Ryszard Tomczyk
Podczytując prasowe starocie
Odrabiam zaległości czytelnicze. Nie sprzyjały najlepszym lekturom miesiące żaru lejącego się z nieba, choć były i inne okoliczności. Teraz też można by oszczędzić sobie "mitręgi" czytelniczej, wziąwszy pilotem od telewizora do dłoni albo i trzynastkę kart brydżowych. Tak się jednak złożyło, że od lat pozostaję obłożony książkami. Mimo daru złożonego niedawno miejscowej bibliotece w postaci tysiąca wolumenów, książek w mieszkaniu nie ubywa. W większości to darowizny honorowo złożone mi jako recenzentowi przez miejscowych wydawców, tudzież autorów. Sporo ich zawdzięczam łaskawcom szperającym po strychach i piwnicach oraz wśród składnic makulatury.
Część edycji najprzedniejszych, bo z półek księgarskich z nowościami, przyjaciółce, bibliotekarce z Warszawy, zatroskanej o przywrócenie mnie aktualnościom obiegu. Najwięcej jednak znaleziskom lub podrzutom z prywatnych, idących w rozsypkę księgozbiorów, z którymi nie wiadomo, co począć, gdy ubywa ich właścicieli albo gdy przenoszą się oni do domów willowych, do których książki, szczególnie o zgrzebnych grzbietach podobno "nie pasują".
Do dziś nie bardzo wiem, co się w tych poupychanych we wszystkie kąty paczkach i stosach pism znajduje. Zdarzało mi się tutaj znajdywać nie tylko zaczytanych od deski do deski ćwierć klasyków z minionych wieków, ale i rarytasy wydawnicze i to nie tylko z międzywojnia, ale i z przełomu XIX/XX wieku, a nawet edycje wcześniejsze. Z paczek tych wysupłałem np. i "Nietotę czyli tajemnną księgę Tatr" T. Micińskiego, i pojedyncze tomy niegdyś epokowego "Stu lat myśli polskiej", i "Rytmy polskie" Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, i "Prawego Rycerza" Szymona Starowolskiego, i opracowanie o W. Syrokomli A. Drogoszewskiego i całe naręcze książek S. Przybyszewskiego, i wiele pojedynczych egzemplarzy "Biblioteki Warszawskiej" - by na tych poprzestać. Okoliczności złożyły się na to, że przez szereg lat obciążony innymi obowiązkowymi czynnościami nie znajdywałem czasu na przeglądanie paczek
Jedynym ładunkiem, który przed laty przywiozłem do Elbląga, przyjmując tu (nakaz pracy!) robociznę nauczyciela polonisty
w dawno już tu nie istniejącej Oficerskiej Szkole Piechoty, były książki, zdobywane jeszcze w czasach akademickich. Królowały wśród tego księgozbioru rarytasy nabywane w gdańskich antykwariatach. Należały do nich i Kazania Sejmowe Żywot Barlaama i Jozafata Sebastiana Piskorskiego. Zapewne dlatego, że rzecz jawiła mi się jako tekst powiązany tematycznie z wątkami biblijnymi - zaś Biblię wówczas, jako dziecko rodziny protestanckiej znałem lepiej niż jakiekolwiek inne książki. Pierwszymi zaś zastrzykami bukinistycznym i w ogóle bibliofilskimi, które zwielokrotniły i bardzo wzbogaciły mój księgozbiór były książki wycofywane w l. 1953 - 55 z oficjalnych księgozbiorów, zwłaszcza z biblioteki jednostki wojskowej. Bibliotekę w OSP nr 3 prowadziła sympatyczna polonistka pani Taczanowska. Na półkach przeważały podręczniki ("chrestomatie pa polskom jazykie"), skrypty i polityczne katechizmy do wkuwania na pamięć wiedzy o marksizmie, wreszcie - w skromniejszej już reprezentacji lektury znanych i tolerowanych klasyków polskich i rosyjskich - najczęściej wydawane we fragmentach. Ale jak we wszystkich bibliotekach tzw. Ziem Odzyskanych tłoczno było na półkach od autorów przypadkowych, wydawanych jeszcze przed wojną czyli "za czasów sanacji". Wzięły się zaś tu stąd, że zagarnęli je , ratując przed oddaniem w sowieckie ręce, "niedoszkoleni ideologicznie żołnierze z Armii Berlinga. Były bowiem oznaczone inskrypcjami i pieczęciami bibliotek wileńskich, białostockich, łomżyńskich itp. Wiele z nich od lat tkwiło tkwiło na politycznym indeksie i oczekiwało na wycofanie, za które z całym impetem zabrano się w pełnym urzędowej euforii okresie zaraz po śmierci Stalina. Mam na myśli tych pisarzy i poetów oraz literaturoznawców, których traktowano jako reprezentantów antysowieckiego imperializmu. Egzekucji na książkach jednostki dokonał pułkownik z Pomorskiego Okręgu Wojskowego o nazwisku Słaby. Oczyścił bibliotekę dokumentnie, wyłączając z niej ok. 1/3 księgozbioru, uznawszy je jako niezgodne z niezłomnymi zasadami komunistycznej prawomyślności. Piotra Skargi, i wiele tekstów okresu Młodej Polski i nie wiem dlaczego nabyty niejaki
Stosy skazanych na spalenie wolumenów zaległy w magazynku, od którego klucze powierzono żołnierzowi służby czynnej, niejakiemu Czernkowi z Warszawy. Czernek niebawem odchodził do cywila, ale przed kilkoma miesiącami zdążyliśmy się obaj zaprzyjaźnić. Chłopak miał z wojskiem na pieńku, gdyż - po pierwsze - był entuzjastą literatury, po drugie - włączenie go przed laty do służby czynnej przekreśliło jego rachuby na kształcenie się w kierunku humanistycznym, po trzecie zaś ani z innymi żołnierzami, ani tym bardziej z oficerami nie mógł sobie pogadać o książkach. Wieczorem wpadł do mej kawalerki cały podniecony i zestresowany. Jedyne, co da się zrobić, to uszczknąć ze stosu książek, ile się da. Chwyciliśmy jakieś worki i przez dziurę w płocie przeniknęliśmy na teren koszar. O zapaleniu światła w magazynku nie było mowy. Dysponowaliśmy tylko latarką, w świetle której rozpoznawałem coś mi mówiące nazwiska autorów i tytuły. Chylkiem wyprowadziliśmy stąd dwa wielkie wory książek W domu już konstatowałem tytuły. Wszystkie pochodziły sprzed 1939 r. Z wielorakiego i bogatego ostemplowania wynikało, że odbyły do Elbląga długą drogę, zaliczając najrozmaitsze biblioteki od Wilna i Białegostoku poczynając. Co komu zawiniły - rozmyślałem - teksty Syrokomli w opracowaniu Drogoszewskiego, czy Rytmy polskie Mikołaja Sępa Szarzyńskiego w wydaniu Turowskiego z -sic! - 1858 r. Albo i tomy dziewiętnastowiecznej Biblioteki Warszawskiej. W każdym razie księgozbiór mój powiększył się o ponad 60 tytułów, jakie niełatwo było osiągnąć nawet w bibliotekach uniwersyteckich, tym bardziej, że akcja ideologicznego "oczyszczania" księgozbiorów objęła właśnie wszystkie oficjalne księgozbiory kraju. Znalazłem wśród nich m.in. rozprawy Manfreda Kridla, teksty krytyczne Teodora Jeske-Choińskiego, tomy Kasprowicza i Przybyszewskiego, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, Bystronia, Ossendowskiego i innych
Przez wiele lat byłem polonistą elbląskich liceów i krytykiem , a także redaktorem czasopism literackich i magazynów Trudno się dziwić, że w mojej bibliotece lądowały przeróżne darowizny albo i podrzutki. Były to książki już to wycofywane ze względów politycznych i ideologicznych, bądź to przemycane z Zachodu. Wraz z rozwojem telewizji a później i cywilizacji komputerowej stopniowo - jak wiadomo - począł wygasać zwyczaj czytania, zaś zasoby wielu bibliotek zakładowych w związku z likwidacją samych zakładów oddawano na makulaturę czy po prostu wyrzucano na śmietnik. Wtedy znów zacząłem obrastać książkami, które poczęły dominować w mieszkaniu. O losach książek, które w tem sposób poczęły wypierać mnie z mieszkania lub które kierowałem do miejscowych bibliotek, mógłbym nieskończenie. Niednokrotnie też dałem temu wyraz w książce pt. Schody. Tym też sposobem trafiło do moich rąk wiele edycji, które mogłyby stanowić chlubę niejednego szanującego się księgozbioru uczelnianego.
Aktualne porządkowanie księgozbioru zniewoliło mnie do ponownego kontaktu z rocznikami Biblioteki Warszawskiej, magazynu międzywojennego pt. Światowid oraz WiadomościLiterackich, z których te ostatnie podrzucił mi kiedyś przyjaciel z Olsztyna. Właśnie lektura Wiadomości, które jak wiadomo było czołowym pismem literackim międzywojennego dwudziestolecia (wychodziło od r. 1925 do r., zaś w l. 1939 - 1981(!) już w Londynie jako po prostu Wiadomości) pochłonęła mnie w takim stopniu, iż przerwałem doczytywanie innych zajmujących pozycji w rodzaju Kapuściński Non -Fiction Domosławskiego czy Biała gorączka Badera.
Dysponuję rocznikiem 1934, więc odzwierciedlającym czasy historycznie szczególnie burzliwe i ciekawe, pełne napięć i szczególnych antycypacji politycznych i kulturowych. Z ogromnym zainteresowaniem i niepokojem polska opinia śledzi ogromną aktywność dwóch sąsiednich mocarstw, autorów przyszłej wojny: hitlerowskich Niemiec (wszak Hitler rozpoczyna wcielanie w życie swego programu politycznego) i państwa stalinowskiego. Trudno się zatem dziwić, że nie ma numeru pisma, w którym nie prezentowano by informacji oraz pośpiesznych opinii na te tematy. Z tym że - dodajmy - opinia pisma jest raczej jednoznacznie krytyczma w stosunku do hitleryzmu i jego już agresywnych poczynań, nie zawsze zaś jednoznaczna wobec Stalina, a to z uwagi na doniesienia dziennikarzy niejednokrotnie bardzo lewicujących i zaczadzonych postępem w państwie komunistycznym. I jeszcze dodajmy, że Wiadomości literackienie miały sprecyzowanych poglądów politycznych, stojąc w sumie na gruncie liberalizmu i demokratyzmu, racjonalizmu i pacyfizmu. Po r. 1926, szczególnie zaś po procesie brzeskim silniej związało się z lewicą sanacyjną, natomiast pod względem literackim od początku współpracowało głównie ze skamandrytami. Stały felieton miał tu Antoni Słonimski, pisywali doń Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz, Janina Pawlikowska, również jednak Władysław Broniewski - właśnie w r. 1934 urzeczony Krajem Rad, Karol Irzykowski, Bruno Schulz, Antoni Sobański. Bruno Winawer i wielu innych.
Czytam więc zachłannie i niemal od deski do deski, nie omijając nawet reklam ni nekrologów. Wszystko to oczywiście już przebrzmiało i ulotniło z czyjejkolwiek pamięci, niejednokrotnie zadziwia naiwnością czy niedojrzałością oglądu historii. Wszak bogatsi jesteśmy w doświadczenie i wiedzę z następnych bez mala już osiemdziesięciu lat, o głupotę - zdaje się mędrsi, a może tylko tak się nam zdaje, bo i "mądrością głupsi". Zdumiewamy się naiwnościami ówczesnych futurologii, niekiedy jednak podziwiamy odwagę "szargających świętości", walczących o pryncypia ideowe i moralne przeciw podnoszącemu głowę antysemityzmowi, snobizmowi i głupocie. Niemal ze wzruszeniem jako polonista stwierdzam trwałą obecność na łamach Wiadomości problematykę czystości językowej i zwyrodnienia językowego. Przede wszystkim jednak uderza mnie współpraca pisma z najwybitniejszymi piórami tej doby, szacunek, ale i krytycyzm wobec przeszłości, unikanie ekstremalności oraz uznanie dla myśli wolnej, niezależnej - w sumie więc wszystko to, co stanowiło o demokratyzmie i racjonalizmie pisma w warunkach zagrożeń (skłonności do dyktatur, radykalizacja mas ludowych, tendencje profaszystowskie). Na łamach tygodnika znajdujemy nadto całą czołówkę ówczesnych autorów polskich od Żeromskiego, Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Parandowskiego, Słonimskiego i Tuwima do Nowaczyńskiego, Hollendra, Wittlina i Brezy, poprzestając na tych nazwiskach
Rekapitulacji nurtów tematycznych pisma oraz ciekawszych artykułów starczyłoby na kilka prac doktorskich. Dlatego też chciałbym poprzestać na jakichś materiach pisma, które szczególnie zwróciły moją uwagę. To znaczy właśnie tych materiach, które kiedyś się przeoczyło albo prosty o nich zapomniało. Faktem jest, że przypominanie atmosfery czasu i zdarzeń wygłuszonych z czasem innym rodzajem śmiecia historycznego rola takiego pisna jak Wiadomości jest bezcenna.
Sprawy niemiecko- i europejsko-polskie.. Oto w 5 numerze pisma z 1934 r. znajduję na pierwszej stronie artykuł Mieczysława Szerera pt.Wells, Polska i logika. Ciekawy i ważny, z doniesieniami, o których warto pamiętać również w unijnej Europie, w każdym razie nie obojętny polskiemu czytelnikowi również współczesnej doby, snującemu refleksje nad meandrami polityki krajów europejskich. Dotyczy książki H.G. Wellsa pt. Kształt rzeczy przyszłych (The Shape of Thihgs to Come. The Ultimate Revolution, Londyn 1933. Oddaję głos fragmentom artykułu Szerera:
Po wojnie w wielu krajach (wśród których przede wszystkim znajdowała się Anglia) Polska nie cieszyła się względami opinii publicznej. Szkodził jej odradzający się pospiesznie i - jak śmiało dziś rzec można - niezdrowy pociąg do Niemców. Poszedł wówczas w świat przeciw Polsce szereg zarzutów, które z czasem zdarły się doszczętnie i wyświechtały, obecnie żyją już tylko w głowach i odpornych na nauki rzeczywistości i wycierając kąty najobskurniejszych redakcyj. Te po tysiąc razy na wszystkie strony i boki wałkowane, tysiąc i jeden raz na wylot prześwietlane, niezbitymi dokumentami odparte, z niechlubnej starości bezębne zarzuty zreprodukował Wells w sej najnowszej książce/.../
Zarzuty Wellsa:
Polsce dano w Wersalu za dużo. Że Polacy zamiast w pokorze ducha pracować nad przywróconą im państwowością, stali
się narodem napastliwym, zadzierającym ze wszystkimi sąsiadami. A to, że Polska zagrabiła Wilno, miasto rdzennie litewskie. A to, że "najechała" (dosłownie invaded!) Galicję Wschodnią. No i oczywiście grzech grzechów: Polska wykroiła sobie w żywym ciele niemieckim korytarz do morza, wskutek czego pasterze z Prus Wschodnich nie mają gdzie poić swych krów (....) a mieszkańcy "dwóch wielkich miasr Garnsee i Bischofsweder są odcięci od swych stacyj kolejowych".Rzecz prosta, że żaden szanujący się naród nie może ścierpieć takiego upokorzenia, i nic dziwnego, że "ta niegodność i to zagrożenie Gdańska wbiły się ognistym klinem w wyobraźnię niemiecką, korytarz drażni ich jak nie rozdrażniło ich nic innego w układzie pokojowym".. A co drażni Niemców jest, oczywiście, absurdem i musi prowadzić do wojny. W ten sposób Polska staje się zarzewiem nowego, wielkiego konfliktu. W każdym razie , acz sam Wells przyznaje, że wielki niemiecki naród Europy jest niezdolny (tzn. był od dawna ) do autoterapii i pozwalał rozwijać się swej chorobie /nienawiści oraz niezdolności do współpracy światowej/, to - jak konkluduje Szurer - wszystkie jego dowodzenia nastawione są na to, że zachłanność Polski i mściwość tych, co podyktowali pokój wersalski, wywołują w Niemczech słuszne rozdrażnienie /.../ O zły traktacie wersalski! O nieszczęsne polskie nienasycenie!
W każdym razie artykuł jest ciekawy, ponieważ przypomina atmosferę w Europie, towarzyszącą rozwojowi propagandy remilitaryzujących się Niemiec, jak i dotya jednago z największym ówczesnych pisarzy angielskich, samego szefa Pen Clubu, mającego u nas skądinąd nienajgorsze konotacje.
Od refleksji - niednokrotnie nader korespondujących także z dzisiejszymi obyczajami Polaków ciągnących się po świecie - aż się roi. Sprawa rozlicznych grzeszków naszych reprezentantów za granicą, nonsensów zachowania wynikających z bezkrytycznej cziołobitności wobec Zachodu, z kompleksów i po prostu z głupoty. Oto głośne, skandaliczne zachowanie się grona dziennikarzy krajowych zaproszonych gościnnie w r. 1934 przez szefostwo propagandy niemieckiej. Czuły na ówczesne kontakty polsko - niemieckie i polsko-sowieckie pióro czołowego felietonisty pisma A. Słonimskiego reaguje natychmiast : ktoś nie nie zblazowany, kto nie opchał się jescze dosyć majonez, ktoś na co dzień chodzący w niewyprasowanych portkach, lubi się tak odprasować, wyrżnąć w sztywniak i świadczyć, i celebrować, i zapewniać A jeszcze przyjemniej przyjmować te celebracje i zapewnienia. Polityka, panie, kurtuazja. Trochę za dużo tej polityki było w ostatniej wycieczce dziennikarzy polskich, koleha Święcicki wyrżnął nawet toast na cześć Hitlera, a potem jeszcze posłano depeszę dziękczynną do Goebbelsa. No bo jakże, przecież w hotelu były lwiaty biało-czerwone , no i w ogóle.
/.../Mówi się na to, że to nic nie znaczy, że to są sprawy form, że tego wymaga kurtuazja.. Sprawa formy to nir błaha sprawa. C óż z takiej wycieczki dzien nikarzy do Niemiec zostaje właściwie prócz formy? Nikt przecież nie będzie brał na serio informacyj o Niemczech pisasych po parodniowym obwożeniu i popijaniu. Dziennikarze nie pojechali do Niemiec, aby nam powiedzieć prawdę o hitleryzmie/...
Byłem zawsze i jestem gorącym zwolennikiem pokojowego zbliżenia i pacyfikacji stosunków, ale co innego jest pakt o nieagresji i zaprzestenie wzajemnego judzenia szowinistycznego, a co innego zbyt cyniczme mydlenie oczu Nikt nie bierze na serio przyjaźni do Polski robionej z dnia na dzień na rozkaz. Ale każdy obwiepolak i każdy warszawski mętny łeb będzie z satysfakcją czytał, że przedstawiciel polskiej prasy pije zdrowie Hitlera, Ten efekt wycieczki dziennikarzy mógł rząd łatwo przewidzieć. Oczywiście, że jak tak pito zdrowie Piłsudskiego, to Święcicki pił Hitlera. Tylko, że zdrowie Piłsudskiego może wypić bez zakrztuszenia sięe zdrowie każdy przyzwoity człowiek. Wszelka wymiana serdeczności po kursie: jeden Piłsudski, jeden Hitler - to dla nas nabijanie w butelkę szampana. Rzecz prosta, po tych serdecznościach czyż może taki dziennikarz polski pytać o obozy koncentracyjne,, czyż może pisać o największych barbarzyństwach, jakich dokonano w Europie, czyż może wyłamać się z protokólu i wspomnieć o tym, że motorem hitleryzmu jest Wielki Nonsens ?(WL 1934 nr 21).
Nie podobna tu nie podziwiać znakomitego, żywego, dowcipnego i nie wolnego od dosadności języka felietonisty, należącego do mistrzów tego gatunku prasowego w kulturze polskiej. Nade wszystko tematycznego refleksu i uczestnictwa w walce o przyzwoitość zachowań ówczesnych reprezentantów polskiego establishmentu i opiniodawstwa - tutaj dziennikarstwa. To prawdziwa przyjemność - obcowanie z autorami tak wysokiego talentu, a zarem poczucia niezależności, tym więcej, że właśnie Słonimskiego jak niewieku tej miary autorów stać wówczas było - wbrew modnemu oklaskiwaniu postępu w Kraju Rad - na krytyczne i ironiczne, odważne zastrzeżenia wobec dyktatu Stalina propagandy sowieckiej. Z tego też powodu - jak stwierdza Marci Shore w książce Kawior i popiół - tzn. pisząc o terrorze w Rosji - tracił popularność wśród oczarowanych marksizmem i komunizmem.
Pozostawian tenat w zawieszeniu. Akcentuję tylko to jedno: nie dlatego należy doceniać wagę i urodę staroci czasopiśmiennych i literackich, iż - jak rzekł Długosz - miło jest obcować ze społeczeństwem przodków, ale dlatego, że sprawy ich życia tak naprawdę to się nie starzeją i na dobrą sprawę to kołujemy wobec tych samych zachowań, popełniając te same głupstwa. Stare piśmidła, czy tego chcemy, czy nie - są zwierciadłem nas samych, choć tkwimy w nowych już konfiguracjach.
Zapraszamy do komentowania artykułu













