Rafał Skąpski

 

                     PILOT, WRÓŻ I JA.

 

Maria Wollenberg-Kluza
Maria Wollenberg-Kluza

 

   Jestem racjonalistą. Realistą. Co najmniej. Nie wierzę w to co niedotykalne, niesprawdzalne, co poza zasięgiem ręki, umysłu i nauki. A jednak...

W drugiej połowie lat 70. pracowałem w centralnym urzędzie. Taka była formalna ranga instytucji. Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Centrala. Gabinet Prezesa. A ja w nim jako naczelnik wydziału prawno- organizacyjnego i skarg. Bardzo realne sprawy, konkretne, sposób urzędowania ocierający się o biurokrację. Ale mój dyrektor, Jerzy Stoberski, zawsze powtarzał „u nas nie ma biurokracji, u nas panują przemyślane zasady urzędowania i dobrej organizacji”. Instytucja była mocno sfeminizowana, choć słowo to nie było jeszcze w tak częstym użyciu.

     Pracowałem w pokoju z dwiema koleżankami; były pannami, w moim wieku, jedna chyba nieco starsza; często rozmawiały o swych sprawach prywatnych, nie krępując się mimowolnym słuchaczem. Dość często opowiadały o wizytach u wróżek i wróżbitów, o tym czy i kto z nich trafnie odgaduje ich przyszłość. Porównywały sposób prowadzenia przez nich rozmowy, przebieg seansów, mniej lub bardziej konkretne słowa, które padały jako przepowiednia. Gdyby nie rozmowy tych koleżanek, nigdy nie przyszłoby do głowy zasięgać takich porad w sprawach mego życia, przyszłości, trwałości uczuć itp. Nie wiedziałbym też pewnie o tym, że w Warszawie niemal oficjalnie wróżbici przyjmują klientów. Do naszego pokoju, by o tym porozmawiać, schodziły się panie z pokojów sąsiednich, z innych biur i wydziałów. Większość z wyższym wykształceniem, jednak sprawy wróżb był dla nich równie wspólne i ważne, niezależnie od posiadanego cenzusu. Te które już miały taką wizytę za sobą, wyrażały się o nich w samych superlatywach zachęcając pozostałe do odwagi i umówienia się. Niektóre rozważały powtórną wizytę, by o coś jeszcze dopytać; poprosić o bardziej jasną interpretację słów, które usłyszały.

       Przeżywałem wtedy chwile zwątpienia co do trwałości mego niezbyt długiego związku małżeńskiego. Nikomu o tym nie mówiłem i rozstanie, a później formalny rozwód były dla wielu zaskoczeniem. Poza Mamą, bo spodziewała się tego, a może nawet oczekiwała. Pod wpływem rozmów między koleżankami coraz mocniej nabierałem przekonania, że i ja mógłbym udać się do wróżbity, tego o którym koleżanki wyrażały się z najwyższym uznaniem. Argumentem dodatkowym był fakt, iż jasnowidz ów, wydał w tym właśnie czasie w książkę, która była wielkim i poszukiwanym hitem wydawniczym. Nawiasem mówiąc przeczytałem ją długo po tym czasie.

Ale może nawet argumentem ważniejszym, który przemówił we mnie za decyzją o odwiedzeniu jasnowidza była, zapamiętana z dzieciństwa, opowieść mojej Mamy. Wspominała różne zabawy jakimi wypełniały sobie czas z siostrą Marysią. Miedzy innymi była to zabawa polegająca na zgadywaniu swych myśli, na próbach przekazania ich pomiędzy siostrami na odległość. Mama, zapewne jeszcze głębiej niż ja, tkwiąca w racjonalnym postrzeganiu świata, tłumaczyła mi, że mimo to wierzy, iż pomiędzy osobami sobie bliskimi, czy to uczuciowo, czy poprzez więzy rodzinne jest możliwe przekazywanie emocji, nastroju, myśli. Telepatia. Mama nie traktowała telepatii jako czegoś nadprzyrodzonego. Wynikało z tych opowieści, że siostrom udawało się odgadnąć może niezbyt precyzyjnie, ale jednak jakieś słowo, myśl, stan ducha. Opowiadała też Mama o zabawach w wywoływanie duchów, o seansach spirytystycznych, wprowadzaniu w ruch talerzyków, które wirując, przesuwając się po blacie stolika, pozwalały komunikować się ze zmarłymi. To już były zabawy dorosłych, może jeszcze podczas studiów, ale raczej nieco później, tuż przed wojną czy podczas okupacji. Padały nazwiska uczestników tych seansów, nazwiska które zaczęły coś dla mnie znaczyć dopiero po latach.

   Zdobyłem bez większego trudu telefon do wróża, koleżanki wcale nie były zdziwione, że chcę do niego się udać. Telefon odebrała kobieta, o nic mnie nie pytała, termin podała niezbyt odległy, ale też nie z dnia na dzień. Wróż mieszkał w jednym z bloków nowego osiedla na bliskiej Śródmieściu Ochocie, a może to była Wola, tak czy siak, część miasta mało mi znana. Gdy zadzwoniłem do drzwi otworzyła mi kobieta, zapewne ta od telefonu, wydała mi się osobą znacznie ode mnie starszą. Wnętrze mieszkania, poznałem tylko korytarzyk i pokój, do którego wprowadziła mnie, sprawiało wrażenie starodawnego wnętrza. W pokoju, o przysłoniętych oknach, pełnym tytoniowego dymu, stosu niedopałków w popielniczce, czekał na mnie niewysoki, starszy mężczyzna, ostrzyżony na krótkiego jeżyka. Jego twarz nosiła rysy ludzi wschodu; Tatarów, Turków? Ale może to tylko aura tajemniczości i używany przez niego pseudonim sugerowały mi to. A może strój w jakim mnie przyjmował. Siedliśmy na przeciwko siebie, pod ścianą, przy stoliku przykrytym grubym obrusem, jakimś rodzajem dywanika. Stolik od drzwi odgradzał regał, on siedział plecami do niego, ja na przeciw, plecami do okna. Nie zapytał po co przychodzę, co mnie trapi, ani na jakie pytania szukam u niego odpowiedzi. W ogóle nie pytał mnie o nic. Potasował talię kart znacznie dłuższych niż normalne, dał mi je do przełożenia i zaczął układać rodzaj pasjansa. Były to całkiem inne kart,y niż te którymi do tej pory grywałem, długie i wąskie z dziwnymi wizerunkami; powiedział że to karty specjalne, do tarota, do odczytywania przyszłości. Milczałem, a on nadal nie był ciekaw żadnej ode mnie wiadomości, widocznie odpowiedzi znajdował w kartach. Zapewne doskonale wiedział z jakimi problemami może do niego przyjść młody mężczyzna z obrączka małżeńską na palcu, z czym kobieta bez obrączki, a z czym ktoś starszy, czy wyglądający na schorowanego.

   Zaczął mówić nie przerywając rozkładania kart, dotykania ich i układania w różne konfiguracje.

- Ta karta oznacza śmierć... trumnę, a ta karta to pan... Pan idzie za trumną, ale to może wiele znaczyć, nie musi oznaczać wprost śmierci, zgonu, ale może... Może też znaczyć, że pańska miłość się kończy, że pańskie małżeństwo się kończy, że to finał, ale... ale może to być coś innego, co się kiedyś stanie. Może pan próbować ratować małżeństwo, nie trzeba się poddawać, bo trumna to symbol, to może dotyczyć czegoś innego nie małżeństwa... A jeśli chodzi o pana...

   Zawiesił głos, ponownie ułożył karty, znów je przekładał, tworząc ciągi kolorowych, tajemniczych kartoników.

- Pan będzie żył długo, 85 lat na pewno, może pan spokojnie latać samolotami, chodzić po górach, umrze pan śmiercią naturalną. Nie musi się pan bać wypadków czy jakiś niebezpiecznych przygód. Ale będzie pan świadkiem, jak jeden z pańskich kolegów będzie spadał, będzie ginął, będzie coś tracił i ani pan, ani pozostali koledzy nie będą mogli mu pomóc. I to nie musi wydarzyć się w górach, bo to znów symbol, on może tracić posadę, wysoką posadę i nie będzie można mu pomóc...

Znowu przetasował karty, dał mi do przełożenia i skupił się na kolejnym układzie kart.

- Będzie pan miał ciekawą pracę, będzie pan dużo zawdzięczać staremu mężczyźnie, on panu pomoże w karierze. Nie będzie pan u władzy, nie osiągnie pan najwyższych szczytów władzy, ale otrze się pan o władzę...

Wyszedłem z mieszkania wróża, pod wrażeniem jak wiele mówił mi o śmierci, trumnach i pogrzebach, ale z przekonaniem, że moje małżeństwo jest do uratowania. Nie przypuszczałem, że wróżba ta już niedługo zrealizuje się w całkiem inny sposób, a małżeństwo wkrótce zakończy swój byt.

Wydawało mi się, że to wspomniany dyrektor Stoberski, którego sympatię do mnie wyraźnie czułem, będzie moderatorem mojej kariery zawodowej. Ale już niebawem, mniej więcej w tym samym czasie gdy rozwiązało się moje małżeństwo, zmieniłem pracę, odszedłem z ZUS i... zapomniałem o usłyszanych wróżbach.

     Po kilku latach, kiedy już mój drugi związek był trwały i poważny, przypomniałem sobie o przepowiedni jasnowidza. Przypomniałem sobie o nim samym, bo wreszcie przeczytałem jego książkę. Był to rodowity Polak pochodzący ze wsi, z okolic Równego. Poprzez pseudonim, Akhara Jussuf Mustafa, nadawał sobie inny wizerunek. Być może przeżycia okresu okupacji i pobyt w obozie koncentracyjnym w Dachau, dodawał mu lat. Gdy składałem mu wizytę mógł mieć nie więcej niż 70 lat, data jego urodzin bywa podawana różnie. Raz jest to rok 1905 raz 1911.

Czy Józef Marcinkowski, tak wróż nazywał się w rzeczywistości, mógł przewidzieć, że za kilka lat będę ponownie żonaty; pewnie tak, bo chyba rozpoznał we mnie młodego małżonka niepewnego o los swego małżeństwa. Po latach praktyki na pewno był dobrym psychologiem, musiał rozpoznawać problemy tych, którzy szukają u niego porad. Ale jak przewidział, że moją wybranką będzie wdowa? Bo tak się stało. Mam więc prawo uważać, że spotkałem prawdziwego jasnowidza. Ciekawe, czy gdyby moje życie potoczyło się inaczej, dopasowałbym tę wróżbę do innych realiów.

A co z patronem, który miał czuwać nad moją karierą? Skoro opuściłem ZUS i zbliżającego się do emerytury dyrektora Stoberskiego, kim byłby być ów staruszek, któremu miałem zawdzięczać awanse niemal do szczytów władzy? Po kilku latach i do tego pytania dopasowałem odpowiedź. W roku 1983 (dwa, trzy lata po odejściu z ZUS-u) zacząłem pracować w biurze Narodowej Rady Kultury. Po kilku latach moja kariera rzeczywiście była zależna od woli znacznie ode mnie starszego pana. Profesor Bogdan Suchodolski, starszy ode mnie prawie o 50 lat, znacząco zaważył na moim życiu zawodowym. To temat na inne opowiadanie, ale na pewno miał Profesor wpływ na moje pojmowanie świata i kultury. Nota bene, w Narodowej Radzie Kultury poznałem i zaprzyjaźniłem się ze starszym bratem dyrektora Stoberskiego - Zygmuntem, eseistą, krytykiem literackim i tłumaczem; zajmował się, nadto, na skalę międzynarodową, szalenie wąską, a jakże ważną dziedziną - unifikacją neologizmów terminologicznych.

Trzecia sprawa, którą poruszył Marcinkowski to bliskość władzy. Przez szereg lat rzeczywiście byłem blisko władzy, w pewnym momencie i w pewnym sensie sam sprawowałem ją krótko, a więc otarłem się niewątpliwie o władzę, na sam szczyt jej jednak nie dochodząc. Ale czy ja jeden? Czy i tego co do mnie powiedział, nie można interpretować różnorako i dopasować do wielu innych osób? Zapewne tak, ale nie negujmy całkiem zdolności Jussufa Mustafy, zachowajmy troszkę wiary w jego mit i wiary, że są wśród nas osoby o szczególnych uzdolnieniach. Przecież dane mi było uścisnąć dłoń (wymieniam chronologicznie): Josipowi Broz Tito, generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu (co najmniej kilkakrotnie), Michaiłowi Gorbaczowowi, Karolowi Wojtyle (dwukrotnie), Dalaj Lamie, prezydentom Czech: Vaclavowi Havlowi i Milosowi Zemanowi, Słowacji Rudolfowi Szusterowi, Węgier Ferencowi Madlowi, Macedonii Borysowi Trajkovskiemu, prezydentom Litwy: Valdasowi Adamkusowi (kilkakrotnie) i Rolandasowi Paksasowi, przewodniczącemu ChRL Hu Jinato, a nawet dyktatorowi Tunezji Ibn Alemu, czy ostatnio Fankowi-Walterowi Steinmejerowi. Kolejnych czterech prezydentów RP, czy piętnastu (policzyłem dokładnie) premierów Polski nie wymieniając. Czyż to nie było ocieranie się o władzę?

     Impulsem do napisania tego wspomnienia stała się najnowsza książka Mariana Pilota „Niebotyki”. To zbiór znanych już, ale i wielu całkiem nowych małych form literackich. Książka znakomita i wyjątkowa, ale nie jest moją intencją pisanie tu i teraz z niej recenzji. Chcę odnieść się do jednego tylko z opowiadań. Książkę kończy coś w rodzaju dodatku, uzupełnienia, tekst na jedną stronę, wydrukowany inną nawet czcionką niż wszystkie poprzednie opowiadania. Sprawia wrażenie jakby był napisany i umieszczony w tym właśnie miejscu tylko po to by zwrócić naszą uwagę i odesłać raz jeszcze czytelnika do opowiadania „Żart”. Autor opisuje w nim swą wizytę u wróża. U mojego wróża. U Akhara Jussufa Mustafy. Nazywa Marian Pilot Jussufa przyjacielem. Tym bardziej zastanawia dlaczego czyni błąd, a redakcja tego nie poprawia, w pisowni pseudonimu. Na okładce książki jasnowidza (tytuł Pamiętnik Jasnowidza) człon Jussuf jest pisany przez dwa „s”, Pilot zaś kilkakrotnie pisze o nim Jusuf. Przywołuje też jego prawdziwe imię i inicjał nazwiska, ale... nie jest to u Pilota tak jak powinno być, czyli Józef M. lecz po kafkowsku Józef K. Pisze też Pilot, że wróż odgadywał jego przeszłość i przyszłość z ręki, z linii na wewnętrznej stronie dłoni. Mnie wróżył z kart, moim koleżankom z biura, których rozmowy skłoniły mnie by samemu się do wróża udać, też przewidywał przyszłość z kart. Ta rozbieżność akurat nie jest aż tak istotna, nie pisze Marian Pilot kiedy u niego był, czy był to ten sam czas kiedy i ja u niego byłem. Mógł przecież Mustafa Marcinkowski przemiennie używać różnych sposobów przewidywania przyszłości. Kolejne, poważniejsze zastanowienie budzi użyta przez pisarza dziewięć razy nazwa Auschwitz (wymiennie z Oświęcim) jako miejsce uwięzienia Marcinkowskiego. A przecież w swoim pamiętniku Józef Marcinkowski wyraźnie pisze, że po powstaniu warszawskim wywieziono go do Dachau. Akhara Jussuf dawno nie żyje, a on odpowiedziałby na te pytania, nawet bez zaglądania w karty.

                                             Rafał Skąpski, marzec 2018

Pin It