Mikołaj Melanowicz

 

Nagasaki i Hirosima. Przypomnienie sprzed półwiecza

 

   „W pogrążonej w mroku klasie ukazała się przed nimi postać dziewczynki ze spuszczoną głową, wybierającej spod białego popiołu kości ojca i matki”.

Mikołaj Melanowicz   Tak napisała Hayashi Kyōko (1930-2017) w opowiadaniu „Pusta puszka”, w którym przedstawiła narratorkę i jej cztery koleżanki, które po trzydziestu latach wracają do Nagasaki, żeby odwiedzić swą szkołę. Ich powrót do szkolnych czasów jest konfrontacją przeszłości z teraźniejszością. Z rozmów bohaterek i wspomnień narratorki wyłania się postać Kinuko, która nie przybyła na spotkanie. Ale w kulminacyjnym momencie tej niemal onirycznej wędrówki po klasach i przez labirynt wspomnień wyłania się postać nieobecnej i jej puszki, z którą się nie rozstawała. W dzieciństwie poraniona Kinuko, z odłamkami szkła w ciele, nie mogła pogodzić się z tragedią utraty rodziców w bombardowaniu. Przynosiła więc do szkoły puszkę z ich prochami. Jej historia „wbiła się niczym cierń w serce narratorki”.

 

   W lutym ubiegłego roku 2017 telewizja publiczna NHK, w cyklu Ano hito ni aitai (Chcę spotkać tego człowieka) przedstawiła sylwetkę pisarki Hayashi jako jednego z ostatnich świadków tragedii zbombardowanego miasta Nagasaki.

Hayashi w czasie wojny mieszkała z rodzicami w Szanghaju, po wojnie uczyła się w Liceum Żeńskim w Nagasaki i wtedy została zmobilizowana do pracy w fabryce amunicji Mitsubishi, gdzie 9 sierpnia 1945 roku przeżyła wybuch bomby atomowej nad miastem. Chorowała kilka miesięcy. Wciąż osłabiona, rozpoczęła naukę na kursie pielęgniarek w Szkole Medycznej, ale zrezygnowała przed uzyskaniem dyplomu. Pisać zaczęła na początku lat sześćdziesiątych, a w 1967 r. opublikowała opowiadanie Kumoribi no kōshin (Procesja w dzień pochmurny), a następnie zbiór opowiadań Matsuri no ba (Miejsce święta, 1975), wyróżniony Nagrodą Akutagawy. Doświadczenia z czasu zagłady miasta wykorzystała również w Futari no bohyō (Pomnik grobowy dla dwojga, 1975) i w Gyaman biidoro (Cięte szkło, dmuchane szkło), zawierający również Akikan (Pusta puszka, 1979). Temat zbombardowanego miasta pojawia się również w powieści Naki ga gotoki (Jakby nic się nie zdarzyło, 1980) i w zbiorze opowiadań Sankai no ie (Dom w trzech światach), wyróżnionym Nagrodą Kawabaty, oraz Yasuraka ni ima wa nemuritamae (Odpoczywaj teraz w pokoju, 2005) - Nagrodą Tanizakiego. Natomiast Nagrodę Literacką Nomy otrzymała za Nagai jikan o kaketa ningen no keiken (Długi okres doświadczeń człowieka, 2000), w którym również dominuje problem hibakusha, czyli ofiar bomby atomowej i ich skomplikowanych relacji ze światem należącym do tych, którzy mieli szczęście nie zaznać tej największej tragedii okresu II wojny światowej.

W odróżnieniu od miasta Hirosimy, które dla świata stało się symbolem zagłady nuklearnej, o Nagasaki pisano mniej i znacznie rzadziej je reklamowano. Ale warto przypomnieć, że kilka tytułów książek zyskało sławę międzynarodową, m.in. zbiór szkiców Dzwony Nagasaki (1949), chociaż w Japonii ukazało się wiele opowiadań, powieści, dramatów, wierszy i filmów zawierających wątki cierpień mieszkańców tego miasta. A mimo to nie zdołały one ukazać całej prawdy o ofiarach wojny i tragedii Nagasaki. Dlatego tym cenniejsze są dokumentalne filmy telewizji NHK, emitowane w związku z siedemdziesięcioleciem zagłady. Są to między innymi Yamasato Shōgakkō no kodomo. Ano ko o tazunete (Dzieci Szkoły Podstawowej Yamasato. Odwiedzając tamte dzieci) czy Shirarezaru shōgekiha. Nagasaki genbaku mahha sutemu no kyōi (Nieznana fala uderzeniowa. Groza fal wybuchu bomby atomowej w Nagasaki). W obu filmach tragicznymi bohaterami są dzieci, które zginęły i ci nieliczni chłopcy i dziewczęta, które przeżyły gehennę, a dziś jeszcze zdołały opowiedzieć i zaśpiewać o nich pieśń Ano ko(Tamte dzieci), napisaną przez Pawła Nagai (Takashiego), autora Dzwonów Nagasaki.

We wspomnianych dokumentach po raz pierwszy w telewizji wyjaśniono niszczącą funkcję fali uderzeniowej wybuchu bomby - żartobliwie? nazwanej Fat Man - prawdopodobnie odpowiedzialnej za śmierć większości mieszkańców tego pięknego miasta.

 

Heiwa kinen

Heiwa kinen zō. Pomnik Modlitwy o Pokój w Nagasaki, fot. M.Melanowicz

  

SZPITAL ATOMOWY

Jest to drugi reportaż „Dś” z Hiroszimy. Mikołaj Melanowicz odwiedził szpital, w którym tylko część pacjentów ma jeszcze nadzieję... [„Dookoła Świata” . 15 sierpnia 1965]

Tylko jeden taki szpital jest na świecie. W Hiroszimie. Otwarty został wysiłkiem społecznym we wrześniu 1956 r. przy Szpitalu Czerwonego Krzyża. Dyrektorem jest dr Shigeto, który walkę o ratowanie ofiar bomby atomowej rozpoczął przed 20 laty, od momentu, gdy ociekający krwią przybiegł do szpitala z dworca, gdzie został ranny. Długie lata walki z nieznanym rodzajem wroga nie załamały go. Nie załamały go też ograniczenia polityczne w 10-letnim okresie milczenia (1945-55) o Hiroszimie. Już jesienią 1945 roku Amerykanie ogłosili, że ci, którzy mieli umrzeć, już umarli. Problem Hiroszimy już skończony, zamknięty. Przejęli całkowitą kontrolę nad informacją o skutkach i wpływie bomby atomowej na zdrowie tych, którzy ocaleli. Zmusili do milczenia wszystkich. Nie — nie wszystkich. Byli jednak ludzie wśród porażonych, którym nie zdołano zamknąć ust.

„Do takich należała m.in. poetka Shoda Shinoe, która umarła na raka właśnie w czasie mego pobytu w Hiroszimie. Straciła męża, rodzice jej zmarli na chorobę atomową, która jej też w końcu nie oszczędziła. Była głosem ludzi okrytych mrokiem. Pisała o zagładzie Hiroszimy, o zamordowanych, i o tych pogrzebanych w milczeniu za życia. Przemawiała do sumienia obojętnych, by się przebudzili, by tak łatwo nie zapomnieli. Jednak w końcu i ona, czytając o nowych próbach jądrowych, o zwiększonej radioaktywności nad Japonią, traciła siły i nadzieję.

Dyrektor Shigeto, starszy łysiejący pan o zmęczonej twarzy, a dobrodusznym i głębokim spojrzeniu, mówi o Polsce z dużą sympatią. Bardzo dobrze zna polskie siatkarki, które przyjmował w Hiroszimie swego czasu; zachwyca się ich urodą. Potem zadumał się przez chwilę i powiedział: „W Polsce był Oświęcim...” — urwał, jakby go całkowicie opuściły siły. Ożywił się, gdy podjąłem temat jego 20-letniej pracy. „Obecnie w szpitalu jest 106 osób: białaczka, rak, ostra anemia. W ubiegłym roku umarło tu 60 osób. Od stycznia do czerwca tego roku — 34 osoby. W większości to ludzie, którzy zostali porażeni promieniami gamma i neutronami, gdy mieli około 30 lat. Ale w tym roku także zmarła 25-letnia dziewczyna i 22-letni młodzieniec, oboje na białaczkę. Gdy grzyb atomowy unosił się nad miastem, ona miała 5 lat, on — 2, nie doznali żadnych ran na ciele. Ale choroba wdarła się do krwi i zaatakowała po kilkunastu latach.

W 1964 roku prasa podała wiadomość o śmierci dwojga młodych ludzi. On 23 lata, ona — 20.

4 lata miał wtedy, gdy wybuchła bomba. Ocalał, ale gdy dorósł, zaczął coraz bardziej słabnąć. W szpitalu stwierdzono białaczkę. Aby dać mu możliwość przeżycia ostatnich lat po ludzku, poradzono pracę. Wyrok lekarzy — dwa lata.

O tyle można było przedłużyć jego życie. Pracował z zapałem, był wobec wszystkich bardzo wesołym chłopcem. Poznał dziewczynę pracującą w sklepie muzycznym. Pokochali się i zaręczyli. Korespondent „Timesa” przedstawił tego chłopca jako przykład nowej, radosnej, odrodzonej Hiroszimy. Ale niestety, dwa lata dobiegły końca. Musiał znowu udać się do szpitala, ale tym razem — by umrzeć. Po tygodniu przyszła tu dziewczyna z podziękowaniem pielęgniarkom i lekarzom za opiekę nad jej chłopcem. Była spokojna, opanowana, trudno było nawet przypuszczać... Wkrótce doniesiono o jej samobójczej śmierci. Dlaczego to uczyniła? Dlaczego wybrała mrok a nie życie? Odeszła w milczeniu. Kto jest odpowiedzialny za ich śmierć? Państwo — odpowiada pisarz Oe Kenzaburo, autor książki o Hiroszimie.

Takie tragiczne historie nie są rzadkie. Prasa podaje krótkie, enigmatyczne notki — „Znowu w Hiroszimie...”

Dyrektor Shigeto proponuje mi odwiedzenie chorych. Wchodzę do jasnych izb szpitalnych. Wszędzie nad łóżkami wiszą wiązanki żurawi z kolorowych papierków. W jednej izbie leżą chorzy, którzy już nawet nie zwracają uwagi na wchodzących. Na pozdrowienie odpowiadają ledwie dostrzegalnym poruszeniem głowy. Sczerniałe, twarze, jakby przyprószona czymś skóra. Dyszą ciężko. Shigeto powiedział dwa słowa, okrutne słowa: białaczka i rak. W innym pokoju lżej chorzy unoszą głowy i uśmiechają się. „Gość z Polski, stamtąd, gdzie był Oświęcim...” — przedstawia mnie lekarz. Twarze chorych pełne sympatii i ciepła zwrócone w moją stronę. Rozmawiam z 36-letnią kobietą. Jej twarz, piersi i ręce pokryte czerwonymi szramami. Nie potrafię mówić żartobliwie, zgodnie z tutejszą umową. Załamuje mi się głos. Patrzę w jej piękne oczy (musiała być wtedy piękną dziewczyną!) i słucham.

„Byłam na peronie (ponad 2 km od Hiroszimy), gdy powiedziano o samolocie, więc poszłam zobaczyć. Coś jak błyskawica przeleciało przed oczyma. Nie wiedziałam co się stało. Gdy odzyskałam przytomność, było ciemno, cicho. Wokół biegały półnagie, okrwawione postacie. Nie czułam żadnego bólu. Spojrzałam na siebie. Całe ramię czerwone. Po dotknięciu poczułam ból na szyi i piersi zupełnie nagiej. Przecież przyszłam ubrana... Co się stało?”(...) „Nie, w tym szpitalu jestem nie po raz pierwszy. Po kilku operacjach po paru latach (usunięcie keloidów) wracam tu od czasu do czasu, aby odpocząć...”

Zajrzałem jeszcze do kilku sal. W większości oczekujący śmierci, samotni, bez dzieci i wnuków, bez mężów. Mogą opuścić szpital, ale poza jego murami są jeszcze bardziej samotni. Z dzieci, ze swoich nadziei, odarci zostali w tamten sierpniowy poranek. Nie mają dokąd pójść. Czują się obco w tym mieście, które przestało już być ich miastem.

W salonie doktora Harady obok dzieł medycznych — przebogaty zbiór płyt muzyki klasycznej. „Chopina pokochałem mając 14 lat. Od tego czasu towarzyszy mi przez całe życie. Choć obecnie interesuję się szczególnie operą, to jednak często wracam do niego. Lubię nokturny i polonezy”... Uśmiechnięty, z iskrzącymi się oczyma. Zdaje się być samą energią i zdrowiem. W białym kitlu wygląda dostojnie, ale nie obco. Jego pasja i ludzkie ciepło uderzają przy pierwszym spotkaniu. Pochodzi ze starej rodziny lekarskiej, kontynuującej ten zawód od średniowiecza.

Wybitny specjalista — chirurg, autor wielu prac naukowych, prowadzi dosyć duży własny szpital. Szczególnie ogromne zasługi położył w walce o przywrócenie zdrowia i ludzkiej godności ofiarom bomby atomowej. Dokonał około 300 operacji keloidów (narośli pooparzeniowych, powstających na ciele porażonym promieniami cieplnymi przy wybuchu bomby). Początki były strasznie ciężkie. Brak funduszy (pomoc państwa dopiero od 8 lat). Wiele operacji na własny koszt, wiele dzięki dotacjom społeczeństwa Hiroszimy. Głównym celem, jaki sobie stawiał, było przywrócenie normalnego funkcjonowania części ciała, uniemożliwionego przez narośla grubości 1—2 cm. Otwarte oczy i usta, wykręcone palce rąk i nóg — nie tylko sprawiały ból fizyczny, ale także uniemożliwiały powrót do życia w społeczeństwie. Trzeba było wycinać narośla i pokrywać je skórą nieporażoną, „przesadzać” z pleców, uda czy brzucha na ręce, szyję, twarz. Operacje trwające wiele miesięcy. Całkowite przywrócenie pierwotnego wyglądu jest prawie niemożliwe, pozostają szramy. Ale w wielu wypadkach udało się przywrócić twarzy wygląd prawie normalny.

Pierwszą udaną operację przeprowadził w 1949 roku, co niewątpliwie dodało odwagi setkom ofiar kryjących się od widoku ludzi. Oszpecone dziewczęta pozbawione były uśmiechu i wszelkiej nadziei założenia rodzin; żony znosiły upokorzenie wobec mężów, matki — wobec dzieci. Gdzieś na dnie Hiroszimy, na jej przedmieściach, w szałasach nadrzecznych czy nowoczesnych gmachach, rozgrywa się dramat ludzi naznaczonych, okaleczonych przed 20 laty. Nie tylko konflikty psychiczne kryją mrokiem życie tych ludzi, lecz także trudności w znalezieniu normalnej pracy i w konsekwencji — nędza. Trzeba przyznać, że miasto — zwłaszcza lekarze — zrobili ogromny wysiłek, aby przywrócić im nadzieję, ludzką godność. Ale tendencja do zapomnienia i pogrzebania ich za życia przesłania i utrudnia bezinteresowne wysiłki części społeczeństwa. Rozgrywki polityczne różnych partii i ugrupowań pogłębiają tylko gorycz ich smutnego życia.

Dochodzi do tego jeszcze niepokój o nowe pokolenie — czy nowo narodzone dziecko będzie normalne, czy ukryta w krwi rodziców choroba nie ujawni się w potomstwie? Ta neuroza odbiera spokojny sen młodym matkom, które jako dzieci przeżyły sierpień 1945 r.

 

— Dlatego też w wielu wypadkach ważniejsze jest przywrócenie utraconej nadziei niż leczenie czy operacja — mówi dr Harada.

Każdy z pacjentów mego rozmówcy posiada historię, smutną historię. Lekarz pamięta je z najdrobniejszymi szczegółami. Opowiada:

„Kiedyś przed laty obejrzałem film „Ikiteite — yokatta” (Dobrze, że żyję). Występowała w nim m.in. dziewczynka okaleczona w Nagasaki. Mówiąc o sobie wypowiedziała zdanie, że jej żadna operacja nic nie pomoże”. Chirurg oglądający film podjął decyzję. Wysłał list do jej rodziców z propozycją operacji. Pierwsza operacja w 1957 r. kończy się niepowodzeniem. Na przeszczepionej skórze znowu pojawia się bolesna narośl. Za drugim razem przenosi skórę z brzucha na rękę. Rok ciężkiej pracy kończy się sukcesem. Miała wówczas 13 lat, a porażona została jako 13-miesięczne dziecko. Myślę, że wiele osób pamięta ją z pobytu w Polsce, gdyż brała udział w Marszu Pokoju. Kosasa Kuniko skończyła szkołę średnią: obecnie pracuje w firmie eksportowej. Jest wesoła i szczęśliwa, gdyż zdołała powrócić ze świata samotności kaleki do grona swych rówieśniczek.

Dramat ludzi Hiroszimy, dramat ofiar bomby atomowej trwa. Jest ciągle aktualną sprawą. Lekarz Harada, podobnie też większość lekarzy tego miasta, zna to najlepiej. Opowiada historię pacjentów jedną po drugiej. Pokazuje zdjęcia i przeźrocza z operacji trudnych i bolesnych. Wielokrotnie trzeba było kilkunastu zabiegów chirurgicznych, aby jednego człowieka przywrócić społeczeństwu.

Następnego wieczoru jestem znowu w mieszkaniu pana Harady. Słuchamy Chopina w nagraniu Rubinsteina. A potem znów kilka godzin rozmowy o wpływie bomby atomowej na zdrowie tych, którzy przeżyli. Wspomina pierwsze swoje zetknięcie z wypadkiem białaczki, w noc wigilijną 1948 r. Ofiarą był kilkuletni chłopiec. Później widywał ich coraz więcej. 19- i 20-letnie dziewczęta, 20-letnia matka, staruszki — bez różnicy wieku. Przeżyli wybuch bez ran, a potem w na pozór zdrowym ciele objawia się nagle groźna choroba. Wszyscy, których widział, umierali w wielkim cierpieniu. Niewiele jest tak ciężkich, torturujących w chwili śmierci chorób, jak białaczka. Krwawieniu z oczu, ust, wylewom podskórnym towarzyszy lęk. Gdy wylew krwi następuje we wnętrznościach, czy w gardle, nie można go powstrzymać. Chory blednie i umiera nagle w piekielnym bólu.

Szczególnie wiele wypadków białaczki przypada na lata 1950—1953. W 1951 r. ilość przypadków jest 10-krotnie wyższa niż wśród osób nienarażonych na promieniowanie. Po 1953 r. nastąpił spadek, ale po 5 latach znowu wzrost, osiągając drugi szczyt w 1959, przy czym pojawiły się tym razem liczne wypadki zachorowań osób narażonych na promieniowanie w odległości większej niż 2 km (poprzednio — półtora km).

Są tacy, którzy wątpią w istnienie dziś chorób, których przyczyną jest bomba atomowa.

— Chciałbym — powiada dr Harada — aby jak najszybciej poznali oni prawdę, że wyniszczenie ludzi nie ogranicza się tylko do momentu wybuchu, trwa potem przez dziesiątki lat i — kto wie — czy wpływ promieniowania nie objawia się w następnych pokoleniach. Ostatni dzień mego pobytu w Hiroszimie pod znakiem deszczu. Leje bez przerwy. Gdy około północy znalazłem się na dworcu, okazało się, że mój pociąg — ekspres „Fudzi” ma półgodzinne spóźnienie. Z powodu ulewy poprzedzającej tajfun. Po powrocie do Tokio dowiedziałem się, że w kilka godzin po opuszczeniu przeze mnie Hiroszimy, zaatakował to miasto tajfun. Przyglądam się zdjęciom rozwalonych domków i zabitych. Twarz tej dziewczyny zda się znajoma. Może widziałem ją w tramwaju, czy w jednej z kawiarni?

W tę sobotnią, parną noc czerwcową rozstałem się z Hiroszimą, by do niej znowu wrócić. By wracać co dzień, jak się wraca do spraw bliskich i ważnych. By pamiętać.

 

 

Pin It