Krystyna Habrat

 

 

 

MOJE ULUBIONE KSIĄŻKI O AFRYCE

JAKO REMEDIUM

 NA   MELANCHOLIĘ  ACHROMATYCZNYCH BEZKRESÓW  PÓŹNEJ JESIENI

 

   Mieszkałam kiedyś, jako dziecko, w mieście, które określała geometria i achromatyzm. Wszystkie ulice były proste, jak od linijki, krzyżowały się pod kątem prostym i biegły daleko, daleko. Przy nich stały białe prostopadłościany niewysokich bloków mieszkalnych. Wszystko proste, nowoczesne, higieniczne. Trochę ten porządek zaburzały sosny wyrastające wysoko ponad domy, ale ich   pnie też były proste. Wystrzelały wysoko w niebo. Dopiero w górze powiewały ich parasolowate gałęzie z igliwiem szarej zieleni.    

 

  Poniżej panowała biel, szarość i jeszcze kolor piaskowy (nie wiem, czy taki jest, ale nie znajduje innej nazwy), bo wszędzie był piach i takiego koloru pnie sosen. Te dopiero w słońcu, a najbardziej o zachodzie, rozpalały się ogniście pomarańczowym, nawet różowością. Zieleń ogródków przyblokowych i  kwiaty pojawiają się później. To była moja Stalowa Wola. Młode miasto. Na dniach nasze Liceum Ogólnokształcące będzie obchodzić 80-lecie.

 

   To tam budziłam się rano i pierwsze co widziałam, to sosny przy oknie. Wieczorem zasypiałam ze świadomością, że w domu tak dobrze, a za oknem w mrokach sosen coś  niepokoi. Może podejść wilk … Gdzieś tam był przecież Ciemny Kąt, gdzie straszyło… Dopiero po latach zobaczyłam, że to nie określenie czegoś strasznego, siedliska topieli, duchów, żmij, wilków i zbójów,  a  tylko leśniczówka. Na wszelki wypadek nie  odważyłam się przedzierać tam przez  kolący młodniak sosnowy. Może topiel tam jeszcze jest?

 

 Z czasem te wszystkie linie proste, kąty, biel bloków i szarość sosen, ta  ascetyczna geometria i achromatyzm, poczęły mnie nudzić. Zatęskniłam za egzotyką.

   Nawet niedawno na tapetę monitora wybrałam coś przypominającego tamte sosny  - baobaby na Madagaskarze.

  One podobne do moich sosen, choć większe. A przecież w dzieciństwie zdawało się, że nasze sosny sięgają aż do nieba. I nasze dwu, czteropiętrowe bloki były bardzo, bardzo, wysokie. Ten, w którym obecnie mieszkam, daleko od tamtych stron - czternastopiętrowy - jest stanowczo za wysoki. I tutaj brakuje sosen. A te baobaby wcale nie tak piękne. Ich różowe pnie nie tak smukłe jak u sosen, a  roztyłe, jak naprawdę zaniedbane baby. Mówi się, że przypominają  wielkie marchewy  wciśnięte w ziemię do góry nogami, czyli korzeniami, bo te sterczą rzadka zielenią na samym wierzchołku. Ale ja to wszystko lubię. I dawną swojskość, nie tak znów typową, i egzotykę.

 Miałam tego  do syta w książce na której uczyłam się czytać, a z lubością oglądałam zdjęcia ludzi o ciemnej cerze i skręconych włosach, dziwne zwierzęta, jak lemury, aligatory, dziwne pojazdy - riksze. Murzyni, kawa, lemury,   aligatory, woły,  riksze, zupełnie inne miasto niż nasze, inny krajobraz, roślinność, obyczaje.   Oglądałam zdjęcia, sylabizowałam podpisy pod nimi, nawiązujące do dziwnych zwyczajów, jak to, że mężczyzna, chcąc zdobyć żonę musi ją dogonić w biegu przez wieś. Piękna, czarna dziewczyna na  zdjęciu  ma wielkie łzy na twarzy, bo przegrała bieg. Ona nie chce być jeszcze jedną żoną bogatego starucha,  myśli o innym, więc ucieka szybko. Omal jej się to nie udaje, gdy ktoś z rodziny, łasy na  majątek starego, podcina jej nogi. Złapana stoi potem poza kręgiem tańczących z radości. Ona ma na twarzy łzy.  Szybko uczyłam się czytać, żeby wiedzieć, dlaczego ona  taka smutna, bardzo smutna, jak - o ile pamiętam - głosił podpis. To była książka,  raczej nie wydawana po wojnie, "Jutro na Madagaskar" Arkadego Fiedlera.

  Jeszcze nie Afryka, ale blisko.

  To  w dzieciństwie rozmiłowałam się w książkach o Afryce i wszelkich niezwykłych miejscach, jak nieco później w literaturze japońskiej.

  Miałam kilka takich książek pod ręką i oglądałam je ciągle, bo miały niezwykłe obrazki. Uczyłam się na nich czytać i poznawałam z nich historie, jakich w naszej Stalowej Woli nie było, choć jeden z bloków nazywano: "cyrk".  Podobno wieczorami przychodziły tam pod okna zaniedbywane żony i wywoływały swych niewiernych… I tu dorośli urywali rozmowę, zwracając się do dziecka: "A ty lekcje już odrobiłeś? To sobie coś poczytaj."

 

  Najpierw więc zafascynowała mnie swą niezwykłością książka o Madagaskarze,   potem o  tajemniczym znajdzie, Kacprze Hauserze, który w XVIII wieku nie wiadomo skąd znalazł się na ulicach Norymbergii i zupełnie nic nie potrafił. Później książka o zwierzętach i  wtedy chyba "Ania z Zielonego Wzgórza" - ta najukochańsza, ale nie egzotyczna. Wkrótce doszły lektury Juliusza Verne'a,  szczególnie ulubiona: "Dzieci kapitana Granta" i te o kapitanie Nemo.  I  znowu jakieś o Afryce. One przenosiły mnie w świat kontrastu z moim, odległy od sosen i piasku za oknami i  głęboko zapadały w serce.

   Pierwszą książką o Afryce było "W pustyni i puszczy" Sienkiewicza. Czytała mi ją mama.. Początek  mi opowiedziała, oszczędzając tak przedszkolakowi drastycznych scen, i zaczęła  czytać głośno od sceny, kiedy  Staś i Nel schronili się podczas burzy na drzewie.   W ciemnościach   deszcz zgasił ognisko, wicher zniszczył zeribę i lwy  pożarły dwa konie, a  jeden uciekł. Zapamiętałam na zawsze słowo: "zeriba", czyli kolczasty płotek, jakim otoczyły swe prowizoryczne obozowisko.

  Później czytałam tę książkę w szóstej klasie, podczas lekcji,  trzymając ją pod ławką i pani mi ją zabrała (na jakiś czas). Podobny los spotkał w liceum "Potop" Sienkiewicza, też czytany wówczas ponownie.  Na marginesie dodam, że czytanie takie przeniosłam i na studia, ale żaden wykładowca mi książki nie odebrał.

 Wracając do książki Sienkiewicza, to dotąd pamiętam z opisu tamten ryk lwów, gdy podczas burzy napadły na obozowisko dzieci. Słyszałam taki po kilku latach, gdy mieszkałam krótko w Zamościu, a  ZOO było  zaraz przy rynku i lwy  po nocach ryczały.

 Wtedy też późnym wieczorem szło w radio słuchowisko Witolda Zadrowskiego o  polowaniu na słonie w Afryce. Dotąd pamiętam tamten zduszony szept zaczajonych ludzi, ich oczekiwanie i długie milczenie oraz  rzadkie, to nasilające się dramatycznie, odgłosy zwierząt. Byłam już w łóżku, więc w chwilach ciszy  zasypiałam i budziłam się, gdy ruch słoni  narastał. Cichło. Zasypiałam. Budziłam się zdziwiona, że polowanie ciągle trwa i wciąż porozumiewają się  pełnym napięcia szeptem. To było niezwykłe.

  Później kupiłam sobie książkę żony autora słuchowiska, Joanny, "Nie zabiłam słonia". Postawiłam ją obok "Śniegów Kilimandżaro" Hemingwaya. Z afrykańską książką  tegoż autora "Zielone wzgórza Afryki" wiązało się miłe wspomnienie.

   Nieco wcześniej nasz czteroosobowy pokój   w akademiku  miał w niedzielę   dyżur w klubie, gdzie była czytelnia. Gdy ja go pełniłam, zajrzał przez uchylone drzwi chłopak, który od kilku dni bacznie mi się przyglądał pod akademikiem, a mnie wtedy mocno biło serce. Uśmiechnął się i cofnął, ale  byłam pewna, że wróci. Oczywiście. Za chwilę niemal przyklęknął przed moim fotelem,  poszukując na najniższej półce starego czasopisma, gdzie drukowano w odcinkach "Zielone wzgórza Afryki". Pomogłam je znaleźć, ale jeszcze długo   trwał przede mną prawie klęcząc i opowiadał o  filmie z jakiego akurat wrócił i sztuce, na której był wczoraj w teatrze. Opowiadał  barwnie. Wreszcie   przeszkodził mu następny szukający czasopism, więc usiadł w fotelu obok. Tak zatopieni w rozmowie przesiedzieliśmy moje dwie godziny dyżuru i następnej koleżanki i następnej, aż do zamknięcia klubu. I dotąd tak siedzimy obok siebie co dzień. A Zamość był już później. Mijają nam rocznice i jubileusze, a my wciąż nie możemy skończyć rozmowy.

  I jak tu nie lubić Hemingwayowskiej Afryki?

  Wreszcie kupiłam sobie książkę, która wywarła na mnie największe wrażenie "Pożegnanie z Afryka" Karen Blixen. Tą też Hemingway zachwalał.  Ja czytywałam ją wciąż i wciąż. Była niezwykła od pierwszego zdania: "Miałam farmę w Afryce", co już teraz   cytuję chyba niedokładnie.

   Podobnie wbija się w pamięć opis akacji z pierwszej strony, że  jak żadna inna,   listowie ma ułożone horyzontalnie, żeby chwytało wilgoć i ono drga z ruchami powietrza, co daje poczucie falowania krajobrazu. Zaraz muszę  sprawdzić, czy dobrze to pamiętam… No, może być.

    Ta książka to najciekawsza opowieść o własnym życiu w Afryce autorki i o drobnych faktach, jakie były tam jej udziałem. Opowiada o tym obrazowo,  przesycając wszystko poezją oraz pełnym zadziwienia szacunkiem dla tamtejszych ludzi, ich zwyczajów i dla przyrody. Nie sposób zapomnieć opowieści o wołach ciągnących pod górę ciężar. Jeszcze bardziej meczą się, gdy schodzą w dół i cały ładunek napiera na nie. Pracują bez protestu, ale zdają się myśleć: "ciężkie jest życie, bardzo ciężkie". Film zrobiony według tej książki też piękny, ale inny,  bardziej skupiony na życiu osobistym autorki, co twórcy filmu czerpali pewnie z jej listów, gdzie o tym dużo, bo  w książce  są  raczej skąpe sugestie. Nawet zagładę farmy z plantacją kawy, czego naprawdę dokonała szarańcza zastąpiono pożarem, bo łatwiej było pokazać. Ileż razy ja tę książkę czytałam. I całą. I po kawałku.

  Muszę znowu ją poczytać, bo zabrakło mi szczegółów do tego felietonu. To mała książeczka, zbudowana z króciutkich rozdziałków, a w każdym jakieś jedno wrażenie, zadziwienie, sugestia. Teraz bym narzekała na drobny druk i czytała z lupą. Kiedyś w kupionym egzemplarzu część kartek była  niezadrukowana. Za późno to spostrzegłam, bo najpierw pożyczyłam ją z biblioteki. Pożyczyłam więc ponownie i w te puste stronice pracowicie  wpisywałam   długopisem brakujący  tekst - maczkiem, żeby się zmieścił.

  Inne książki tej autorki już mnie tak nie zachwyciły. Nawet nawiązujące do tej: "Cienie na wietrze" są bledsze, nie tak soczyste. Za to   "Listy" autorki porwały mnie bardziej.

 

  Potem poznałam jeszcze inne książki pań, które zamieszkały w Afryce: "Marzyłam o Afryce"; "Biała Masajka"  i wreszcie Lidii Motrenko-Makuch: "Espresso dla duszy". Jeszcze do nich wrócę.

 

  "Marzyłam o Afryce" Kuki Gallmann  wstrząsnęła mną. Jako bogata włoska arystokratka uległa kaprysowi swego znudzonego środowiska, by szukać przygód w Afryce. I tam okazało się to nie tak różowe. Wsiąka w krajobraz, fascynuje ją tamtejsze życie, ale los jej układa się dramatycznie. Bliscy odchodzą po kolei. Ciężko zmaga się z przyrodą, dzikimi zwierzętami i przeciwnościami losu. Odskocznię znajduje w pisaniu książek, ale po kolejnej, jaką czytałam, widać, że materiał na literaturę zaczyna się wyczerpywać. Podobno każdy potrafi napisać jedną dobrą książkę - o sobie samym. Drugą, o czymś już innym, trudniej napisać.

 

    Przed laty obywatelka Szwajcarii, Corinne Hofmann  zakochała się w  Masaju, wyszła za niego i zamieszkała w Afryce. Opisała to  w książce "Biała Masajka" i jej dalszych tomach. Ona spośród wcześniej wymienionych autorek  najbardziej wtopiła się w życie mieszkańców: wybudowała zgodnie z tamtejszym zwyczajem dom z krowich "placków", pracowała na męża podczas gdy on najbardziej zajęty był zaplataniem swych warkoczyków, zgodziła się bez protestu na kolejną jego żonę, już młodszą. Przestrzegała wszystkich tradycji i bardzo chciała być dobrą żoną i synową. Tylko on nie umiał czytać, pisać ani nawet liczyć. W końcu musiała uciec. Jej, pisane już po powrocie do Europy, książki chyba najbarwniej oddają mentalność Afrykanów i tamtejsze życie. Zaciekawiły mnie. Ale, czy je lubię? Nie bardzo, bo nie gustuję w aż takim poświęcaniu się kobiety..

   Trochę podobna w historii życia jest książka  Polki z Gdańska, Doroty Katende - "Dom na Zanzibarze".  Autorka też  ma męża Afrykanina. I jakoś radzi sobie w dalekim kraju. Raz lepiej, raz gorzej. Zbudowała porządny dom. W nim zdaje się gościł i gotował na potrzeby swego filmu Robert Makłowicz podczas  wędrówek kulinarnych po świecie, co widziałam w telewizji.

 

A teraz o pięknej książce Ryszarda Kapuścińskiego "Heban".

  Czytałam ją niedługo po jej ukazaniu się, ale zachowałam w pamięci wiele wrażeń i obrazów. Już na początku, gdy autor wysiadając na afrykańskim lotnisku, stwierdza, że istotną różnicę pomiędzy tamtym kontynentem a naszym -  w Afryce jest jaśniej i rozleglej.  Nie mam tej książki pod ręką, więc moja pamięć może coś zniekształcać, ale  na pewno coś tam było podobnie.

  I jeszcze pyszna sylwetka  świeżo awansowanego urzędnika, który  w obecności autora chciał pokazać się jako   wielka persona, a tu ktoś go prosi go o głupie załatwienie biletów na mecz. Wtedy ten  wykrzykuje dramatycznie, że on jest za wielki na takie małe sprawy!

 

    Na koniec muszę napisać o "Espresso dla duszy" - Lidii Motrenko-Makuch. Tu opowiem więcej, jako że pozycja mniej znana, a godna lektury,. Nawet bardzo.

 To  wspomnienia autorki, gdy w latach siedemdziesiątych jako studentka geografii jeździła po Afryce z  grupą studentów geografii . Bardzo ciekawa książka, pięknie napisana.   Jak powieść. Utkana z drobnych wrażeń i refleksji wobec otaczającego świata Afryki. Ale czytać należy nieśpiesznie i kontemplować zawarte tu smaki i myśli.

  Autorka ma zmysł poetycki i plastyczny, że aż zadziwia, jak wszystko potrafi zauważyć i dobrać słowa na opis, jakie snuje refleksje, jak wielką dysponuje wiedzą.

 Książka ma duży format i blisko 500 stron. Są też zdjęcia. Tylko czyta się powolutku z powodu licznych szczegółów, ale ma to swój urok.

Zaglądam do niej. O, właśnie utknęli na pustyni.

 Bardzo mi się ta  książka podoba,  bo zawiera akurat te smaki i wrażenia, na które ja zwracam szczególną uwagę: obrazy (krajobrazy, architektura, przyroda), wrażenia smakowe, słuchowe i wszelkie inne, emocje ludzkie i wszechobecny zachwyt i entuzjazm młodych zapaleńców studentów.. Podziwiam ich erudycję, spostrzegawczość oraz odwagę, gdy jadą sami w nieznane, a tu bezkres pustyni, dziwne obyczaje tubylców i ... skorpiony. Ale przez tą książkę nie przelatuje się szybko, bo trzeba wysmakować wszystkie zawarte w niej drobiazgi,    jako, że opiera się na bogactwie szczegółów, olbrzymiej wiedzy autorki i  wyrafinowanym stylu oraz języku. Ale dzięki temu czuje się  podczas czytania mozół pokonywania piasków pustyni psującym się wciąż samochodem i na nogach, gdy  nieraz brakuje wody, a często sił. Widzi się niemal dotykalnie piękno piaszczystej przestrzeni, rzadkich okazów roślinnych czy zwierzęcych, a także mieszkających tam ludzi, głównie Tuaregów.

 

 Dużo czytam i książki o Afryce nie stanowią tu wartości ilościowej, ale na pewno jakościową.  Każda pozostawia silny ślad. Dlaczego? Pewnie bierze się to stąd, że wychowałam się w nowoczesnym, zgeometryzowanym mieście pośród sosen i choć kocham to miasto,  tęskniłam za odmiennością, za zawiłością linii w architekturze budowli i ulic, za barwnością.

  Teraz nadchodzi pora na takie książki, barwne i gorące.

Zaczyna się już. Jeszcze niby słońce złoci nam dni, jeszcze liście zielone i jakby nie miały zamiaru nigdy opaść, ale już zimniej i w serce wkrada się powoli jesień.

  Jaką więc książkę wyciągnę z półki?

 

Krystyna Habrat

 

 

 

Pin It