgodne – nieodmiennie chodziło im o konieczność dostarczania literackich świadectw (epoki, świadomości zbiorowej), artystycznie okazałych

            raportów, zwłaszcza na temat kondycji i samopoczucia obywatela Polski Ludowej.

[2]          Z powodu tej nagrody miesięcznik „Nowy Wyraz” (1978, nr 10) opublikował dwugłos o Liściach… Zob. A.W. Pawluczuk: Powieść na zakręcie oraz E. Nawój: W krainie dotyku.

[3]           W. Bolecki: Inny debiut. „Twórczość” 1977, nr 9, s. 114.

[4]          D. Sosnowska, J. Sosnowski: Szum wokół „Liści”. „Gazeta Wyborcza”, 26.07.1993, s. 9.

[5]          O tych kontrowersjach pisałem w szkicu Trylogia Marka Słyka – paradoksy lektury. „FA-art” 1996, nr 1.

[6]           Bodaj najwięcej zastrzeżeń zgłosił A.W. Pawluczuk (Powieść na zakręcie…).

[7]           Nota w: D. Kirsch: Pasaż. Warszawa 2006.

[8]          J. Sosnowski: Sen sów. Warszawa 2016, s. 147. Kolejne przytoczenia zaznaczam bezpośrednio w tekście.

[9]          J. Anderman: Croatoan…, s. 102. Książka Kirscha ma 238 stron, a więc przeciętną – jak na polski utwór powieściowy z lat siedemdziesiątych XX wieku – objętość.

[10]         B. Robakiewicz: Liście. http://gnosis.art.pl/e_gnosis/ksiazki_stare_i_nowe/b_robakiewicz_liscie01.htm [dostęp: 12.04.2017]. Przy okazji warto odnotować, że na podstronach gnosis.art.pl umieszczono pełen tekst Liści croatoan i kilka innych materiałów: opowiadania Kirscha, jego Elaborat. Debiuty lat siedemdziesiątych oraz artykuły poświęcone pisarzowi.

[11]         W sieci można znaleźć dziesiątki materiałów na ten temat – adres pierwszy z brzegu to: http://www.history.com/news/archaeologists-find-new-clues-to-lostcolony-mystery [dostęp: 13.04.2017].

[12]          S. Piskor: Nowa proza. W: Licytacja…, s. 215.

[13]          Ibidem, s. 216.

[14]         Migawkowo, w jednym zdaniu Leszek Bugajski (Rozziew. W: Licytacja…, s. 132) przekazał myśl, zgodnie z którą w debiucie Kirscha „można odkryć zależności strukturalne od tej muzyki”, tj. twórczości, wymienionych we wcześniejszym zdaniu, The Moody Blues i Jethro Tull. Nie potrafię wykazać, jak te zależności w praktyce zostały zrealizowane. W moim odczuciu taka korespondencja nie zachodzi.

[15]          D. Kirsch: Liście croatoan. Warszawa 1977, s. 107.

 

 

 

 

 

 

Andrzej Śnioszek

                     Wokół Donata Kirscha i jego epoki

 

 

W działalności likwidatorskiej do dyspozycji jest sprawdzona metoda likwidacji w czystych rękawiczkach, jest to likwidacja przez zignorowanie, czyli obiektywnie sprawiedliwa metoda naukowej ignorancji, zgodna z głównym pryncypium jołopizmu: poza jołopizmem niczego nie ma, nie będzie i być nie może, chyba że z naszego powołania[1].

Być może za 30, 40 lat będzie większe zainteresowanie prozą lat 70., tak jak to się stało z literaturą Młodej Polski, którą badacze zajęli się na serio dopiero po 1956 roku[2].

Może jednak przyszedł już czas, by z debiutantów lat siedemdziesiątych zdjąć klątwę?[3]

 

   Literacki żywot Donata Kirscha trwał krótko, a autor niemal natychmiast popadł w zapomnienie. Jego epoka trwała nieco dłużej, więc siłą rzeczy nieco dłużej o niej zapominano. Ale z czasem udało się zatrzeć większość śladów i dziś już naprawdę mało kto ma ją w pamięci (nawet wśród polonistów). Chcąc odświeżyć pamięć o Kirschu, nie sposób pominąć czasów, które symbolizowali między innymi Henryk Bereza, Jan Błoński i PRL. Zaiste, mieszanka wybuchowa.

   *

   Epoka. W zakończeniu swej Historii literatury polskiej Czesław Miłosz poświęcił kilka stron ósmej dekadzie dwudziestego wieku, nie wykraczając jednak poza ramy twórczości zaangażowanej politycznie. Lecz w pierwszej chwili byłem zaskoczony, wszak Miłosz wymienia dwa nazwiska, które nie kojarzą się wprost i mimowolnie z postawą tyrtejską. Chodzi o Jana Komolkę i Janusza Andermana, laureatów konkursu „Czytelnika” z 1975 roku na najlepszy debiut powieściowy. Ale cóż z tego, skoro ich dorobek prozatorski stanowi dla Miłosza zaledwie egzemplifikację „dogłębnego upolitycznienia” literatury, z jakim mieliśmy do czynienia pod koniec lat siedemdziesiątych. Epilog kończy Miłosz posępną refleksją o spodziewanym biegu rzeczy w kolejnej dekadzie (dekadach?):

13 grudnia 1981 roku pozostanie niewątpliwie smutną datą w historii Polski, przypominając o innych datach klęsk w walce narodu o niepodległość, poczynając od osiemnastego wieku. W przyszłości, jak to często zdarzało się też w przeszłości, literatura polska będzie świadkiem nierozstrzygalnego konfliktu między zaangażowaniem pisarzy we wspólną sprawę oporu a osobistymi aspiracjami do wyrażania samych siebie jako jednostek[4].

   Te prorocze słowa zapisał noblista w 1983 roku. Siedem lat później miała miejsce specyficzna dyskusja pt. Czarna dziura lat osiemdziesiątych[5], w której wzięły udział niekwestionowane autorytety historycznoliterackie. Podsumowano pisarskie osiągnięcia dziewiątej dekady, znów zwracając uwagę przede wszystkim na kwestie polityczne. Dostrzeżono przy okazji literaturę „korzenną”, której czołowym przedstawicielem dopiero co stał się Paweł Huelle, autor wydanego w roku 1987 Weisera Dawidka. I właściwie poza Weiserem, którego dosyć natrętnie hołubił Jan Błoński, lata osiemdziesiąte w opinii dyskutujących nie przyniosły prawie żadnych wartościowych realizacji, nawet w dziedzinie „zaangażowania we wspólną sprawę oporu”. O ile bowiem nikt nie oczekiwał od dyskutantów, że w obecności Jana Błońskiego potraktują poważnie „młodych prozaików”, którym patronował Henryk Bereza, to mógł przecież ktokolwiek z nich wspomnieć Wolną Trybunę Christiana Skrzyposzka, książkę jedyną w swoim rodzaju, do bólu odważną, usytuowaną na antypodach zwalczanego „socparnasizmu”.

Całe to dziesięciolecie jawi mi się jako czarna dziura, w której niewiele było autentycznych wydarzeń literackich, którą trudno ująć całościowo, opisać w jakichkolwiek kategoriach (...). Na przykład dogorywanie tego, zresztą martwego od zarania, pomysłu Berezy z tą całą nową literaturą. Ostatni spór, jaki przed laty został wywołany artykułem Jana Błońskiego na łamach „Literatury”, tylko potwierdził, że była to w gruncie rzeczy rozgrywka wewnątrz literacka, nawet wewnątrz krytyczna, taka gra krytycznych szklanych paciorków. Publicznie to praktycznie nie istniało, chyba mało kogo obchodziło[6].

   W tych słowach Tadeusz Nyczek wyraził całkowitą dezaprobatę chociażby wobec postmodernistycznej, czyli na gruncie polskim wręcz pionierskiej, trylogii Marka Słyka[7]. Dlatego nie osłabiałbym krytycznoliterackiego gestu Błońskiego, który we wspomnianym przez Nyczka pamflecie Dwie groteski – i pół…[8] dokonał ostatecznej rozprawy z „bereziakami”. Jak się okazało, gest ten miał również „moc historycznoliteracką”, przyczynił się do ustalenia „obowiązującego” obrazu dziejów literatury, w którym dla Donata Kirscha et consortes zabrakło miejsca.

   Jedna z różnic między Henrykiem Berezą a Janem Błońskim polegała na tym, że pierwszy uczciwie przeczytał książki „młodych prozaików”, drugi natomiast wybrał z nich na chybił trafił co bardziej niezborne fragmenty, którymi następnie zilustrował swoje tezy w osławionych Dwóch groteskach. Ta różnica jest pochodną innej. Jan Błoński był profesorem, akademikiem, „analitykiem”. On po prostu mógł sobie pozwolić na taką „niesprawiedliwość”[9]. Stał za nim potężny dyskurs instytucjonalny, z którym trudno polemizować. Z kolei Henryka Berezę wzywano przed „profesjonalny” trybunał niemal bez przerwy. Większość jego wystąpień spotykała się z pouczającą reakcją orędowników nie tylko „rzetelności”, ale też „zdrowego rozsądku”.

   Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu, by sięgnąć do artykułu Jana Tomkowskiego, który przed dwudziestu laty ubolewał nad zatrważającym stanem krytyki literackiej. Pisał:

Wydawałoby się, że wszystko jest w porządku, skoro pojawiają się jeszcze cenne prace profesora Jacka Łukasiewicza, szkice doktora Tomasza Burka i eseje profesora Jana Błońskiego.

Nic jednak nie jest w porządku.

Wymieniłem obok nazwisk tytuły naukowe nie przez złośliwość. Tak wygląda przecież obecny stan rzeczy: niegdysiejsi bojowi krytycy stali się cenionymi pracownikami naukowymi – z niewątpliwą korzyścią dla polskiej humanistyki i dotkliwą stratą dla polskiej krytyki literackiej. Trudno bowiem pogodzić status uniwersyteckiego pedagoga z profesją prawdziwego krytyka. Zdążający do obiektywizmu autor naukowej syntezy czy monografii nie może być jednocześnie wybrednym koneserem. Ryzykowny subiektywizm opinii przystoi wyłącznie krytykowi[10].

   Z tego wynika, że „szeregowy magister” Henryk Bereza jako krytyk był o wiele bardziej na swoim miejscu niż „dostojny profesor” Jan Błoński. Świadczy o tym również cytowany przez Tomkowskiego fragment Żadnych marzeń Burka, w którym przeciwstawiono dwie postawy krytyczne:

Badacz uzbrojony w aparaturę literaturoznawczą, zakuty w pancerz metodologicznej poprawności, wsparty autorytetem którejś z wpływowych teorii naukowych, góruje dziś zdecydowanie nad staromodną postacią filozofującego dyletanta, intuicjonisty i improwizatora, szamana, wróża, malkontenta, wynajdywacza dziury w całym, to znów entuzjasty idei niewczesnych, mądrości podejrzanych, książek dwuznacznych albo wręcz nie istniejących. Jednym słowem, stateczny uczony jakoby słusznie zawstydza wiecznego hazardzistę i uzurpatora w świecie intelektu. Ale wraz z pokonanym w krytyku poszukiwaczem arcydzieł nieznanych giną pierwiastki w życiu umysłowym i literackim bezcenne. Zatraca się swoisty elan vital literatury, zdolność iluminacji, przeczucie dreszczu nowego, przepada fantazja, temperament i styl, przepada to wszystko, co Andrzej Kijowski nazwał pewnego razu „poezją krytyków”[11].

   Z całą pewnością Tomkowski cytuje Burka nie po to, by się z nim nie zgodzić. Dlaczego w takim razie nie zechciał dostrzec, że opis „filozofującego dyletanta”, „wiecznego hazardzisty i uzurpatora w świecie intelektu” tak bardzo pasuje do Berezy? Niestety, akapit poświęcony autorowi Biegu rzeczy Tomkowski wypełnił zużytymi frazesami. Dowiadujemy się między innymi, że „Bereza nigdy nie potrafił wyartykułować swojego programu”[12]

   Kto chce Berezę uderzyć, ten kij zawsze znajdzie. A dlaczego tak się dzieje? Wiarygodnej odpowiedzi udzielił Krzysztof Rutkowski, który w znakomitej Bereziadzie pisał:

Ponieważ Bereza czyta, wiele osób zajmujących się pisaniem o literaturze ma mu za złe, że on czyta, a oni nie czytają. Ten kto nie czyta – wie lepiej[13].

                                                               *

   O ile w latach siedemdziesiątych komuś jeszcze zależało na literaturze, to dekadę później toczył się już tylko „spór o Berezę”, niewolny od ataków personalnych, a na pewno z dala od pisarstwa niegdysiejszych i ówczesnych debiutantów. Nawet jeśli ktokolwiek zechciał przyjrzeć się konkretnemu autorowi lub nawet konkretnej jego książce, to już w następnym zdaniu ujawniał swój stosunek do Henryka Berezy – i tu wątek merytoryczny urywał się. Gdzieś w tle owych sporów (o wspólnej nazwie „Bereza-Błoński”) gasło czytelnicze zainteresowanie całą niemal grupą twórców spod znaku „rewolucji artystycznej”. Zresztą niestrudzonym polemistom udało się ośmieszyć nie tylko rewolucję, ale i samo zjawisko „młodej prozy” (lat siedemdziesiątych i późniejszych). Dość powiedzieć, że wszystkiemu był winny redaktor „Twórczości”, on to bowiem (czyżby niezauważenie?) zagarnął dziewiczą przestrzeń, której jakimś trafem nikt (tak naprawdę) nie zechciał mu odebrać, ani nawet zażądać podziału. Nikt nie wysunął wyrazistej kontrpropozycji, ograniczając swą niechęć wobec postulatów autora Związków naturalnych do wybiórczych i szyderczych ataków na rozmaitych łamach.

     Wśród nieskończonej ilości polemik i dyskusji wokół młodej prozy co jakiś czas pojawiały się głosy rozsądku. Były to jednak postulatywne wypowiedzi metakrytyczne, których w dodatku nikt prawie nie słuchał. Nawiązywały do sposobu, w jaki znaczna część krytyki obchodziła się z „literaturą nowych nazwisk”. Najczęściej piętnowanym grzechem rozlicznych dyskutantów była ich zgubna skłonność do nieustannego... dyskutowania. Na konsekwencje tej skłonności zwróciła uwagę – w 1979 roku, a warto pamiętać, że „spór” trwał niemal do końca lat osiemdziesiątych – Danuta Surowiec, która w pouczającym tekście Krytyka do trzeciej potęgi przestrzegała:

Owocem mnożących się ciągle polemik jest paradoksalny i bardzo niepokojący stan rzeczy: w ich morzu, wśród opisujących, podsumowujących, wartościujących i postulatywno-programujących głosów – ginie sama młoda proza. Krytyka zdaje się usamodzielniać wobec przedmiotu, którym winna się zajmować[14].

   Nałóg dyskusyjno-polemiczny kreował coraz to nowe generalizacje, którym starał się przyporządkować jak najwięcej utworów. Stąd tak wiele „problemów młodej prozy” (zazwyczaj następnie przekształcanych w zarzuty wobec niej), wysnuwanych na ogół z niezbyt rzetelnej i nie zawsze życzliwej lektury kilku powieści wybranych pisarzy. Powieści, które rzekomo reprezentowały cały „nurt”.

   W tym samym artykule Surowiec wylicza szereg takich „problemów-zarzutów”, których można by uniknąć, jednak pod warunkiem bardziej zindywidualizowanego nastawienia do ówczesnych realizacji literackich: „Poszczególne dokonania debiutujących pisarzy są tak różne, że każdy z postawionych zarzutów może być łatwo zaprzeczony poprzez wyliczenie utworów takowemu nie podlegających”[15]. Łatwe do obalenia zarzuty obejmowały m. in. „przerost eksperymentu artystycznego nad warstwą sensów”, „wszechobecność niedojrzałego bohatera”, „brak pogłębionej analizy psychologicznej”, czy „środowiskowość utworów”. I rzeczywiście, autorka za każdym razem wymienia te powieści, które niwelują powszechność danego „problemu”. Można tylko żałować, że ta i podobne propozycje uwolnienia młodej prozy od uniwersalizujących zapędów, nie spotkały się z aprobatą wojującej w krainie abstrakcji większości.

   Mając w pamięci polemiczną i generalizującą pasję „usamodzielnionej” krytyki z końca ósmej dekady, nie sposób nie zapytać raz jeszcze o przyczyny późniejszych ataków na Henryka Berezę. Oskarżanie właśnie jego o autorytaryzm zdaje się być podszyte zazdrością i irytacją wobec kogoś, kto nie „zalicza” recenzji i polemik dla próżności i efektu – w duchu obowiązujących mód oraz według utartych nawyków metodologicznych – ale całym sobą wspiera i dba o raz „oswojonych” pisarzy (bierze za nich odpowiedzialność), a co najistotniejsze – z ogromną konsekwencją trwa przy wyznawanych wartościach. Zarówno literackich, jak i metafizycznych, egzystencjalnych, co w jego przypadku stanowi jedność.

                                                           *

   Pomimo „etycznych” – ze strony jedynie słusznej opozycji – i dosłownie już politycznych ograniczeń, klimat intelektualny lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych mógł sprostać nie tylko przyjęciu, ale też waloryzacji literackich eksperymentów spod znaku osiągnięć chociażby „młodej prozy” (na pewno niejedynie z powodu „socparnasizmu”!). I w pewnym stopniu sprostał. Natomiast klimat epoki po domniemanym „przełomie” w 1989 roku – choć przecież anything goes, choć gotowej na wszystko (i nic) – dążył (i nadal dąży) do unicestwiania „inspekcji artystycznej”[16], z definicji kłopotliwej, gdyż usytuowanej poza ramą zdrowego rozsądku i „mimetycznych” nawyków czytelniczych.

   Na koniec wypada wyrazić żal, że w Polsce nic nie mogło przebiegać normalnie (bez cudzysłowu)[17]. Potrzeby artystyczne wyższego rzędu stały się synonimem konformizmu. Nie dało się uciec spod jarzma „uciśnionych” dychotomii. Wtedy: niegotowi na modernizm[18], literatura w służbie walki o przetrwanie, reszta jest – i pozostała – milczeniem. Później: a jakże, niegotowi na postmodernizm... Ciągnie się bowiem za nami brak takiej ogłady intelektualnej, która pozwalałaby na swobodny ruch między rożnymi rejestrami i czerpanie „wieloznacznej” satysfakcji z doznań estetycznych. Bez wyrzutów sumienia.

                                               *

   Wokół Donata Kirscha. Przypominanie pisarza, który „zniknął” na prawie czterdzieści lat[19] nie jest zadaniem łatwym ani wdzięcznym. Tym bardziej że mamy do czynienia z autorem zaledwie dwóch powieści[20], kilku opowiadań[21] i obszernego szkicu o debiutantach lat siedemdziesiątych[22]. Dorobek bardzo skromny, a i tu właściwie tylko pierwsza powieść, Liście croatoan, spotkała się z szerszym oddźwiękiem. Chcemy zatem choć w drobnym stopniu spopularyzować twórczość, która na dobrą sprawę przestała istnieć kilka dekad temu. Straciła miejsce w świadomości czytelników: przeciętnych, ambitnych, a nawet profesjonalnych. Ktoś zapyta, czy warto podejmować ten trud. Wszak zapisał w swym Dzienniku Gombrowicz:

Jest chyba zupełnym nieporozumieniem ujmować poważną sztukę w kategoriach produkcji, rynku, czytelników, popytu, podaży – co to ma do rzeczy? – sztuka to nie fabrykowanie powieścideł dla czytelników, a obcowanie duchowe (...)[23].

Może więc należałoby zostawić Kirscha w spokoju, porzucić wszelką „aktywność promocyjną”? To niełatwe pytanie. Z dwóch możliwości – nie robić nic lub zrobić cokolwiek – wybierzemy jednak tę drugą, kierując się słowami Henryka Berezy:

Trudno sobie wyobrazić takich pisarzy, którzy odrzuciliby sukces, gdyby im się przytrafił, ale uważam, że brak sukcesu widomego... po prostu – zabija pisarza[24].

Na sukces widomy liczyć nie warto. Tutaj wystarczy niechby tylko migotliwa obecność w przestrzeni dyskursu polonistycznego. Niechby tylko...

   Lecz wciąż powraca pytanie: dlaczego przypominać? W pierwszej części niniejszego tekstu starałem się pokazać, że o znikaniu tych pisarzy – a Kirsch był jednym z nich – nie decydowały względy artystyczne. Wobec tego może wystarczy zwrócić uwagę na walory estetyczne ich książek? Tu pojawia się nie lada kłopot – z pogranicza psychologii i socjologii literatury – który nosi wszelkie znamiona błędnego koła. Rzecz wygląda następująco: nie warto czytać książek, których nikt nie czyta. A dlaczego nikt nie czyta? Bo nie warto. A dlaczego nie warto? Bo nikt o nich nie mówi. A dlaczego nikt nie mówi? Bo słabe. A dlaczego słabe? Bo przecież nikt ich nie czyta! I tak dalej. Wartość literacka pozostaje niedostrzeżona, nikt bowiem w końcu do tych książek nawet nie zagląda.

   Wyjściem z tej sytuacji nie może być błyskotliwa interpretacja pogrzebanego dawno temu utworu. Kto bowiem uwierzy na słowo szaleńcowi, który odkopuje anonimowe niemal szczątki i układa z nich efektowną mozaikę? Wyjściem niech będzie krótki przegląd „stanowisk” wobec debiutanckiej powieści pisarza. Kto wie, czy nie zadziała tu magia nazwisk recenzentów?

   Donat Kirsch został swego czasu dostrzeżony przez liczących się krytyków i badaczy literatury. Recepcja Liści croatoan ujawnia bogactwo kontekstów, w jakich osadzono debiut Kirscha. Recenzenci zwracali uwagę na wpływ maniery młodopolskiej[25], związki z romantyzmem[26], impresjonizmem[27], secesją[28], surrealizmem[29], buddyzmem[30], jak również estetyką francuskiej antypowieści[31]. Uwadze komentatorów nie umknęło fundujące tę prozę tło filozoficzne. Jerzy K. Weber akcentował jedno z wielu odniesień na tym polu:

Ukryte pytanie, jakie stawia ta powieść, daje się sprowadzić do iście kantowskiego niepokoju o możliwość dotarcia do rzeczy, do owego bytu. Innymi słowy: autor nie pyta, na ile obraz literacki kłamie prawdzie świata, ale o to, czego w ogóle dotyczy literatura: samej siebie czy też jest repliką rzeczywistości?[32]

Każdy krytyk podkreślał zasadniczą „inność” utworu, choćby względem pozostałych debiutów. W opinii Leszka Bugajskiego

Kirsch jest pisarzem przychodzącym do literatury z własnym niepokojem, poszukującym dla tego niepokoju innych od wyszukanych przez jego rówieśników rozwiązań[33].

Z kolei Włodzimierz Bolecki pisał:

Powieść Donata Kirscha nie daje się podciągnąć pod określone formułki tematyczne, ani fabularne, ani nie zaspokoi złotoustych poszukiwaczy „bohatera młodej prozy”. Kirsch napisał powieść, która jeszcze długo będzie drażnić i odpychać polemistów rzeczywistości przedstawionej przez literaturę[34]

   Co takiego świadczy o niezaprzeczalnej „osobności” prozy Kirscha? Choćby jej dwa wielkie tematy – czas[35] i pamięć[36] – oba ujęte w wysoce oryginalny sposób, pełen na pozór nieprzezwyciężalnych zawiłości, gdzie aspekt formalny (m.in. chwyty o proweniencji neoawangardowej) stapia się z przejmującą desperacją (o proweniencji zgoła egzystencjalnej). Kirsch nie eksperymentuje bez powodu, nie „udziwnia” na modłę artystowską. Ekstremalne manipulacje pamięci i czasu – ale też pamięcią i czasem – zmierzają do rozpaczliwego wysiłku pochwycenia zmysłowych, ulotnych, przeciw-dyskursywnych odcieni młodości.

   Liście croatoan są być może najważniejszą książką o młodości, albo raczej – niezwykłym studium nadchodzącej utraty młodości[37]. Kłopotliwa narracja, zaburzona składnia, wymyślne zabiegi formalne – wszystko to służy beznadziejnej próbie zatrzymania nastroju „trzech dni lipca”, który z każdą chwilą umyka coraz bardziej, aby w końcu już tylko spocząć na łasce nietrwałej i zniekształcającej pamięci. Dlatego na pytanie „o co tak naprawdę Kirschowi chodziło” odpowiedzieć może jedynie wrażliwy nastolatek, mimo że on raczej wolałby nie odpowiadać (jeśli w ogóle byłby w stanie) i zatrzymać ten nastrój dla siebie[38]. Natomiast ukształtowanemu i „rozsądnemu” czytelnikowi pozostają liczne konteksty erudycyjne[39], elementy poetyki neoawangardowej itp. A jeśli ocalił młodzieńczą naiwność, wywoła może zapomniany nastrój. Może wstrząśnie nim nieco...

   Ścisłe związki Liści croatoan z „problematyką” młodości kapitalnie uchwycił Jerzy Sosnowski, który w 2007 roku, wspominając młodzieńczą lekturę książki, pisał:

Debiut Donata Kirscha był ze wszystkiego, na co się w ciągu tamtych kilkunastu miesięcy natknąłem, propozycją najradykalniejszą, więc przedzierałem się przezeń z entuzjazmem i zaufaniem, na które wielu bardziej utytułowanych prozaików nie mogło z mojej strony liczyć. Kiedy po latach wspominam kształt narracji, nie potrafię zrozumieć, jakim cudem dałem sobie z nią radę. O głównym bohaterze mówiło się tu w pierwszej, drugiej, to znów w trzeciej osobie, w zależności od tego, który z trzech narratorów zabierał głos, przy czym potrafili oni przejmować od siebie tok opowiadania nawet w obrębie jednego zdania! Sens zdarzeń odsłaniał się powoli, skoro przedstawiono je w kolejności nie chronologicznej, lecz – by tak rzec – topologicznej: opowieść skupiała się na wąsko zakreślonych miejscach akcji – okolica furtki do ogrodu, taras, brzeg nieodległego jeziora – i prezentowała za każdym razem wszystko, co w tym akurat punkcie się wydarzyło. Tak to przynajmniej pamiętam. Do książki, pożyczonej podczas wakacji z biblioteki, nigdy później nie wróciłem. Nie miałem odwagi. Wspomnienie o „Liściach croatoan” pozostało – być może właśnie dzięki temu – jednym z najsilniejszych doświadczeń literackich z czasów liceum, gdy teksty kocha się lub nienawidzi z namiętnością, niedającą się już nigdy później wskrzesić[40].

I w zasadzie tutaj powinienem zakończyć, odsyłając po prostu do książki[41].

                                                       *

   Dodatki. Pisząc o Donacie Kirschu, nie sposób pominąć Henryka Berezy, który do końca życia był szczerze przejęty swoją rolą wobec tych autorów, których sobie upodobał i którzy mu zaufali. Pisał o nich z wielkim zaangażowaniem, a nierzadko z ojcowskim uczuciem. Tutaj wszystko zaczęło się w 1975 roku, gdy Kirsch wysłał Liście croatoan na konkurs debiutów „Czytelnika”, a Bereza był jednym z jurorów. W rozmowie z Michałem Jakubowiczem krytyk wspominał kulisy przyznawania nagród:

W jury konkursu doszło do zderzenia tradycjonalistów w krytyce, jak Ryszard Matuszewski, ze mną jako zwolennikiem tych nowych rzeczy, które dostrzegłem w konkursowych utworach. Okazało się, że niektóre z nich zostały odrzucone w selekcji redaktorskiej. Trafiły do mnie, jako jurora, i wśród nich znalazłem dwa ważne utwory Janusza Andermana i Donata Kirscha. Owe dwa odrzucone teksty ponownie przyniosłem na obrady jury. Przewodniczącym był Jarosław Iwaszkiewicz. Bardzo często byłem reprezentantem i pełnomocnikiem Iwaszkiewicza, o ile pełniłem obowiązki jurora. Iwaszkiewicz nie mógł pracować tak jak inni. On czytał prace po selekcji i chociaż mieliśmy dosyć różne poglądy na literaturę, to jednak liczył się z tym, co mu do lektur polecałem. Donat Kirsch otrzymał jedną z trzecich nagród, Anderman tylko zaś honorowe wyróżnienie[42].

   Henryk Bereza zawsze wypowiadał się o Kirschu z uznaniem. Cenił jego pisarstwo w sposób szczególny. Świadczą o tym relacje przyjaciół i „uczniów” krytyka[43], jak również obecne w jego książkach[44] wzmianki o autorze Liści croatoan. Nigdy jednak nie poświęcił mu osobnej recenzji, próżno szukać omówienia prozy Kirscha wśród „Czytanych w maszynopisie” utworów. Ale Bereza regularnie przypominał o istnieniu Kirscha – na ostatnich stronach „Twórczości”, gdzie przez lata publikowałswojeWypiski.

   Napisałem, że nie było osobnej recenzji... Była, jest. Dotąd spoczywała w archiwum Henryka Berezy. Chodzi o recenzję wewnętrzną, powstałą w trakcie konkursu „Czytelnika”. W zasadzie nie wymaga komentarza. Stanowi modelowy przykład „intuicjonizmu” Berezy.

Powieść „Liście croatoan” jest ambitniej pomyślana niż zrealizowana. Pewien zakres ambicji przerósł siły pisarskie autora, nie znaczy to jednak, że ten utwór wolno zlekceważyć. Tego, co udało się autorowi zrealizować zgodnie z ambicjami, wystarczyłoby na utwór wręcz znakomity. (…) Prezentuje się tu świetny i odkrywczy literacko zapis wewnętrznego odbioru świata – zapis utrwalonych w pamięci i w wyobraźni obrazów rzeczywistości. Ten zapis dorównuje „Pierwszej świadomości” Leopolda Buczkowskiego a pod pewnym względami „Pierwszą świadomość” przewyższa. Mamy tu do czynienia ze świadomością artystyczną wysokiej klasy, może nawet jest to jedyny w polskiej prozie przejaw twórczego i jak najbardziej nowoczesnego wykorzystania założeń impresjonizmu. W połączeniu z niezwykłym darem widzenia daje to literacki efekt znakomity.

(…)

Powieść „Liście croatoan” jest najatrakcyjniejszym artystycznie i filozoficznie utworem konkursu. Nie jest to utwór bezbłędny, nie ma się jednak wątpliwości, że ujawnia się w tym utworze autentyczny pisarski talent[45].

*

            Jest jeszcze jedno świadectwo. Pochodzi od Jana Miodka, podobnie jak Kirsch tarnogórzanina, który zetknął się nim w latach sześćdziesiątych.

Donata Kirscha poznałem w mieszkaniu moich Rodziców w Tarnowskich Górach. Był to rok 1968. Przyjechaliśmy z żoną na imieniny mojej Mamy i moje (24 czerwca), a nasz przyjazd zbiegł się z zakończeniem roku szkolnego. W pewnym momencie rozległ się dzwonek u drzwi. Za progiem stał chłopczyk z bukietem kwiatów dla Pana Kierownika. Był to Donat Kirsch – świeżo upieczony absolwent Szkoły Podst. nr 2, którą zawiadywał mój Ojciec. Mama podała herbatę i jakieś ciasteczka, Donat usiadł przy stole i zaczął się jego monolog, w którym problemy fizyczne, kosmologiczne, filozoficzne wygłaszane były z maestrią starego naukowca. Oczy mojej żony robiły się coraz większe. Po godzinie – może po dwóch – chłopiec zerwał się z krzesła przerażony: „Mama czeka na mnie na ławce. Miałem tylko wręczyć kwiaty”. Poszedł, a Tata zaczął nam opowiadać o niezwykłości tego młodego człowieka, który zadziwiał swoim intelektem i nauczycieli, i wszystkich, którzy w Szkole nr 2 gościli. Gdy po paru latach zobaczyłem w księgarni jego powieść „Liście croatoan”, natychmiast ją kupiłem. Lektura była bardzo trudna – nie ukrywam. Jeszcze później dowiedziałem się, że Donat Kirsch z Polski wyjechał[46].

*

   Na koniec pozostaje życzyć sobie, by Donat Kirsch nie podzielił losu tytułowego „croatoan”. Tajemniczy napis – wyryty w drzewie ślad po pierwszej kolonii angielskiej w Ameryce Północnej – w mrokach dziejów zagubił swe znaczenie. Analogia do kolonii „bereziaków” nasuwa się sama. Kolonii owianej tajemnicą, która wciąż czeka na odkrycie.

 

Teksty zostały pierwotnie opublikowane w "Śląskich Studiach Polonistycznych" (nr 1 z 2017 roku).

 

 

[1]           H. Bereza, Jołopizm, w: tegoż, Pryncypia, Kraków 1993, s. 13. Pierwodruk: H. Bereza, Jołopizm, „Twórczość” 1990, nr 11.

[2]           Wypowiedź Jerzego Pluty (z prywatnej korespondencji, do wglądu – A.Ś.).

[3]           K. Uniłowski, Dziedzictwo nowoczesności, przekleństwo ludowej, w: tegoż, Koloniści i koczownicy. Szkice o najnowszej prozie i krytyce literackiej, Kraków 2002, s. 19.

[4]           Cz. Miłosz, Historia literatury polskiej, Kraków 2016, s. 837-838.

[5]           Czarna dziura lat osiemdziesiątych, „Tygodnik Powszechny” 1990, nr 13.

[6]           Tamże, s. 4.

[7]           W barszczu przygód (wyd. 1980), W rosole powikłań (wyd. 1982), W krupniku rozstrzygnięć (wyd. 1986).

[8]           J. Błoński, Dwie groteski – i pół…, „Literatura” 1987, nr 5.

[9]           Oczywiście poniekąd rozumiem motywacje Jana Błońskiego, który otworzył okno, by „przewietrzyć” niejasną sytuację polskiej literatury i tchnąć weń nieco „normalności”. Szkoda, że przy okazji wywiało wcale liczną grupę „młodych prozaików”… Na tym tle „rewolucja” Berezy jawi się jako akt szczególnie bezkrwawy!

[10]          J. Tomkowski, Krytycy i recenzenci, w: tegoż, Dwadzieścia lat z literaturą. 1977-1996, Warszawa 1998, s. 131-132.

[11]          T. Burek, Co się dzieje z krytyką?, w: tegoż, Żadnych marzeń, Londyn 1987, s. 19. Cyt. za: J. Tomkowski, dz. cyt., s. 132.

[12]          J. Tomkowski, dz. cyt., s. 135.

[13]          K. Rutkowski, Bereziada, „Twórczość” 1996, nr 10, s. 52.

[14]          D. Surowiec, Krytyka do trzeciej potęgi, „Nowy Wyraz” 1979, nr 1, s. 74.

[15]          Tamże, s. 76.

[16]          Określenie Donata Kirscha.

[17]          Nawet PRL został na swój sposób „prześniony”. Zdarzające się wówczas dobrodziejstwa – jak choćby próba rozkwitu polskiej neoawangardy – zostały en bloc wyrugowane z już demokratycznego (sic!) imaginarium.

            O realizacjach poetyk neoawangardowych w twórczości „bereziaków” zob. rozdział V niezwykle interesującej i odkrywczej książki Krzysztofa Uniłowskiego Polska proza innowacyjna w perspektywie postmodernizmu (K. Uniłowski, Lata 70., w: tegoż, Polska proza innowacyjna w perspektywie postmodernizmu, Katowice 1999).

[18]          Zob. K. Uniłowski, Chłopcy i dziewczęta znikąd?, w: tegoż, Skądinąd. Zapiski krytyczne, Bytom 1998, s. 17 i n.

[19]          Właściwie jedyne powszechnie dostępne informacje o Kirschu pochodzą z tekstu Donat Kirsch – historia pisarza, który nie chce pisać Andrzeja Kanclerza. Tekst stanowi część wydanej w 2006 roku książki Kanclerza pt. Geografia literacko-kulturowa Tarnowskich Gór (1970-2005). Został też opublikowany w Internecie: http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/ksiazki_stare_i_nowe/kanclerz_kirsch01.htm [dostęp: 26.02.2017].

[20]          Liście croatoan (Warszawa 1977) oraz Pasaż (Warszawa 2006). Pierwotnie Pasaż miał być wydany jeszcze na początku lat osiemdziesiątych, ale utknął w cenzurze. Pierwsze – nieoficjalne – wydanie (nakład: 10 egzemplarzy) pochodzi z 1989 roku.

[21]          Zadziwiający wdzięk („Nowy Wyraz” 1977, nr 8); Nasz pierwszy świat („Twórczość” 1977, nr 12); Obrazki, ach te obrazki („Twórczość” 1979, nr 7); My sami sami („Nurt” 1980, nr 4); Córka! …że płacze? („Studio” 1982, t. 2).

[22]          Elaborat. Debiuty lat siedemdziesiątych („Twórczość” 1981, nr 9). W ostatnich latach Elaborat doczekał się omówienia, zob. P. Kaliszuk, „Reakcja na realność świata”. Elaborat Donata Kirscha jako przyczynek do dyskusji o nowej prozie lat siedemdziesiątych XX wieku, „Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska” 2013, vol. XXXI.

[23]          W. Gombrowicz, Dziennik. 1953-1969, Kraków 2013, s. 623.

[24]          O wszystkim nie pisałem… (Z Henrykiem Berezą rozmawiają Błażej Dzikowski i Jakub Winiarski), „Studium” 2006, nr 2, s. 20.

[25]          Np. A. Komorowski, Pod pulsującą kopułą czaszki, „Student” 1977, nr 15.

[26]          J. Niemczuk, Skąd się wzięli jeźdźcy znikąd, „Nowy Wyraz” 1978, nr 10.

[27]          L. Bugajski, Secesja, impresjonizm i pop music, „Nurt” 1978, nr 1; s.p. [S. Piskor], Proza Donata Kirscha, „Studio” 1982, t. 2.

[28]          Tamże.

[29]          E. Nawój, W krainie dotyku, „Nowy Wyraz” 1978, nr 10. Ewa Nawój poświęciła również Liściom croatoan rozdział swojej – niepublikowanej – pracy magisterskiej (E. Nawój, Nadrealista wbrew intencji, w: Myśl nadrealizmu w młodej prozie polskiej (na wybranych przykładach), Warszawa 1984).

[30]          s.p. [S. Piskor], dz. cyt. Z kolei w prywatnej korespondencji pojawia się następująca opinia: „»Liście croatoan« odbieram jako literacki ekwiwalent fascynacji zen-buddyzmem – wówczas jednej z ważniejszych tendencji artystycznych” (korespondencja ze Stanisławem Piskorem do wglądu – A.Ś.).

            Ponadto twórczości Kirscha Piskor poświęcił uwagę w artykule Nowa proza (S. Piskor, Nowa proza, w: Licytacja. Szkice o nowej literaturze, Warszawa 1981).

[31]          M. Orski, Liście czasu, „Odra” 1977, nr 11.

[32]          J.K. Weber, Maria trzech dni, „Tygodnik Kulturalny” 1978, nr 10.

[33]          L. Bugajski, Secesja, impresjonizm i pop music…, s. 9.

[34]          W. Bolecki, Inny debiut, „Twórczość” 1977, nr 9, s. 113.

[35]          „Jest to powieść o czasie. Czas jest przedmiotem refleksji jej narratora i, do pewnego stopnia, podmiotem narracji; to znaczy, organizuje akcję – realną, wymyśloną bądź antycypowaną (…). Jest to równocześnie, czy też ma być w zamyśle autorskim, powieść przeciwko czasowi. Rozprawiająca się z jego apodyktycznością. Dowodząca jego iluzoryczności, podrzędności, niejasności, pragmatyzmu jego kategorii” (M. Orski, dz. cyt., s. 102).

[36]          „Jest to powieść o ludzkiej pamięci, o pamięci zdarzeń, które dla podmiotu były najważniejszymi, kończyły okres dzieciństwa i otwierały przed nim całą złożoność ludzkich stosunków” (L. Bugajski, dz. cyt., s.8).

[37]          Kirsch rozpoczął pisanie debiutu w wieku osiemnastu lat. Nawiasem mówiąc, eksploracja pogranicza młodości i „dojrzałości” jest obecna w całym pisarstwie Kirscha.

[38]          Zob. przyp. 41.

[39]          Które szczegółowo i wnikliwie omówiła Barbara Robakiewicz w swoich Liściach (B. Robakiewicz, Liście, Warszawa 2012. Pierwodruk: „Twórczość” 1993, nr 7). Zob. też recenzję Liści: D. Sosnowska, J. Sosnowski, Szum wokół „Liści”, „Gazeta Wyborcza” 1993, nr 172.

            W kontekście opozycji czytania „intuicyjnego” i „erudycyjnego” Liści croatoan por. wypowiedź Barbary Robakiewicz z 2016 roku: „Dylemat – czy Kirsch może zainteresować, zafascynować kogoś, kto nie czyta erudycyjnych kontekstów? Może, bo sam wytwór jest zmysłowy i pociągający, jak drzewa” (z prywatnej korespondencji, do wglądu – A.Ś.).

[40]          J. Sosnowski, Entropia i porozumienie, „Więź” 2007, nr 8/9, s. 146-147.

[41]          Celowo nie ujawniam treści utworu, który moim zdaniem nie nadaje się do streszczania. Oczywiście nawet w tym przypadku istnieje możliwość sformułowania „planu wydarzeń”, gdyż warstwa fabularna powieści jest stosunkowo przejrzysta. Niemniej „nastrój” książki (według mnie sprawa najistotniejsza) rozgrywa się gdzieś „między fabułą”, w miejscach, które wymykają się dyskursywnemu opisowi.

            Przy okazji polemizowałbym z Michałem Pawłem Markowskim, który w Polityce wrażliwości pisał: „Młodość kieruje się dwoma niezachwianymi dogmatami: dogmatem niebywałej głębi uczuć, jakie kłębią się w duszy nastolatka, oraz dogmatem ich niewysławialności. Pierwszy dogmat każe pisać wiersze, drugi zaś uważać, że nie da się o nich nic powiedzieć, nie gwałcąc kruchego doświadczenia, które doprowadziło do jego napisania. To sentymentalno-subiektywistyczne przekonanie prowadzi następnie – po kilku powierzchownych lekturach – do uznania, że o smaku, jako że jest on zbyt indywidualny, dyskutować nie sposób, albo że sztuka jest rzeczą zbyt wzniosłą, by ją narażać na pospolitość dyskusji” (M.P. Markowski, Polityka wrażliwości. Wprowadzenie do humanistyki, Kraków 2013, s. 54). Zdecydowanie staję w obronie prawa do chociaż kilku książek, o których nie da się publicznie rozprawiać (których nie chce się na oczach wszystkich „rozbierać”) ze względu na szczególny sentyment – tego rodzaju przywiązanie, którego istoty też nie chce się upubliczniać.

[42]          Odrębności. Rozmowa z Henrykiem Berezą [rozm. przeprowadził Michał Jakubowicz], „Dykcja” 1998, nr 9/10, s. 38.

[43]          Między innymi Dariusza Bitnera, Pawła Orła i Adama Wiedemanna (korespondencja w tej sprawie do wglądu – A.Ś.).

[44]          Zob. przede wszystkim Bieg rzeczy (H. Bereza, Bieg rzeczy. Szkice literackie, Warszawa 1982).

[45]          Recenzja pochodzi z archiwum Henryka Berezy. Opublikowana za zgodą spadkobiercy.

            Tym, co szczególnie uderza w tekście Berezy jest zestawienie Kirscha i Buczkowskiego, a nawet wywyższenie autora Liści croatoan. Zabieg ten przypomina osławioną wypowiedź krytyka o Janie Drzeżdżonie, który „jako autor tylko do roku 1977 włącznie opublikowanych utworów jest pisarzem wybitniejszym niż Llosa i Cortázar razem wzięci z Borgesem na przyczepkę” (H. Bereza, Bieg rzeczy…, s. 105). Tego rodzaju posunięcia nie przysparzały Berezie sympatii krytyków i badaczy zorientowanych „analitycznie”. Argumenty przemawiające na niekorzyść autora Związków naturalnych syntetycznie ujął Krzysztof Uniłowski: „Klęska kampanii Berezy w niemałym stopniu sprokurowana została przez samego promotora »rewolucji artystycznej«. Apodyktyczność oraz niechęć do analitycznego uzasadniania własnych sądów, swoisty paternalizm względem młodych pisarzy, szokujące nieraz szafowanie superlatywami czy zestawianie nikomu nie znanych nazwisk z głośnymi autorami obcymi, szereg taktycznych niezręczności (np. teza o zmowie literackiego establishmentu, głuchego na nowe propozycje) – to wszystko w ostatecznym rachunku zadziałało na niekorzyść debiutantów” (K. Uniłowski, Chłopcy i dziewczęta znikąd…, s. 29). Wydaje się jednak, że Uniłowski ocenia „kampanię Berezy” zbyt „obiektywnie”, nie uwzględniając radykalnych i głęboko zakorzenionych różnic – nierzadko bardzo subiektywnych, a czasem wręcz metafizycznych (na ogół lekceważonych przez oficjalny dyskurs naukowy) – w przeciwstawnych koncepcjach literatury.

[46]          Fragment listu, który otrzymałem od prof. Jana Miodka (do wglądu – A.Ś).

 

 

Pin It