Krystyna HABRAT

 

PIĘKNA  KOBIETA  I  JEJ  SZALONA  POWIEŚĆ

 

Krystyna HabratOstatnio coraz częściej wracam do starych książek. No, nie tak bardzo starych, bo jeszcze współczesnych, ale często zapomnianych. Wzięłam tak, na czas choroby,  "Statek szaleńców" Katherine Anne Porter. Czytałam ją dość dawno, jak i jej dwa tomy opowiadań,   ale mam je wszystkie na półce, więc powracam.

 

  Przy okazji po raz nie wiadomo który głoszę pochwałę domowych księgozbiorów, gromadzonych z ulubionych lektur, bo w nich można zawsze można znaleźć coś odpowiedniego, gdy w bibliotece już nie tak łatwo. Być może moje gusta nie nadążają za nowoczesnością. Kiedyś byłam na bieżąco. Teraz nie wszystko akceptuję, mam przesyt pewnych treści, form, stylu. Nie wszystkie już książki są dla mnie. Trudniej mi znaleźć te najlepsze, jakie kiedyś wskazywała krytyka literacka. Zanim więc wyznam, że zaczynam się gubić w masie chwalonych książek, jaka co dzień poprzez internet do mnie dociera, napiszę  coś o autorce "Statku szaleńców".

   Mniej o samej książce, bo nie będę odbierać chleba krytykom, ale o pięknej kobiecie, która tę książkę, powyżej 500 stron nabitego gęsto drobnego druku, kiedyś napisała.

  Katherine  Anne Porter, Amerykanka,  żyła w latach: 1890 (według innych 1894) - 1980.    W Polsce ukazały się dwa tomy jej opowiadań w serii "Nike": "Wino o południu" i autobiograficzne: "Biały koń, biały jeździec" oraz powieść "Statek szaleńców". Pozostawiła jeszcze po sobie dużo listów i dzienniki, podobno bardzo ciekawych, bo miała ciekawe życie, lecz nie słyszałam, aby ukazało się coś z tego w Polsce.

   Powieść "Statek szaleńców"  opisuje rejs statku pasażerskiego, średniej kategorii, z Meksyku do Europy w roku 1931.

   Na górnym pokładzie, w luksusowych warunkach,  podróżują ludzie bogaci, głównie Niemcy, ale też kilku Amerykanów, Szwajcarzy, Szwed. Dominują Niemcy i oni głównie zajmują honorowe miejsca przy stole kapitańskim, ale też na każdym kroku  ujawniają głęboko zakorzenione postawy, że są  najważniejsi, że inni się w ogóle nie liczą a wobec niektórych, jak garbusa, Żyda, żywią odczucia znane  potem z lat wojny. A jest to - przypominam - rok 1931.

  Na niższych pokładach, w coraz gorszych warunkach, mieszkają coraz biedniejsi ludzie, często wydaleni z Meksyku za bliżej niesprecyzowane postawy.   Pojawiają się też zabawowi studenci, wyśpiewujący wciąż La Kukaraczę, co działa wszystkim na nerwy, oraz druga grupa - tancerzy hiszpańskich, złodziejaszków i mącicieli.  Ich poczynania dodają kolorytu całemu obrazowi i dynamizują akcji. Jest i dziwna arystokratka w drodze na zesłanie, odpychająca ale wzbudzająca pożądanie eleganckich panów. I jeszcze kilka innych karykaturalnych pań. Trudno się z którąś z tych osób utożsamić.  Jeśli już, to z tym czy innym panem, doktorem, kapitanem, przystojnym mężem Żydówki, dla których autorka łaskawsza. Hmm, typowa kobieta!

  Ludzie z górnego pokładu  jedzą posiłki, przebierają się do nich starannie, przesiadują na leżakach, spacerują, a wieczorami tańczą. Biedota z najniższego pokładu jest tak stłoczona, że nie bardzo wiadomo, jak wygląda ich życie podczas rejsu, ale rodzi się tam przez ten miesiąc siedmioro dzieci, lekarz często musi tam opatrywać   rany po bójkach, a jeden biedak się topi, wyskakując za burtę dla ratowania psa. Bogaci właściciele przyjmują ten gest lekceważąco, co aż ściska serce normalnego czytelnika, a wszyscy szy6bko starają się o tym wydarzeniu zapomnieć. Ogólnie ściśnięta na najniższym pokładzie biedota, oglądana czasem z góry przez  bogatych wzbudza tylko ich niechęć i pogardę.

   To wszystko jest metaforą ówczesnego świata, ówczesnego społeczeństwa z jego stylem życia i poglądami.   

  I kończy się  jakoś nijako. Każdy prędzej czy później odchodzi ze statku i znika. Jak w życiu.

  Gruba książka, ale czyta się ją dobrze. Ciekawe postacie, sprawna akcja, mimo, że niby dzieje się niewiele, a każdy nosi w sobie  własny dramat, często urojony, i zmaga się sam ze sobą.

   Kiedyś,  koleżanka, która pracowała na podrzędnym stanowisku,  opowiedziała mi, że zawaliła studia, bo całą noc czytała tę książkę i nie poszła na egzamin, wybierając  dalsze jej czytanie.  Gdyby tak usłyszała to autorka, że w dalekiej Polsce, zauroczona jej książką czytelniczka pokrzyżowała sobie przez nią plany życiowe! Ale autorka i tak pławiła się w powodzeniu, korespondowała z wieloma sławnymi ludźmi i pomimo nieudanego małżeństwa (a może dlatego)  czuła się  w życiu spełniona. Gdyby miała dzieci, męża, dużą rodzinę, nie miałaby może czasu ani chęci do poświęcenia się aż tak bardzo pisaniu, podróżom i życiu towarzyskiemu.

  I teraz to, co mnie najbardziej zaintrygowało u autorki.

  Tu przytoczę za Saturday Review fragment jej wywiadu dla Anne Turner z roku 1963:

  "Przeraża mnie to, że większość ludzi żyje dzisiaj bez celu. Pięćdziesiąt procent nie zważa na to, dokąd zdąża; czterdzieści procent jest niezdecydowanych i ci pójdą w byle jakim kierunku. Tylko dziesięć procent wie, czego chce, ale nawet oni nie dążą do swego celu. Okropne rzeczy przydarzają się ludziom, jak tym w "Statku szaleńców" - i niczego to ich nie uczy. Schodzą do grobu jako te same bezkształtne stworzenia, jakimi byli w kołysce.   Osiągnęłam sukces ponieważ robiłam to, w co wierzyłam. (…) Zostałam uznana za najlepszą nowelistkę. Zyskałam szacunek i miłość osób, których opinie sobie cenię. Żaden pisarz nie miał jeszcze tak dobrej prasy jak ja."

  I tu  się głęboko zamyśliłam. Pomijam fakt, że być może autorka nieco się przecenia, bo w owym czasie sławna była Wielka Czwórka pisarzy amerykańskich  z Faulknerem i Hemingwayem na czele, ale mówienie o sobie z takim poczuciem sukcesu jest u nas raczej mało znane.

   Ilu ludzi w Polsce może tak o sobie powiedzieć? Pomijając tych, których celem życia jest robienie pieniędzy. I  jeszcze te przysłowiowe górne dziesięć tysięcy społeczeństwa, którym się poszczęściło, a przynajmniej wielu z nich, jak pisarze, uczeni, artyści, aktorzy, piosenkarze, sportowcy, którzy  mają  nagrody, medale, oklaski, wywiady, popularność i sławę. Ale inni?

  Czy byli usatysfakcjonowani ci, co po roku 89 wzięli własne sprawy w swoje ręce i zakładali prywatny interes, bo ich zakłady pracy likwidowano? Znajomy inżynier zaczął wtedy handlować marchwią i pietruszką na targu, potem jeździł taksówką, zaczął zaglądać do kieliszka i zmarł młodo na zawał. I takich było więcej. Niedawno przeczytałam nekrolog 58-letniego znajomego, który kiedyś jako technik z doświadczeniem wybrał szczęki na targu, wzbogacił się, otworzył sklep, jeszcze bardziej się wzbogacił i uderzyło mu to do głowy, rozpił się, zbankrutował, stracił rodzinę i stoczył się i skończył bez poczucia sensu życia.

  A iluż może powiedzieć, że realizuje swe marzenia? Iluż  odchodzi niespełnionych? Iluż z tych, co muszą brać pracę poniżej swych możliwości, wykształcenia, czy zamiłowań, mogłoby powtórzyć z przekonaniem za autorką "Statku szaleńców": "W okresie ostatnich dwudziestu lat miałam to wszystko, co sobie cenię w życiu."?

  Może pod tym kątem należy spojrzeć też na nasze społeczeństwo. Jakie kto ma szanse na realizowanie swych marzeń, zdolności, zainteresowań? Jak marnuje życie, biorąc pierwszą lepszą posadę dla zapewnienia środków do życia, czekając długo na mieszkanie i będąc potem uwiązanym w jednym miejscu do końca życia?

  Zrobiło mi się smutno. Teraz więc wezmę się do opowiadań K.A.Porter, które, jak zapamiętałam, są nie tak pesymistyczne, a nastrojowo-liryczne. Jeszcze spoglądam na jej fotografię. Piękna, wytworna pani. I dodam znowu jej cytat:

  "Ku pisarstwu popychało mnie wielkie marzenie o samospełnieniu, o tym żeby zostać pierwszorzędną pisarką. (…) Gdybym nie dążyła do wielkości, dzisiaj nie byłabym nawet dobrą pisarką. Nikt mi niczego nie obiecywał. Nigdy nie miałam pewności, czy mam talent ani czy ktokolwiek przeczyta choć jedną linijkę mojego tekstu. Nic nie przychodziło mi łatwo(…) Pisanie to nie interes. Pisanie to sztuka.".

Krystyna Habrat  

16.11.2017r.

 

 

Pin It